Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


rzyny poddostatkiem. Siedział więc w domu, paląc niemiłosiernie.
Keremes lubiła bardzo tytoń, ale to, co dostawała, nie wystarczało jej nigdy, często więc z rozdrażnieniem odpędzała od siebie kłęby puszczanego przez Kostię dymu, a on, jak gdyby umyślnie, sadowił się zawsze gdziekolwiek w pobliżu niej. Chajłach ofiarował jej wprawdzie kilka razy trochę tytoniu, lecz odepchnięty za każdym razem milczeniem, zaprzestał robić tego przy mężu, samej zaś nigdy prawie nie miał sposobności widzieć.
— Powiedz mi! — spytał go raz gospodarz, gdy, jak zwykle, siedział z fajką w zębach na przyzbie, przypatrując się jego robocie, — powiedz mi! Czy tam u was na południu są Jakuci.
Kostia spojrzał nań zdziwiony.
— Jakuci? Po co?...
Chabdżij wyczytał to zapytanie w oczach Chajłacha; otarł więc pot z czoła rękawem koszuli i, sparłszy się na trzonku siekiery, ciągnął dalej:
— Mówisz, iż tam u was wiele, wiele chleba, wiele krów i wołów, dużo stad koni; że są tam wielkie miasta z kamienia... szerokie drogi... Któż to wszystko porobił? Kto tam u was pracuje?... Mówisz, że niema Jakutów!
Westchnął i wyciągnął rękę ku dymiącej fajce Kostii. Chajłach chciał mu ją podać, lecz w miarę rozumowania Jakuta ramię Kostii kurczyło się,