Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Całą drogę Aleksander objaśniał Tusowi, o co mu chodziło.
— Na co ci łódka?... i taka dziwna... cienka, mała!... Obcasem ją przebijesz... Rzeka nasza — gniewna woda!
— Podoba mi się taka. Zrobisz, czy nie?
Tus wydął wargi.
— Rybę łapać myślisz? czy co?... Utoniesz!...
— Nie lękaj się.
Tus gładził brodę dłonią i patrzał, namyślając się, na wyciągnięty ku niemu zadatek.
— Cóż! czyż jeden tylko doktor ma dziś brać pieniądze? — roześmiał się wreście i wziął papierek.