Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tarczy „kałtusa“ piękną, powietrzną kolumnadę. Między drzewami przyświecała płowa dal lasu i wijąca się pośród kęp wstęga głównej drogi.
W sadybie Żabiego Oka Aleksander napoił konia i wyjechał na przeciwległe łąki, oblane jaskrawem światłem wiosennego słońca. Nad śniegami drżały tęczowe miraże silnie ogrzanego powietrza, unosiło się ciepłe tchnienie błękitów, gorzała ziemia w oślepiającym blasku od jej łona odbitych promieni. Wrony, zziębnięty, niecierpliwie szarpał cugle... Aleksander popuścił mu wodze. Szybko przejechał łąki i mijał w pędzie nędzną wioskę, gdy wywabiona szczekaniem psów wyskoczyła z jednej jurty młoda Jakutka. Wrony zachrapał i w bok się rzucił przerażony brzękiem srebrnych blaszek, zdobiących jej warkocze.
— Liksandra!... Liksandra!... — krzyknęła, przeskakując przez płot. — Poczekaj!...
Aleksander z trudnością wstrzymał rozhukanego konia.
— Jak się masz, Toj! Brzęczysz, jak dzwonnica! Nastraszyłaś mi konia. Nie wiesz, czy Tus w domu?
— Nie wiem; zdaje się, niema go.
— A twój ojciec?
— Też niema. Wszyscy u Kapitona. Tam zebranie. Kniaź przyjechał.
— Wciąż z Tatarami? Czy co innego?
— Nie wiem. Co wiedzieć wolno nam, kobietom,