Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/199

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


prócz garnków i... pościeli! — rozśmiała się i zalotnie przymrużyła podłużne, cygańskie oczy.
— Widzisz, — poczęła cicho, poufale opierając rękę na łęku siodła — przywiozłeś, powiadają, dziewczynę. Otóż chcą pisać do gubernii, że dziewczyny nie przyjmują, że ciebie tylko jednego obowiązani są trzymać. A więcej nie wiem...
Aleksander wzruszył ramionami.
— Niech piszą. A cóż Tatarzy? Co powiedział doktór?
— Żona twoja, Liksandra, podobno była piękność... I córeczka też piękność... Nie widziałam jeszcze nigdy w życiu dzieci ze złotymi włosami... Ona podobno ma złote... Czyż doprawdy ani razu nie pocałowałeś żony?... I ona tak... umarła... napróżno! Przyjechała poto tylko, aby zobaczyć i... nic więcej... Biedaczka!
Aleksander zmarszczył brwi i ściągnął uzdę.
— Głupia jesteś, Toj!
— Cudzoziemcze! o! cudzoziemcze!... Przygotuj podarunki, przyjdę córkę oglądać! — krzyczała za nim Jakutka — Jakóba wypędź na ten czas! — dodała ze śmiechem.
Jurta Kapitona stała na innej łące za gajem, o dwie wiorsty. Między nią i wioską leżało wielkie okrągłe jezioro, obrosłe trzciną i szuwarem. Kniazia nie zastał już Aleksander u Kapitona; większa część krajowców też się rozeszła; byli tylko najbliżsi sąsiedzi. Gospodarz, gruby Jakut z choremi,