Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/275

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


piały, chwyciwszy zębami włos sieci, nie puszczającej ich z zatoki na głębię.
Doświadczeni rybacy radzą oglądać sieci zawsze przed wschodem słońca. Ryba nie lubi blasku dnia, widzi oczka i póty będzie się rzucać i kręcić aż się wyplącze i ucieknie. Istotnie, we dnie najczęściej Aleksander wyciągał sieci puste i splątane. Więc zawsze rano, przed wschodem słońca wstawał ostrożnie, by nie obudzić Zosi i wysuwał się na dwór. Po skwarnym dniu. noce bywały zimne i rosa padała obficie. Łąka, przez którą wiodła ścieżka do sieci, wydawała się, jak usypana perłami. Na każdej gałązce, trawce wisiała kryształowa kropelka, liście przyprószone były drobniuchnym ich pudrem, w kieliszkach kwiatów leżały duże, przeźroczyste łzy barwne, jak topazy. Aleksander szedł zawsze boso, a obuwie nakładał z powrotem, gdy nogi miał zmęczone i zziębnięte. Chłodny prysznic spadającej z traw i kwiatów rosy siekł mu stopy, rozkoszny dreszcz życia i siły prostował tylko co ze snu zbudzone członki. Na ramieniu przewiesił broń, za pas wetknął nóż, a w koszu na plecach niósł świeżo wyporządzone sieci. Za chwilę miał być tam, gdzie pluskała się ryba. Jak cień, bez szelestu przesuwał się przez łozinę, broń zdjąwszy z ramienia u wejścia do gęstwiny trzymając ją na pogotowiu. W zatoce lubiły nocami przesiadywać kaczki, kilka razy zastał też i gęsi, więc nie wchodził, nie przeniknąwszy bystrem wejrzeniem