Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/276

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wszystkich zakątków śpiącej wody, nad którą rankiem unosiły się zawsze białe opary.
Słońce złociło już brzegi zielonej opaski, wiatr poranny dmuchał od rzeki i kołysał unoszącemi się nad nią mgłami, gdy rybak zepchnął łódź i popłynął ostrożnie, miarowo uderzając dwu-skrzydłem wiosłem. Dziób łodzi chylił się, łagodnie rozbijając powierzchnię wód. Aleksandra paliła ciekawość: Co znajdzie w sieciach? co mu przyniosła noc? Pierwszy rząd pływaków z kory brzozowej drgnął, potrącony falą. Rybak odwiązał koniec sieci od palika i zaczął zbierać na palec górne pętlice. Pusta, czy nie? Coś w niej drga i opiera się, ale to może tylko gałęź, która ugrzęzła na dnie. Już blizko. Nie!... Nagle wśród wody mignął czerwony ogon, na wierzchu ukazała się szeroko rozwarta zębatą paszczęka i zagotowało się u burty. Jeśli to była bardzo duża sztuka, która mogła łódeczkę wywrócić, Aleksander spuszczał sieć i odpływał na mieliznę. Tam wychodził z łodzi, ostrożnie wyciągał zdobycz i ogłuszał ją silnem uderzeniem. Drobniejsze ryby wydobywał na miejscu i rzucał na dno łodzi, gdzie tłukły się długo. W łasze poławiały się zwykle duże ryby, ale w małej ilości. Czasami dwa, trzy dni minęło, nim się coś złapać udało. Od czasu wyjazdu Żabiego Oka zdarzało się to coraz rzadziej, gdyż Aleksander raz tylko na dobę sieci zakładał. Jeśli sieć długo stała nieporuszona, ryby przestawały igrać i pływać w tej stronie: od-