Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


słońca... Już idę!... Narodzie mój, żegnam cię!... Żegnajcie!
Szybkim ruchem rozerwał na piersiach wzorzysty „dałys“ i po rękojeść wbił sobie nóż w serce.
Stał chwilkę, gasnącym wzrokiem wodził po wszystkich, potem zachwiał się, potoczył — i upadł.
Tłum jednem ogromnem odezwał się westchnieniem.
Oltungaba pośpiesznie przykląkł obok umierającego, obnażył jego pierś i, oparłszy dłoń prawej ręki około rany, lewą wyciągnął ku słońcu i zawołał:
— O ty, bóstwo, ponad wszystkiemi stojące!... Pomóż nam!... Obroń nas!... Nie najostatniejsi my, nie najpodlejsi jeszcze, jeśli takie wyhodowaliśmy serce!...
— Takie serce!... — jęknął tłum.
Im wszystkim, nawet tłustemu kniaziowi, zdało się w tej chwili, że serca ich biją taką samą gotowością ofiary, jak to, które stygło pod dłonią Oltungaby.
— Ten był wojownikiem!... — szepnął po chwili wieszczbiarz i na twarz, drgającą kurczami konania, narzucił podniesiony z ziemi „dałys“.

Irkuck, 2 marca 1893.