Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/284

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kać miejsc nowych. Drobna poławiała się jeszcze, choć w nieznacznej ilości. Gotowali z niej zupę, suto zaprawną dziką cebulą. Miał jeszcze wprawdzie trochę pieniędzy, ale odkładał je na czarną godzinę, na ostatnią potrzebę, a ta według niego jeszcze nie nadeszła.
Tymczasem zwykła o tej porze spiekota i posucha dochodziła ostatecznych granic. Deszczu nie widziano już ze trzy tygodnie. Ziemia wyschła i rozpalona, jak cegła, ogrzewała powietrze nawet w nocy. Rosa nie pojawiała się wcale; trawy spopielone zrudziały i uschły, lasy opuściły senne, przerzedzone konary; wszędzie wkradał się i wszystko rdzawił gorzki, lotny pył. Siwa mgła przysłoniła dal. Od kniei wiało gorącym, niezdrowym aromatem, od bagien i jezior zgnilizną. Tylko rzeka oddychała świeżością; odzywała się wdzięcznym szmerem; lecz i ona skurczyła się, obnażając olbrzymie ławice. Zboże rosło i rozwijało się słabo.
Nakoniec suche tumany wypełzły ze swych kryjówek i pokryły okolice płowym welonem. Pod ich zasłoną jasne dni i przejrzyste noce zlały się w jedną szarą, potworną całość. Słońce czerwone, bez blasku przesuwało się nad ziemią, jak księżyc w noc mglistą. Powietrze nabrało cierpkiego smaku i stało się gęste, jak wata, do płuc nie przenikało, w ustach więzło, w gardle dusiło i drapało. W popielatej mgle wszystko wydawało się popielatem. Ptactwa nie było wcale widać: umilkła kukułka,