Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie, to dach zloty na wieży cerkiewnej. Zobaczycie... wszystko zobaczycie, tylko daleko odemnie nie oddalać się, bo zabłądzicie. Domów w miecie wiele, a ludzi jak komarów w lesie... Patrzcie także, żeby wam czego nie świsnęli... a nie zgubcie też czego!... Co upadło, to przepadło... to nie u nas w domu... — mruczał stary, zlazłszy z konia i oczyszczając go ze śniegu zębatem żelazem, przymocowanem do rękojeści jego bicza.
Młodzi zsiedli także z konia i zaczęli otrzepywać ubieloną szronem odzież.
— Boisz się? — spytała znowu Bycza Kechergesa, gdy ruszyli dalej.
— Jakże się bać nie mam! — odrzekł Jakut markotno.
Na twarze obojga wystąpił gorący rumieniec, wargi drżały im nieco, a w każdem urwisku, za każdym pagórkiem widzieli ukrywające się jakieś przerażające zjawisko.
Kiedy wreszcie miasto wynurzyło się z poza lasu i ujrzeli przed sobą wijące się w błękitnem przeźroczu wszystkie trzydzieści jego dymów, gdy wybitniej zarysowały się na białem tle okolicy, nieznane im dotąd, kształty i cudzoziemskie spiczaste dachy jego budowli — wówczas zdumieni szeroko rozwarli oczy. Przyglądali się temu obcemu dla nich widokowi, niezwykłej ilości domów i ludzi — jak dzieci ciekawej nowości.
Słońce weszło. Zaiskrzyły się leżące na dachach