Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


śniegi, pobielały i gęściej zakłębiły purpurowe dymy, zapaliły się zwierciadlane blaski na szybach bogatych mieszkań, zalśniły tafle lodu w oknach biedaków. Kilku ludzi obojętnie minęło jadących.
Kecherges stracił głowę i, zapomniawszy, że Bycza siedzi za nim, kręcił się na siodle, oglądał się na wszystkie strony i co chwila robił głośne uwagi.
— Tu widzę, co człowiek, to naczelnik okręgu — mówił, zdejmując czapkę przed każdym przechodniem w europejskiem ubraniu. Szczęściem, nie było ich wielu, bo biedak na pewno byłby sobie uszy odmroził.
Wjechali wreszcie w sam środek miasteczka i wkrótce znaleźli się przed cerkwią. Wysoko, w kryształowem, zimowem powietrzu, przesiąkniętem promieniami słońca, przesypanem brylantami śnieżystej kurzawy, jakby z ognia ukuty — gorzał krzyż złoty.
Kecherges ściągnął cugle i w zachwycie zadarł głowę do góry.
— Taras! Taras! — krzyknął na całe gardło, nie mogąc powstrzymać się dłużej. — Tam, blizko Pana Boga, pewnie sam pop siedzi?
Lecz nie usłyszał odpowiedzi. Jego wierzchowiec, przestraszony wołaniem, a niemniej zdziwiony od swego pana, spiął się nagle i skoczył w bok. Pas Kechergesa wyśliznął się z rąk Byczy; dziewczyna padła w śnieg, za nią potoczył się jej narzeczony, a koń, zadarłszy ogon, pomknął z kopyta w pole