Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ledwie go złapał Taras. Stary Jakut mocno się zgniewał, tłómaczącego się chłopca skrzyczał i kazał mu milczeć. Kecherges przycichł, posmutniał i począł unikać starego.
Taras zresztą nie potrzebował jego pomocy. Wkrótce znalazł świadków i druchnę, którą była żona jego starszego brata, w tym celu przybyła do miasta. Wszyscy więc razem ruszyli do popa. Pop zapisał co trzeba do księgi i kazał przyjść jutro. Jakut zaczął go prosić, aż wreszcie duchowny, zniecierpliwiony jego skomleniem, przywołał „diaczka“, obiecując dać ślub dziś jeszcze. Udał się więc orszak weselny do cerkwi. Pierwszy szedł Taras, za nim druchna, potem Bycza, a ostatni, na przekór zwyczajowi, Kecherges, który zapomniał już o przygodzie rannej i, otwarłszy usta, gapił się.
Wnętrze cerkwi pełne było blasków słońca i kurzu, podniesionego miotłą zamiatającego stróża.
Zaczął się obrzęd. Rozpleciono cienkie warkocze panny młodej, wystawiono na środek „anałoj“, rozłożono przed nim ręcznik i, za wspólnem staraniem druchny i Tarasa, zmuszono państwa młodych stanąć na nim. Bycza ośmieliła się wkrótce i posunęła nieco naprzód, ale Kecherges, czując na nogach śnieg, który wchodząc zapomniał strzepnąć, za nic w świecie nie chciał stanąć dalej, jak na samym brzegu ręcznika, a i to zdało mu się jeszcze za daleko, za bardzo na widoku wszystkich, zbyt blizko tego ołtarza, iskrzącego się otokami