Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


światła, powodzią wpadającego do wnętrza przez wielkie, podłogi prawie sięgające, okna, a zbyt daleko od tych ciemnych kątów, gdzie tak dobrze biedakom. Pod uderzeniem promieni słonecznych, złoto, srebro, kryształowe ozdoby rozbiły się w tęczowe kolory, szaty świętych na obrazach mieniły się tysiącami barw. Na tę migotliwą, świetlaną siatkę dym kadzidła zarzucał szary muślin swych kłębów. Blado w nim gorzały płomienie świec i lamp; tylko surowa twarz odprawiającego obrzęd kapłana rysowała się wyraźnie. Kecherges drżał na jego groźne spojrzenie, utkwione w sobie.
Czego on chciał od niego? Prawda, korona niezbyt dobrze siedziała na jego wystrzyżonej głowie, lecz cóż on temu winien?
Wyciągnąwszy za siebie rękę, kiwał palcami przed samym nosem Tarasa, lecz ten, zamodlony, nie zważał wcale na te sygnały rozpaczy. Chyląc czoło ku ziemi, bił się w piersi i gorąco prosił Boga, potężnego Boga z południa, o szczęście dla swej córki. Serce starego Jakuta mocno kołatało, oczy zachodziły łzami, nie dziw więc, że nie widział kłopotu chłopaka. Nie wiedział nawet, że sam świeczkę trzymał krzywo, kapiąc woskiem, ku wielkiemu zgorszeniu dziada kościelnego, na którego korzyść szły ogarki kupionych do obrzędu świec.
Tylko druchna, która częściej bywała w kościele, a za jej przykładem i Bycza, trzymały się przy-