Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zwoicie, poważnie żegnając się znakiem krzyża w miarowych odstępach i bijąc pokłony.
— Panie!... Panie!... Panie!... — dudniał gruby głos diaczka, aż drżały szyby w oknach i trzęsły się breloki, zdobiące kandelabry.
Kecherges pocił się, nie śmiejąc odetchnąć. Korona zsunęła mu się już na sam czubek.
— Świeczka! — krzyknął nareszcie dziad, doprowadzony do ostateczności i szarpnął Tarasa za rękaw. Taras ocknął się. W tejże chwili korona zsunęła się z głowy Kechergesa i z brzękiem potoczyła się na środek cerkwi, pod nogi duchownego. Chłopak zbladł okropnie.
Podniósł ją diaczek i włożył na głowę Jakuta; przyczem nie zaniedbał nieznacznie a mocno pokręcić go za ucho.
— Panie!... Panie!... — zadudniało znów w świątyni, a w głowie biednego Kechergesa zamajaczyło, zahuczało. Kiedyż, nakoniec, skończy się ta męka? Na domiar złego śnieg, pozostały na jego obuwiu, zaczął topnieć, a woda popłynęła w tym właśnie kierunku, w którym niedawno potoczyła się korona.
Kecherges spuścił oczy, w głowie mu się mąciło. Co to będzie, jeżeli uwala się bogaty ornat kapłana?
— Pocałujcie się!... — rozległo się nad jego uszami.
Bycza trąciła narzeczonego i podstawiła mu swój