Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


buziak. А więc skończyło się nareszcie. Pan młody wytarł nos rękawem i pospieszył schować się do kąta, pannie młodej zapleciono warkocz, potem jedno za drugiem ostrożnie wysunęli się z cerkwi.
— A to nakapał! — mruczał dziad, zeskrobując z podłogi krople wosku. — Jemu co... szafować z cudzej kieszeni... Oj, ludzie! ludzie! — i kręcąc głową, a pobrzękując kluczami, podążył za wychodzącymi.
I znowu cerkiew została pustą i niemą, tylko promienie słońca gorzały na rąbkach złota i kryształów, a olbrzymie świeczniki, potrącone falami śpiewu, czy też przypadkowem dotknięciem ludzi, kołysały się łagodnie na swych złoconych łańcuchach.
Taras czuł się niezwykle dobrym i wzruszonym.
— Skończyło się! — powtarzał, patrząc na dzieci wilgotnemi oczami.
Tak, skończyło się! Jakuckie wesele przecie się już dawno odbyło! Dlaczegóż nie wszyscy się cieszą? Widział zakłopotanie i wstyd Kechergesa, a chcąc go rozruszać i okazać mu, że wszystko przebaczył i zapomniał, zawołał chłopca do siebie, dał pieniądze i kazał pójść po wódkę do szynku.
— A spiesz się i dogoń nas... zaraz pojadziemy! — wołał za nim. — Beczułkę weź od szynkarza; powiedz, że przychodzisz ode mnie, on mój dobry znajomy.