Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W szynku było ludno, jak zwykle, gwarno i ciemno. Paliła się wprawdzie świeca na szynkwasie — niezgrabnym, zbitym z desek siekierą ciosanych, lecz długi jej knot i krzywa postawa malowały dobitnie wstręt otaczających do światła. Nie dbał też o nie stojący obok szynkwasu Jakut o wyschłej, zwiędłej twarzy: nie patrząc, widział on, nie słuchając, słyszał wszystko, co się działo w jego zakładzie. Było zresztą dość jasno, by dojrzeć duże, przed nim stojące, do góry dnem wywrócone czarki, które ręka jego zawsze była gotową napełnić; czasami, zapewne przez omyłkę zamiast wódki nalewał je wodą.
Biedna łojówka parskała, syczała, walcząc daremnie z kłębami tytuniowego dymu i wilgocią oddechów kupiących się dokoła ludzi. Migotliwe jej światło oświetlało niekiedy twarze gości i czarne, iskrzące się od szronu i pleśni ściany izby; częściej jednak było w szynku ciemno, a zawsze duszno; pachniało siwuchą i skórami reniferów, stanowiących ubranie większości uczęszczających.
Kecherges podszedł do gospodarza zakładu, oddał mu pieniądze, powiedział to co Taras powiedzieć kazał. Szynkarz kiwnął głową, krzyknął na pomocnika i schylił się pod ławę, aby ze stojącej tam baryłki utoczyć żądanej wódki.
Kecherges rozejrzał się po izbie.
W pobliżu jakiś Tungus ruchliwy, niewielki, żylasty, podskakując na cienkich nóżkach, jak na sprężynach, opowiadał otaczającym go o dziwnych