Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zdolnościach swojego ojca, o jego Jowach i nieśmiertelnym, nigdy niekończącym się funcie prochu, który kupił dziesięć lat temu. Raz zdarzyło mu się zabić z gwintówki, która bezwątpienia najlepszą była w okolicy, od jednego wystrzału i jedną kulą: łosia, trapiącego go niedźwiedzia, lisa, który tam nadleciał przypadkiem, czternaście pasących się naprzeciwko reniferów, gęś, która siedziała na górze nad jeziorem, kaczkę, pływającą na jeziorze... wreszcie ołów, wpadłszy w wodę, trafił w olbrzymią rybę, w ogonie której znalazł go i chowa dotychczas na pamiątkę; gotów jest wszakże sprzedać pierwszemu amatorowi za dobre pieniądze.
— Jezioro na górze!... jakże to może być?... — zapytał ktoś, lecz oburzeni słuchacze rozkazali mu milczeć. Każdy z nich mógł opowiadać nie mniej zadziwiające wydarzenia. Powstał gwar. Tungus wrzeszczał, jak opętany, dowodząc, że jest obrażony, że powinni postawić mu na zgodę butelkę wódki; jeśli nie, to on „szalony Prońka“ wybije komukolwiek zęby. Chociaż wszyscy przyznawali mu słuszność, nikt jednak nie śpieszył z zadosyćuczynieniem jego żądaniu, co widząc, umilkł, ale po chwili zawołał znowu, wyciągając z pochwy nóż wązki i cienki, jak szydło:
— Oto nóż, który należał do mego ojca. Zrąbał on nim nieraz grubego zwierza prędzej, niżbyś zdążył zważyć kawałek mięsa. Ja sam jednego razu, ugodziwszy nim w bok pędzącego łosia, zosta-