Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łem wciągnięty impetem żelaza do brzucha zwierza i podróżowałem w jego wnętrznościach wiorst kilkanaście!... Wątpię, by lepsza stal znajdowała się gdziekolwiek na świecie! Ot, patrzcie!... — i wziąwszy nóż za koniec ostrza, uprzejmie podawał trzonkiem słuchaczom.
— Siedział on już w ludzkiem mięsie... — dodał wkońcu niedbale.
Ciekawy oręż szedł z ręki do ręki, a gdy wrócił do właściciela, ten migocąc jego ostrzem ku światłu, przysięgał, iż nie oddałby go za żadne pieniądze, podarowałby wszakże przyjacielowi, któryby mu postawił półkwaterek wódki. Szynkarz zgodził się dać mu połowę żądanej ilości, ale Tunguz, tocząc pijanym wzrokiem do koła, spostrzegł nagle stojącego opodal Kechergesa z rozwartą gębą i baryłką pod pachą, krzyknął, rzucając się ku niemu:
— Na! bierz!... mówię ci!...
Chłopak z niezwykłą mu zręcznością wymknął się za drzwi.
Słońce zaszło i poczęło się już zmierzchać.
Kecherges szedł śpiesznie w tym kierunku, w jakim zdało mu się, że powinien był znaleść Tarasa. Lecz nie dogonił go; zatrzymał się więc pośrodku zasypanego śniegiem zagłębienia, które w lecie tworzyło jezioro, a w zimie było punktem rozstajnym licznych dróżek miasteczka, i patrzył w wielkim kłopocie na rozrzucone dokoła domy. Ruszył wreszcie w kierunku jednego z nich; lecz już