Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Aleksander, który wniósł właśnie z Jakutem ostatnią skrzynię, spojrzał na nich zamglonym wzrokiem i stanął u komina chmurny, milczący. Rozmowa urwała się.
Uwagę Jakóba zajął całkowicie podpłomyk, który piekł się na żelaznym blacie. Od czasu do czasu spoglądał jednak ukradkiem na przyjaciela. Uderzyła go w nim wielka zmiana.
Śniada twarz porysowała się i zapadła, wązkie usta jeszcze się mocniej zacięły, podbródek naprzód wysunął, a duże ciemne oczy utraciły poprzednią żywość. Stał zgarbiony z rękami opuszczonemi wzdłuż ciała. Jakób nie śmiał ani go pocieszać, ani pytać, gdzie żona umarła, gdzie pochowana. Ten człowiek zawsze sam sobie wystarczał. Krępowała go przytem obecność przewodnika Jakuta.
— Co słychać w domu?... Cóż Jakuci?
— A nic. W czasie twojej nieobecności nawet tu nie zachodzili. „Kapsie niema, herbaty nie daje!“ Słyszałem tylko, że znów wypływa historya z Tatarami. Istne pantofle Abu-Kazema.
— Słyszałem i ja. Zasiedatiel przyjeżdżał?
— Nie, ale oczekują go... Czy masz zamiar pogadać z nimi?...
— Pójdę.
Jakób zamyślił się.
— Jakuci są bardzo wzburzeni... — odezwał się po chwili.
Aleksander wzruszył ramionami.