Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Sanki wjechały w podwórze. Aleksander wyjął z kibitki owiniętą w futra dziewczynkę i poniósł ją do jurty. Jakób pośpieszył przymknąć za nim drzwi.
Rozebrali dziecko i postawili na ziemi. Tarła zaspane oczki rączkami i kaprysiła trochę. Aleksander z Jakutem wnosili przywiezione na saniach rzeczy.
— Nie płacz, panienko! — perswadował jej łagodnie Jakób.
— Nie jestem panienka!
— Ale herbatę pewnie lubisz i placek z masłem?... Zaraz dostaniesz, poczekaj!
Dziewczynka spojrzała na niego przez paluszki.
— Pan będzie towarzysze!
— Będę towarzysze! będę wuj Jakób!... Zgoda?
— Poczciwi ludzie?
— Najlepsi ludzie! Mądra jesteś, jak widzę! Siadaj-no do stołu, a ja tymczasem placek zagniotę. Jak ci na imię?...
— Zosia!...
Pośpiesznie wdrapała się na wskazane miejsce i oparła łokcie na stole.
— Będziesz u tatki za mamę?... Czy może Jakutka jesteś? — dopytywała się, śledząc gospodarkę Jakóba.
Twarz mężczyzny powlokła się smutkiem.
— Niezupełnie... troszeczkę!
— A ja jestem zupełnie córeczka... Doprawdy — jestem!... Tatusiu, on nie wierzy, głową kiwa!...