Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ani na mgnienie oka. Jak cień chodził za nią wszędzie, śledził najmniejszy jej ruch, najmniejsze spojrzenie i drżał nerwowo, boleśnie, gdy przypadkiem zbliżał się do niej Kostia. Starał się zawsze znaleźć między nim a nią, a pomimo to czuł nieustanny niepokój, trawiła go gorączka. Zaniedbane gospodarstwo groziło ruiną. Sąsiedzi zbierali się kosić, już kosili, a on siedział wciąż u komina, dłubiąc cokolwiek, lub patrząc w ogień bezmyślnie.
Słaby, chory, apatyczny, liczył tylko dni miesiąca, liczyłby chwile, gdyby znał ten podział czasu.
— Sześć dni jeszcze! Jakże nieskończenie wiele! Jakże nieskończenie wiele!
A gdy spoglądając w przyszłość, widział w perspektywie całe szeregi podobnych gości, ogarniała go rozpacz, wszystko wypadało mu z rąk, a w głowie roiły się myśli okropne. Milczał jednak.
Milczała Keremes, gawędziła tylko Upacza, lecz bardzo już coś niewyraźnie.
— Tfu! Do dyabła! Z nikim ani słowa!... — krzyczał Kostia i próbował świstać lub śpiewać, lecz po chwili milkł, zwarzony otaczającą go atmosferą nienawiści, pogardy i bojaźni, którą boleśnie odczuwał, choć towarzyszyła mu przez życie prawie całe. Nawet „Upacza“ przestawała mruczeć, gdy zbliżał się do niej.
— No! no! Dość tych dąsów — mawiał w chwilach dobrego usposobienia, uderzając Jakuta po ramieniu. — Nie bój się, nie zjem ciebie!