Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/80

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jące czajniki i kotły; po środku izby kręciła się, zamiatając ją, Keremes. Przybysz pośpieszył odziać się; Chabdżij podał mu wody i ustąpił miejsca u ognia.
— Jacy to u was na południu wszystko ludzie biali, rośli i otyli, a piękni... — zauważył Jakut, wpatrując się z podziwianiem w tęgą postać Chajłacha. — Nie to, co my! A dlaczego? Dlaczego u was rośnie chleb? Dlaczego wy jesteście panowie, a my Jakuci?
Chajłach milczał, zajęty rozczesywaniem brody, wreszcie wytarł grzebyk, zawinął go w papierek i chował do kieszeni, poczem zrobił kilka głębokich, namaszczonych pokłonów przed stojącymi na półce w rogu izby obrazami i usiadł przy stole. W sutej, wypuszczonej na zewnątrz czerwonej koszuli, umyty, uczesany, wyglądał wcale przyzwoicie. Prawda, jego spodnie były nieco zniszczone i wytarte, lecz w każdym razie nie były skórzane, ale manszestrowe; u jego sukiennej kamizelki brakowało paru guzików, lecz z pozostałych dwa były znacznie większe od swoich sąsiadów, metalowe i z orłami; w dodatku kiwnięciem głowy podającej mu filiżankę herbaty Keremes (czem rozśmieszył bardzo Chabdżija) zdradził dobre wychowanie... Poważnie a łaskawie, gdyż, jak się wyraził, postanowił żyć z niemi „po ludzku“, wypił jedną, drugą i trzecią filiżankę herbaty i dopiero w odpowiedzi na pytanie Jakuta, zaczął rozwodzić się w sposób