Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wciąż czuła utkwione w siebie wielkie, świecące, cudzoziemskie oczy koloru nieba; zasypiając, widziała bladą, szeroką jego twarz, chylącą się ku niej... włosy jego wstrętnej brody, trącając jej pierś i lica, budziły ją ze snu. Słyszała wiele gawęd o tych „nucza“. Podania jej ojczyzny opowiadały okropności o ich okrucieństwach, a w bajce imię ich stało się synonimem złego — drżała więc. Spotniała, wylękła, zrywała się z posłania za każdem poruszeniem rzucającego się niespokojnie na łożu chajłacha, a gdy nagle w ciemnościach rozległ się jego gruby głos, wymawiający niezrozumiałe wyrazy, kopnęła męża nogą budząc go:
— W przerębel... Wiem... nic z tego... lepiej... ja was... morderstwo... ja chcę żyć... Matko Przenajświętsza... a za co??...
Głos ucichł, przeszedłszy w niewyraźne mruczenie. Czas jakiś małżonkowie, przytuleni do siebie, z trwogą wpatrywali się w ciemną głębię izby, lecz dzikie wołania już się nie powtórzyły; położyli się więc. — Keremes płakała.
— Nie płacz! — pocieszał ją Chabdżij — miesiąc tylko... jakkolwiek przetrwamy... Bóg da!


∗             ∗

— Nucza... nucza.. Wstawaj pić herbatę! Śniadanie gotowe!... — budził Chabdżij na drugi dzień swego gościa... Chajłach zerwał się, przetarł oczy: na kominie wesoło płonął ogień, buchały parą sto-