Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/294

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przez mglistą deszczu zasłonę. Odetchnął swobodniej: piorun jej nie zapalił, stoi. Zwolnił kroku, ale gdy był już blizko, gdy minął węgieł domu, stanął jak wryty. Szyba z okna była wyjęta, deszcz i wicher wpadały do wnętrza, na stole stała zapalona łojowa świeca. Ajaks siedział na ziemi i żałośnie spoglądał w okno; ujrzawszy pana, wstrząsnął uszami i zaskomlał radośnie.
Drżącymi rękami Aleksander oderwał zamek ode drzwi.
Zosi nie było w izbie.
— Zosiu!... Zosiu!... — wołał, przeglądając wszystkie kąty.
Wyskoczył na deszcz i pobiegł drogą prowadzącą do jurty Żabiego Oka.
— Zosiu! Zosieczko!... — powtarzał z jękiem prawie, Ajaks biegł za nim, skakał i lizał mu ręce.
Obszukał wszystkie skrytki w opuszczonej siedzibie, obmacał ściany, dziury, kąty; zapalił łuczywo, wołał, hukał. Wszystko daremnie.
— Boże mój. Boże!...
Nie wierzył sobie, nie wierzył temu, co się stało. Prawie obłąkany wypadł znowu na ulewę.
— Zosiu!... Zosieczko!... — wołał ochrypłym już głosem, lecz krzyk jego ginął w ogólnym zamęcie. Usłyszał go tylko Ajaks i stanął przed panem z podniesionym do góry łbem. Aleksander spojrzał na niego i nagle błysnęła mu myśl.
— Ajaks szukaj... szukaj Ajaks! Pójdź, szukaj...