Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wysoki, rudobrody, białolicy, zapewne „nucza“[1]. Przyniósi z sobą jakieś węzełki i worki, a gdy je zaczął układać w kącie na ławie, Keremes domyśliła się, że to pewnie ów chajłach, którego tylko co przywieziono do ich miejscowości. Cóż to znaczy? Dotychczas nie zmuszano ich karmić żadnego z tych przybyszów! Pytająco spojrzała na Chabdżija, który był zły i blady. Przybysz rozbierał, porządkował, układał swoje manatki, wreszcie usiadł i zapalił krótką miedzianą fajeczkę.
— Gotuj wieczerzę! — rzekł żonie Chabdżij i przysiadł się do gościa.

— Oto mój dom! moja siedziba! — rzekł, wyciągając przed siebie rękę. — Prawda, kiepska! Nie wiem, czy ci tu będzie dobrze! Podczas deszczu leje się na głowę, a w zimie zimno; — lecz ja ostrzegałem, że jestem biednym człowiekiem. Sam mówiłeś, że chcesz mieszkać w jednem miejscu! I prawda; takiemu porządnemu jak ty panu nie wypada włóczyć się z jurty do jurty. Ale sam pomyśl tylko, czy ci będzie u nas dobrze? Tyś powinien mieć dom biały, porządny — tyś „nucza“; lobie trzeba jeść mięso i chleb, mieć pod nogami podłogę, na stole talerze i srebrne łyżki, a u nas niema żadnej z tych rzeczy; dom, sam widzisz, kiepski... bydła mamy mało, jesteśmy biedni! Damy, co mamy, lecz pokarm nasz nie wybredny: wciąż

  1. „Nucza“ — w ogóle Słowianin, człowiek biały z południa.