Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„sorat“ i „sorat“. Dziki Jakut, sam wiesz, zje wszystko.
— A czy gmina nic ci nie płaci za moje utrzymanie? — spytał nagle milczący dotychczas przybysz.
— Ależ nie! U nas tu inne zwyczaje, u nas „nucza“ wożą z jurty do jurty, gdzie oni żyją po dni kilka; lecz ty sam mówisz, że jeździć nie będziesz, że ci to dokuczyło, że chcesz żyć na jednem miejscu. Dobrze! Doskonale! Otóż ja tobie poradzę, poradzę jak przyjacielowi, ponieważ ciebie kocham! Ja w ogóle kocham „nucza“. Dzielny lud, piękny lud, bogaty lud, rozumny lud! Otóż nie mieszkaj ty u mnie! Idź jutro na zebranie i powiedz „panom książętom“, że mieszkać u mnie nie chcesz, że jestem biedny, że nie mam nic, że dom mój niewygodny i brudny... powiedz im, a oni znajdą ci piękne mieszkanie, gdzie będziesz mógł siedzieć ciągle. Czy nie tak? Pomyśl sam! W naszej ziemi chleb nie rośnie, wszystko u nas idzie z bydła i odzież i pokarm i pieniądze. Bogaci mają wiele krów, wiele kobył, mają więc wiele śmietanki, wiele masła, mięsa... mają ciepłe odzienie, mają domy... Dlaczego ty nie chcesz mieszkać u bogatych?...
— Ależ chcę!!... — krzyknął przybysz — lecz gmina tu naznaczyła mi mieszkanie!
— U bogatych — ciągnął nie zważając na wykrzyknik słuchacza Chabdżij — byłoby ci dobrze, byłbyś syty, mieszkałbyś czysto! Idź więc jutro, lub