Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pojutrze na zebranie i powiedz: ja nie chcę mieszkać u niego, on biedny, źle je i źle żywi, dom brudny i woda cieknie z dachu... o! zobaczysz jak woda u mnie cieknie z dachu, kiedy deszcze padać zaczną... — Pójdziesz? co? — pytał natrętnie.
— Nie zawracaj mi głowy, stary ja wróbel! — odrzekł w cudzoziemskim języku przybysz i odwrócił głowę.
— Nie! więc zawsze będziesz siedział u mnie! — z hamowaną rozpaczą i wściekłością zawołał Jakut.
— Nie wiem! Obecnie lato! obecnie wszędzie dobrze, a później zobaczymy! Chabdżij pomyślał chwilę, splunął w bok, wstał i podszedł do ognia.
— Co ty grzebiesz się! — krzyknął gniewnie na żonę — dawaj wieczerzę!
Dusił się z gniewu.
— Drewniany pień! — mruknął, wpatrując się w zielonawe, lodowato-spokojne, w ogień wlepione oczy chajłacha, w jego twarz szeroką, na której leżało, choć uśpione, piętno czegoś groźnego i niepohamowanego. — Rozbójnik! Lodowate oczy! — złościł się Jakut. Cała jego wymowa, którą się tak szczycił i którą sobie wyrobił, służąc trzy lata jako dziesiętnik w swej gminie, nie wywarła najmniejszego wrażenia. — Zjadł go czort!
Lecz głośno Chabdżij nie rzekł ani słowa; spluwał tylko gniewnie. Wieczerzę przybyszowi postawiono oddzielnie, lecz on sam zawołał gospodarzy