Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


koszą odetchnął, gdy wydostał się na główne koryto. Lód tu był jeszcze bardzo gruby, a choć obnażony ze śniegu, miał twardość i spoistość marmuru. Do przeciwnego brzegu pozostało już tylko dwie wiorsty. Przebiegł je szybko.
Spragniony, trochę znużony, wszedł do pierwszej jurty. Sadyba należała do Meilacha, jednego z sołtysów, przezwanego „Głowaczem“.
— Co słychać, Katarzyno Awksentjewno? Jak zdrowie? — spytał, zatrzymując się w progu. Zdjął broń i otarł pot z czoła.
— Jak się masz, Liksandra Iwanowicz — odpowiedział mu po rosyjsku głos kobiecy z głębi jurty. — Opowiadaj co słychać! Dokąd śpieszysz?... Wstąp... bądź gościem!...
— Sołtys w domu?
— Niema. Poszedł na wiec. W całej dolinie niema chłopów w domu, wszyscy poszli. Zostałyśmy same kobiety, zupełnie wolne — roześmiała się, rzuciła robotę i podeszła do gościa. Ubrana była, jak wszystkie zamożne Jakutki, w długą, jasną perkalową koszulę i kaftan czarny, kamlotowy z bufiastymi rękawami i do figury. Długie, srebrne kolczyki zwieszały się z obu stron smagłej twarzy, a na piersiach brzęczał duży, srebrny krzyż na taśmie srebrnej, ażurowej. Jedwabna, malinowa chusteczka ledwie przykrywała włosy czarne i starannie uczesane. Uważano ją za piękność i istotnie w półświetle jurty wydawała się prawie ładną.