Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Mieszkała jakiś czas w mieście, znała rosyjskie obyczaje i język i dowodziła z dumą, że ma w sobie krew rosyjską.
— Daj kumysu... Wiek wdzięczny będę... Umieram z pragnienia!...
— Może nastawić samowar? Może chcesz herbaty?
— Nie, śpieszę się! Nie boisz się, żeby cię mąż wybił za to, że w jego nieobecności mężczyzn herbatą przyjmujesz?
— Biją mężowie i bez żadnych powodów. Albo oni co wiedzą!... — roześmiała się gospodyni i odeszła w głąb jurty. Aleksander zamyślił się.
— Pij, cudzoziemcze, i niech ci Bóg da zdrowie i siły! — wyrzekła Jakutka, podając mu drewniany rzeźbiony puhar, pełen białego napoju. Kawałki żółtego masła — dowód łaski — pływały po wierzchu. Kobieta nizko pochyliła się, prawie na kolana przed nim przypadła i śmiało zajrzała mu w oczy.
— Tyś piękny! — szepnęła. — Mąż nie prędko wróci!
Aleksander wstał.
— Dawno odszedł?
— Dawno. Zebranie będzie duże. Naco ci ziemia? Weź pieniądze, jeśli nie lubisz brać pokarmu. Pieniądze dadzą ci zawsze, tylko zażądaj... I spokojnie i prędko... To i jutro zdążysz... Jutro nie rozejdą się jeszcze.
— Czy tak twój mąż radzi?
— Nie, nie... to ja radzę. On nic nie radzi. On