Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/279

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Niegodziwcy!... niegodziwcy!... — powtarzał. — Otóż nie! nie dam ja się wam!
I znowu o różnej porze dnia i nocy przechodnie zaczęli spotykać na swej drodze silną, barczystą postać z bronią, przewieszoną przez ramię.
— Cóż ten szatan rosyjski nie śpi, czy co? — mówili. — Włóczy się dokoła swego pola i swoich sieci, jak niedźwiedź dokoła barłogu.
On im nie groził, nie upominał, tylko przeprowadzał każdego długiem, przenikliwem spojrzeniem, a nieznajomych pytał krótko:
— Kto? Skąd i dokąd?
— Niech Bóg uchowa! Kto inny zrobi, a ty odpowiesz! — straszyli się wzajemnie krajowcy, opowiadając sobie o spotkaniu z nim. Jadący, dostrzegłszy go, potrząsali żwawiej batem i zbierali cugle; piesi zdaleka zdejmowali czapki i zbliżali się lękliwie, kiwając głowami.
— Tem lepiej! Rozumieją tylko strach, niech go więc czują.
I nie wzruszała go bladość twarzy ludzi, znienacka w lesie zaskoczonych, drżenie ich warg, strachem rozszerzone źrenice; nie ściskało mu się serce, jak niegdyś, bolesnem uczuciem, że go nie znają, nie pojmują. Nie zbliżał się więcej do nich z łagodną perswazyą.
— Byłem i jestem im życzliwy — mówił teraz — lecz dzicy są, muszą się bać.
Usprawiedliwiał ich nawet do pewnego stopnia,