Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jakut zabrał się raźno do pracy, pełen tęczowych nadziei. A pracy było wiele. Trawa wyrastała, czas było poprawić ogrodzenie dokoła sianożęci, oczyścić łąkę z wody, przegrodzić sąsiednią rzeczkę, która już opadła i łatwo dałaby się ująć w karby, wszystko to, a szczególnie ostatnie trzeba było zrobić koniecznie jeszcze przed końcem tego miesiąca, bo inaczej nie będzie co jeść podczas sianokosu. Chabdżij nieśmiało poprosił gościa o pomoc, tłómacząc, że właściwie i jemu będzie lepiej, gdyż ryby w rzece nadzwyczaj smaczne. Zdziwił się jednak i mocno ucieszył, gdy Kostia, nawet nie przecząc, natychmiast się zgodził.
— Jak niedźwiedź!!! jak niedźwiedź!!! — zachwycony opowiadał żonie wieczorem o swym pomocniku. Lecz Keremes wiedziała o tem lepiej od niego. Czuła jeszcze na swych ramionach ślady żelaznych uścisków Chajłacha. Pracował on teraz wprawdzie z Chabdżijem, ale jej pomimo to nie przestał prześladować. Stał się nawet natrętniejszym. Ale jej łatwiej było go unikać.
Po upływie pewnego czasu Kostia zaprotestował, że nie pójdzie dziś do roboty.
— Dlaczego? — pytał Chabdżij, który już przywykł do jego pomocy.
— Dlatego, że nie i basta. Wam zrobić łaskę, to wy już myślicie, że to obowiązek! Wszystko... chcecie darmo.
Jakut zamilkł i pochylił głowę. Do roboty trzeba