Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Niewielki otwór, utworzony przez kaprysnie zwijające się dokoła liście, pozwalał mu widzieć doskonale całą ścieżkę, biegnącą wzdłuż brzegów jeziora. Ścieżką tą koniecznie musiała iść Keremes. Po chwili ujrzał ją, wychodzącą z lasu. Czas jakiś stała, rozglądając się dokoła, poczem zaczęła zbliżać się ku niemu, zaganiając w stronę domu rozproszone po łące bydło. Nareszcie! Już blizko tuż, tuż... Przez zarośla mignęła czerwona jej chustka.
Zatrzymał oddech. Chwilę jeszcze. Trzasła złamana jej stopą gałązka i kobieta zjawiła się przed nim, wdzięcznym, swobodnym ruchem, rwąc listki krzewu, za którym się on ukrywał. Podniósł się na kolana i chwycił ją w pół:
— Czy mię kochasz? Czym piękny?... — pytał, chyląc ją ku ziemi.
— Zabije!! zabije!... — wyszeptała — blednąc kobieta, lecz nie broniła się.
Późno dnia tego, przyprowadzony przez Jakuta z sąsiedniej jurty, dokąd zaszedł, prosząc o przewodnika, wrócił Kostia do domu. Nie był u księcia, zabłądził i tylko trafem znalazł ludzi, którzy zresztą przyjęli go doskonale, jak opowiadał na drugi dzień Chabdżijowi.
Keremes schyliła się ku ziemi, kryjąc twarz, zalaną gorącym rumieńcem.
Chabdżij markotny obiecywał sam pokazać mu drogę, lecz Kostia podróż odłożył na później. Oszukany jednak uprzejmością i łaskawością chajłacha,