Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


odrzekł krępy, szpakowaty Jakut i rozwiązawszy rzemienie podróżnego odzienia, grzał ręce i piersi u ognia.
— I jak ci nie wstyd?... — mówił Taras do Ani. — Gdyby żył twój ojciec, onby ci...
— Suka, suka! — popędliwie krzyknął ojciec Kechergesa.
Dziewczyna pobladła i wyprostowała się.
— Nie łajcie! — rzekła z dumą. — Nie karmicie wy mnie i nie odziewacie... Nie panowie wy mnie i nie książęta... a coby mój ojciec zrobił — darmo o tem gadać. Ty, Taras, chociażeś mój krewny i stary, czego chcesz ode mnie? Com ja złego zrobiła? Toć on nie maleńki... Choć wy bogaci, ja się was nie boję.
— My popu powiemy, co ty wyrabiasz, on cię nauczy!
— Powiedzcie! — odparła ciszej nieco dziewczyna i z pogardą spojrzała na mówiących. — A ty Kecherges... — zwróciła się do chłopaka, lecz nagle zdziwiona umilkła. Nie było go nigdzie.
Za kominem tylko zatrzeszczały drwa, drzwi stuknęły i ktoś niezgrabnie wyskoczył na dwór.
— Łapaj!... — krzyknęli przybysze i rzucili się za zbiegiem.
Taras zabrał rząd na konia i odzież Kechergesa.
Ania, spuściwszy głowę, stała chwilę u ognia,