Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/85

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stan i odrzuciwszy młode ramiona. Bieg czy też wzruszenie umalowało lekkim rumieńcem jej okrągłe policzki, przez świeże rozwarte usta połyskiwał rząd zębów perłowych, a z pod narzuconej na głowę jasnej chusty wymykały się sploty ciemnych włosów i duży, srebrny kolczyk, którego biały blask mocniej jeszcze uwydatniał bronzowy kolor jej, zalanego obecnie purpurą zorzy, oblicza. Jedną ręką przytrzymywała gałązki chylącego się ku niej krzewu, a w drugiej, opuszczonej ku ziemi, ściskała zieloną łozę; wzrok jej czarnych jak noc, długiemi rzęsami ocienionych oczu, szukał czegoś pośród zarośli. Nie widziała leżącego u jej nóg mężczyzny i jego spojrzenie mogło z zupełną swobodą korzystać z krótkości i prostoty jej ubrania, ubrania dzikiej; — a była młoda i kształtna.
— Posłuchajno! — wyrzekł nagle Kostia, podnosząc się i chwytając ją za rąbek koszuli, lecz kobieta, spostrzegłszy go, krzyknęła, szarpnęła się i znikła w zaroślach. Czas jakiś słychać było, jak szybko przedzierała się przez gąszcz, łamiąc gałęzie i pędząc przed sobą zbłąkane krowy. Kostia próbował rozgniewać się; wołał, by wróciła, klął, groził, lecz w końcu roześmiał się, zerwał na równe nogi, strzepnął zielsko z ubrania i z głowy i powoli poszedł ku domowi.
— Gdzieżeś ty, „nucza“, przepadł? — zagadnął, ujrzawszy go, Chabdżij. — My tu ciebie już dawno czekamy z wieczerzą!