Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rozumie; on jest nieuczony i dziki, nie chcę mieszkać u niego!“ Dobrze?... Czy pójdziesz?... W dodatku jadło...
Kostia parsknął śmiechem. Rozgniewany Chabdżij odsunął się... Podano wieczerzę.
— Rzuć ty te głupstwa, a będziem żyć jak „ludzie“, — rzekł Kostia, biorąc za łyżkę. Ty nie wiesz jeszcze, jaki ja jestem wesoły... Do wszystkiego... co się nazywa, i do tańca, i do śpiewu, do kart... W kopalniach wszyscy mię lubili... O! jak tam wesoło! Pić pewnie i ty lubisz! Tam dużo wódki. A co za figle, co za śpiewy. Chcesz — zanucę ci jeden? Najpiękniejszy! — i zapomniawszy o pełnej łyżce, którą trzymał w ręku, zanucił:

„Znów Łańców ucieczkę zamierzył
Zabrzmiał dzwonek wołając do cel“.
.................

— Cóż ty durniu! Nie słuchasz? — krzyknął na Chabdżija, widząc, że Jakut wstaje od stołu. — Ja z nimi, jak „z ludźmi“, a on!!
Zapanowała chwila głębokiego, przykrego milczenia.
— No, no! Nie bójcie się! — rzekł opamiętawszy się nieco Kostia. — Ja jestem dobry... doprawdy dobry! — i zaczął pośpiesznie, a w milczeniu przebierać swoje manatki... — Ot, na! Weź! Ja jestem dobry, tylko zapomniałem, że wy nie możecie mię rozumieć!... choć zawsze nuta... nuta piękna... Weźże! i tkał w ręce Keremes listek tytoniu. Lecz ta