Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


w innych kątach. Chabdżij ścigając go, krążył dokoła swej chaty, wreszcie u jednego z węgłów krzyk zamarł zduszony. Jakut przyległ do ziemi, bijąc ścianę rękoma, odwalając nogami pokrywający ją nawóz i glinę, wreszcie ucichł, skupiwszy się cały w słuchaniu.
Tu blizko, zaraz po za cienkimi balami z modrzewiu czuł, widział prawie, jak się szarpało, ciężko dysząc, dwoje ludzi, słyszał stuk uderzeń, chrzęst kości, usłyszał raz jeszcze czyjś słaby, żałosny jęk, który wreszcie zamarł na wieki, okropną, powolną gammą konania. Chabdżij słuchał dalej i słyszał wciąż ten jęk, choć w jurcie zapanowała już cisza.
Ocknął się dopiero, gdy jacyś konni, zbrojni ludzie otoczyli jego zagrodę.
Zaczęli go wypytywać, lecz odurzony mruczał tylko coś niewyraźnie. Przybyli, ostrożnie zbadawszy wnętrze jurty przez szpary i okna, podważyli drzwi siekierą i wpadli do środka.
Na podłodze izby leżał trup zamordowanej Keremes. Z rany, otwartej na jej pięknych młodych piersiach, jeszcze się sączył strumyk koralowej krwi, której cała kałuża zebrała się w zagłębieniu gliny.
Nad tą okropną kałużą skurczony siedział Chajłach i chlupał w niej ręką.
— Robię masło! — rzekł z uśmiechem, podnosząc na wchodzących błędne spojrzenie.