Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/221

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W pierwszym szeregu stanęli kniaziowie i sołtysi z medalami na szyjach, z darowanymi za służbę kordelasami u boku, siwowłosi starcy, porządnie odziani bogacze. Za nimi cisnął się szary tłum. Ze środka wystąpił żebrak zgarbiony, na kiju oparty; ziemię koszturem obmacał, odchrząknął i opuścił się na kolana.
Urzędnik zdziwiony wstał.
— Co to za komedya?
— Panie nasz — zaczął starzec, wyciągając ręce... — Jam winien, ja zabiłem Rosyan. Dotychczas przebiegle chowałem się... ze strachu. Teraz wyznaję mój wielki grzech. Zabiłem ich ponieważ krzywdzili nas... mnie krzywdzili! Więcej niż niedźwiedzie i wilki niszczyli oni nasze stada. Ubyło naszego dobytku, skamieniały z gniewu serca nasze. Jurta ich, niby rana gnojąca, wyrosła w naszej okolicy. Kobiety nasze w dzień nawet lękały się mimo niej przechodzić; młodzież nauczyła się pić, grać, polubiła rabunek, a zniechęciła się do pracy. Sił nie stało znosić dłużej!... Wciąż coś ginęło... Rabowali nas... Skarżyliśmy się... Sam wiesz, nieraz prowadziłeś śledztwo... Zawsze wykręcili się, a potem gorzej jeszcze srożyli... Dlatego zabiliśmy ich... ja sam ich zabiłem... Weź mnie, a wypuść niewinnych!... Osądź mię surowo według surowych praw waszych!
— Oszalałeś głupi!... stary i ślepy!... Ledwie chodzisz, a powiadasz, żeś sam zabił trzech doro-