Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


częło mi dokuczać. Próbowałem rozniecić ogień, lecz zapałki zamokły, a jedna jedyna, która się zatliła, nie mogła zapalić mokrego chrustu i drzewa. Narwawszy więc trawy, przykryłem nią nogi, które najwięcej cierpiały od chłodu; opatrzyłem broń, założywszy brandki i otwory luf suchemi pakułami i przytuliwszy się do pnia, próbowałem zasnąć.
W takiem położeniu prędko tępieją od bólu wszystkie czucia: dotykanie, węch, nawet wzrok, jeden słuch tylko robi się niesłychanie delikatnym. Po kilku chwilach jużem słyszał bicie mego serca, szum przelewającej się krwi w żyłach, szept drzew i szelest kłębiącej się mgły — martwa cisza lasu zapełniła się nagle gwarem, ledwie pochwytnym, lecz wciąż wzmagającym. Nagle wśród tych dźwięków mej fantazyi rozległ się odgłos zupełnie realny, który zmusił mię otworzyć oczy. Płynął on z głębi jeziora i podobnym był do miarowych uderzeń wiosła. Wlepiłem oczy w to miejsce, skąd zdał się pochodzić. Zasłona mgły kołysała się nieco; poza nią nizko nad wodą coś majaczyło. Po chwili z cieniów wynurzyła się i wybiegła na jezioro maleńka jakutska „piroga“. Widziałem doskonale wioślarza, jak siedział skulony na jej dnie i uderzał z kolei to prawą to lewą łopatką długiego wiosła, z którego wznoszonych naprzemian końców woda lała się strugą, błyszcząc, jak roztopione srebro.
Wkrótce przybył do brzegu i wyciągnął łódkę