Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wszystko wydawało im się tak błahe, a smutek jednego z nich tak ciężkim i nieuleczalnym.
— Nie smuć się! Czas wszystko złagodzi — szepnął nakoniec Jakób, kładąc rękę na ramieniu towarzysza.
Aleksander spuścił oczy, a wargi mu zadrżały.
— Tyś miał w życiu choć cokolwiek... Teraz masz córkę... Ja nic nie miałem.
— Daj pokój!
— Co zamierzasz robić?... Czy będziesz prosił, aby przenieśli cię bliżej miasta?
— Nie sądzę. Nie myślałem o tem... Plany zostały też same: gospodarstwo... Co tu innego możebne?
Jakób spuścił głowę.
— Wątpię, czy dadzą ziemi...
— Wątpisz, czy tutaj dadzą, cóż więc mówić o okolicach podmiejskich...
— W pobliżu miasta więcej towarzyszy; łatwiej dostać co potrzeba, a teraz będzie ci znacznie więcej potrzeba.
— Rozumie się, byłoby lepiej. Ale co o tem marzyć!... Nim przyjdzie odpowiedź na prośbę, minie miesięcy parę. Mogą odmówić... na pewno nawet odmówią... a ja tymczasem stracę rok cały. Wiosna za pasem — znowu nic nie zasieję. Przytem przeprowadzka związana jest zawsze ze stratą... Nie można zabrać wszystkich drobiazgów, na pozór nic nie znaczących, z których składa się gospodarstwo...