Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


oddam innemu... odmówię... Dość... przepadajcie głupcy! Ja nie myślę zdrowia z wami tracić!...
— Zlituj się nad nami!... pożałuj, ojcze nasz i panie!
— Panie, ja wszystko opowiem... co i jak... całą prawdę!... od samego początku... — wyrzekł niespodzianie jeden z obwinionych, wysoki chłopak z gorączkowo błyszczącemi oczami i energicznym wyrazem twarzy.
Wszyscy z przerażeniem zwrócili się ku niemu; urzędnik pobladł i zerknął na Aleksandra. W jurcie zrobiło się tak cicho, że słychać było szczękanie zębów trzęsących się od wzruszenia ludzi. Pisarz nadstawił uszów i papier bliżej przysunął. Chłopak smutnem spojrzeniem powiódł po obecnych i zaczął dobitnie:
— Sześć lat temu, gdy przywieźli Tatarów, byłem jeszcze małym chłopcem. Tatarzy mieszkali w domu, należącym do gminy. Dobrze mieszkali... jedli... pili — wesoło mieszkali. Zdarzało się, że i mnie częstowali. Gmina dawała im mięso, masło, mąkę. Wiele dawała, nie wiem, o tem wiedzą panowie starsi... ja tylko wiem, że mieszkali wesoło. Później gmina dała im grunta, wybudowała dom niedaleko od mojej sadyby... Zboże siali, ziemię uprawiali, pięknie mieszkali. Najprzedniejsi byli ludzie, dobrzy, bogaci ludzie!... Mego gruntu kawałek przyswoili sobie... Około ziemi chodzili starannie, mieli urodzaje... Za jeziorem też siali. Grunt tam przedziwny... urodzajny... — nowa glina...