Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Do sprawy nie należy... Śpiesz się
— Więc... mieszkali dobrze!... Niczego nie było im dosyć, wciąż żądali, wciąż więcej prosili. Gmina szanowała ich. Bardzo nasza gmina poważała Tatarów. Dawała, co chcieli. Dużo ludzi do nich chodziło: chodzili Rosyanie, chodzili Czerkiesi, chodzili Cyganie... wszystkie ludy chodziły. Kradli konie, kradli krowy... rznęli i jedli. Ilekroć b}do wejść do nich, na ogniu kipiał kociół pełen mięsa. Czasami i gościowi dali kawałek... Żyli, jak się należy, co taić! Syn ich Abdułka pierwszy był w okolicy zuch!... W karty grali, wódkę pili... wesoło żyli...
Tu przerwał sobie, westchnął, spojrzał na zasiedatiela, potem w otwarte okno, na zalaną słońcem okolicę i nagle chytry, zuchwały uśmiech przemknął po jego ustach.
— Co dalej?
— Grali, wódkę pili, ludzi chodziło dużo, i... spalili się — zakończył obojętnie.
Słuchający odetchnęli.
— Ty piłeś? grałeś?
— Zdarzało się. Dlaczego pić nie miałem? A tylko nie Jakuci ich zabili... Czyżby mogli dać radę takim siłaczom!... Zabili ich Rosyanie, ci co wciąż u nich bywali. Zabili ich ludzie zręczni, orężni i śmiałego serca... naprzykład wojenni — żołnierze. Czyż z Jakutów bywają żołnierze? Cesarz znajduje, że Jakuci nie warci być żołnierzami, że nie są bitni... Bywałem u nich, prawda, wódkę piłem, ale jam słaby