Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


robił. Zadowoleni z ciebie jesteśmy i prosimy, bądź taki nadal.
— Daliście mi dom, dostarczacie pokarmu... Wszystko to kosztuje.
— Ba! Sam wiesz, że kosztuje.
— Ziemia nic nie kosztuje. Dajcie mi ziemi, ja będę pracował, będę żył... i nic potrzebować od was nie będę.
— Posłuchaj. Zdarzało się, mówili tak inni. Dawaliśmy, a później ani ziemi, ani spokoju... Karmiliśmy do samego końca. Dlaczego wierzyć mamy?!...
— Widzicie, rozbójnikom, łotrom dawaliście.
— Ze strachu dawaliśmy, ale nie należało dawać.
— Dam wam zobowiązanie na piśmie, że kwituję...
— Co papierek pomoże, jeżeli z głodu umierać będziesz! Z głodu człowiek robi się wściekły.
— Posłuchaj, cudzoziemcze — rzekł kniaź równie jak Aleksander pojednawczo. — Ty mówisz — gruntów dużo. Sami nie orzecie, na co wam ziemia? Czy nie tak?... Dobrze. Żądasz niby niewiele — dziesięciu dziesięcin pewnie. Moglibyśmy odciąć i dać. Przypuśćmy, żeśmy dali: wznosisz zabudowania, orzesz, siejesz — ziemię arendujesz... Pięknie! Pola wasze rozległe, wszędzie płoty i ogrodzenia... Nawbijacie kołków, poznosicie ścieżki, skopiecie najlepsze pastwiska na wzgórzach, gdzie rosną słodkie trawy, gdzie tuczą się nasze stada. Bydlęta, wszędzie spotykając płoty, chodzą ogłupiałe i głodne. Jadła muszą szukać daleko od domu