Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


purpurowe jego usta i końcami zbliżając je do czerwonych, sterczących uszu.
— No... no... dajcie mu pokój — rzeki Taras, wytrząsając fajkę. — Dajcie mu pokój! Niech siedzi.
— Na co mu spokój? on go przecie nie lubi!... — zawołała Ania. — Trzeba było wiedzieć, jak on mię wczoraj uczęstował, gdym go trąciła przypadkiem! Nie trzy dni, ale rok cały trzebaby go głodzić przed weselem, a może wówczas ustatkowałby się.
— No... no... — powtarzał Taras — niech siedzi! Kecherges! — zawołał, zwracając się do chłopaka — idź popatrzeć za końmi. A żywo!... Tu dziewczęta zjedzą cię jeszcze...
Chłopak zerwał się, pochwycił czapkę i wśród ogólnego śmiechu wybiegł za drzwi.


∗             ∗

Nazajutrz, skoro pobladły iskrzące się na niebie gwiazdy i dnieć poczęło, nowożeńcy wyruszyli z ojcem do miasta, pomieściwszy się we troje na dwóch koniach. Przodem jechał Taras, za nim Kecherges, mając Byczę z tyłu za sobą.
— Boisz się? — pytała chłopca dziewczyna, tuląc się do jego szerokich pleców.
Jechali doliną wśród gór. Gęsta mgła pokrywała las, rosnący na stokach; dokoła było cicho, jak zazwyczaj w tajdze; tylko chrzęścił śnieg pod kopy-