Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Bardzo, ledwie, żem krew zatamował!...
— Toś ty może świstał i wołał — spytałem, przypominając sobie dziwny dźwięk, słyszany przed chwilą.
— Ja!... Nie... — zamilkł, i widziałem, jak pochyliwszy się nad łodzią zrobił znak krzyża.
— A ty co tu robisz?... — spytał mię z kolei.
Zawahałem się.
— Kaczek szukam!... — skłamałem, nie chcąc go więcej jeszcze trwożyć.
— Kaczek... — powtórzył i roześmiał się szczerze, a białe jego zęby zaświeciły w ciemności, jak perły. — Kaczki tu nigdy nie bywają!...
— Nie bywają?... Dlaczegóż?... — pytałem, pomagając mu wyciągnąć łódkę krawędzią lasu ku widniejącemu w dali jezioru. Rybak kulał.
— Jeziora są różne... — objaśniał — A tak ich jest wiele w naszym kraju, jak gwiazd na niebie, a i gwiazdy to przecież tylko odbicie ich blasku na chmurach! różne więc są jeziora, jak są różne gwiazdy... Duże, małe, głębokie, że dna nie dosięgniesz i płytkie znów, a bagniste. W jednych ryba tłusta, w drugich chuda, w jednych woda zła, bydlę od niej zdycha, a człowiek choruje, w innych znów czysta, jak powietrze.
Zatrzymaliśmy się nad brzegiem sąsiedniej wody spuściliśmy łódź i wsiedli w nią: rybak na przodzie, ja z tyłu. Zwróceni plecami jeden do drugiego opierając się zlekka o siebie płynęliśmy podobni