Wspomnienia Odessy, Jedysanu i Budżaku/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Wspomnienia Odessy, Jedysanu i Budżaku
Wydawca T. Glücksberg
Data wyd. 1845
Druk T. Glücksberg
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

WSPOMNIENIA
ODESSY,
JEDYSSANU i BUDZAKU.
DZIENNIK
PRZEJAŻDZKI W ROKU 1843.
OD 22 CZERWCA DO 11 WRZEŚNIA.
J. I. KRASZEWSKIEGO,
CZŁONKA CZYNNEGO TOWARZYSTWA ODESSKIEGO HISTORJI I STAROŻYTNOŚCI.
Nulla dies abeat, quin linea
ducta supersit.
Tom piérwszy.
WILNO.
NAKŁAD I DRUK T. GLÜCKSBERGA.
KSIĘGARZA I TYPOGRAFA SZKÓŁ BIAŁORUSKIEGO NAUKOW. OKR.
1845.
Pozwolono drukować pod warunkiem złożenia po wydrukowaniu exemplarzy prawem przepisanych w Komitecie Cenzury. Wilno, dnia 19 Maja 1844 roku.
S O. Cenzora, Koll. Ass. i Kaw.
A. Muchin.

ALEXANDROWI
Hr. PRZEZDZIECKIEMU
przyjacielska pamiątka
od
AUTORA.
Gródek, 1844, w Styczniu


Nulla dies aheat, quin linea
ducta sepersit.
I.
22 Czerwca. Podróżopisarze — Podróże po kraju — Wyjazd z domu — Starożytności gródeckie — Gródek — Czekno — Góra nad Styrem — Mogiła konia włodzimiérzowego — Jarosławicze — Murawica — Młynów — Obrazy nieba — Kozie góry.
22 Czerwca.

Ze wszystkich sposobów opisywania podróży, nie wiém czy nie najlepiéj do smaku naszego wieku, to nowo-przyjęte, tyle krytykowane, (a czasem bardzo słusznie) poufałe zwierzanie się czytelnikom, wszystkich przelotnych swych wrażeń — Ono mu razem maluje kraj zwiedzany i człowieka, który nań patrzał. W wieku, w którym wszystkie indywidualności wyemancypowane, każda ze swą fizjonomją i właściwym charakterem, wysuwają się śmiało, bezwstydnie prawie, na literacką scenę; musiało następstwem konieczném, przyjść i do zmodyfikowania, staroświeckich suchych dzienników podróży. Dawne opisy wędrówek, były to sprawozdania z kraju i miejsc, z dziejów i badań czasem; ale rzadko i chyba wyjątkowo, malowały człowieka co je pisał. Autor, podróżny, występował w nich tylko podrzędnie, w nieodbicie potrzebnych miejscach, (naprzykład, gdy jak Coxe musiał z wielkiém swém strapieniem spać na słomie, jak Klaproth, pod gołém niebem nocować u Władykaukazu) w ogólności zaś, maskował się jak mógł, krył za swym przedmiotem i nie dozwalał swemu ja, zwracać na siebie uwagi, którą ściągał, na opisywane przedmioty. Samo zaś nawet postrzeganie przedmiotów, inném było wcale, inny punkt widzenia rzeczy, które ze strony urzędowéj nadewszystko oglądano.
Inaczéj jest i musi to być dzisiaj. Wszędzie ja tak wielką gra rolę, że nawet w podróży, wybitnie się maluje, często ze szkodą przedmiotu głównego; a sam podróżny, więcéj się daje poznać, od zwiedzanego kraju — Lepiéj to, czy gorzéj, postęp to, czy cofnienie? nie wiémy, badać nie myślimy, nie chcemy jednak ze swego wieku, czasu i obyczajów jego wystąpić; — i dla tego nie obiecujemy nic więcéj czytelnikom naszym, w następującym dzienniku przejazdki, nad sprawozdanie z naszych wrażeń, połączone z treścią poszukiwań i badań, i opisem miejscowości. Z pokorą prosimy, aby nam przebaczono, że większa część przejazdki po własnym kraju, zajmie się szczegółami o nim tylko! przekonani jesteśmy, że gdy wolno zagranicznym podróżnym, zwracać uwagę, jeśli się im trafi być u nas, na najmniejsze i małoważne drobnostki, najczęściéj źle pojęte i nie zrozumiane; tém bardziéj wolno nam, o sobie mówić i pisać, choćby najbardziéj szczegółowie. W tych drobnostkach nie wielkiéj na oko wagi, często się znajdzie ważniejsza nadspodziéwanie nauka, często one naprowadzą nas, na postrzeganie tego, co długo mimo oczu i uszu puszczaliśmy; dla tego tylko, że swoje.
Jeden z najdziwniéj i najmiléj oryginalnych pisarzy współczesnych[1] powiedział, nie pomnę gdzie, że szczególnym wypadkiem, wielce człowieka upokarzającym — wzbudza w nim ciekawość i zajęcie, to tylko, co jest od niego daleko, co trudne do widzenia, co nie wszyscy obaczyć mogą; tak właśnie, jak wszelką pożądliwość wzbudza to, co najtrudniéj jest osiągnąć.
Dla tego to (stara prawda) wszystko nas u obcych zajmuje, w obcym kraju ciekawi, gdy najbardziéj godnych zastanowienia przedmiotów, codziennie się nam przed oczy nawijających, nie mamy nawet chęci obejrzeć. Jest to wielka prawda i smutna dla człowieka, bo dowodzi, że nic nie czyni z przekonania, a najwięcéj z uprzedzeń. Częstokroć do rozbicia téj odrętwiałości i obojętności na własne, potrzeba, aby kto z za granicy przybywszy, ciekawości nam własne pokazał, zwrócił na nie uwagę naszą i nauczył je cenić; gdy zaś kto ze swoich dziwi się czemu, u nas będącemu, unosi nad czém, pospolicie zarzucony bywa śmiechem politowania — potrząsają głową i mówią: — Byłoż nad czém się unosić! o czém pisać!
Podróżujący po Szwajcarji, téj krainie Turystów, tak znanéj i zużytéj; po Anglji tak doskonale wyexplorowanéj pod wszystkiemi względy, nad Renem, co go tysiąckroć opisano, opisano i odmalowano, po krajachı wreszcie innych mniéj pięknych i ciekawych, mają prawo szczegółowemi, podróży swych dziennikami, nas częstować — podróżny po własnym kraju ledwie śmie usta, o bijących już gwałtem w oczy przedmiotach, otworzyć.
Ale maż być tak zawsze? — O! nie — wybaczycie, że powtórnie to już zabierzemy się opisywać wam własny kraj, nie żałując drobnostek i szczegółów, które zdaniem naszém, służąc do obrazu całości, są jego częścią konieczną — Ale czas już zacząć — zaczynajmy więc w Imię Boże.
Postanowiwszy odwiedzić Odessę i brzegi morza czarnego, dla kąpieli morskich, z których mi cuda obiecywano, dla rozigranych nerwów i dokuczliwego reumatyzmu; wybiérałem się z domu dnia 22 Czerwca — Ktoż nie wié, co to jest wybiérać się z domu? — Od 19 wyjeżdżałem, a wyjechać nie mogłem, od 19 to interess jakiś, to wynaleziony pretext umyślnie, zwlekał wyjazd, zawsze stanowczo odkładany na dzień następny. Porzucić żonę, dzieci, dóm, książki, ogród, trójnóg malarski — i wszystkie zaciszy wiejskiéj przyjemności i aby daleko szukać — czego? — zdrowia niby, trochę dystrakcji, a pewnie wiele zawodów, przykrości, niewygód — przerwać prace i zabawy, do których się nawykło — nigdy nie łatwo — Im bliższa była chwila odjazdu, tém dalszą widzieć ją chciałem — Ale nareszcie nadeszła nieubłagana, a człowiek posłuszny swemu postanowieniu, musiał jechać. Opisywać wam nie mogę, i pożegnania i wyboru i troskliwych żony przypomnień i wszystkich tysiąca drobnostek, przeprowadzających do progu, a potém daleko za próg — tęskném przypomnieniem. Ale jakże nie opisać choć króciuchno, miejsca, z którego wyjeżdżałem? Gdyby Gródek był na drodze, wszakżebym go wspomniał; wspomnę więc, choć z niego tylko, wyjeżdżałem.
O kilkanaście werst od Łucka, tego starego miasta Łuczan i Drewlan, Witolda i Swidrygiełły, gdzie Cesarz Zygmunt rzucił kość niezgody, między bracią Władysławem i Witoldem; o którego posiadanie kłóciły się przez kilkaset lat Polska i Ruś – Lubart z Kazimiérzem, potém Korona z Litwą – o kilkanaście werst od Łucka; w pagórkowatéj, gajami dębów, osin i brzóz ubranéj okolicy, na pochyłości wzgórzy, po nad zieloną łąką, przez którą srébrzystą wstęgą wije się rzeczułka — leży Gródek — Samo nazwanie miejsca, zwiastuje wam już starą siedzibę, jaką jest Gródek w istocie, i wszystkie w ogóle miejsca, zwane Horodyszczami, Gródkami, Horodcami. Tysiące tu odwiecznych śladów ludzkiego przejścia, ludzkich walk dawnych; skończonych próchnieniem w ziemi czaszek przebitych i strzał pordzewiałych i serc, co bojowały po nad ziemią; a zamiast żyć spokojnie sobie, żyły sławie i cudzym potrzebom podboju. — Na jednym końcu ku rzeczce, wałem otoczona, jest stara sadyba grodecka, zapewne bolesławowskich czasów sięgająca; — w drugiéj stronie nad błotami u téjże rzeczułki, drugie starsze, może jeszcze Zámczysko, porosłe staremi dęby, zapomniane i dziś nazwane Lisuchą — Oprócz tych dwóch grodków, jest jeszcze na wysokich pagórkach, mnóstwo stérczących mogił, a gdzie pługiem zaorzesz, gdzie się rydlem dotkniesz, wszędzie pokłady ludzkich kości napotykasz, leżące pod ziemią, jak nasienie zgniłe, z którego nic nie zeszło. W lasach dęby porosły na kurhanach odwiecznych, wytrzebiwszy zarośle dębowe, znajdziesz na polu mogiły, mogiły i kości wszędzie; na ostrowach po nad rzeczką, kupami orząc, wyrzucają czaszki ludzkie, wyorują pęki strzał z trzciny, z trójkątnemi żelezcami zerdzewiałemi — Ale walk, które to miejsce zasiały kośćmi, u ludu nié ma nawet wspomnienia, podania o nich żadnego — głucho. Tak dawno odbyły się walki i legły kości!
Miejsc nazwanych Gródkami jest dwa w Łuckiém, a mnóstwo po naszym kraju, w Galicji pode Lwowem, pamiętny śmiercią Jagiełły, nad Bugiem, dawniéj zwany Wolin wedle Naruszewicza, nadający imię ziemi wołyńskiéj, blizko Równego, na Podolu. W każdym z tych Gródków jest ślad dawnych wałów i Zamczyska; bo jego exystencji samo już nazwanie, jest dowodem.
Nasz Gródek, zarówno ze wszystkiemi okolicami Łucka i brzegami Styru, zasianemi Zamkami, horodyszczami, mogiłami, kośćmi, strzały; sięga dawnością swą bolesławowskich na Ruś pochodów — Pamiątką po nich, są mogiły liczne w Czekniu, Krupie, Szeplu, Usickich lasach, Połonce i całéj okolicy. Kroniki nasze wspominają wyraźnie o zaciętych walkach z Rusią, w okolicach Łucka po nad Styrem staczanych; o pobraniu Gródków nie daleko Łucka położonych, przez Bolesława Smiałego, pisze Bielski. O żadnéj zaś poźniejszéj wojnie, któraby ślady takie zostawić mogła, nie wiémy, a pęki strzał dowodzą, że mogiły tutejsze do walk przed XIV wiekiem odnieść potrzeba — Powiadano mi, że w Szeplu, gdzie wioska cała, można powiedzieć, stoi na mogiłach, odkopywano szczątki zbroi żelaznych i ostatki mieczów i dzid.
Ale coż to te mizerne siedemset lat starożytności, przy daleko dawniejszych zabytkach, które tu codziennie odkopują? Dwa razy już, ludzie kopiący sadzawkę i fundamenta budowli, stanęli zadumani, oparci na rydlach, przed ogromnemi kośćmi, które w prostoduszności swojéj, poczytywali za resztki olbrzymich skieletów ludzkich, a które są w istocie szczętami Mammutów i wołów kopalnych, jakich pełno w gliniastych i krédzistych pagórkach naszych. Ostatnią razą, znaleziono tu, wielki róg nie cały i siedem ułamków kości zbutwiałych lub zwapniałych, rozmiarów ogromnych; nie głębiéj nad łokci trzy w glinie.
Nie możemy zadeterminować, do jakiego mianowicie należały źwierzęcia, ale wielkość ich przekonywa, że są zabytkiem stworzeń, dawno już zaginionych.
Na pagórkach, nad łąką i rzeczką, rozsypana wioska, okryta od północy daleko rozpierzchnionemi gajami i wzgórzami — Doliny zielone, pola, laski, urozmaicają śmiejący się świéżością krajobraz. Na ostatniém ku dolinie nad rzekę schodzącém wzgórzu, schowany w drzewach ogrodu, jest domek słomą pokryty — do koła niego, zielone trawniki i kląby, a przed nim łąka i rzeczułka kręto płynąca.
Tu mi już kilka lat życia, spłyneły spokojnie i gdyby nie troski nie oddzielne od posiadania ziemi, gdyby raczéj nie troski, nie oddzielne od kondycji ludzkiéj, (jak dawniéj mówiono) nie byłoby ustronia milszego, roskoszniejszego. Jak ten widok umié się urozmaicać i wdzięczyć w Maju, w Czerwcu, w pogodne dni i nocy letnie, w piękne wieczory jesieni, kiedy mgły jak morzem zaleją dolinę, a księżyc je posrébrzy. Jak pięknie na cichéj brzozowéj dolinie; na górze, co z niéj widać bielejącą Cerkiew korszowską, gaje Podberezia i daleki Kościołek w Nieświczu, którego pamiątki pozbiérał Alex. Przezdziecki. Jak tu młodo, wesoło, cicho, spokojnie i zielono. A z tamtéj góry, na starém Zamczysku na Lisucie, jak piękny u stop widok się rozcieła? Gdyby to było za granicą, jakby się to piękne wydawać musiało? Mnie zaś, choć swoje, choć codzienne, a jednak piękne — piękne, choć jeszcze nie miałem czasu przywiązać się do miejsca; a już je kocham, jak dawno znajome, jakby pamiętne czémś dawno ubiegłém.
W lejący dészcz, wyruszyłem od słomianéj strzechy naszéj — w świat! alboż nie w świat! kiedy aż na brzeg nieznanego morza, w tak odmienny kraj, klima? Żegnaliśmy się w ganku z żoną, dziećmi, zacięto konie, i już jechałem — Przebywszy pagórki nasze i straciwszy z oczu Gródek, którego topole, długo mi jeszcze w pamięci zieleniały, spieszyłem do brzegów Styru, który przebyć miałem po moście w Czekniu. Tu rzeka szérokiem płynie wygłębieniem, wśród oszarpanych niegdyś przez nią brzegów wysokich, których dziś już nie dotyka, wązkiém i nizkiém płynąc łożyskiem. Po nad samą rzeką, za mostem w Czekniu, jest szczególny pagórek. Czy to stary pozostały obryw ziemi, obmytéj do koła wodami, i sam jeden, w wyrwaném zagrzęzły łożysku, czy usyp ręki ludzkiéj; upewnić się trudno. Nagle wznosi się ten pagórek na kilkadziesiąt łokci, w nieforemnym komicznym niby kształcie. Powiadano mi, że na wierzchołku widziano dwa wklęsłe w ziemię kamienie, a lud miał je za mogiły popa i popadzi, może słowiańskiego jeszcze kapłana i kapłanki. Góra ta gliniasta jest jak okoliczne brzegi Styru i zupełnie odpowiada składem swym, obrywom nadstyrowym. Okolice Czekna mile rozweselają, bielejące na około rozsiane Kościołki i Cerkwie, wyglądające z za zielonych drzew, na prawo i lewo — w Jarosławiczach, Białymstoku, Jałowiczach, Nowymstawie, widać mury i podnoszące się strzały Kościołków. W Nowostawie, Dominikanie mieli Klasztór i Kaplicę, których nadania sięgają witoldowskich czasów — Oni tu wznieśli jeszcze kilka Kościołków.
Niedaleko od Czekna, ku Jałowiczom odjechawszy, jest wielka zielona mogiła na błocie, którą uważają (prosty domysł) za mogiłę konia włodzimiérzowego, usypaną jak wiadomo przez wojsko, kędyś nad styrowym brzegiem; — lecz tego twierdzenia nic nie dowodzi. Pod Krupą, którą opuszczamy w lewo, mnóstwo mogił i kopców, każą wnosić, że tu może było miejsce potyczki Bolesława z wojskiém ruskiém; gdzie Błud przynaglił do boju naśmiewając się i urągając otyłości królewskiéj. Opuszczając Jarosławicze, także starą, jak widać z nazwiska, słowiańską sadybę Jarosława jakiegoś; wyjeżdżamy na pocztowy gościniec z Łucka do Dubna wiodący.
Trakt wije się przez pagórki i doliny, gajami pokryte dębowemi — Przebywszy ostatni, którego skraje ku Dubnu, sośnina już zalega, gołą drogą, dojeżdża się do Murawicy.
Murawica, ma być bardzo starą osadą, a wedle podań miejscowych, starsza i niegdyś znakomitsza od Dubna, które oznaczać miano wyrażeniem: Dubno pod Murawicą. Dziś ze starego miasta, został rynek, ostawiony kletkami żydowskiemi, wieś do niego przytykająca, Synagoga żydowska, okopisko pełne starych mchem porosłych kamieni, a za miasteczkiem ku Młynowu jadąc, na prawo od gościńca, w błocie siedzący goły wał starego Zamczyska, na dalekiem tle drzew malujący się swą płową zieloną szatą, u stop milczącego okopu, nad-ikwiańskie gnije błoto, wiją się tataraki, porastają trzciny — rosną trawy, mieszkańcy trzęsawisk i stojących wód.
Na dawnym Zamku pusto, ani śladu muru, ani jednego drzewka. Okop sam nie wielki. Jeśli istotnie miasteczko Murawica, jest tak stare, jak chcą miejscowe podania, (o czém przekonać się dla braku lokalnych dokumentów bardzo trudno); blizko leżący Młynów nad Ikwą, musiał niechybnie łączyć się z nią i jedno stanowić.
Nie wiémy jak też dawne miasteczko Młynów; stawy na Ikwie młynowskie, wspomina Rzączyński, w XVIII w., już exystowało, rezydencją zaś główną, ostatni członkowie familji Chodkiewiczów, tu przenieśli. Nad piękną dość wodą, widzisz zielony wzgóreczek, wysokie drzewa, część ogrodu i bielejący pałac, który pamiętny będzie na przyszłość mieszkaniem Alexandra Chodkiewicza, pracowitego badacza tajników natury, znakomitego Chemika, po którym uszczuplony majạtek wprawdzie, ale piękne dziedzictwo sławy i piękny przykład pracy wzięli synowie.
Długi to długi dzień Czerwcowy! chmury się rozbiły w czasie popasu w Młynowie, i gdym ztąd prostszą drogą mijając Dubno, wyjechał do Warkowicz, rozrzedniały dżdżyste obłoki, ukazywać się poczęło słońce i dziwnie malować, choć nad mniéj pięknym krajem.
Zbliżając się zdaleka ku pasmu gór kozich (pod témże nazwiskiem znanych w starożytności) siniejących na ostatnich planach obrazu, otoczony byłem, krzyżującémi się obłoki, z których gdzie niegdzie szaremi smugi lał dészcz, na których jaśniały rozwite tęcze. Swiatła i cienie harmonijnie poukładane, stanowiły na niebie, jeden z najpiękniejszych, jakie w życiu pamiętam, obrazów.
Wprost przede mną nad koziemi góry, zwieszały się chmury, lejące dészczem rzęsistym. Uważałem, że wyższe mianowicie wierzchołki, ściągały na siebie ulewę, po nad niższemi przesuwały się chmury, zatrzymując dészcz w sobie; a wierzchy tylko grzbietu w oddaleniu, łączyły się siwą szatą dészczu z obłokami. Nad samą głową moją, rozwijała się tęcza ogromna, któréj końce, widziałem wyraźnie, tuż blizko, rozesłane na polu i lekko farbujące ziemię. Cudna ta wstęga na czole niebios, pokrajanych sinemi chmury, lazurowemi czystemi kawałki, biało-złocistemi obłoczki, odbijała się na nich jak wieniec na skroni nieśmiertelnéj dziewicy. Mój Boże, coż to za cudowny był widok i któryż malarz byłby w stanie, przenieść tę rozmaitość barw powietrznych na płótno, oświetlić je tak, jak tu je słońce oświetlało, w przerwanych cieniach tego ogromnego i ruchomego obrazu. Wielką jest Sztuka, wielką, bo w niéj tylko naśladowanie natury, narzędziem wydania myśli; ale gdyby naśladowanie natury, było, jak dawniéj pojmowano, jéj celem, musielibyśmy wyznać, że Sztuka jest mizerném i niedołężném naśladowaniem, barwy jéj ciemne; a wysiłki jéj nawet i arcy-dzieła, tylko jak przypomnienia słabe, zadowolnić mogą.
Wspomnieliśmy wyżéj, że góry kozie, znane były w greckiéj starożytności, pod tém samém nazwaniem nawet. Jest to pasmo ciągnące się od Karpatów. Powiadano mi, że świéżo znalazł w nich Prof. Zienowicz węgiel kamienny. Tenże obserwował, że wszystkie góry od zachodu są strome, a ku zachodowi lekko rozpłaszczone łączą się niepostrzeżenie z dolinami. Formacją ich tłumaczy znakomity ten Chemik, wirami potopowych zalewów. Oprócz węgla, o którym świeżo mieliśmy wiadomość, zawierają one w pokładach gliny, margle różne i kamień muszlowiec listkowaty, porowaty, którego tu używają na fundamenta budowli i do wypalania wapna; niekiedy pokłady grubego żwiru — Porosłe są drobnym lasem, a raczéj krzewami, dębiny, leszczyny, kaliny, głogów i t. p. — Rzadką, ale nie bezprzykładną jest sosna. Piękny gaj wysokich, ale cale inaczéj rosnących tu, niż w Polesiach, ukazuje się zjeżdżającemu z góry od Córkowa ku Uizdźcom, na górach uizdeckich.
Spoźnionym już wieczorem, przebiegłszy dobrych dziewięć mil drogi, stanąłem u P. Kazimiérza, gdzie jeszcze dzień spocząć i mile przegawędzić miałem, przypatrując się utworom jego pęzla, rozprawiając o lubéj nam obu Sztuce. Przyjacielskie powitanie, zamknęło ten dzień, poczęty pożegnaniem w Gródku.




II.
23 i 24 Czerwca. Uizdźce. Tajgóry — Zameczek w Tajgórach — Annopol.
23. Czerwca.

Następujący cały dzień spędziłem w miłém towarzystwie Kazimiérza. Układając na jutro drogę, z przyjemnością dowiedziałem się, że wiodła nas na Tajgóry, gdzie stary Zameczek oddawna wzbudzał moją ciekawość, a dotąd obejrzéć go lepiéj i szczegółowiéj, nie miałem zręczności. Kazimiérz mnie do Annopola przeprowadzić obiecywał, a jadąc na Tajgóry, mieliśmy zyskać widok Zameczku i drogę naszą skrócić.
24 Czerwca. Pogodny, wiosenny, zielony, cudny — wschodem słońca strojny, wszedł ranek Kupały, a my już z Kazimiérzem byliśmy witając go, w karjolce, która się posuwała przerzynając pasma pięknych gór kozich, jary i wąwozy — przez wsi u brzegów błyszczących blaskiem poranku stawów — ku Tajgórom. Po więcéj niż godzinnéj drodze, wychyliliśmy się z dębowego lasku, i ujrzeli przed sobą, na panującym po nad okolicą pagórku, mury starego Zameczku. Ściany jego, ciemno na błyszczącém wschodowém niebie malowały się, z górą zieloną, pokrajaną starym, dziś zrównanym po większéj części i darnią porosłym wałem. Na lewo, z drzew ciemnych wychylał się biały Kościołek z wywieszoną w téj chwili chorągwią odpustową na wieżyczce. — Obok dzwonnica, daléj wioska rozsypana w dole, drzewa i chaty szare.

Widok to był nęcący i stanąwszy w pośród drogi, poczęliśmy oba temperować ołówki, dobywać książek, nareszcie rysować. Ale coż to rysunek, co jest obraz niemy, przy widoku natury pełnéj życia, ruchu, zawsze jednéj, a coraz zmieniającéj wyraz twarzy, w poranek, w południe, na wieczor, na pogody i burze.
Odrysowawszy ten piérwszy widok ogólny, zeszliśmy z pagórka powoli, przez wieś, szukając wchodu na górę zamkową, do starych rozwalin. — We wsi cicho było — Starzec jakiś szedł z kijem w ręku, pozdrawiając nas —
— Sława Bohu!
Dziewczyna z wiadrami uśmiéchając się biegła po wodę, w białéj koszuli, z zaplecionemi włosy, ubranemi w czerwone kwiatki, widocznie na dzisiejsze święto strojna. Nawet spodniczkę miała barwiastą, jaskrawą.
U stóp góry w drzewach, stoi domek, nie wiém księdza, czy rządzcy. Minąwszy go, poczęliśmy się wdzierać na wały. Wysokie one jeszcze są i strome, a po nich wiodąca ścieżka pastuszków i dzieci, co się bawią na Zamczysku — dość niewygodnie wiła się ku górze. Zadyszaliśmy się dobrze, póki na górną fossę dostali, po pod ściany Zamku. Tu go okrążyć musieliśmy, aby doń wejść główną bramą, bośmy się znajdowali z tyłu, a wrota obrócone są ku południo-wschodowi.
Fossa zarosła cała kolącemi osty, pokaleczyła nam dobrze nogi, i nie jeden bolesno wesoły wykrzyknik wyrwała. Staliśmy w miejscu dawnego mostu, wprost głównego wejścia, na kupach gruzów. Pastuszek z kilką krowami, które wypędził na rosę, siedział milczący, drzémiący, sam jeden, w cieniu. Na widok szturmujących do Zamku, pokłonił się i z krowami swémi umknął. My odważnie posunęliśmy się przez sklepienie wrót wewnątrz.
Ruina — dziwnie upadła ruina, choć mury nie noszą wcale cech wielkiéj starożytności, i zapewne stawione, lub przynajmniéj znacznie odnawiane, bardzo jeszcze nie dawno być musiały. Architektura nad XVIII lub XVII wiek nie sięga; budowy jednak dwóch baszt narożnych głównego frontu, są pewnie daleko starsze.
Zameczek stoi na wierzchołku góry, i co najdziwniejsza, przeciw powszechnemu zwyczajowi, nié ma śladu, aby kiedy mógł być wodą oblany — Panuje on okolicy całéj. Zabudowany w nie wielki prostokąt, ale tylko we trzy ramiona: nie widać, aby czwarte kiedy exystować miało. I to także anormalne — To zaś skrzydło, które się zwraca ku nie zajętéj niczem stronie prostokątu, ma w sobie gęste strzelnice, jakby do obrony czwartego boku przeznaczone.
Na przeciw niego ku południu, stromo spada wzgórze, kilką stopniami w dół. Ta spadzistość góry, bronić ją musiała. Głębokie, kilko-piętrowe lochy, wszędzie się pod rozwalonemi izby ciągną, mogliśmy w nie kilkakrotnie zajrzeć, bo sklepienia w wielu miejscach széroko rozwalone, wzrok w ciemne, tajemnicze głębie puszczały. Na gruzach cegieł, porastały bogato, żywo, swobodnie, ogromne osty, towarzysze ruin, spadkobiercy zniszczenia. Weszliśmy w dolną okrągłą izbę lewéj baszty zamkowéj, w któréj jedna strzelnica, na umieszczenie działa przygotowana, dawała teraz dziwne światełko. Tynki jeszcze się tu trzymały sklepień, a w zachodniém skrzydle na nich nieforemne czerwono zarysowane malowideł szczątki pozostały, wyobrażające niepojęte przedmioty, niezgrabnie jedną farbą namazane. W jednym z tych obrazów rudi Minerwa narysowanych, zdawało się nam rozeznawać, przyjęcie gości przez gospodarza wychodzącego przeciw nim na ganek. Na innych były jakieś wojska. Ze skrzydła zachodniego, z którego nad głowami naszemi obrywały się cegły, padając z łoskotem pod nogi, stanąłem rysować wejście i wrota, dosyć ozdobne wewnątrz, i choć śpiesząc, pochwyciłem główny zarys téj pięknéj ruiny, w któréj jeszcze przed trzydziestą nie spełna laty, mieszkali ludzie. Pan E. Tarsza mieści w niéj scenę jednéj ze swych powieści nowych.
Schowawszy powtóre podróżne albumy i ołówki, spuściliśmy się ze strony odkrytéj i pozbawionéj ściany, dla obejrzenia studni, która na niższym stopniu wałów w téj stronie się znajduje. Studnia ta okrągła, bardzo pięknie obrobionym szarym kamieniem ocembrowana, dziś już zupełnie sucha, i ledwie na kilkanaście łokci głęboka, pełna teraz kijów, kamieni, gruzu — Może to była cysterna nie studnia; osądzić teraz trudno, i do znacznéj chyba dochodząc głębokości, wody w sobie zawierać mogła, któréj teraz śladu nie zostało. Pobłądziwszy jeszcze czas jakiś po zwaliskach, które uroczo do serca, swém posępném opustoszeniem przemawiały, zapisałem pod rysunkiem Tajgór, tych kilka wierszy na pamiątkę.

Trup to dzisiaj — z którego dzisiaj co godzina,
Czas — robak, ciało przegniłe wyjada,
A każda cegła, która z gzémsów spada,
Głosem proroczym przychodniom powiada —
Z wszystkiego w świecie trupy i ruina.
Z Zamków, narodów, z sławy i miłości,
Trup tylko — garstka popiołów i kości.

Nie mogłem się nic dowiedzieć o dawności i historji Zameczku w Tajgórach — Pośpiech w podróży, nie dozwolił mi z żalem moim, zajść do Proboszcza, któryby zapewne choć trochę mógł objaśnić. Sądzę jednak, że budowa początkowa musiała być bardzo stara, a nowe poprawy i restauracje przed ostatniém zniszczeniem, nadały jéj tę fizjonomją świéższą, jaką teraz nosi.
Tajgóry czy Tajkury, należały dawniéj do rodziny Pepłowskich, potém do Margrabiów Myszkowskich, potém do Bnińskich, do Sroczyńskich, do Głembockich, którzy zaciągnęli na nie pożyczkę w Banku hollenderskim, bardzo znacznéj summy; potém do Ilińskich. Zajęte przez skarb, który dług hollenderski przejął na siebie; powrócone świeżo Ilińskim zostały, z obowiązkiem częściowéj wypłaty długu. Nie dowiedzieliśmy się nawet żadnego z tych podań, jakie zwykle lud przywiązuje do gruzów, i musiałem przestając na zdobytych rysunkach, ograniczyć się niémi. Piekło już dobrze słońce, gdyśmy z Tajgór wyjeżdżali, daléj na Buhryn, ku Annopolowi się kierując.
O mieścinie Annopolu, (zapewne dawniéj noszącéj inne nazwisko?) o któréj mówiłem już raz we Wspomnieniach Wołynia, nie mamy nic do powiedzenia.
Miasteczko to, należące dziś do Jabłonowskich, w płaskiém położeniu, nie ładne, nie odznacza się niczém. Świéżo tylko odnowiony pałacyk bieleje w starym ogrodzie, którego piękne drzewa powiewają, zwieszone nad drogą. W miasteczku pusto coś i smutno. W karczmie, w któréj znowu popasać zatrzymaliśmy się, złapałem do albumu, oryginalnie głupowatą fizjonomją introligatora, jak w Buhrynie rozczochranego starca, cośmy go napotkali u karczmy, nie daleko przewozu. Pokończyłem także rysunki tajgórskie, póki świéżo jeszcze w pamięci miałem to miejsce, i mogłem, co brakło, dopełnić wykończeniem. Tu rozstaliśmy się z Kazimiérzem, który daléj już przeprowadzać mnie nie mógł, i ja posunąłem się ku Prawutynowi, a on nazad do domu.
Resztę dnia, szybko przebiegłszy Berezdów, i dostawszy się do Prawutyna, przepędziłem z częścią znaczną następującego, w tém miejscu.




III.
25 Czerwca. Prawutyn. Pamiątki po J P. Woroniczu Arcy-Biskupie i Prymasie. Huta, Korczyk, Tartak w lesie Szepetówka, Mogiła, Horodyszcze, Hryców i t. d. 26, 27 i 28 Czerwca.
25 Czerwca.


Są miejsca, które człowiek taką czcią otacza, że ich tknąć piórem nie śmie. Do takich dla mnie należy Prawutyn; jednakże nie wspomnieć w tak szczegółowym dzienniku podróży, o nim, byłoby grzechem; bo w nim oprócz tego, co jest dla serca mojego, znajduje się także wiele zajmującego dla wszystkich. — Nieodżałowanéj pamięci Wojciech Woronicz zamknął w nim, za życia swego jeszcze, pamiątki, jakie mu się dostały, po rodzonym jego bracie wielkiéj pamięci Biskupie krakowskim, potém Prymasie Królestwa, Janie Pawle Woroniczu.

Ilekroć patrzę na wizerunki tego wielkiego poety i Arcykapłana, tak nierozerwanie z całą przeszłością wiążącego się węzłem charakteru swego i świętości —; ilekroć to poważne a łagodne, piękne a smutne oblicze, na martwém płótnie oglądam, tyle razy płaczę, żem go żywego nie widział, nie słuchał, i że mi się dostało, podziwiać go i czcić dopiéro po śmierci.
Z niedawno zgasłych wielkich mężów, z niedawno zgasłych poetów, co się wiązali silnie z przeszłością, a wzbudzili najmocniéj współczucie żyjących z niémi — postać to najpoważniejsza, największa, najsilniéj i najsamoistniéj poetyczna, najbardziéj nasza. Ktoż nie czytał jego pieśni, jego Sybilli, ułamków Assarmota; komu on westchnienia i łzy nie wydarł, kogo nie poruszył do głębi?
A jednak, w chwili, gdy to piszę, jak rzadki głos wspomni jego zasłużone, nieśmiertélne imię? jak mało o nim pamiętają? Jak go nie pojęto, a co gorzéj, może jak haniebnie prędko zapomniano? Nie mamy dotąd, porządnéj, pełnéj edycji dzieł jego, nie mamy ich wszystkich w ręku, nie możemy nawet ocenić, jak powinniśmy. Ciężki to grzech, żeśmy się dotąd o to nie postarali. Woronicz był niechybnie w ostatniéj epoce sam jeden z Brodzińskim, najbardziéj narodowym poetą; wszystko co wyśpiéwał, z wielkiéj duszy uczuciem przejętéj płynąc, składało się w dziwnie energiczne obrazy. Każde jego słowo, maluje go, każda pozostałość po nim, dopełnia tego obrazu.
Całe życie Jana Pawła, było pieśnią w pół wieszczą, w pół smutną; jedną stroną do przeszłości, drugą do terazniejszości skarlałéj i smutnéj zwróconą. — W pałacu Biskupów krakowskich, w Krakowie, widzisz co krok tego człowieka; bo myśli swoje, uczucia swoje, ręką Stachowicza wyrył na wszystkich ścianach gmachu. Co go tylko otaczało, świadczy jakim był, co myślał i jak czuł głęboko. Nié ma szczątku z jego puścizny, coby nie dopełniał obrazu tego wielkiego człowieka, téj historycznéj postaci, mającéj z laty wyrosnąć jeszcze.
W Prawutynie kilka mianowicie pamiątek po nim zastanawia. Piérwszą jest dar Kapituły krakowskiéj, z daru jéj niegdyś uczynionego przez Królowę Jadwigę; Ołtarzyk domowy, niegdyś własność téj bohatérki poświęcenia — z kości słoniowéj wyrobiony, w ramach z okiennicą, poźniéj dorobionych, zamknięty. Na wierzchu ich napis świadczy, że Ołtarz ten do Królowéj Jadwigi należał. We wnątrz na axamicie w górze krzyż, poniżéj medaljony, a w dole na czworo rozdzielona płaskorzeźba, w gotyckich ozdobach, cztéry sceny z życia Chrystusa wyobrażająca. Jest to pamiątka, i Sztukę obchodząca i narodowa i familijna w ostatku. Portrety Prymasa składają drugą puściznę, trzecią obrazy. Jeden z nich mianowicie zasługuje na uwagę — Malował go Stachowicz, i zdaje się być nie skończony; lub myślą bydź tylko do większego. W nie wielkiéj obszerności ramach: u góry jest Matka Najświętsza Częstochowska, po niżéj w kilku rzędach klęczą, wszyscy Święci Patronowie i Męczennicy polscy, począwszy od śś.: Stanisława, Kazimiérza, Wacława, Florjana, Wojciecha i t. d. aż do Zakonników różnych i wszelkiego stanu świętobliwych ludzi. U stop każdego w obłoku, nie dostrzeżonemi głoski, napisane Imię świętego. — Pomysł tego obrazu niechybnie jest Jana Pawła, zawieszony był w jego pokoju. Nic tu nie powiémy o rękopismach, najdroższéj pamiątce Jana Pawła, bo te teraz się jeszcze nie znajdują w Prawutynie. Może poźniéj szczęśliwi będziemy i ujrzymy je wydane na świat. Jeden z kałamarzów po wielkim poecie, stał się teraz naszą własnością — chowamy go jak relikwję.
Ponieważ życie Jana Pawła, mało bardzo jest znane u nas, nie od rzeczy tu może będzie, króciuchno je przypomnieć, wedle pięknéj biografji ś. p. Kazimiérza Brodzińskiego, który umiał ocenić narodowego wieszcza.
Jan Paweł Woronicz urodził się na Wołyniu z ojca Jana i Marjanny z Kmitów, roku 1757. Piérwsze początki nauk odebrał u Jezuitów w Ostrogu i tamże wstąpił do Zakonu, obrawszy życie, do którego czuł nieprzełamane powołanie. Uzupełnił nauki w Warszawie u XX. Missjonarzy, i po kassacie Zakonu, zwrócił na siebie jako poeta, jako Kapłan, oczy miłośników nauk, a szczególniéj naówczas Kaspra Cieciszowskiego, Biskupa kijowskiego. — Szczególniéj, powiada Brodziński, zwrócił uwagę, wiersz jego, na Salę marmurową w Zamku królewskim. Słusznie biograf powiada, że utwór Jana Pawła, porównany z Odami Naruszewicza i Kniaznina, daleko je uczuciem zostawuje za sobą. Do utworów młodości należą także owe pieśni wiejskie 1782 roku w Osiecku wyśpiewane, których świéżości dość się wychwalić nie podobna. Ale sława poetyczna Jana Pawła, w ciągu panowania Stanisława, zostawała w cieniu; daleko mniéj od niego jéj godni, okryci byli blaskiem, gdy skromny i obowiązkom swego stanu oddany Kapłan, ceniony mianowicie jako duchowny, nie sięgał nawet po wieńce. Oceniony nareszcie, i począwszy zawód wyższy, dający mu przystęp do dworu królewskiego; Jan Paweł wyrzec się go musiał wkrótce, nie umiejąc go pogodzić z prawością swego niezłomnego charakteru. W czasie rozbioru, usunął się i żył na wiejskiém Probostwie, naprzód w Litwie, poźniéj w Kazimierzu, nareszcie w Powsinie, blizko Wilanowa.
Tu Jan Paweł obowiązki Kaznodziei, dopełnił z rzadką, i jemu tylko właściwą gorliwością i zastosowaniem się do stanu umysłów i ludzi. Wiejskie kazania Woronicza, są cudne abnegacją genjuszu, co się z nadzwyczajną sztuką serca, zniża do pojęcia słuchaczów swoich. „On przyszły najwyższy Kapłan na ziemi polskiéj, powiada Brodziński, zajęty jest dobrem swojéj gromadki, jakby całego narodu, ów przyszły mowca najznakomitszy w stolicy, którego głos towarzyszył wszystkim pamiętnym uroczystościom narodu; z tém samém natchnieniem religijném i mowczem, obchodzi Święta swéj Parafji i wymową rozrzewnia.“
A jednak pomimo prostoty swéj, gdy przemawia do wieśniaków, jest tak wielkim i poetycznym, iż trudno mu z całą sztuką i wyniosłością Kaznodziejom dworów królewskich, dorównać. Co to naprzykład za zwrot cudny, który cytuje Brodziński, jaka w nim uroczysta, smętna, prorocza powaga i namaszczenie!
„— Rozrzewnienia zataić nie mogę — że rzuciwszy okiem na te zwaliska i obaliny, na te zabytki bogobojnych rodziców waszych, wcale inną postać znajduję tego Miasta i Kościoła, od sławnéj i okazałéj postaci, któréj z dawnych dziejów i rozmaitych dowodów nauczyłem się. I toż to jest miasto, niegdyś ozdobne i sławne po ziemi całéj? Tenże to Kazimiérz, któremu jeden z największych Królów, imię i początek nadał? Wyż to potomki owych poważnych miasta tego obywatelów, których starożytne nagrobki przypominają? – Odmieniło się wszystko i co mówił Prorok o Jerozolimie, prawdzi się co do litery o nas: Zagrzęzły i zawisły w ziemi bramy i mury ich. Umilkli starzy i głowy posypali popiołem, poklaskiwali przechodzący przez drogę, poswistywali i potrząsali głową, mówiąc: — I toż to jest miasto?? —“
Od roku 1796 do 1809, utworzył Jan Paweł większą część najznakomitszych swych poezji: Świątynią Sybilli, trzy pieśni Lechiady, Hymn do Boga, Assarmota... W sędziwym już wieku, pisze Brodziński, i w stanie ciężkich swych cierpień, z żalem często wspominał Woronicz, iż poematu — Jagiellonida, który go najwięcéj zajmował, którego plan szczegółowy dokonał, uskutecznić nie mógł; żalił się oraz, że go przyjaciele namowami swemi do innych prac skłonili.“
Słusznie daléj uważa tenże, iż Woronicz, byłby stanął w rzędzie najcelniejszych jenjuszów, obok Danta i Miltona, gdyby był wszystkie siły swoje, na wylanie i dokończenie dzieł ważnych, poczętych, poświęcił. — „Wychowaniec saméj tylko Religji i narodu, z Bibliją i kroniką w ręku, nie zwracając uwagi na postęp i zdanie nowego świata, wzniosły w starożytnéj prostocie swojéj, sam jeden stoi w swym czasie, jak nad gruzami zapomnianego Kościołka stary modrzew, wieczną zielonością i szumem swoim, do dumań wzywając.“
Po utworzeniu W. Xięstwa Warszawskiego, wezwany do Rady Stanu, wsławił się tu jako mowca nieporównany — On jeden po Skardze odziedziczył tę tajemniczą wielkość połączoną z prostotą, któréj sztuką dosiądz nie podobna, którą tylko serce daje.
W r. 1815 Biskup krakowski, poźniéj Arcy-Biskup, Prymas Królestwa, na tych dwóch stanowiskach wielkich, godnym ich się ukazał; już talentami i jenjuszem, już prawością niepokalaną charakteru — Ale niedługo dano było, cieszyć się nim krajowi. Zwątlony chorobą, napróżno zdrowia u wod szukając, przeniosł się do wieczności 1829 roku w Wiedniu. Zwłoki jego, wedle życzenia, sprowadzone do Krakowa, z najwyższą czcią tam pogrzebione zostały.
Wiele pism jego nie pokończonych, pozostały czekając, aż je ręka czyjaś — z ukrycia na świat wyniesie – Jakkolwiek nie dokonane, ważną one będą dla Literatury zdobyczą; i pozyskania jéj, jak najrychlejszego, pragniemy najgoręcéj.
Nazajutrz nad wieczorem, musiałem opuścić Prawutyn i w dalszą jechać drogę, do Kisiel, gdzie mnie czekano, z wyjazdem do Odessy. Droga wiodła mnie na Hutę, lasami do Szepetówki, dokąd chciałem na noc zdążyć. Jeszcze się nie zmierzchło, gdym był między Hutą a Korczykiem; na lewo w dość znacznéj odległości od drogi, postrzegłem jakiś okop, jakby wał obozu, lub starego Zamczyska. Zanotowałem go sobie, ale nie wiedząc coby znaczył; dopiéro poźniéj doszedłem jak mi się zdaje jego przeznaczenia i pochodzenia. Wspomina bowiem sam Twardowski[2] jako:

Wódz jeden (kozacki) uszedł do Korczyka,
Czego nasi zarazem doszedłszy z języka
Poszli tam téjże nocy i on z nim spalili
Jego przecie samego znowu wypuścili.
Wszakże korzyść dostaną ogniowi odjęli
Armatę i chorągwi jedenaście wzięli.

Zdaje mi się właśnie, że to o tym, a nie innym Korczyku mowa; okop ten może wskazywać miejsce starego grodziska lub sadyby, która poźniéj daléj się po pożarze przeniosła ze zgorzeliska, wedle zwyczaju wieśniaków. Wieś ta należy teraz do XXżąt Sanguszków, co łatwo poznać, po budowie karczmy, nawet, po wrotach i dachówką krytych strażniczych budkach, przy wisznicach wychodzących na łany. Odtąd już, aż do Szepetówki, jedzie się ziemią Lubartowiczów, po szerokiéj i dość dobréj drodze. Mnie słońce w Korczyku już zapadać zaczęło, a gdym na groblę wyjechał, kierując się daléj, już pastuszkowie na nocleg konie wiedli, xiężyc w pełni, zastępca słońca, wypłynął na niebiosa i przyświécał, razem z łuną zachodnią — wjechałem w piękny i gęsty las, który czerwcową wonią świéżości i wiosny, cały oddychał. I ja szeroką piersią połykałem to powietrze, tak czyste, tak zdrowe, zapachem rozkwitłych kwiatów i rodzinnéj ziemi przesiękłe. Noc była cicha, srebrzysta, pachnąca, roskoszna, słowiki ją śpiéwały koło mnie; wolno ciągnąłem się zaroślami i lasem; a gdy już xiężyc dobrze wypłynął na niebo, dojechałem do tartaku w lesie, gdzie karczemka nad stawem, otoczonym borem zewsząd i kilka chatek stoi. Oświeconemu xiężycem w pełni, tak mi się obraz dzikiego ustronia, ciszy głuchéj przerywanéj tylko piłą tartaku i krzykiem kaczek dzikich podobał, żem nie chcąc dojeżdżać do Szepetówki, postanowił tu zanocować. I nie żal mi było tego postanowienia, w miasteczku gwar, żydowstwo, niepokój; tu wieś, cisza, głuchy las — i tak swobodnie można było usiadłszy na progu, dowoli się napatrzać pięknemu stawowi, całkiem parami pokrytemu, czerniejącym po nad brzegami jego lasom, — oddychając powietrzem pełnem, woni wieczornéj.
26 Czerwca. Nazajutrz ze wschodzącém słońcem, zapisawszy w mój album, widok tego stawu i lasu naprędce; ruszyłem do Szepetówki. Spiące jeszcze przejechałem miasteczko, dążąc do Horodyszcza. Kilku jednak chorych, już po ogrodzie przy łazienkach mineralnych, przechadzających się, postrzegłem. Minąwszy łazienki i nowe jakieś pozaczynane budowy, mające zdobić miasteczko, posunąłem się ku Horodyszczu; ale udawszy się zbyt w prawo, zbłądziłem i nałożywszy w nie ciekawym stepie z milę drogi, zawrócić musiałem na lewo.
Nie żałowałem jednak tego obłędu i straty czasu, znalazłszy nie daleko Horodyszcza, oryginalną i niezwyczajnych kształtów, starą mogiłę do odrysowania (złożoną jakby z dwóch części: podstawy i ostro-kręgu na niéj stojącego); — potém samo Horodyszcze, już z nowéj i nieznajoméj, oglądając strony. Dawny Klasztor XX. Karmelitów, ukazał mi się na tle zarosłych krzakami gór, wysoko wznosząc dwie swe wysmukłe wieżyczki i białe mury Kościoła, z otaczającemi go zabudowaniami.
Nie mogłem wytrzymać, żeby nie rysować, korzystając radośnie z dosyć smętnego porwania się uprzęży, siadłem przenosić na papier Horodyszcze i choć z téj strony mniéj ono może ładne, bo pozbawione wody, któréj wcale ztąd nie widać, a dojeżdżając zwykłą od Szepetówki drogą, staw się u stop wzgórza rozléwa.
O Horodyszczu i podaniu do tutejszéj Cerkwi przywiązaném, mówiłem we Wspomnieniach Wołynia[3], tu już więc zamilczę.
Minąłem je też spiesznie, ciągnąc się lasem w step ku Hrycowu miasteczku Grocholskich, gdzie mi się zachmurzyło niebo, ogromnemi okryło się obłoki, wiatr zadął — i popaski już czas było — Czemu też to nié ma aby jednéj ludzkiéj karczmy w Hrycowie; wierzę i jestem przekonany o gościnności dziedzica, coby zapewne rad każdego podróżnego ku sobie pociągnąć i przyjmować; ale pomimo tego, karczmę choć jedną wyporządzić, wcaleby nie zawadziło. Ja popasałem w dość lichéj izbie, którą nie mając nic lepszego do czynienia, wyrysowałem ze wszystkiémi szczegółami jéj gratów, brudów i akcessorji extra-żydowskich.
Chciałem wprawdzie wybrać sobie co lepszego do rysowania, ale wiatr nosił takie tumany pyłu, i tak miotał papierem, że niepodobna było, stać chwili pod otwartem niebem; z okna zaś nic widać nie było, prócz jakichś, wcale nie ciekawych kletek. — Tegoż dnia i na obiad jeszcze, stanąłem u piérwszego celu podróży — w Kisielach; — nadrapawszy się po górach, pokropiony od deszczu, przeprowadzany przez grzmoty, to na prawo, to w lewo warczące zdaleka. Następne dwa dni przebyłem oczekując, na wybór naszego towarzystwa w drogę — w Kisielach.
27 i 28 Czerwca. To piękne i smakownie ozdobione miejsce, zasiliło znowu album podróżny, który z radością widziałem coraz napełniający się pamiątkami. W Kisielach wiele jest wdzięcznych widoków; majątek ten bowiem jak wielka część Powiatu staro-konstantynowskiego, już zbliżonego ku Podolu, przypomina Podole w miejscach wielu.
Kraj ten nieraz przez Kozaków i Tatarów przeczwałowany i w perzynę obracany, w wojnach Chmielnickiego, często na drodze zniszczenia się znalazł; kraj posypany mogiłami, o których szczęściem zapomniał.




IV.
29, 30 Czerwca — Stary Konstantynów — Wspomnienia — Widoki — Synagoga — Wyjazd z Kisiel — Babińskie karczmy — Czumacy — Sieniawa — Nowy Konstantynów.
29 Czerwca.



Korzystając z czasu, po dwóch dniach spędzonych w Kisielach, trzeciego dla nabożeństwa równie jak dla odwiedzenia miejsca, pojechałem do Starego Konstantynowa, ztąd o milę tylko położonego miasteczka, dawniéj do Ordynacji ostrogskiéj z okolicznemi wsiami i miastami i obszérnym kraju kawałkiem należącego[4].

Po rozpisaniu Ordynacji, dostał się Czartoryskim z Lubomirskiémi – Wedle autora podróży w górach miodoborskich (1809 r.) ma mieć źródła żelazne, o których wszakże na miejscu nic nie słyszałem.
Sękowski[5] wspomina o napadzie Tatarów, co okolice jego około r. 1653 spustoszyli. O tymże napadzie zapewne śpiéwa Twardowski (może o wcześniéjszym)? w Wojnie domowéj[6].

A wprzód Tatarowie
Puściwszy swe zagony jako ogarowie
W kniei wysforowani, z długiego przemoru
Cokolwiek Ukraina ma w sobie przestworu,
Od Rusi do Horynia, co Zahoża mają
Aż po sam Konstantynów, wszystko pociekają,
Zkąd zaraz powracają ze zdobyczą srogą
Tyle plonu wypędzą, ile znieść go mogą[7].

Sękowski dodaje, że wkrótce traktat był zawarty; poczém Tatarowie znowu pod Stary Konstantynów przybywają, biorą Zamek wielce mocny i obronny, znaczną zdobycz i łupy. Tu opowiadający Muzułman, dodaje — przybyli na ojczystą ziemię, z wyprawy Tatarzy zabrnąwszy aż do rzeki Syr, splądrowawszy po raz piérwszy ziemie nietknięte nigdy muzułmańską stopą — Syr, o którym Sękowski wątpi, coby miał znaczyć, i jakąby był rzeką, zdaje się tu przekręconém nazwaniem Styru.
Miejscowe podanie głosi, że Tatarzy umęczyli tu jednego Dominikana, co bardzo być mogło, w czasie zdobycia miasta i Zamku.
W wojnach z Kozaki kilkakroć obóz polski stał pod Starym Konstantynowem nad Słuczą — Wspomina Twardowski jeszcze[8].
„Kiedy sami wodzowie przytomni zagrzeją chuć we wszystkich, ruszym się ku Konstantynowie jeneralnym obozem.“
Konstantynów zdaleka wcale nic zastanawia, stara tylko wieżyca dominikańska, z pomiędzy gór się wysuwa i panuje nad nim, w lewo Zamek z Cerkwią, oblany Słuczą, otoczony zielonemi ługami czernieje. Zrysowałem Zamek zdaleka i z dosyć złego punktu; może dla tego wydał mi się mało znaczącym. Samo miasteczko, jest pod tym względem, ważnym punktem, że tu dla Wołynia, najznaczniejsze składy soli się znajdują, tu dążą ogromne sznury czumackich maż, ztąd na powrót zabiérając pszenicę. Miasteczko wewnątrz rozsypane, ubogie, nie piękne; w niém dwie odświéżone Cerkwie z ruiny dominikańskiego Kościoła, Kościół skromny XXży Kapucynów; jedyną ozdobę stanowią.
Konstantynów dotąd należy nomine do Rzewuskich, do których przeszedł po Lubomirskiéj Marszałkowéj koronnéj, chociaż oddawna pracuje wyznaczona Kommissja nad podzieleniem dłużników, dotąd jednak, podział ten nie uskuteczniony.
Wjeżdżając do miasteczka, uderzyła mnie szczególna wschodnio-izraelskim smakiem, budowa Synagogi, otoczonéj gankami, wschodkami, daszkami ozdobnemi, ażem ją mimo kropiącego dészczu stanąwszy, wyrysować musiał, nie zastanawiając się potém nigdzie, ruszyliśmy na nabożeństwo do Kościoła XX. Kapucynów. Kościół ten jak inne tegoż Zakonu, skromny, czysty, miły i do nabożeństwa zachęcający. Jako niepospolite dzieło Sztuki, zastanowiła mnie prześliczna Monstracja ozdobna wieńcem z korali, bardzo pięknéj roboty. Pomodliwszy się i zastanowiwszy na chwilę u jednego nagrobku Iwanowskiego, stoletniego, z napisem: Quod aevo promeruit, aeterne obtinuit, wcale dobrym konceptem — powróciliśmy nazad. Całe miasteczko znaleźliśmy zawalone mażami Czumaków, których wszędzie całych i połamanych, pełnych jeszcze, już próżnych, wyprzężonych i zaprzęganych, na ulicach i po placykach, pełno było. Czumacy ze swemi ogorzałemi twarzami, zadziegciowanemi koszulami, dumną fizjognomją i odarto-oryginalnym strojem, nawijali nam się wszędzie. Ale tu Czumak nie jest jeszcze Czumakiem; dopiéro w stepie, gdy z wałką ciągnie, jest on sobą, tam go poźniéj złapiemy dla odrysowania. W zajezdnym domu, gdzie chwilkęśmy się jeszcze zatrzymali, złapałem do podróżnéj teki kilku Żydów i stroje mieszczanina i mieszczanki — świąteczne. Że nazajutrz potrzeba było ruszać w dalszą drogę, pośpieszyliśmy nazad do Kisiel.
30 Czerwca. Po Mszy świętéj i błogosławieństwie podróżnych, starodawnym obyczajem, przez Kapucyna w Kaplicy udzieloném, puściliśmy się nareszcie na Samczyki po nad Słuczą, ku Nowemu Konstantynowu i Sieniawie. Samczyki wieś nad Słuczą, dawniéj Starosty Czeczela (świéżo zmarłego) jest jednym z najpiękniéj w okolicy zabudowanych i urządzonych majątków. Po ogromnych stajniach, rozległych budowlach i braku karczmy, poznać tu jeszcze staropolską gospodarza gościnność, z jakiéj Starosta Czeczel był znanym; znać staropolską uczciwą zamożność, we wszystkiém co zrobiono, postawiono; czujesz że tu rząd dobry, wypłacił się spokojnie używanemi dostatki. Starosta Czeczel, był zapewne jednym z tych ludzi dawnéj daty, co nie odsyłali koni i sług swoich gości do karczmy, a gości serdecznie i staropolsko przyjmował. Dla tego jednak, nie tylko nie stracił majątku, owszem powolnie go i uczciwie przysporzył. Za pięknemi Samczykami, niewygodną i ciasną dróżyną, dostawaliśmy się na trakt czumacki do Konstantynowa starego, z Bałty wiodący; jechaliśmy potém przez wsi dawniéj do Konstantynowa należące, w których stary ów Iwanowski, pochowany u Kapucynów, Cerkwie porządne, formą jedną postawiał. Na trakcie ku babińskiéj karczmie, spotykać już poczęliśmy czumackie wałki, po kilkadziesiąt wozów, wlokące się do Konstantynowa. Trzeba widzieć Czumaka, aby go pojąć; opisać fizjonomję jego trudno, tak jest oryginalna, rozmaita i dziwacznie odrębna, tak się mieni i odpiętnowywa coraz inaczéj.
Pospolicie Czumak (wywodzą to nazwanie od Czumy, bo ich dziegciowane koszule od zarazy téj bronić zapewne początkowo były przeznaczone) — Czumak, jest dorodnego wzrostu, czasem olbrzymiéj budowy, pleczysty, barczysty, pierś szeroka, naga, opalona i obrosła; buty ogromne po kolana (albo całkiem boso) szarawary zaplamione, zadziegciowane, szerokie, w buty; koszula brudna i łatana zadziegciowana także, (najpewniéj od brudu) czapka wysoka barankowa; lub krymka biała tatarska, nakształt jarmułki, do głowy przystająca. Wałka czumacka, z kilkudziesiąt wozów czyli maż składająca się, których budowa mocna, gruba, trzyma środek pomiędzy wozem naszego ludu, a kibitką ruską – ma zwykle kilku tylko popędzających Czumaków. Każdy z nich prowadzi kilka wozów, parą siwych wielkich wołów zaprzężonych — idąc opodal i niekiedy tylko do swojéj chudoby się odzywając. Woły te nawykłe idą równo jedne za drugiémi powoli; Czumak nigdy i nikomu z drogi nie zjeżdża, każda maża okryta jest rohożą, skórami, albo matą słomianą, czasem wszystkiém razem; ma przy sobie podstawę drewnianą do smarowania kół, zapaśne koło od przypadku, niekiedy kociołek do gotowania jadła i napojenia bydła, nareszcie trzy drążki okute, do zawieszania strawy nad ogniem. Maża czumacka bierze w siebie na parę wołów od 60 do 70 pudów soli, a pszenicy od 6 do 8 czetwerti (12 do 16 korcy) — w każdéj wałce, na piérwszym, na ostatnim, lub wreście, na którymkolwiek ze średnich wozie, nieodmiennie ujrzysz przywiązanego za nogi i jadącegó z rezygnacją filozoficzną — piwnia, koguta, co śpiewem swym wałkę budzi ze snu do drogi.
Jest to ich zegar podróżny i nieodstępny towarzysz; może wedle ich podań, jaki dobry duch — stróż? — Stając w stepie płacą Czumacy za wypas, za wodopój, zwykle od grosza, do półtora i trzech za sztukę bydła; co pobiérają żydzi arędarze karczem, mający po traktach, umyślnie na to najęte stepy.
Pochód czumackich wałek, nie jest smutną, powolną drogą, przerywaną tylko popasami, noclegi i oddechami; Czumak nadewszystko wesół i hulaka, idzie przy swoich wołach, grając na fujarce, na skrzypcy, podrygując, śpiéwając, lub wywołując towarzyszów do bitwy i borukania.
Spotykaliśmy ich tańcujących w stepie przy obozowisku do upadłego, gdy tymczasem, na trzech spojonych w górze i wbitych w ziemię nad ogniem drążkach, zawieszony kociołek z kaszą lub jaglaną zaciérką, na chudym płomieniu stepowym, dowarzał ich jadło; oni nie znużeni pieszą drogą, grali, skakali, szli w zapasy.
W babińskiéj karczmie, gdzieśmy popasali, było ich pełno i najrozmaitszych twarzy. Jeden stary, siwobrody, zgarbiony; drugi młody, głupkowaty, w białéj krymce, odarty, bosy, w pół pijany; trzeci olbrzymiéj postawy wódz karawany w czerwonym pasie, półkożuszku i ogromnych bótach, zastanowili mnie szczególniéj i weszli do teki podróżnéj. Na trzech tych twarzach, był jeden wyraz, zmodyfikowany tylko charakterem każdéj zosobna; coś swobodnego, dumnego, w czarnych połyskało źrenicach, które u starca, ożywiały się jeszcze jakąś wzgardą i lekceważeniem.
U samych wrót babińskiéj karczmy grali w kilku na fujarkach i skrzypcach, tańcowała reszta i ganiała się śmiejąc. Życie ich tułacze, jednostajne, choć coraz z miejsca na miejsce wiodące, potrzebuje zapewne téj wesołości i hulanki, jako przerwy koniecznéj. Nie rzadko Czumak zasiadłszy z pieniędzmi w karczmie, pijąc, tańcując, płacąc muzyce i żydowi, cały swój zarobek do ostatniego grosza przepije, i znowu goły jak przed podróżą, z zimną krwią zaprzęga się do ciężkiego zarobku. Zdaje mi się, że raz rozczumakowawszy się, trudno, aby potém mógł siedzące życie wytrzymać.
Babińska karczma wielka, niezgrabna, w stepie, do wsi Babina P. Bukara (gdzie zaprowadzona Cukrowarnia) należy, wspomniona jest w ruskiém przysłowiu popularném: Hde Rym, hde Krym, hde babińska Korczma. Znaczy to prawie co polskie: Ten do sasa, ów do lasa albo — przypiął kwiatek do kożucha.
Od babińskiéj karczmy rozchodzą się dwa szlaki: do Berdyczowa w lewo; prawy na Sieniawę do Konstantynowa Nowego, Lityna i Bałty. Tym ostatnim puściliśmy się i my. Sieniawa, małe, w dość przystojném położeniu miasteczko, należy teraz do X. z Zakrzewskich Radziwiłłowéj, położone nad Ikwą. Ma pałac i ogród, Kościół i parę Cerkwi. Więcéj nic o niém powiedziéć nie umiém, bo też w przejezdzie nic tu zastanawiającego nie postrzegłem. Od Sieniawy do Nowego Konstantynowa (dawniéj Ordynacji, potém Czartoryskich, teraz P. Czesława Jaroszyńskiego) droga idzie coraz wzgórkowatszym stepem, otoczona zewsząd wielkiemi, złocistemi, żyznemi łany.
Nowy Konstantynów, miasteczko dość wdzięcznie położone, w górach okrytych pasmem lasów — otaczają pagórki zarosłe; w niém trochę murów, rynek obszerny, który w niedostatku czego lepszego pro memoria, razem z piérwszą napotkaną tu ziemlanką odrysowałem w podróżnéj książce, gdziem wszystkie popasy, noclegi i spoczynki, poznaczył rysunkami — Kościoł i Cerkiew drewniane — Jest tu fabryka obrusów i serwet, o któréj dowiedziałem się, z wywieszonéj tablicy. Pomimo przystojnego pozoru murowanych karczem, wewnątrz wcale nędznie utrzymywanych, których jeszcze lepszą część zajmowała konsystująca tu Kawalerja, nie bardzo wygodny mieliśmy nocleg, zwłaszcza dla potrzebującéj ciszy i spoczynku choréj Ciotki. Pocieszaliśmy się francuzkiém przysłowiem — A la guerre, comme à la guerre. —




V.
1. Lipca. Lityn, Mikulińce, Mohylówka — Widok z góry — Woroczyłówka — Malarstwo i Literatura.
1. Lipca.


Droga do Lityna, idzie krajem równym, mniéj znowu wzgórkowatym, gruntem piaskowatym; — przerzynają gdzie niegdzie step laski dębowe, brzozowe, olchowe, nawet i grabowe. Lityn miasteczko powiatowe podolskie, o trzy mile od Konstantynowa położone, na gościńcu pocztowym, małe i podnoszące się dopiéro — Ulica wjazdowa ładnemi i porządnemi ostawiona domkami i drzewami. W rynku stoją naprzeciw siebie: wielka rozpoczęta dopiéro murowana Cerkiew i drewniany maleńki stary Kościołek katolicki, kilką topolami otoczony; strukturą przypominając Cerkwie.

Nowa, wielka grecka Cerkiew, pomimo wyszukanego planu, powszechnie dziś przyjętego na budowy Cerkwi nowych, nie jest ładna. Plan ten przyjęty powszechnie Cerkwi z kopułą jedną i cztérema w krzyż grecki wystawami, nie jest charakterystyczny i zbyt pospolity; stare Cerkwie wedle nas, daleko były piękniejsze i wyrazistsze — Budowa drewnianych ukraińskich Cerkwi starych, wysmukłych, strzelistych, ze swemi trzema lub pięcią kopułami i krzyżami wysoko idącemi; mogła była dać wyborny temat, do nowych tego rodzaju konstrukcji. Niektóre stare ukraińskie Cerkwie, zupełnie bywają piękne, i mogłyby Sztuce posłużyć do rozwinięcia się narodowego i pełnego charakteru.
Natomiast plan Cerkwi dzisiaj się pospolicie wznoszących, jest zimny i mało mówiący, obok tych pół wschodnich, pół krajowych, ale pełnych uczucia, pomysłów prostych cieśli; co bez rysunków, z podania tylko i odwiecznych wzorów, wznieśli lekkie, gotyk przypominające Cerkwie Ukrainy i Podola, tak ślicznie malujące się nad brzegami błyszczących stawów i lesistych wzgórków.
Lityn leży o mil sześć od Bracławia, trzy od Janowa (miejsca pobytu naszego znakomitego pisarza i mowcy Hr. Stanisława Chołoniewskiego), trzy także od Winnicy. Chociaż o nim nigdzie wspomnienia nie znaleźliśmy w historji zamieszek i wojen z Kozakami w XVIII wieku, niechybnie tu także był nieraz teatr wojny, sięgały tu łupieże kozackie i tatarskie, odbyć się musiała nie jedna walka krwawa, po któréj pamięci i śladów nie pozostało.
Wioska Mikulińce, na drodze, którą przejeżdżaliśmy daléj, położona wśród wzgórzy, nad stawem (jak większa część sadyb Podola i Wołynia) — w urodzajnym stepie daléj Juzwin miasteczko liche bardzo, podobno do skarbu należące — mignęły się nam tylko. Juzwin jest stacją handlu smołowego i dziegciowego, i tu składają go wiozący od Korca w głąb Podola — Od Mikuliniec do Juzwina piaski, daléj czarnoziem znowu; drzewa wyrastające gdzie niegdzie małe, chérlające, karłowate, grunt dobry jednak, ale zapewne warstwa jego pożywna nie głęboka, lub się na skałach opiéra. Budowy z powodu niedostatku drewnianego materjału nizkie i liche. Uważałem wielką rozmaitość w krzyżach mogilnych, i zanotowałem te kształty w mojéj książeczce. Niektóre z nich podobne były do gwiazdy, wyciętéj na desce, inne po cztéry razy przekréślane, po dwa lub trzy, a raz jeden pod kątem rozwartym. Od Ilkówki poczyna się kraj piękniejszy nierównie, nie znać tu jednak jeszcze téj sławnéj nad miarę żyżności Podola; ale widoki rozmaitsze, większe.
Wyjechawszy z Ilkówki drogą ku Mohylówce skalistą, gdzie już z pod murawy, poczynają przeglądać rozdzierające ją granitu bryły nieforemne, stérczące — jedzie się po nad rzeczką formującą staw w Ilkówce. Nad samym brzegiem jéj, zwłaszcza na wzgórzu, gdzie płynąc zakręca się na zielonéj łące, a skały zwieszają się nad nią, nad niémi zaś gaj brzozowy się zieleni — piękny wcale, lubo małych rozmiarów widok. Na lewo za stawem, ukazuje się jakaś wieś, a w prawo droga wiedzie do Mohylówki, ślicznego sioła w jarze, nad krętym Bohem i Bożkiem, doliną położonego. Tu staw, rzeka, gaje dalekie, piękny składają krajobraz. Na boku nie dojeżdżając do Mohylówki widać w prawo Dymidówkę, gdzie mieszkał podobno uczony Jan Potocki. — Widok Dymidówki i wzmianka o Janie Potockim, przywołały mi na pamięć, opowiadanie o smutnym jego końcu, opowiadanie, które na mnie dawniéj nie zmazane uczyniło wrażenie. Biédny uczony! skończył okropném samobójstwem, którego nic wytłumaczyć nie może.
Zasmucony myślą téj śmierci, któréj krwawy widok stał mi przed oczyma, jechałem daléj, ciągle pod górę, powoli się sunąc wiorst parę, aż nareszcie dostawszy się na wierzchołek wzgórza, ujrzałem widok, co mnie z dumania wyrwał. Obraz to rzadkiéj obszerności z sinemi krańcami, daleko gdzieś ginącemi w mgłach powietrznych. W lewo mianowicie oko ginęło w przestrzeniach. Wzgórza okryte krzakami i laskami porosłemi w różnych kierunkach, porysowane są niémi w dziwne desenie ciemne; daléj łany bieleją, żółcieją, zielenieją, czerwienią się; łąki majową barwą okryte, rzeczułki i stawy błyszczące, naprzemian wiją się w jedną całość popstrzoną harmonijnie, a gdzieś tam jeszcze majaczejące na krańcach widnokręgu lasy, zamykają tę ogromną kartę, w któréj z samych drobnych punktów, składa się niezmiernéj rozmaitości pejzaż, widok to wielki i dziwnie piękny; ale się go wkrótce traci z oczu, spuszczać się zaraz poczynamy nieco ku równinie, w dół, gdzie dziś także pięknie położone jest miasteczko Potockich, Woroszyłówka, małe i ubogie. Czy kiedy dawniéj należało do familji Woroszyłów litewskich, nie wiém, nazwisko zdaje się na ten domysł naprowadzać. Ogromna, piętrowa, ale zaledwie postawiona, już zrujnowana i niechlujnie utrzymana karczma — Ratusz, którą zdaleka widać w rynku, zdobi samo tylko miasteczko, w którém Cerkiew okolona topolowym wiankiem i biédny drewniany Kościołek katolicki, na łysem wzgórzu, wyżéj kletek, stanowiących samo ciało, sięgają. Woroszyłówka była własnością Potockiego, Wojewody bełzkiego.

Wiele jest rzeczy dla Malarza, które całkiem giną dla opisującego zimnemi wyrazy długo, to; co potrzebaby razem pokazać, aby choć trochę zajmującem się stało. Malarstwo jeszcze tak jest w walce z przyrodą i myślą, którą ma wyrażać, że dość mu odrobiny zawojowanéj myśli i trochę natury, aby się uczynić zajmującém. Co innego wcale z Literaturą; w niéj wszystko oklepane, nawet co pospolite. W Malarstwie przeciwnie są effekta małą rzeczą dające się otrzymywać; wykonaniem samém lub nowością swoją zajmujące. Tu (jak w Literaturze także) wyczerpano zapewne więcéj rzeczy wielkich niż małych, ale pozostało dla tego, wiele jeszcze bardzo nowego.

Myśli te przyszły mi, patrząc na nic zajmującego w sobie nie mający — w opisie, widok bydła powracającego z pola, oświéconego silnie światłem zachodzącego słońca; na widok promienia wpadającego w ciemne sieni karczemne i rysującego w nich dziwnych kształtów postaci, wśród silnie kontrastujących cieni. Malarstwo jest jeszcze i wyrażeniem myśli i naśladowaniem effektów natury. Ta dwoistość jego, często wymawia artystę. Literatura już z tego dobrodziejstwa, korzystać nie może.




VI.
2. i 3. Lipca. Kraśne — Wspomnienia — Targowisko — Ubiory podolskich włościan — Ułyka — Lud — Kopijówka zdaleka — Tulczyn — Pałac tulczyński — Chorosza i t. d.
2. Lipca.

Wysłuchawszy Mszy świętéj w Kościołku woroszyłowieckim, ruszyliśmy daléj, krajem dość ładnym, mało wzgórzystym, żyżnym, po ziemi gliniastéj, ku miasteczku Kraśne, rozsypanemu w dole u gór nad rzeczką i stawem, wedle normy powszechnéj wsi Podola i Wołynia. Wierzchołki kilku starych Cerkwi, wyglądają z sadów, jest i jeden drewniany Kościołek. Większą część ludności tutejszéj, składają jak wszędzie po miasteczkach, żydzi, albo się bardzo mylę, albo to jest to Kraśne, o którém często wspominają w dziejach panowania Jana Kazimiérza i historji wojen z Kozaki. — Twardowski, Kochowski, autor bezimienny panowania Jana Kazimiérza (Epitomator Kochowskiego) i inni. Kozacy zajmowali je kilkakrotnie, w okolicy zaszły liczne walki z niémi[9].
W Kraśnem trafiliśmy na piątkowy targ, który obfitował mianowicie w nieskończoną liczbę wyprowadzonych świń i wieprzy, wiedzionych na sznurkach za jedną nogę — Nikogo jednak kupującego dostrzedz nie mogłem; a przedający spokojnie, z końcem sznura w ręku, siedzieli pod domami, patrzając obojętnie na lazurowe niebo.
Z Kraśnego, które może zasługiwać na imię swoje, z innego widziane punktu; ale nie bardzo Kraśnem wydającego się z rynku, ciągnęliśmy daléj do Pirohowa Chłopickich, wioski położonéj nad wielkim pięknym stawem, gdzie jeśli mnie pamięć nie zwodzi, widziałem jedną z najpiękniejszych Cerkwi staréj budowy, drewnianą. Ztąd droga jednostajna do Ułyki Swiejkowskich, gdzie murowana karczma i nadciągające chmury, zmusiły nas popasać. Okolica wcale nie piękna. Ubior wieśniaczek mało się różni od wołyńskiego; dziewczęta noszą warkocze splecione i zwinięte w kółko na wierzchu głowy, upstrzone wstążkami czerwonemi, wplecionemi we włosy i kwiatki robione; zamiast spodnicy kawał sukna kraciasty ze szlakami wzdłuż, nie zszywany, którym się do koła okręcają, na przodzie, ledwie poła na połę zachodzi — Zamężne, (podobno od Kraśnego począwszy), mają na kolorowym czepcu, namitkę z długiemi końcami z rąbku w pół przezroczystego, ciemno farbowanego, szarego, żółtawego (gdy sprane) niekiedy namitki te są nawet zupełnie czarne. Równo z ukazaniem się na polach pszenicy czerwonéj oscistéj, ukazuje się ten strój głów odmienny i zapewne Podolowi właściwy, w tych czarnych namitkach, jest jakby znak, pamiątka, niewoli.
W Ułyce lud, który widziałem, a przynajmniéj próbki jego, co się dokoła karczmy snuły, zdawały się oznajmować, jakąś zupełnie odrębną rasę ludu. Dzieci i starcy mieli płeć prawie cygańską i rysy odrębne zupełnie; nie byli to jednak ani Cyganie, ani Mołdawanie, których tu nié ma. Tu uczynim postrzeżenie, że na całym Wołyniu i Podolu, mężczyzni pospolicie są piękni i dorodni, a kobiéty dziwnéj brzydkości, prawda, że trafiające się za to, rzadkie piękności wiejskie, są już doskonale piękne. Na Podolu i w części Wołynia lud czarnéj płci, włosy ma czarne; w Polesiach przeciwnie, kobiéty pospolicie piękne, lud jasnowłosy. Kto wié, czy niepamiętnemi czasy, nie zawojowali jacy przychodnie równin i kraju, którego dawni mieszkańcy schronili się w niedostępy i lasy, po nad błota i rzeki, gdzie i pozostali. To pewna, że i rysy twarzy i charakter ludu i włosy i płeć, różna zupełnie, dowodzą innego pochodzenia w mieszkańcach polesiów i stepu. Co się tyczy Ułyki, tu moje postrzeżenie, uczynione na kilkorgu dzieci i ludzi, może pochodzenia cygańskiego, bardzo fałszywém i powierzchowném (jesli się czém ogólniejszém nie podeprze) być może.
Od Ułyki jedzie się traktem kupieckim, do połączenia jego z pocztowym, wiodącym do Bracławia. Widoki pospolite z początku, po kilku werstwach urozmaicają się coraz górami, zdala lasami okrytemi. Lasy tu z grabiny, dębu, czarnoklonów o drobnym liściu. Na tle gór okrytych zielonością — ładnie u stóp ich położona, ukazuje się nad stawem wedle zwyczaju rozsypana wieś, czy miasteczko Torków, z Cerkwią wystającą, jakby na straży.
Ztąd poczynają się wcale piękne widoki, coraz szérsze i rozmaitsze, górami i wzgórzami przemykając się, dojeżdżamy do wioski, cudownie u stóp pagórków daleko widnych i siniejących na wszystkie strony — położonéj — Kopijówki. Jest to ogromne sioło z dwiema czy więcéj Cerkwiami, których kopuły wysoko się unoszą i na pagórkach odbijają — U stóp wsi pięć czy sześć w jarze stawów błyszczących połyskują, wyżéj po nad niémi rozsypane chatki drewniane, sady, polka, szeroko, daleko, jak gdyby wesoła wioska roztańcowała się po pagórkach i nagle w nieporządnym hulackim tańcu zastanowiła się tak, rozpierzchniona. Dziwny to obrazek, plotący się z różnych barw, drzew, chat, pol zasianych hreczką, żytem, pszenicą, pod nogami jego stawy, jak zwierciadła jasne i nieruchome, to krzywo powycinane, to przedłużające się rzeczkami. Nad ziemią właśnie było w téj chwili, niebo letniego wieczora cudne, niebieskie, złociste niżéj, liljowo cieniowane w chmury, szafirowemi przerznięte obłoki, słońcem zachodzącém silnie ogrzane. Gdzie niegdzie padały na krajobraz cienie od płynących niebem chmur, gdzie niegdzie śmiały się jaśniejsze części, błyszczały wody. Widok ten Kopijówki zdala, przy zachodzie słońca, był prawdziwie malarski i uroczy, choć może z najpospolitszych złożony elementów. W oddaleniu sinawém bielał pałacyk Bakszy i tulczyńskie miasteczko, ledwie widne zdaleka, zamykające widnokrąg.
Odjechawszy od Kopijówki, która zbliżywszy się i wewnątrz, prócz stawu, nad którym się jedzie po złéj grobli, nic nié ma pięknego — i wzniosłszy się na wzgórze, znowu na lewo, już pokazują się stawy, czernieją wsi z Cerkwiami rozsypane po pod wzgórzami — w prawo łany złociste, wprost wyrazniéj widać Bakszę, wydającą się jak ciemna wyspa na zieloném morzu pol, jak wielki jeden kłąb drzew ściśniętych w pęk, wśród których topole panują, Baksza, nie daleko Tulczyna, jest to pałacyk — maison de plaisance Potockich.
Zastanowiliśmy się u wrót ogrodu, aby wejść i obejrzeć to ustronie, przeszliśmy wzdłuż ulicą topolową przez ogród, wiodącą nad staw, widzieliśmy lasek brzozowy, przeglądający się w wodzie, i powitali tu, już dawno niewidziane sosny, któremi zasadzono część tego wielkiego klombu. Smutno tu i opuszczono. Pałacyk nadrujnowany, cisza, — kilku ludzi, ruszało się tylko koło stajenki i kilka psów spoczywało w dziedzińcu. Pięknie tu dawniéj być musiało, pięknie byćby mogło, dziś jeszcze, gdyby tylko życie wrócić, co i ztąd i z Tulczyna uciekło.
Od sadu i drugiego lasku sosnowego, niedaleko za Bakszą, poczyna się wysadzana niegdyś lipami, teraz dosadzana jarzębiną naprędce — ulica, wiodąca do Tulczyna. Już go widać zdaleka, bieleje nad stawami, na prawo postrzegać się dają wzgórza poobrywane, pogięte, pokrzywione, gdzie niegdzie świecące żółtą gliną, to czerniejące przyczepionemi do boków gaikami brzozowemi, to bielejące, ukrywającą się chatką.
Nareszcie wjeżdżamy do Tulczyna, szeroką ulicą, ostawioną dość porządnemi domy zajezdnemi, mijając dawny Kościoł i kilka porujnowanych budowli. Ulica ta główna przez miasto wiodąca, we cztéry rzędy wysadzana drzewami, które jak widać chérlają ciągle, sadzone i łamane i nie bardzo chcą rosnąć, — wiedzie aż w koniec, przecięta w lewo uliczką drugą, za którą ukazuje się z drzew fronton pałacu z kolumnadą ganku i sławnym swym na facjacie napisem.
W miasteczku cicho dosyć, dosyć licho, żydowstwo się tylko kręci. Dwa wysokie obeliski z szarego kamienia, wznoszą się jeden naprzeciw drogi do pałacu, drugi daléj na zakręcie. — Zajezdne domowstwa, pobrawszy się pod boki, zalegają tę część miasteczka, ciągnąc się bez przerwy; drobne drzewiny, stoją rzędem przed niémi.
3. Lipca. Wracam z obejrzenia tulczyńskiego pałacu i ogrodu (ogród się zowie Chorosza i istotnie niepospolicie jest piękny) — obejrzałem je, jak zwykle ogląda się w drodze miejsca godniejsze widzenia; z pośpiechem, ledwie rzutem oka ogólnym. Nie było też komu objaśnić, nauczyć, o znaczeniu wielu rzeczy, dla podróżnego, obcego, niewytłumaczonych. Pałac tulczyński, obrócony frontem do miasteczka, wspaniale się przedstawia z perystylem wspartym na dziesięciu kolumnach i ośmiu pilastrach, z szeroką facjatą i dwóma wielkiemi skrzydły bocznémi, prostokąt z korpusem składającémi.
Przez wrota prawego skrzydła wchodzi się w piękny dość dziedziniec, głównemi drzwiami (Pałac połączony jest z pawilonami, galerjami, w których, w jednéj na lewo oranżerja, a na prawo pustka jeszcze i ruina) do sieni wiodących na górę. Sień ta ze wschodani, ostawioneni wazonami kwiatów, porcellanowemi chińskiemi naczyniami, wspaniała jest i piękna, choć mi się zdała jeszcze za ciasna i zbyt zapchana. Nie pomieściłaby się tu, dawna polskich magnatów dwornia; ale wystarczy na terazniejszych kilkunastu liberjowych posługaczy. Na górném piętrze téj sieni, wisi trzynaście portretów Potockich, ze staremi sarmackiemi twarzami — Trzynaście? Czym liczył dobrze? czy istotnie ta charakterystyczna liczba, jaka u stołu nieszczęśliwego przed wydaniem Chrystusa siedziała? Trzynastu! liczba to wiele mówiąca i wiele przypominająca smutnego. We dwóch kątach stoją stare wyblakłe, zwinięte, bo niepotrzebne już, chorągwie herbowych znaków, z którémi niegdyś, wodzili Potoccy pułki, na posługę i obronę kraju od Tatara i Turka.
Portrety w całych postaciach, z twarzami nie naszego wieku, dziwnie imponują. Czujesz spojrzawszy na nie, że wchodzisz do mieszkania pana, który miał cztéry miljony rocznego dochodu, i na szesnaście głów (licząc w to macochę) dzieląc ogromny majątek, jeszcze po 14,000 dusz, każdemu ze spadkobierców zostawił.
Salony wewnątrz są piękne, smakowicie i bogato poubiérane. W piérwszym, zastanawiają dwa wyblakłe wprawdzie, ale jeszcze piękne gobliny i tu i ówdzie rozsypane portrety familijne; największa pono, a przynajmniéj jedyna, nieco narodowa, ozdoba pałacu. Przechodzi się szereg sal z mozaikowanemi ściany, to w obiciach różnych, zawieszonych obrazami, z których flamandski Bart. van der Helft i jeden ojca Teniersa (Gracze): z kilką pomniejszemi zastanawiają. Ale i tu najochotniéj i najciekawiéj, zwracają się oczy na to, co swoje — Niestety! tego tu najmniéj. Stare tylko portrety i nowsze popiersia, mają nieco sarmackiego, staropolskiego w sobie. W sali jadalnéj, z któréj, jak z całego boku tego pałacu, piękny bardzo widok na ogród i czystą wodę zajmującą środek jego; — wystawiony jest na stole ślicznéj roboty, herbowny srébrny serwis (surhout) smakownego rysunku i pięknych kształtów. W téjże sali, jest niebogaty zbiór medalów i monet — Po różnych miejscach i kątkach, wiele starych popiersi, i kopji ze sławnych marmurów (których część w ogrodzie, bliżéj pałacu rozstawiona).
W Salonie poprzedzającym wielki recepcjonalny, któryby z powodu ozdób i mebli greckim nazwać można, (meble czarno obite ze złotem, kandelabry i ozdoby, bronzu ciemnego ze złotem także) — stoi popiersie któregoś z Potockich marmurowe, dziwnie szlachetną i narodową mające fizjognomją, a wzrok jego tak czegoś smutny, jakby marmurowe oczy, płakać się zabiérały, lub jeszcze po łzach nie oschły. — Tu także znowu kilka portretów; saméj pani — (z domu Komarów) jedna z najpiękniejszych twarzy, jakie widzieć, jakie pomyśleć można, w szlafroczku białym, ze sznurem pereł. Daléj, téjże pokój dawniéj sypialny, klęcznik z relikwiarzem, obrazy familijne — najwięcéj tu zastanawiają obrazki zmarłych dzieci, które na dwóch małych płótnach zachowano. Nad kołyską jednego, stoi Anioł z palmą, nad drugiego (w pokoju Hrabiego) niańka tylko, w ubiorze wieśniaczek pospolitym, przerażona (taką ją chciał uczynić, a nie potrafił Malarz) — patrząca na nieżywe dziécię. Mnóstwo drobnostek, cacek — Bibljoteczka Hrabinéj; ale wcale nie polska, nié ma tu i jednéj książki w języku naszym, jednego swistka świadczącego o pochodzeniu właścicielki. Wielkie tylko dawne edycje in folio Sterna — Racina, Voyages pittoresques de France, d’Italie, de Dalmatie i t. d. Ani litery, coby oznajmiła, że właścicielka jest Polką, urodziła się nią. Ściana wyklejana wycinanémi karykaturami i różnemi figurki malowanemi pstrokato, dziwacznie, ale nie pięknie.
Brak ten wszelkiéj oznaki pochodzenia, wszelkiego świadectwa rodowitości, że tak powiém, daje się postrzegać i w pokoju właściciela; gdzie Revue Etrangère, Medicale, Modes, Journal des Débats i d’Odessa, leżą tylko, obok rachunków kassowych.
Niestety! gdyby z martwych powstali, ci dziadowie, pradziadowie z portretów, poznaliżby wnuka wnukiem, po mieszkaniu, książkach, po cudzoziemczyznie, którą otoczony?
To co de Maistre powiada, że arytoskracja, jest wszędzie strażą u arki narodowości, u nas nié ma zastosowania, i jest zupełnym fałszem. U nas możni byli zawsze kapłanami gallomanji, anglomanji, turkomanji, germanizmu; nigdy strożami podań narodowych; mianowicie zaś, w czasach najbliższych nas.
W dolnéj sali wychodzącéj na ogród, sklepionéj, stoi kilkanaście puharów szklannych z herbami Potockich i napisami: Vive le Roy Auguste III.

Kto dla Króla, przyjaciół dla przyjaźni żyje,
Niechaj choć jeden kielich z téj wiązki wypije
Viwat Viktorya Potocka,
Kasztellanowa Kijowska. i t. d.

I szkło i robota puharów nie ładne.
Pamiątek prócz portretów i kilku popiersi polskich, (jedynych może w naszych prowincjach) mało, bardzo mało, prawie nic. Pałac też sam nie stary, jak świadczy napis frontonu, dopiéro w roku 1782 zbudowany:
By wolnych i szczęśliwych był zawsze mieszkaniem 1782 wystawiony.
Ludzie oprowadzający, nie umieli nas objaśnić ani o portretach, ani o popiersiach, kogo mianowicie wyobrażać miały. Wszystkie jednak familijne. W jednym pokoju, (na dole) posuwający się jakby do polskiego tańca stary Polak usmiéchnięty, w pąsowym kontuszu, obok swéj małżonki, (babka i dziad dziedzica) wyrazem postaci i twarzy uderza.
Obejrzawszy maleńką i wdzięczną łazienkę saméj pani, poszliśmy do oranżerji i tureckiéj łaźni marmurem wykładanéj, w stylu niby wschodnim wystawionéj, którą nawet jakby przygotowaną do kąpieli i ogrzaną zastaliśmy. W tureckiéj téj łazience, choć we frontonie, daszek i kolumny może tureckie; ale pewnie nie ozdoby malarskie; bo te są po prostu groteskami nakształt herkulańskich; a we środku ich figurująca Leda z łabędziem, nie wiém jak się godzi z orjentalną budową.
Wszakże łazienka ta wewnątrz szczególna: zewnątrz ładna nawet, zdobi ogród przeglądając z za ciemnych drzew w rozmaitych jego miejscach — Cienkie jéj kolumny i wycinany daszek, zdaleka lekko i wdzięcznie się wydają.
Biblioteki, o któréj słyszałem, nie było nam komu pokazać, i podobno nikomu jéj zwykle nie otwiérają. Żałuję tego bardzo, bo słyszałem, że tam są rękopisma i korrespondencje ciekawe; a może też więcéj co polskiego, niż w całym pałacu, znaleśćby się mogło.
U ganku dobréj sali, dwie papugi krzyczą i dwie małpy skaczą w klatce — c’est bien rare, mais c’est très vilain, si n’en a pas qui veut; ale nic każdego téż to bawi.
Byliśmy nareszcie w Choroszy, w ogrodzie, pięknie zarysowanym; środek którego zajmują kanały, podzielone na kilka upiękniających i ożywiających park części — Na wodzie téj jest kępa, do któréj przewieść się można promikiem lub batem; aby odwiedzić biédne zamknięte na niéj pawie i żórawie i spojrzeć ztąd na otaczający ogród. Dokoła sliczne, stare, poważne drzewa; między któremi połyskują wody, przebiela się fronton pałacu, migają marmurowe kopje wcale nie złe antyków; jako Fauna z Villa Farnese i inne. Ozdobą może główną ogrodu, jest źródło, ciekące cienkim sznureczkiem, na kamieniem wyłożony bassin, zkąd zebrana woda toczy się w takąż sadzawkę i z niéj ścieka do kanałów. Z obu stron podwyższenia przy fontannie, wiodą schodki do wody, a na ich stopniach stoją ozdobne marmurowe wazony. Nad samą fontanną jest grupa wcale brzydka i mocno uszkodzona, kobiéty leżącéj z dziecięciem.
Piękna ta fontanna, znajduje się na wzgórzu, którego wierzchołek zajmuje pałac, otoczona klombem brzoz, topoli, kasztanów i pięknie złożoną wiązką drzew różnych i krzewów. U podnoża wzgórka, ulice po nad wodą na płaszczyznie pięknie narysowane, drzewa umiejętnie rozsadzone, tu i ówdzie rozsypane urny, naczynia marmurowe, kawałki rozbitych starych ozdob, posągów kamiennych i t. d. mostki. Niedaleko tureckiéj łazienki, leży granitowy stary jakiś kloc-posąg, wsparty o ścianę pałacu. Powiadano nam że to kamień z kozaczéj mogiły przywieziony z Humania, ale w istocie jest to tak zwana Baba, z jakiegoś odwiecznego kurhanu zdjęta — Kamień ten z nieforemną głową, na któréj płasko oznaczone kółkami oczy, nos, wąsy i usta rozchodzi się niżéj naksztalt starożytnych hermesów i kończy niżéj pasa. Oznaczone na nim ręce na piersiach niby założone, jedna pod drugą; rzeźba najniezgrabniejsza, a pomimo tego, jest jednak jakiś dziki w twarzy charakter.
Za łazienką w klombie, czworogranny postument ze startym napisem (jak wszystkie dawne napisy w Tulczynie) z którego da się ledwie kilka liter wyczytać. Czy nie pamiątka to bytności króla Stanisława Augusta? — Na wierzchu postumentu miał się znajdować, jak mi powiadano na miejscu, wąż pijący z czary (bronzowe) którego poźniéj nie wiém czemu zdjęto. Ale dla czegoż i tu umyślnie starty napis? Czy tak ta przeszłość nie miła, że zapomniećby o niéj i zaprzeć się jéj chciano, i czy tak boli jéj wspomnienie, że go wytrzymać nie można? Ja nie wiém.
Ogród cały płaski jest, a jednak ładny, grupy drzew rozmaitych i woda żywa, jedyną i główną są jego ozdobą i liście pomięszane różnych rodzajów topoli, grabów, lip, jodeł, akacji, tworzą całość prześliczną. Zapuściwszy się daléj, spotyka się piękną, z tureckiém malowaniem wewnątrz łazienkę do kąpieli w biegnącéj wodzie; do któréj schodzi się po wschodkach, pod dachem. Łazienka ta, o czterech kolumnach kanellowanych, ozdobiona jest poprzedzającym ją jakimś biédnym połamanym Apollinem. Na froncie gipsatura (Trylon) najniezgrabniejsza w swiecie i przebrzydka. W ulicy wiodącéj tu i od pałacu, kilka kolosalnych głów marmurowych, ale na drewnianych podstawach. Tu i ówdzie rozsypane są altany, ptaszarnie z kanarkami, srokami i wszelkiego rodzaju ptastwem.
Wracając przez ogród, gdzie kilka widoków mimo południowego skwaru zrysowałem, i przebiegając ulice szerokiego parku, unosiłem się nad starowném jego utrzymaniem i uprzejmością ukazujących ludzi, to znów poglądałem na ogromny gmach pałacu zewsząd rozmaitemi boki pokazującego się wśród drzew, na skrzydła jego i przybudówki szeroko rozsunione i prawdziwie na pański dwór pobudowane, a dziś tak nielitościwie puste.
Powracając z téj piérwszéj przechadzki zastanowiłem się u kolosu, napis na nim zupełnie zatarty. Lepiéj nie było stawić, niż ścierać potém z niego wielką naukę, jaką mógł dać przyszłości — gdyby tak łatwo starła się pamięć uczynków? Obszedłem zewsząd szukając liter, ślady tylko że niegdyś były, pozostały, ale co wyrażały? tajemnica.
Przechodząc miasteczko, porządek w niém i schludność powierzchowną musiałem ocenić; nawet wysadzana środkiem ulica, gdyby tylko drzewa nieustannie wyłamywane rosnąć chciały, wieleby mogła przyczynić ozdoby.
Cerkiew przerobiona z dawnego Kościoła, lazaret wojenny, kilka jeszcze domostw i maleńka Kapliczka smętarna (gdzie długo leżało ciało Sczęsnego Potockiego) a w któréj teraz odprawia się Nabożeństwo katolickie, składają ważniejsze gmachy Tulczyna. Z końców miasteczka wiele budowli w ruinach, i blizkich ruiny. Co to za kontrast, dwóch boków pałacu! w obszernéj sieni portrety Antenatów, w ganku od ogrodu jedyne żywe stworzenia, siedzą małpy i papugi — Tam to wizerunki przeszłości, to podobno żywy obraz terazniejszości naszéj. Jedna z tych biédnych papug, które dla zabawki z dalekich sprowadzają krajów, śliczna, czerwono, niebiesko, zielono, malowana, siedzi smutna na łańcużku z choremi płaczącemi oczyma — zimno jéj pod naszem lipcowem niebem i drży i oczy jéj się mrużą. Nie jednemu tak zimno, smutno i źle na swiecie jak jéj. Dwie małpy tym czasem skaczą szalone po klatce, a chłopcy smieją się do rozpuku, draźniąc je kijkami.
Mój Boże, gdyby ci antenaci, co tam w górze nad wschodami stoją, tak poważni, dumni, zamyśleni; — bawili się papugami i małpami, nie mieliby tych lic tak wspaniałych, nie wyglądaliby tak szlachetnie, surowo, choć ręką zimnego malarza pomalowani bez uczucia.
Z portretów uderzył nas jeszcze jeden, młodego chłopca w maltańskim mundurze, z fuzyjką w ręku i psem. Takie tu mnóstwo wizerunków i starców, dzieci w kolébkach, że ich policzyć i spamiętać nic podobna. — Wśród popiersi marmurowych, których nie liczyłem także, ale jest ich dość i niektóre piękne; znajduje się jedno Jana III. podobno z odtłuczonym nosem.
W zielonych gałęziach drzew ogrodu, te bielejące pięknych rysów postaci, są jakby cienie dalekiéj już, pogańskiéj przeszłości, wywołane z grobu, aby świadczyły, ile było wdzięku w pojęciu ciała i materji u Greków. Nic nie dziwna, że Sztuka upadła od tego czasu i zmienić się musiała zupełnie. To było konieczném następstwem. Swiat starożytny, był ciałem i uwielbiał ciało, stroje jego więcéj odkrywały i rysowały, niż osłaniały kształty. Chrześcijaństwo mające za zasadę zaparcie się ciała, musiało sprowadzić i suknię starannie ukrywającą je, i sztukę całą w myśli, całą w uczuciu, a pogardzającą niejako kształtami i ich materjalnym wdziękiem.
Na wyspie znajduje się mierny posąg kobiéty, któryby się jednak w oddaleniu nie zle wydawał, gdyby miał podstawę. Naczynia na wzór marmurowych blaszane, olejno malowane biało, stojące na drewnianych podstawach; tak, jak w willanowskim ogrodzie gliniane posągi, nie odpowiadają wspaniałości reszty obrazu i zle odbijają przy nim. Uszłoby to bardzo gdzie indziéj, co tutaj nie uchodzi wcale.
W ogólności wrażenie, jakie daje, obejrzenie ogrodu i pałacu, jest smutne. Wszystko tu w porządku, czystości, z przepychem; ale jakiś to przepych martwy, zastanowiony, bez życia, bez racij i konsekwencij — Ludzi, służby, dworu, ruchu, téj drugiéj i koniecznéj wynikłości państwa, téj wielkiéj ozdoby pałaców, nié ma — Martwo, cicho, pusto wszędzie; serce się ściska — bo życie ztąd uciekło. Najwięcéj go może w jednym pokoiku właściciela, ale tu tak bardzo skromnie! Cela to tylko w przepysznym pałacu — Pokój pani pusty zupełnie, książki w pyle, kałamarz bez atramentu, klęcznik dawno nie odwiedzany, choć na nim leży Agnus i Relikwiarze — Fraszki i minjatury leżące na biórku, przestały widać sercu być drogie, — zostały tu tylko jak ciekawość. A te nowe portrety pana i pani, jak dziwnie odbijają się w swych strojach przy Wojewodzie i Wojewodzinie kijowskiéj, przy starych sarmackich ubiegłego wieku twarzach. Jak znowu smutno poglądać na wizerunki dzieci pomarłych w kwiecie wieku, na daleko rozbiegłych, na innych, których pamięci, należy się — Ale dość tego — Smutno, tak, smutno wszędzie, jak u nas niemal po wszystkich pałacach, z których panowie i panie za granicę uciekają, lub żyć w nich po staremu nie umieją. Te pałace nie są już w żadnym związku z krajem otaczającym je; wyspy na morzu niedostępne i w pół puste — nic więcéj. Wszystko w nich, aż do najmniejszych drobnostek, cudzoziemskie, pożyczone, nie swoje.
Nie dziwujmy się jednak, tak być musiało, wszystko na świecie ma swój czas, swój chwilowy użytek i koniec — Nam się dostało żyć w wieku, w którym tak zwana arystokracja, własnemi rękoma grób sobie kopie i oczy zamyka. — Que l’histoire lui soit legère!!




VII.
4. Lipca. Tulczyn jeszcze — Wspomnienia historyczne — Za Tulczynem — Ubiory ludu — Jarmark w Wierzchówce — Tańce — Stroje — Anegdota o X. de Nassau — Obodówka — Żabokrzyczka – Czeczelnik.
4. Lipca.

Naprzeciw drogi wiodącéj do Pałacu w Tulczynie, stoi w ulicy, jakeśmy wyżéj wspomnieli, kolumna — obelisk na postumencie, zakończona gałką i ostrzem; która jak widać z kilku na niéj nie zupełnie startych słów — Stanisław — szczęśliwie, musiała być wystawiona na pamiątkę bytności Króla Stanisława Augusta; ale i na niéj nie lepiéj jak na drugich pomnikach tutejszych, napisy się zachowały. Dziś to wszystko kamienie bez celu i znaczenia stojące.
Tulczyn, o ile wiémy, nié ma prawie pamiątek historycznych i nic w nim wartego wspomnienia nie zaszło. Jedną z najdawniejszych wzmianek o Tulczynie jest Cellarjussa, który pisze: — Tulczyn nad rzeką Tulczynką, z warownią. Téj warowni śladów, dziś nigdzie nie pozostało.
W r. 1623 rabusiowskie bandy Lisowczyków, wyrokiem Sejmowym ze czci wyzute, rozbite zostały przez Xięcia Karola Koreckiego, przeciw nim umyślnie wysłanego i całkowicie rozproszone, pod Tulczynem. Następnie, pojedyńczo wałęsających się zabijano, jako wywołańców[10]. Oddawna uważaliśmy, że chociaż ku morzu jedziemy, ciągle jednak powoli ku górze się podnosim; zapewne wkrótce już pocznie się płaszczyzna w przeciwnym pochylona kierunku, ale dotąd, nie można było dostrzedz téj odmiany. Począwszy od Tulczyna, kraj i ludzie coraz bardziéj zmieniają fizjonomją, pola okrywają się bodjakami coraz gęściéj. Jest to szkodliwa roślina, ale i ona przecież nie napróżno ssie ziemię i wygrzewa się na słońcu. Uważałem u nas, trzy pospolitsze gatunki bodjaka, ale przypomnieć nie mogę, jak je Pallas opisujący nazywa. Jeden najsrożéj kaleczący, co się rozcieła po ziemi, a który jak podanie powiada, początkowo zaprowadzono u nas z za granicy sprowadziwszy, dla obsadzenia wałów w ogrodzie; rozsiał się potém i rozpowszechnił sam wszędzie, łatwo się zaaklimatowawszy. Drugi drobnolistny średniéj wielkości, trzeci ogromny, wysoki, pięknym karmazynowym kwiatem odznaczający się. Na tym to kwiecie, pszczoły Podola i Pobereża, zbiérają wyborny, biały i wonny miód, bodjakowym zwany. Kiedy wśród tych ogromnych zarośli bodjakowych orać przyjdzie pole; nie bez trudności się to odbywa, wołom zawiązują oczy, obwarowują nogi, pomimo tych ostróżności kaleczą srodze chudoby i siebie. Bodjak służy także na opał.
Za Tulczynem w polach, postrzegać się dają sady i w polu także siana już kukuruza. Budowle nizkie, kryte słomą, ale nieco inaczéj niż na Wołyniu, bo pospolicie w schodki; płoty nizkie na wałach, pookrywane z wierzchu słomą, poosadzane wirginją — Lasy coraz rzadsze i drzewa ukazują się tylko przy trakcie i po wsiach. Wsi zawsze jeszcze rozłożone nad stawami po jarach, lub rozsypane po wzgórkach, nad wodą, z trzykopulnemi wysokiemi Cerkwiami, które je bardzo ozdabiają.
Ubiory ludu, począwszy od Kraśnego, coraz się widoczniéj, coraz bardziéj zmieniają. Kobiéty na głowie, na kolorowym czepcu, noszą osłony z rąbku w pół przezroczystego (namitki) obcisłe przy głowie, długiemi końcami z tyłu powiéwające, koloru pyłu, siana, szare, żółtawe, a nawet (co się uważa za najwyższą strojność) zupełnie czarne. Namitki te haftowane są po krajach biało, a czasem kolorowo, im rąbek zbliża się bardziéj do białego, tém tańszy i mniéj wytworny.
Dziewczęta zwijają włosy w duże kółko na wierzchu głowy, całe osadzone wieńcem z robionych i świéżych, jaskrawych kwiatków, z tyłu od związania warkoczy, mnóstwo najjaskrawszych spada na plecy wstążek — Spodnice zastępują czarne lub czerwone kawałki sukna rzadkiego i lekkiego, ze szlakiem na dwóch połach, które się zchodzą z przodu i z tyłu, z pasem wyrabianym wzdłuż także. Podpasują się czerwono, czarno lub niebiesko. U bogatszych bóty czerwone lub żółte safjanowe; na szyi po kilka i kilkanaście sznurów korali, bursztynów i paciórek szklannych. Sukmany (swity) ciemnobrunatne bez ozdób, ale pięknym krojem, z małym wywiniętym kołnierzykiem, ostro z tyłu zakończonym. U mężczyzn wysokie baranie czarne czapki, pasy czerwone lub sine, bóty długie i szerokie, swity także ciemno-brunatne z kapturami (wojłok) prawdziwémi lub fałszywemi tylko kawałkami sukna, nakształt kapturów wykrajanemi. Żydzi ubiérają się w kurtki, czapeczki okrągłe do głowy przystające. U dziewcząt na Święto, miejsce fartuchów zastępują wielkie kraśne chustki bawełniane, złożone w klin, jak do włożenia na szyję i zawieszone z przodu, końcami za pas. Chłopcy noszą rodzaj malenkich, czasem spiczastych krymek, brunatnych, sukiennych.
Miasteczko Wierzchówka, dawniéj Potockich, teraz Sobańskich, liche, ogołocone z drzew, rynek otoczony nizkiemi budowlami. Co dwa tygodnie są tu niedzielne jarmarki. Staw odsunięty gdzieś daleko i nie zdobi wcale wielce pustego miasteczka, którego karczemki, a raczéj kletki, chylą się w prawo i w lewo, na cienkich popodpierane słupkach. Twarze ludu dziwnie brzydkie, mianowicie kobiét, które nawet charakterystycznie brzydkiemi być nie umieją. Z mnóstwa widzianych kobiecych twarzy, nie wiém czy dwie spotkałem ładne, nie wiém czy cztéry przystojne, a większość szkaradna. Na tęż samą liczbę w Grodzieńskiém i Wileńskiém, na Polesiu wołyńskiém, większość byłaby piękna, a wyjątki tylko szpetne. Cale téż tu inna i innych cech fizjonomji rasa ludu i plemię.
U mężczyzn oprócz pasów czerwonych i sinych włóczkowych, postrzegałem także zielone bawełniane, haftowane w desenie. Nie noszą ich jak u nas na switę, ale noszą pod nią. Czapki najpospolitsze, wysokie, czarne, barankowe, okrągłe, nad któremi wierzch sukienny, czubato się podnosi.
Właśnie szczęśliwie dla mnie, trafiliśmy na jeden z częstych w Wierzchówce jarmarków, a rynek zapełniony był tłumem różnofarbnym, żwawym, krzyczącym, szemrzącym, uwijającym się między rozłożonemi na spiece słonecznéj: i lekkiemi tylko namioty osłonionemi, kramikami.
Były tam i wozy z tytuniem, nad któremi na długiéj tyce powiewała papuża, i wozy z mięsiwem rozłożoném na nich i sol kupami rozsypana, którą mierzyło żydowstwo, i wszelkie potrzeby w które zasposobiało się chłopstwo okoliczne na dwa tygodnie — Mołdawjan tak tu jeszcze mało było, żem ich dostrzedz chociaż mi byli pokazywani, nie mógł; w okolicy jednak są ich gęste osady. Puściłem się mimo skwaru i znużenia, korzystając z okoliczności, na rynek pomiędzy tłum, dla nowych postrzeżeń, względem fizionomji i strojów ludu tutejszego.
Dziewczęta twarzami wielce brzydkie, strojne były wytwornie, w białych zakasanych po łokieć koszulach, we włosach całkiem oplecionych wstęgami różnobarwnemi, których mnóstwo powiewało na plecach, szyje zawieszone paciórkami i naszyjnikami wyszywanemi z paciórek, naksztalt obróżek. Kaptury swit wiesniaczych, proste, pięknie jednak skrojone nie miały żadnych ozdob, sznurków i bramowania, jak na Wołyniu — uważałem także, że kobiéty wcale się tu inaczéj podpasują, co im wcale wdzięku nie dodaje. Pas ich spuszcza się bardzo nizko na biodra, a uwiązanie opadającego węzła, przypomina już wschodnie stroje i dawne starożytne przepaski greckie. U tutejszego ludu wszakże, to podpasanie niżéj stanu, jest niezgrabne i brzydkie zupełnie. Kobiéty pomimo bogatych przyborów, smaku w stroju i chęci wystrojenia się dla dodania sobie wdzięku, nie okazują. Wszystko co mają, narzucone niedbale, jakby tylko na popis dostatku. Ozdobą dziewcząt najwydatniejszą są żółte ich chustki z przodu wiszące, na wpół złożone, pstre, robione kwiatki powtykane na głowie, paciórki i obróżki z medaljonami i krzyżami na szyjach, koszule na rękawach, z przodu około rozporka i u szyi wyszywane krasno, wzorzysto i bogato. Na środku rynku między wozami, kupami soli, mięsiwem, żydowstwém, wśród gwaru, siedział pod słońcem piekącem, siwy z gołą głową i nagą piersią opaloną, dziad lirnik, który wyciągając rękę coś śpiéwał, przygrywając na lirze. Przy nim odarta dziewczynka dość blada i zbiedniona, na podkurczonych pod siebie nogach siedziała przytulona. Pisk jego liry mięszał się z wrzaskiem tłumu i szumem odgłosów jarmarkowych.
W jednéj z otaczających rynek karczemek, odzywała się muzyka — poszliśmy zobaczyć kiermaszową salę balu. W pierwszéj malenkiéj izbie, kieliszkowali rycząc czumackiemi pieśni, odstawni sołdaci i kilku starych, za nią dopiéro w przypiérającéj szopce, tańcowała młodzież ochocza. Scisk był taki, żeśmy się ledwie dobrze robiąc łokciami, wewnątrz docisnąć mogli. Przy jednéj ścianie siedzieli na ziemi chłopcy w czapkach na bakier, oczekując kolei i przypatrując się okręcającym się dziewczętom; przy drugiéj kobiéty; z trzeciéj strony stała ciżba patrzących i my w niéj wmięszani, a przy ostatniéj ściance, muzyka: na moskowskoj dudei (jak powiadali chłopcy) grający jeden (w istocie na klarnecie artysta) drugi rzępolący na skrzypcach, trzeci warczący na ogromnéj basetli. Nie obeszło się bez akompanjamentu koniecznego bębenka. Tańcowała właśnie szlachta i szlachcianki, a chłopki czekali kolei, drwiąc i dziwując się jakiemuś tańcowi, który zarywał na obertasa, poczynając się od powolnéj podrygiwanéj przechadzki w kółko, a kończąc skocznym walcem.
W tym tłumie po większéj części młodym, ledwie kilka pięknych twarzy widziałem, a i to pięknych tylko: świéżością i młodością, reszta poopalana na czarno, brzydkie jak szatany, a wszystkie popodpasywane tak nizko i wązko opięte ciasną spodnicą, że się musiały koniecznie, jeszcze niezgrabniéj wydawać. Chłopaki za to w czystych sutych nowych switach, w wysokich baranich czapkach, pięknie od kobiét odbijali. Starszych także twarze brodate, siwo lub czarno zarosłe, mogły charakterem służyć za studja Malarzowi, do poważnych postaci naszéj przeszłości.
Wielce rozmowna gospodyni karczmy, w któréj popasaliśmy, widząc staranie, z jakiém chodzono koło chorego pieska Ciotki, opowiedziała nam zabawną anegdotę o X. de Nassau. Wybrał się on był za granicę z całym swym dworem i ulubioną suczyną — ale nie daleko od domu, suczka się oszczeniła i Xiąże wchodząc w jéj położenie i niewygody podróży dla choréj, powrócił nazad, odkładając swą podróż, w którą się już podobno nigdy więcéj nie wybrał.
Skończył się mój przegląd jarmarkowy, razem z popasem i jarmarkiem, który się już rozjeżdżał na wszystkie strony pośpiesznie, turkocząc i szumiąc. Większa część (bliżsi zapewne) szli pieszo, niosąc na palcu maleńkie bańki czarne z kupioném smarowidłem, dziegciem, smołą, inni wiedli bydło, inni nieśli sól i co pokupowali na kiermaszu. Oddajmy im sprawiedliwość: jak na koniec jarmarku, mało było pijanych.
Począwszy od Wierzchówki, kraj dosyć wesoły, ale wcale nie piękny; ziemia twarda gliniasta, coraz bujniejsze rośliny, a drzew coraz rzadzéj i 4ry po trakcie tylko. Zbliżając się do Obodówki Sobańskich, postrzega się wieś, w piękném dziś położeniu, na pagórkach lasami okrytych, u stóp ich rozrzucona. Wielkie zabudowania dworskie bieleją, ale szkoda mówić, żeby miały być dobrym smakiem; wszystko tu dosyć niezgrabne choć bardzo porządne. Dołem jak wszędzie staw, jak wszędzie Cerkiew i Kościołek czysty, ale nie ładny wcale; daléj już za wsią Smętarnia gotycka niby, zapewne grobowa familijna Kaplica. Ubolewałem, że z dosyć pięknego miejsca, szafując murami, nic nie tylko wdzięcznego, ale nawet znośnego nie zrobiono.
Na mogiłkach tutejszych, znowu zrysowałem nowe formy krzyżów mogilnych, których rozmaitość kształtów niezmierna. Krzyże te, ze swemi dziwnemi przekréśleniami i ozdobami, przypominają i wyświecają początek wielu herbownych znaków ruskich i litewskich.
Jadąc od Obodówki dość pięknym krajem, który wielce zdobią laski dębów, czarnoklonów, grabów i jasionów, mija się na lewo wały jakiegoś okopu, czy starego Zamczyska, gdzie i źródło z pod góry się sączy. Twardowski w opisie wojen kozackich, wspomina raz Obodne, ale niechybnie i mimo okopu tego, sądzę że to w innéj stronie i inna wieś wcale. Właśnie dojeżdżając traktem ku okopom na górę, dosyć wdzięczny odkrywa się z niéj widok. Z jednéj strony te wały zielone, otoczone lasem i malujące się na ciemniejszéj jego zieleni, w różne kształty pogięte; daléj siniejące wzgórza i daléj a daléj jeszcze krajobraz, w którym jak perełki świécą się gdzieś po dolinach i jarach rozsypane stawy. Pięknym gajem i wysadzaną lipami drogą, dojeżdża się wśród woni kwitnących i zapaszystych drzew, do wsi Żabokrzyczki, jak wszystkie prawie tutejsze, położonéj u stóp wzgórzy, okrytych laskiem — świécącéj Cerkwiami i białemi bardzo porządnie na jeden wzór, w długie i szerokie ulice poustawianemi domki posieleńców wojskowych. Jest to wojenna osada, uderzająca porządkiem. Dla widoku jednak w obrazie, piękniejsze nieforemnie i kapryśnie porozrzucane po górach i dolinach sioła.
Jedzie się daléj traktem pod wysoką górę i w prawo pomija, śliczny głęboki jar, zarosły dębami, które przejeżdżający ma pod nogami. Ziemia tu wcale inna, próchnowata, rozsypująca się, popękana, rudawo-czarna, żyzna i sprężysta. Pierwszy basztan, to jest ogród kawonów i melonów w polu, i piérwszą tu w polu widzieliśmy kukuruzę[11].
U stóp dość nagich i gdzie niegdzie tylko małemi zaroślami porysowanych pagórków, ukazało się ku wieczorowi miasteczko Hrab. Gudowicza — Czeczelnik; dawniéj powiatowe, które teraz zastąpił w tém Olwiopol. Jest ono z liczby majętności, kupionych u Alex. Xcia Lubomirskiego, przez Cesarzowę Katarzynę (od Bohopola do Szarogrodu rozciągały się te majętności), a potém rozdane zasłużonym.
W Czeczelniku ukazuje się naprzód przyjeżdżającemu z téj strony, porządny i czysty, świéżo odnowiony Kościołek katolicki i zielono kryta, odmiennéj nieco od zwykłych, Cerkiew z wysoką wieżą; daléj mieścina szeroko rozsypana, poprzerzynana ogromneni pustemi placami; co jéj szczególną fizjonomją nadaje. W miasteczku wielką ulicą przeciętém, domki liche, ciasne, nizkie, dla braku materjału do budowy — Widać, że tu już trudno o drzewo, a jeszcze nie łatwo o kamień. Drobne, krzywe domiki, ciągną się pod sznur na pochyłości wzgórza, ciągle we dwa rzędy, aż ku przeciwnemu jarowi, którędy formując stawy, płynie rzeczka Sawrań. Środkiem nędzne kramy, przyparte do obłamów muru, niegdyś Pałacu Xcia Alexandra Lubomirskiego, z którego dziś ściany tylko z jakiemiś na wierzchołku wazonami, ku ozdobie ruiny — pozostały. Po za Sawraniem i stawami, gołe góry — w lewo wieś i porządnie, czysto, zabudowany szeroko dwór pański. — W ogólności pusto i smutno w Czeczelniku — może daléj ku dworowi, ku Cerkwi, gdzie widać drzewa, weseléj zieleniające — miléj i piękniéj, ale w rynku i miasteczku, szeroka pustka, domki biédne, nizkie, popochylane i polepione gliną. — Żydzi tutejsi, począwszy od Wierzchówki, więcéj po rusku niż po polsku mówią i od naszych wiele się różnią. Łatwo zarabiając na handlu bydłem, mniéj dbając o mały zarobek, nie są tak uprzedzający i nadskakujący jak na Wołyniu.




VIII.
5. Lipca. Kraj za Czeczelnikiem — Bałta nad Kodymą — Bałta terazniejsza i dawna — Wzięcie Bałty przez Hajdamaków w r. 1768 z Archiwów kozackich zaporożskich — Bajtały — Step — Budowle w stepie — Mołdawianie — Anani — Wspomnienia — Widok budowli — Kiziak — Okolica i t. d.
5. Lipca.

Od Czeczelnika jedzie się krajem, coraz mniéj pięknym, ale za to, coraz bardziéj, od tego, który przebyliśmy, odmiennym. Góry zasłaniają widok ze wszystkich stron, opasują nas, pogięte w różne żłoby, suną się, poprzecinane głębokiemi jarami, na których dno słońce tylko o południu zagląda — Widok z góry dość wysokiéj, na którą się wdzierać potrzeba, zaraz za groblą na Sawraniu w Czeczelniku — na miasteczko; daje plan jego dokładny a vol d’oiseau.

Rozsypane rzadko, na wielkim bez miary placu, rozwiane domki, stoją daleko od siebie, tak, że Kościoł i Cerkiew już w pustym zupełnie leżą stepie i miasteczko do nich jeszcze nie doszło, domki te ciągną się szeroko rozbudowane po górze, aż za niémi z jednéj strony Kościoł, świéżo jakośmy mówili odnowiony przez Hrabinę Gudowiczowę (Katarzynę z Zalewskich, primo voto Manteufel) z drugiéj Cerkiew z zielonym dachem, zamykają widok osady, rozsypanéj na wielkim kawale stepu. Koło dworu tylko drzewa i woda; mieścina bez gałązki, bez drzewa i zieloności — W pośródku rynku króluje ruina pałacu, nie wiele bardziéj ruiną od tego, co ją otacza będąca; osłaniające ją kletki ledwie się domyślać dozwalają, że to resztka pańskiego pałacu.
Z Czeczelnika jedzie się coraz mniéj leśną, lub rzadkiemi tylko dębowemi zaroślami i krzewy poplamioną w oddaleniu okolicą, ogromne łany różnofarbne, otaczają trakt dokoła, żółto, biało i zielono pokrajane w pasy i kliny. Gdzie niegdzie jar, w jarze wieś, ale i wsi, ku Bałcie się zbliżając, coraz rzadsze. Karczemki licho z drzewa klecone, raczéj z kijów stawiane, na które patrząc, strach, aby je piérwszy powiew wiatru nie obalił. Pusto na szerokich polach, tylko cienie chmur przebiegających niebo, posuwają się po tych ogromnych przestrzeniach, bodjakami i zbożami zarosłych. Tu już buja kukuruza i błyszczy swemi ciemnemi liśćmi — Ludzie ją właśnie okopywali — co się tu zowie praszowaniem.
Im bliżéj ku Bałcie, tém coraz jednostajniéj i bardziéj ponuro, gościniec nie wysadzony, ziemia spiekła i popadana, łany z jednéj strony po wzgórzach, z drugiéj bodjaki — gdzie niegdzie tylko i zrzadka czernieją dębiny.
Nareszcie kilkadziesiąt młynów wietrznych, większych i mniejszych, prawdziwie wedle wyrażenia Ciotki naszéj — stado młynów — dziwacznie wywijających cztérema, sześcią i ośmią skrzydłami, jedne w lewo, drugie w prawo, co patrzącego, nie wiedzieć dla czego drażni; — ukazują się na łysych wzgórzach — Na lewo niby przedmieście rzadko porozsadzane, domeczki z szaremi dachy, białemi ściany i dokoła każdego ogródki w różne gzygzaki; — górę tę nakształt haftu na kołnierzyku ubiérają — Pokazuje się w dole miasto Bałta, dawniéj pograniczne polskie od Turcji, nad rzeczką Kodymą — świecące kilką zielonemi, czerwonemi i mnóstwem szarych dachów i kletek ciemniejące. Wody prawie nie widać, drzew mało, widok nagi i smutny. Wjeżdża się ulicami, które zajmują i zawalają zewsząd cisnące się czumackie wozy; — ostawionemi po obu stronach walącemi się domki, ziemlankami, żydowskiemi kletki, z których jedne już powywracane i bez dachów, drugie wywracające się dopiéro i w pół do ziemi zalazłe, inne na siłę kijów podparte. Te niby pomalowane, drugie obszarpane i opadłe z gliny, którą były poobmazywane — Ulica jedna na polskiéj dawniéj stronie (polska osada zwała się podobno palejowém jeziorem) wiedzie ku górze do Cerkwi, wśród kramków żydowskich, które ją zawalają wszérz i wzdłuż i przejazd nawet utrudniają. Na górze przecię, nie daleko Cerkwi, znalezliśmy wygodniejszą do popasu i wcale porządną karczmę. Ale i tu przeciw okien kramiki zaległy placyk, bo cała Bałta, w tych szałasach, budkach, kletkach i drobnym handlu, na Czumaka czyhającym po drodze.
Wszędzie żyd podstawia się jadącemu Czumakowi, i kusi go, rybą suszoną, postronkami, kołami, dyszlami, smarowidłem, chlebem, wódką i t. d. — Na placyku przeciw Cerkwi, wielki namiot płócienny, okrywał stosy suszonéj ryby, a dwóch żydów za wexlarskiemi stoliczki siedząc drzymało.
Kodyma przedzielająca terazniejszą Bałtę na dwie części, dzieliła dawniéj Polskę od Turcji i właściwą Bałtę (tak się zwała strona turecka) od palejowego jeziora — O historji tego miejsca, postaramy się niżéj nieco więcéj powiedzieć. Na dawniéj polskiéj stronie, jest Kościoł i Cerkiew, z drugiéj, tureckiéj przedtém, widać także nową Cerkiew z zielonemi wedle zwyczaju dachami wież i ganków.
Z balkonu domowstwa do którego zajechaliśmy, wszystkie kletki, domki i domeczki Bałtę składające, jak na dłoni mieliśmy; wspinające się góry łyse stepu za Kodymą, ustrojone w machające skrzydłami, czarne, jakby na straży stojące wiatraki. Piérwsze to miejsce, w którém tyle ich razem się spotyka. Niedostatek wody i młynów, jest powodem téj niezmiernéj ilości wiatraków, otaczających wsi i miasteczka stepu za Bałtą i w Bessarabji. Młyny te o sześciu, ośmiu i więcéj skrzydłach, są tureckiego widocznie autoramentu (wedle dawnego wyrażenia, albo turecką fozą jeśli chcecie); jeden XVI. wieku podróżny francuzki, Nicolas de Nicolai, w ciekawym swym opisie pobytu na Wschodzie, wzmiankuje także o wiatrakach, w liczne skrzydła strojonych. Jakby na oznaczenie staréj granicy od Turcji, stoją i tu te wiatraki, tam gdzie się poczynało panowanowanie Xiężyca.
Z miasta dawniéj polskiego, na tamtym brzegu Kodymy, zjeżdża się w dół przez wązkie, ciasne i pozastawiane namiotkami, pod któremi sprzedają garnki, sól, smarowidło, rybę wędzoną i t. p. — kletkami, szałaszami, uliczki, w drugą część miasta, dawniéj turecką, gdzie jakéśmy powiedzieli, panuje druga Cerkiew, a przed nią wedle zwyczaju wystawiona budka, z obrazkiem świętego Patrona i z wywieszoną karboną dla zbiérania ofiar, od pobożnych przechodniów — Wszystkie Cerkwie w stepie, mają drewniane lub kamienne wystawki tego rodzaju.
Na téj stronie Kodymy, mnóstwo także sklepów, wiele bardzo porządnych nowych domów, ale wiele także niepojętym sposobem, wyraznie łaską Bożą trzymających się kletek, nie wiedzieć z czego zbudowanych, których dachy się walą, ściany ciężarem swym wyginając.
Tu jeszcze nad drogą, dla Czumaków szyneczki, oznajmujące się wystawionemi przede drzwi stoliczkami pełnemi szklanek, kufelków, kieliszków, flaszek; a obok sklepiki dla Czumaków takie, gdzie sznury, koła, smoła i wszystko pod ręką, czego, nie tracąc czasu Czumak, zapotrzebować i kupić może. Sklepy Greków i ruskich, bardzo porządne i więcéj jest może z téj strony. Pod górę się znowu wdzierając jak ciągle, wyjechaliśmy nakoniec na trakt ciągnący się po nad Kodymą i przedmieściami Bałty[12].
Bałta, powiada w notacie udzielonéj mi P. A. A. Skalkowski, miasteczko podolskiéj Gubernji, bardzo stare, należało do tak zwanych u historyków chańskich Słobód. Gdy w r. 1740 Cesarzowa Elżbiéta rozkazała mirgorodzkiemu Pułkownikowi Grekowi Kajenistros i Inżynierowi Pułkownikowi de Boqueset, zakładać forteczki i obwarować sioła (miasteczka obronne) na granicy polskiéj Ukrainy, jako to w Kryłowie, Nowoarchangielsku (naprzeciw Targowicy) Orliku (teraz Tyraspolu) i t. p. wszyscy mieszkańcy Małorossjanie i Zaporożcy przeląkłszy się odgłosu o fortyfikowaniu, uszli w stepy, gdzie jedyssańska Orda koczowała i tam poczęli osiadać. – W r. 1748 założona Bałta nad Kodymą przeciw polskiego miasteczka — Palejowe jezioro, Bobryniec w r. 1755 i Hołta w r. 1762 (nad Bohem) przeciw Tyraspola, Gidyrym. W r. 1765, osady te przestały się zaludniać, większa część mieszkańców składała się i teraz składa, z Rusi uszłéj z noworossyjskich stepów, gdy urządzano Nowo-Serbją, z Wołochów t. j. Mołdawian wyszłych z Bessarabji i Mołdawian, w r. 1750, gdy budżacka i jedyssańska Ordy, zbuntowały się przeciw Chanowi krymskiemu i zniszczyły cały kraj między Dniestrem a Dunajem. W roku 1768 Bałta i Hołta były wzięte i zniszczone przez Hajdamaków pod dowodztwem Maxyma Żeleźniaka. Nad témi miasteczkami, był naczelnikiem Hetman czyli Kajmakan chański, zwykle z Ormjan wybiérany. Jeden z nich Jakub Aga, stał się przyczyną wojny między Rossją a Turcją w r. 1768. On wpuścił polskich Konfederatów i zapalił miasto, a Porcie doniósł, że Rossjanie wpadli i zniszczyli je.
O tymże samym zapewne Jakub-Adze, wspomina i Baron de Tott[13] jako o wielkorządzcy i celniku na Komorze w Bałcie, przez łakomstwo Chana wyzutym z posady, ograbionym z majętności i osadzonym nawet w więzieniu. Baron de Tott go ocalił, wypuszczono go, a nawet wrócono na posadę, za jego wstawieniem się, ale mu nie oddano zagrabionego majątku.
Tenże wspomina pisząc o wyprawie, w któréj był z Chanem tatarskim, gdy z nim razem i wojskami tureckiemi i tatarskiemi ciągnął do Bałty; o swojéj tu bytności. — „Miasto to, powiada, leżące na okrawku Polski, którego przedmieście jest w Tartarji, wsławione piérwszemi zaczepkami nieprzyjacielstwa, ale podtenczas zupełnie opuszczone od mieszkańców, samego spustoszenia było obrazem. Dziesięć tysięcy Spahów, przeznaczonych od Porty do złączenia się z Tatarami, wtargnęło tam przed nami i wniwecz obróciło nie tylko Bałtę, ale i okoliczne wioski. Wszystkie pułki ściągnęły do Bałty; a gdy tęgie mrozy nastały, rzeki ścięły się lodem i ułatwiły wtargnienie do Nowéj Serbji; ruszyły z Bałty obozować pod Olmar.“
Wspomnieliśmy wyżéj o napadzie Żeleźniaka na Bałtę w r. 1768. P. Skalkowski, który piérwszy zajrzał do zaporożskich Archiwów, jakowych exystencji, nawet nikt się nie domyślał; udzielił mi z nich wyjętego dokumentu, opisującego ten napad szczegółowie i wielce charakterystycznego w swéj prostocie; pomieszczamy go tu w całości, jako do historyi Bałty należący.
Kiedy Kosz Zaporożców dowiedział się że w Humaniu dopełniona rzeź i Hajdamactwo się zawiązało, a Hajdamacy zwać się poczęli wojskiem zaporożskiém, wysłał natychmiast półkowego starszynę Siemiona Halickiego, do Kajmakana tatarskiego w Bałcie będącego, na wzwiady o Hajdamakach. Ten powróciwszy, tak swoję podróż opowiedział, którą zapisano w zaporożskiém Archiwum, pod datą d. 2 Lipca 1768 r.
„Za powrotem Halickiego z miasteczka chańskiego Kiszły (zapewne Chan-Kiszła w Budziaku) od jedyssańskiego Sułtana, do którego wysłany został z listami dnia 17 Czerwca; przyjechał do Bałty i tam od Hetmana miejscowego Jakub Agi dowiedział się, że jacyś Hajdamacy, którzy się sami zwali Zaporożcami, przybliżyli się aż pod samą tatarską granicę i w polskiéj ziemi lackie i żydowskie majętności łupili, a samych Lachów i Żydów pobili i rozpędzili, których wielkie mnóstwo na tatarską stronę za rzekę Kodymę do Bałty przyszło i pod opiekę Jakub Agi udało się. Tenże Halicki widział, że z téj hajdamackiéj szajki, niektórzy łupy na Lachach i Żydach porabowane, Turkom do wojska Jakub Agi należącym sprzedawali.
Gdy się potém dowiedzieli ci Hajdamacy, że rozpędzeni przez nich Polacy i Żydzi, wszyscy zostają pod opieką Hetmana Jakub Agi, postali natychmiast do niego, z żądaniem, aby nie zatrzymując i nie przechowując nikogo, zaraz im tych wszystkich zbiegłych wydał. Przyczém podany Jakub Adze od nich jakiś na arkuszu wypisany rozkaz, jakoby od Koszowego z Petersburga przysłany do Hajdamaków, aby oni wszystkich Żydów i Lachów do ostatniego wyniszczyli. Sam Halicki widział na tym papierze napisano: Po Ukazu Jeja Imperatorskoho Weliczestwa Samoderżycy Wsie Rossyjskoj i procz. Objawlajetsia wo wsienarodnoje izwiestje etc. etc. A w końcu podpisano: Ataman Koszowy Petr Kulniszewski iz Peterburga.
Aga widząc zniszczenie i krzywdy jakie Hajdamacy wyrządzali Lachom i Żydom, prośby Hajdamaków nie przyjął i postanowił, gdyby potrzeba nawet, bronić się, wydając rozkaz wszystkim Turkom gotować się do boju. Przedmieścia zaś kazał zapalić, co natychmiast spełniono. Widząc to Hajdamacy, porzucili ich w miasteczku, a sami się cofnęli. Na nieszczęście, Turcy z uchodzących Hajdamaków dwóch na moście zarznęli, a jednego zbiegłego Husarza zastrzelili, co widząc Hajdamacy wrócili zapalczywie, gwałtownie się rzucając na Turków, dając ognia ze czterech armatek, które za sobą ciągnęli. Turcy choć mężnie dotrzymywali placu, oprzeć się nie mogli i razem z Jakub Agą i obozem całym uciekli z miasta. Halicki razem z niémi cofnąć się musiał, zostawiwszy w Bałcie towarzysza swego Alexieja Szulgę z końmi i wozami; skryli się oni o sześć wiorst od Bałty, we wsi F.... (nie czytelne); przenocowawszy we wsi, nazajutrz z Turkami razem do Bałty powrócili, ale już ani Hajdamaków, ani rzeczy zostawionych nie znaleźli tam. Halicki towarzysza swego znalazł wszakże, ale Hajdamacy ograbili go tak, że nie tylko konie, wozy, ale i suknie zdarli i oręż odebrali. Poźniéj złupiwszy miasto, na polską stronę przeszli za Kodymę.
Tam (opowiadał towarzysz Halickiego) widziałem jak po karczmach ciesząc się ze swego zwycięztwa pad Turkami odniesionego, pili. Naówczas Hetman Jakub Aga zaczął powątpiéwać, czy istotnie są Hajdamacy Zaporożcami, wypytywać o to począł Halickiego, czy rzeczywiście mieli oni takie od Kosza pozwolenie. A gdy Halicki zaręczał, że nikomu nigdy takiego rozkazu nie dawano; Aga, aby się upewnić, posłał go z dwóma od siebie dodanymi konnymi Sejmanami (straże) do obozu Hajdamaków. Gdy Halicki do nich przybył, znalazł ich wszystkich razem siedzących za stołem i pijących. Oni go wezwali ku sobie. Posadzili między sobą, traktowali i prosili o wybaczenie, że kilku łajdaków z ich partji, jego i towarzysza ograbili, upewniając, że wszystko zabrane oddadzą, a nawet nagrodzą.
Tymczasem Halicki rozmawiając rozpatrywał się wszędzie, żadnego z przytomnych nie uznając prawdziwym Zaporożcem, bo ani jednego nie widział wojskowo wyćwiczonym wedle obyczaju zaporożskiego, siodłać konie, siadać, pikę trzymać i juczyć konia. Największa część, jak mu się zdało, byli prości chłopi, wcale nie wojskowi ludzie, bo i wówczas nawet, gdy Turków z Bałty wypędzili, armatki swoje z rogów (prochownie) nabijali ostatkami prochu, a zamiast kul, rąbane kawały żelaza w nie kładli. Tym sposobem cały swój zapas prochu wystrzelawszy, szczęśliwym trafem zabili trzech Tatarów, bo daléj radyby sobie dać nie potrafili i sami uciekać musieli. Halicki pobywszy nie długo z niémi, do Jakub Agi powrócił i co widział, opowiedział. Na drugi dzień do Jakuba Agi przysłani zostali dwaj posłowie z listami, jeden z nich Essaułą się nazywał, a drugi Sotnikiem. W téjże chwili do Bałty nadbiegła Orda (nogajska), od któréj przyszedł do Jakuba Agi Murzak; dla rozmowy i narady wezwano też i Halickiego. Gdy usiedli, Jakub Aga z Murzakiem długo po turecku rozmawiał, a w końcu tak się odezwał do posłów hajdamackich, z przeproszeniem przysłanych.
— Coście to zrobili? coście myślili rozbijając i pustosząc Bałtę? Widzicie że i Orda przyszła, a ona z próżnemi rękoma nie odejdzie. Oto sprzepaściliście swojém zuchwalstwem Ukrainę. (o jakiéj on Ukrainie mówił, dodaje w swéj relacji Halicki — nie wiém).
Pomieszkał jeszcze Halicki trzy dni u Jakuba Agi i znowu od Hajdamaków nadszedł list do niego z prośbą, aby wstąpili w przymierze z niémi i na to rozpisali się, a oni straty Agi i jego podwładnych ubytki z lichwą powrócą. — Jak oni tam z sobą skończyli, Halicki nie wiedział, widział tylko, że Turcy ogromne wozy arba[14] pełne łupieży żydowskich i polskich, od Hajdamaków na swą stronę przewieźli.
Natenczas Halicki wyjechał do hajdamaków i prosił ich, aby wedle obietnicy oddali mu zagrabione rzeczy jego i konie, a jemu spokojnie powrócić dozwolili. Hajdamacy i jego nie puścili, i rzeczy nie zwrócili, żądając, aby z niémi razem pozostał, poki się dostaną na spokojniejsze miejsce. Wtenczas obiecali mu nagrodzić poniesione straty. Tegoż dnia przybiegł z za Zamku hajdamacki Essauła, kazał im na drobne gromadki podzielić się i wystąpić w pochód. A zatém nie bawiąc sam Essauła i Sotnicy (tak zwana ich starszyzna) z niemi Halicki i jego towarzysz Szulga, pod grzecznym nadzorem, około armat pojechali. Wyjechawszy w step, a była już noc, w czasie noclegu, Essauła takie porozdawał wszystkim hasła: (łosung): Jeśli spytają kto taki? mają odpowiadać — Kozak z czaty — a z jakiéj czaty? odpowiadać albo Tymoszowa, albo Bobryńcowa, Umańcowa, Czatyńcowa, Zaporożcowa, Smielańcowa, Popowcowa, Werbiwcowa i t. d. Jeśliby kto na to nie odpowiedział spytany, bić i zabijać nawet.
Gdy dojechali do rzeczki Sawrań i wchodzili do wsi Pieszczanowa, Halicki widząc, że mu nic oddać nie chcą, za pozwoleniem Essauły, z towarzyszem swoim odjechał do domu. Gdy Halicki do Zaporoża powrócił i Półkownikowi Bohhardowskiemu na granicy jawił się, wślad za nim przybiegł od wojska tureckiego, z miasteczka tureckiego Hołty Beszlej z pismem, w którém zapytywano, co to są za jedni Hajdamacy, którzy łupią i niszczą Hołtę? — i czy Zaporożcy, lub nie? bo jeśli nie Zaporożcy, to liczna Orda tatarska na nich wystąpi i zniszczy ich; czekają tylko odpowiedzi. Na co Halicki i Pułkownik odrzekli: — że Hajdamacy ci nie Zaporożcy, ale „Samozbrójcy“ z jakich ludzi złożeni, nie wiadomo, róbcie z niémi co chcecie.”
Na tém się kończy ciekawa powieść Halickiego, dowodząca, że właściwi Kozacy zaporożcy, żadnego udziału w Hajdamacczyznie nie mieli.
Znowu pod górę się wdzierając, jak dotąd ciągle prawie w naszéj drodze, wyjechaliśmy na trakt i ciągnęli po nad Kodymą i przedmieściami Bałty dosyć długo, mijając bardzo rozległe basztany i rozrzucone z rzadka po stepie chatki. Po górach ukazywały się niewielkie zasiewy kukuruzy. Step to był już, ale jeszcze nie taki, jakim go sobie wyobrażałem, bo w oddaleniu tu i ówdzie choć z rzadka i po nie wiele, ukazywały się jeszcze laski i zarośla. Pusto jednak dokoła, zboża się tylko kołyszą, zboża, które nie powiém, żeby były bujniejsze, jak gdzie indziéj u nas — może też to wina roku. Widać tylko, że wcześniéj tu wszystko dojrzewa, bo dziś pod Bałtą spotkaliśmy poczęte żniwo żytnie, które u pas rzadko się zaczyna tak wcześnie. Zboża nizkie i dosyć rzadkie, ziela u nich i chwastu pełno; bodjaki tylko i kukuruza wyśmienicie bujają.
Stepem ciągle, mijając tylko kilka tatarskich zapewne mogił, na lewo, jedzie się do Słobody w większéj części przez Mołdawian zamieszkałéj — Bajtały. Słoboda ta w bezlesiu zbudowana, dziwnie się dojeżdżając wydaje. Leży ona u jakiejś wyschłéj wodocieczy, w płytkim jarze, między dwóma pasmami wzgórków, tak rozsypana rzadko i szeroko, że chatkę od chaty, często cwierć werstwy i więcéj ogrodu dzieli. Każdy domek otaczają ogródek i zabudowania a wszystko to niezmiernie nizkie i z kołeczków cienkich sklecone, gliną wylepione, ploty plecione, kryte słomą i także gliną lepione. Gdzieniegdzie wysokie nad dachy domostw wznoszą się krągłe z daszkami spiczastemi kosze plecione na kukuruzę, które jak wieżyczki przy poziomych chatach wyglądają; zowią je w Bessarabji po mołdawiańsku Susujak. W Bajtałach tak nizka i pozioma, jak reszta kletek; poczta i karczemka, środek Słobody zajmuje.
Uderzająca jest ta niezmierna nizkość budowli, przed którémi stojący człowiek, głową przenosi ściany; nawet drewniana tutejsza Cerkiewka, nie wyszła z powszechnéj reguły i nie wysoko się podnosi niekształtnie. Drzew nie wiele, a i te co są, drobne, młode, tak, że ich prawie nie widać. Dziwna ta fizionomja Słobody, rozsypanéj rzadko po stopie i pobudowanéj nie wiedzieć z czego, a pozioméj jak kretowiska. Domki Mołdawian są czyste i porządne, wysmarowane gliną, często pomalowane żółto z obwódkami czarnemi. Mołdawianie, których tu piérwszy raz spotkałem, dawni wychodzcy z Bessarabji i Wołoszczyzny cale oddzielne mają fizjonomje, język, obyczaje i pochodzenie.
Reszty to są i potomkowie rzymskich w Dacji posieleńców, co się aż tu dostali i zamieszkali liczne wsi nad Dniestrem w Pobereżu. W dobrach Lubomirskich, Podolskich i Poberezkich, było i jest ich osad wiele; w początkach znęcani korzystnemi podawanemi warunki, osiedli tu swobodni; poźniéj przeszli w zupełne poddaństwo. Zachowali wśród Rusi swoje ojczyste obyczaje i język. Płeć Mołdawian ciemna, zawicie głowy kobiet nafram podobno zwane, białe, z grubego płótna, szerokie, osłania wolno twarz dokoła i spuszcza się końcami na ramiona. Na spodnicach i koszulach noszą rodzaj długich paskowatych kaftanów, z boku sposobem wschodnim rozciętych. Dziewczęta stroją na święto głowy w mnóstwo przywieszonych do czoła złotych i srébrnych pieniążków. Życie ich cale odmienne, obyczaje także, wesela, ubiory, wszystko dotąd narodowe pozostało. Kłaniają się składając ręce na piersi i padając na twarz. Dziewki do zamążpójścia nigdy do karczmy nie chodzą, a zabawiają się po chatach, których wnętrza odznaczają się czystością. Sciany wybite rohożami, podłogi także, niekiedy ławy i części ścian dywanikami wyściełane u bogatszych. Taniec ich zwykły, zowie się dżogi. W charakterze Mołdawian (bo tak ich tu powszechnie zowią) wiele jest szlachetności.
Słyszałem opowiadania zdarzeń, z Mołdawiany przytrafionych, malujących ich dumny, nie łatwo się uginający, ale pełen szlachetności charakter. Język ich rumuński, właściwy pozostał. Jest to mięszanina wschodnich i pochodzenia romanskiego wyrazów, w któréj pierwiastek łaciński góruje wydatnie. Sami siebie nazywają Rumuni (Rzymianie) powiémy o nich więcéj, gdy mówić będziemy o Bessarabji.
Nie przywykłemu do tego rodzaju gospodarstwa, dziwnie się tu w stepie wydają łąki, na wysokich górach, gdy u nas pospolicie w dolinach tylko sianokosy urządzane; tu przeciwnie, nawet wierzchołki wzgórzy zostawują na siano. Takie góry pokoszone spotykaliśmy już od Czeczelnika począwszy.
Z Bajtał ciągnie się droga, przez kilka kamiennych już (piérwszych z tego materjału) mostków, wąwozem szerokim i rozległym, pomiędzy dwóma pasmami dość wzniosłych wzgórzy do Ananiewa, teraz powiatowego miasteczka, a dawniéj za tureckich czasów osady, która na nowo założoną, wedle P. Skalkowskiego została, pod imieniem Chutorów ananiewskich w r. 1749, przez zbiegów. Samo nazwisko Anani, pozostało jéj jeszcze z tatarskich czasów. Tu sięgały koczowiska nogajskiéj Ordy, Jedyssańców, o których niżéj powiémy, pisząc obszerniéj o Nogajach. Powiatowe miasteczko przeniesiono tu od lat dziesięciu z Orła, oddalonego o 80 werst od Anani. Od tych to lat dziesięciu, powolnie zapewne, ale wyraznie wzrasta i podnosi się, jak wszystko w tym kraju.
Na drodze spotkaliśmy bardzo szeroko rozstawioną mołdawiańską Słobodę, z domki niezmiernie małemi, ale schludnemi, białemi, z żółconemi przyzby, płotami porządnemi i koszami wysmukłemi, kragłemi, na kukuruzę. Przed każdym z domków tych, leżały stosy naciętych z tak zwanego Kiziaku, cegieł na opał. Jest to suszony i umyślnie do tego przygotowany gnój bydlęcy ze słomą przemięszany, podobny do torfu i zwany przez Pallasa tourbe-fumier. Użycie jego w stepach jest powszechne, rozciąga się ono do Krymu, dokąd nie wiém czy go przynieśli jacy osadnicy niemieccy, co podobnego opału używają nad Baltykiem, czyli z dawna zostawał w użyciu. Kiziak-Kirpicz — używa się teraz w stepie około Odessy, w Bessarabji, w Krymie i bezlesnych stepach saratowskiéj Gubernij, opał z niego dobry, ale dym przykry i smrodliwy. Gdyśmy o tém wspomnieli, zacytujem, co mówi Pallas[15], który w drugiéj swéj podróży, postrzegał ten rodzaj torfu, w kolonjach saratowskich; opowiadając, że tu poczęto go używać, za poradą Fryderyka Risch z wyspy Rugen. — „Tu i w innych kolonjach nad Karamyszem, jako téż w pozbawionych drzewa, z położonych niżéj nad Iławlą, od kilku lat (1788) poczęto, nie mając żadnego opału, korzystać z porady zdrowéj, kolonisty Fryderyka Risch w Ust-Salisza zamieszkałego, rodem z wyspy Rugen, bogatéj w torſy, i przygotowywać sztuczny robić torf ze słomy i gnoju. Gdy w istocie lekki czarnoziem tych stron, który dosyć użyżnia sama uprawa, nie potrzebuje nawozów; — dają starannie bydłu wszelką słomę potrzebną mu na podścieł, a nawóz układają powoli w małe kupki, aby się przez zimę przepalił wewnątrz. Gdy piérwsze roboty wiosenne w polu się ukończą, wiozą go nad wodę, kładną na suchéj desce, układają na kilka stóp wysoko, polewają wodą, mięszają trochę słomy i dają miesić nogami koniom i wołom. Gdy podsychać zaczyna, rozcinają go na cegły jak torf, układają w stosy i dają mu doschnąć, a potém przewożą do domów i używają w zimie dla opału. Ten nawoz — torf (fumier-tourbe) oddawna będący w użyciu u krymskich Tatarów, pali się prawie jak węgiel kamienny, daje płomień i doskonale ogrzéwa piece. Zostaje do życzenia, aby część dymu smierdzącego, nie zadymiała izb mieszkalnych, ale tego trudno uniknąć. Pięć do sześciu cegieł téj palnéj materji, dostateczne są do ogrzania pieca, a kilku ludzi i kilka par wołów lub koni, mogą przygotować go w ośm dni, dostateczną na całą zimę ilość.“
W Ananiewie, większa jeszcze część podnoszącego się miasteczka, składa się dotąd z ziemlanek nizkich i ledwie dachem wystających nad poziom. W stepie, jest to rodzaj najpospolitszéj, pierwiastkowéj budowy — wszystkie dawniejsze chaty, są ziemlankami. Ziemlanki te, przypominające jakiegoś w pół dzikiego ludu szałasy, w wykopanéj w ziemi dziurze zakładane, z wejściem tak nizkiém, że się w pół schylić potrzeba, aby się wcisnąć do chaty, mają zwykle z jednéj tylko strony maleńkich parę okien, nad samą ziemią, dach pokryty darniem, porosły wysokiemi często trawy, a nad nim malenki wystający kominek.
Nie wyższe od nich, są otaczające ziemlanki, szopki, płoty i kosze. — Pośrednią, graniczącą z ziemlanką i chatą budową, są owe nizkie budki, które tylko na w pół w ziemi, w pół nad ziemią siedzą. Z takich to chat, ziemlanek i drobnych domeczków, składa się Ananiew. Domki jego, z niezmiernie drobnych i cienkich kawałków drzewa złożone, gliną wylepione, mają po półtrzecia, najwięcéj trzy łokcie wysokości, okna malenkie, drzwi na Liliputów robione. Słupki co podtrzymują wystawy i ganki, tak są cienkie i wątłe jak i inne materjały budowy, nie lepsze téż belki. Wysokiego wzrostu mężczyzna, z trudnością przechadzać się może w podobnym domku. Ananiew jednak i zabudowywać się już porządniéj i zasadzać drzewami, które go zielonością swą stroją — poczyna; choć obojga bardzo jeszcze mało. Z rzędowych budowli, uderzają tu swoją wysokością i schludnym pozorem Ostróg, sądowy dom murowany i Cerkiew. Wszystko to z kamienia, lecz widać o podal sprowadzanego, gdy go mieszkańcy dotąd nie używając, wolą nie wiedzieć jak, z lada drzewa klecić.
Ta nizkość budowli i ziemlanek, oryginalny daje pozór miasteczku, podobnemu na oko, do jakiéjś osady dzikiego ludu lub miasta z wymarzonéj krainy Liliputów. Od razu wyjechawszy za Bałtę, widać, żeśmy w nowym kraju i zupełnie odmiennym; lud tutejszy sam się od za-kodymskiego rozróżnia, zowiąc kraj za Bałtą-polską. W stepie już widoczna, że piérwsza kolonizacja należy Rossji, język ruski tu najpowszechniejszy i jedyny, używany i rozumiany od wszystkich.
Przyjechawszy o zmroku do Ananiewa, który swemi kilkudziesiąt wiatrakami, Cerkwią i dwóma wyższemi domy w zieloności nam się ukazał, biegałem po rynku, szukając noclegu i obejrzawszy dom gościnny ruski, pod którego drzwiami dwornik grał na bałałajce, wyśpiewując piosnkę wesołą; nie dałem się do niego zaprosić, lękając się nocować w tak nizkich izdebkach, gdzie ani tchnąć odważniéj, ani wyprostować się śmiało, nie było można. Sądziłem, że w powiatowém mieście, gdzie jest już kilka budowli porządnych, musi gdzieś być koniecznie karczma, nie wystawująca podróżnego na niebezpieczeństwo rozbicia głowy, w każdych drzwiach. Niestety! marna to była nadzieja i próżne rozumowanie — Od domku do domku przez ruskich i żydów zapraszany, wszędzie spotykałem téż drobniutkie nizkie kletki, malenkie, ciasne, z okienkami jak w lochu wązkiemi, a przy zajezdnych domach, nigdzie stajni i wozowni do wtoczenia powozów, które z końmi wraz musiały nocować pod daszkiem bez ścian, zawieszonym tylko na słupkach. Czysty domek żydowski, składający się z kilku izdebinek malenkich, wybrałem nareszcie i zajęliśmy go, ciągle się stukając głowami o uszaki, ciągle uchylając się na widok grożącego sufitu, który czubem zamiatać było można. Pomimo ciasnoty, czysto było i dość dobrze, ludzie, konie i powozy, zatoczyły się w dziedziniec i biwakowały pod gołém, jasném niebem, które właśnie przebiegał powoli Xiężyc i ozłacały gwiazdy. Domek, w którym nocowaliśmy, wedle podania gospodarza, kosztował go trzy tysiące kilkaset złotych, a był mały, ciasny i bardzo nizki. Dziwiło mnie, że ich tu nikt nie nauczył wybornych bitych z gliny budowli, które w niedostatku drzewa i kamienia, są doskonałe, trwałe i suche nawet, byleby w przyzwoitym czasie i z uwagą robione.
Słoboda czyli Chutory ananiewskie, jakeśmy wyżéj wzmiankowali, założone w połowie XVIII wieku, rozciągają się dziś, (jak mnie zaręczano tutaj) na ośmnaście wiorst. Większą ich część zajmują Mołdawianie. Nie skończona liczba bocianów gniezdzi się na nizkich ich chatkach, tak tu jak i daléj w stepie, gdzie mnóstwo tych poczciwych przyjaciół, na każdéj słomianéj strzesze, o dwa łokcie nad ziemią, z zupełném bezpieczeństwem się umieszcza. W miasteczkach stepowych, Ananiewie i innych, częstsze są jarmarki niż gdzie indziéj, kraj potrzebować ich musi. Mało przecięty traktami i uczęszczany tylko po traktach, skupia się z całą ludnością swą na tych targach co dwa tygodnie; nabywając czego potrzebuje do życia. Nie dawno jeszcze, wedle opowiadania podróżnych, step ten tak mało był zaludniony, że jadący do Odessy, począwszy od Bałty, w polu pod stértami nocować musieli, nic na drodze dostać nie mogąc. W ostatnich kilku latach ożywił się wielce kraj ten i zaludnił, powstały Słobody, nieustannym prawie ciągiem wiodące aż do Odessy, przez całą długość kujalnickiéj Bałhi; wystawiono mnóstwo karczem, zasadzono drzewa, wkrótce będzie to może, jedna z najweselszych i najożywieńszych dróg w świecie, jeśli tak daléj osiedlanie się i zaludnianie postępować nie przestanie.
I tak już od Ananiewa do Odessy, a raczéj do Baranowéj, wyciąga się prawie nieprzerwany sznur Słobód, dziś już stykających się po większéj części z sobą[16].




IX.
6. Lipca. Step Szarajewa — Kujalnicka Bałka — Słobody, budowy, ludność — Baranowa — Fizjonomja kraju — Historyczne i podróżopisarskie wspomnienia Odessy.
6. Lipca.

Za Ananiewem znowu wdarłszy się na wzgórze, jedzie się zupełną już równiną, z dwóch stron otoczoną niewysokiemi wzgórzami; nagim stepem. Dwa jeszcze czy trzy razy ukazują się maleńkie i nizkie laski brzostowe, na boku step żyzny, Słobodki nowe z nizkich domowstw, rzadko rozsypanych złożone, bez drzew jeszcze, karczemki liche. Tam i ówdzie po bokach wyglądają z pod gór ziemlanki, jak białe punkciki. — Trwa to jednostajnie, aż do przedostatniéj Słobody, pod Szarajewą, osadzonéj dosyć ładnie wierzbami i topolami; aż do saméj Szarajewéj. Tu w polu, kilka, zapewne tatarskich, mogił się ukazuje: ciągną się długie sznury Czumaków powolnie, lecą w tumanach pyłu, tabuny koni, trzody bydła — ogromne bodjaki powiewają po stepie szeleszcząc — Nago, cicho, niebo nad głową, pod nogami goła ziemia spiekła, popadana, wyżłobiona kołami.
Szaraszejewska Słoboda, czy miasteczko, także osadzona drzewy, z ogromnym placem pustym, zostawionym gwoli tutejszym dwutygodniowym jarmarkom, z mizernemi domkami, ukazuje się, w rynku stoją tylko raz na zawsze wybudowane z tarcic i kijów szaragi, na których przyjeżdżające kupczyki, wywieszają swoje kramki. Jedną stronę tego obszérnego placu, zajmuje dwór w drzewach; drugą Cerkiew zwykłą formą z zielonym dachem, przed którą stoi kamienny, kształtny na skarbonę i obraz pomniczek — Obok niego ocembrowana kamieniem, ale sucha studzienka wązka i głęboka, z płytą obok leżącą do nakrycia jéj, obyczajem starodawnym — Z trzeciéj strony placu, nędzna karczma, a dokoła, rzadko rozsypane białe domki Słobody. Widok dalszy na łyse góry, otaczające ze wszystkich stron, w jedném tylko miejscu, otwiérające się i przepuszczające wzrok w głąb.
Nie powiém, żeby widok téj Słobody w stepie miał być piękny, ale niepospolity, to pewna. Widać z niego zaraz, że to kraj tylko co się jeszcze zaludniający, którego nowi mieszkańcy, nie znają wszystkich korzyści. Te liche domki obwarowane murami z kiziaku, ostawione płotami z oczeretu, te ziemlanki ledwie jak grzyby wytykające głowy nad ziemię, a obok wysokie Cerkwie, porządne domy, zwiastują i usiłowania i walkę z trudnościami piérwszego zamieszkania. Z czasem jednak będzie to kraj piękny i żyzny, a puścizna po koczowiskach tatarskich. Te bałki, gdzie się wyciągały długie zimowniki Nogajców, z okrągłych z pilści bitych namiotów złożone — wyjdą przy powiększającéj się ludności, na jedną z najobfitszych prowincji.
Od Ananiewa począwszy do Baranowéj, jedzie się ciągle dziewięćdziesiąt pięć wiorst, wąwozem szerokim, czyli jak tu po tatarsku zowią Bałką[17], dawniéj zamieszkałą przez Tatarów, którzy obierali w podobnych szyjach stepowych, miejsca na zimowiska; teraz zaludnioną kolonjami. Bałka ta, wąwoz a raczéj szeroka dolina między dwóma gór pasmami, nad rzeczką Kujalnikiem się ciągnąca, z prawéj strony, zdaje się wyższemi ogradzać ścianami, z lewéj niższemi; może též jadąc ciągle prawym bokiem, tak mi się tylko zdawało. Nie jednemu podróżnemu na myśl już przyjść musiało, że te szerokie Bałki, których środkiem teraz, wązkie tylko strumyki płyną; w bardzo oddalonych czasach, musiały być łożyskami ogromnych rzek, olbrzymich wodocieczy. Tego jest zdania autor rozprawy — Examen géologique d’une partie du gouvernement de Kherson[18], ale zbyt przybliżając ku nam tę epokę i nadto zuchwale przypuszczając wpływ kolonji greckich na zaszłe tu w klimacie i naturze kraju zmiany, rzecz swoją popsuł.
Od nazwania rzeki płynącéj środkiem Bałki, wąwoz ten zowie się kujalnickim. Cała ludność stepów, tu zdaje się zbiegła, bo przestrzeń ta bardzo zaludniona, ludniejsza nawet na oko, od wielu z dawna zamieszkałych stron dawnéj Polski i Rossji tak; że nazwisko stepu, zawsze na myśl pusty kraj przywodzące, zdaje się już tu niestosowne. Co wiorsta, co pół wiorsty, napotykamy Słobody, które po kilka razem stykają się i łączą z sobą. Stoją one, bielejąc ścianami kamiennemi, zieleniąc się akacjami i topolami, z górującémi nad niémi czarnémi wiatrakami, niekiedy z mogilnikien, kamieniami zarzuconym, z ogrodami, murem opasanemi; — to na lewo, to przeciw nas się ukazując, po obu stronach rzeczki i doliny, do gór przyparte, osłonione niémi, to do strumienia zbliżone, — tak właśnie, jak wedle opisu Barona de Tott, stały tu przed kilkudziesiąt laty jeszcze wzdłuż Bałki, auły zimowe Nogajców i ich przewoźne domy. Droga pocztowa wiedzie nas, wykręcając się po nad prawym wzgórzy bokiem. Łyse ściany Bałki zasłaniają nam dalszy widok; — gdzie niegdzie podarte głęboko, wodami wiosennych potoków, rzadko uprawne i zasiane, czasem pootwiérane dla łamania kamienia, w rozmaitym stanie i kształcie dobywanego tu i służącego do wszelkiego rodzaju budowy, na tysiączne użytki. Gdzie niegdzie do stop ścian tych przyparte, przytulone do zielonéj darni okrywającéj jéj boki, bieleją sieroty ziemlanki, z zielonym, porosłym zielskiem dachem i czarnym kominkiem z kukuruzowym koszem, nakształt wieżyczki wzniesionym, budką, kamiennym płotem, i kilką słabemi, ledwie dojrzanémi drzewkami. Te ziemlanki zgubione w stepie, patrzące na nas swém małém oczkiem-okienkiem, z czubem-kominem i otwartemi usty-drzwiami, wydają się dziwacznie, na przestworzu, łysem tych dzikich gór. Od Szarajewéj, już ani jednego lasku brzostowego i innych drzew nad sadzone nie widać, najwięcéj wierzb i topoli. Te ostatnie wcale się tu dobrze udają. Owocowe drzewa mizerne. Zdawało mi się, żem między Bajanową a Popławskiem widział piérwszą na górze winnicę.
Nie podobna opisać rozmaitości kształtów budowli na Słobodach tutejszych, począwszy od najporządniejszych, do naprędce kleconych ziemlanek; tyle tu razem i porządku i śmieszności i dziwactwa. Materjałem wszystkich zabudowań, zaraz za Ananiew wyjechawszy, a od Szarajewy mianowicie poczynając, jest kamień dobywany z gór, z których gdzie niegdzie stérczy, sam się na wiérzch dobywając. Kamień to białawo żółtawy, gęstszy lub rzadszy, muszlowiec porowaty, miękki, ale wkrótce po wydobyciu twardniejący na powietrzu i znowu po niejakim czasie mięknący i kruszący się od przystępu i działania atmosfery.
Łupią go tu nieforemnie, kawałkami, lub piłują i obrabiają gładko i kształtnie w prostokątne bryły, z których murowane mosty i staranniejsze budowle, z gzémsami ozdobnemi, wazonikami, rzeźbami nawet, bardzo przystojnie wyglądają. — Ten sam kamień wypalony, dostarcza wapna, które jednak, otrzymuje się kosztownie dla braku opału, i dla tego zapewne budowle tutejsze na glinie i małéj ilości wapna stawiane, tak są nietrwałe — Z kamienia tego, stawią tu domy wielkie, układają płoty (na glinę kładnąc, zamiast wapna, lub na sucho bez żadnego cementu) cembrują nim studnie, sklepią arkady mostów, żłobią koryta wodopojów i t. d. — Chaty nawet budują się z tego kamienia, często ze schodkowanemi froncikami, ze zbyt małemi okienkami i płotkami dokoła zabudowań, ogrodów, podworków. Na smętarzach krzyże i nagrobki z tegoż miękkiego wyżłobiają kamienia, słowem: mają tu z niego wszystko i łatwo, od kletek i ziemlanek począwszy, do ogromnych Cerkwi. Przy takiéj łatwości o kamień, doskonałe wapno dający, możnaby chroniąc budowy od przystępu powietrza, szkodliwie na nie działającego, tynkować je, ale trudność zapewne w wypalaniu wapna, (bo kiziak i bodjaki, skrzętnie się tu chowają, na pilniejsze potrzeby), czyni rzadszem jego użycie, w istocie kiziak w stepie, jest drogocenną rzeczą i mimo przykrego swego smrodu, który wszędzie w blizkości Słobód, powietrze przesyca i napełnia, obejśćby się tu bez niego nie można.
Słobody z różnemi fizjonomjami, zależącemi od rodzaju i pochodzenia mieszkańców osadników, zalegają Bałkę; to sciśnięte, to rozsypane z rzadka, to wyższemi domki, to drobnemi ziemlanki wysadzając drogę. Niektórych ledwie dopatrzyć się można tak nizko siedzą, z zielonemi porosłemi jak góra daszkami; dymek tylko wywijający się z komina, którego nie widać, i gniazdo bocianie, zwiastują mieszkanie człowieka. Dworki pańskie osadzone są topolami, otoczone murkami, a nad każdym gdzieś w górze miele jeden lub dwa wiatraki, przed każdym kamienna studeńka i wodopój, i wał z darna lub gliny, osadzony wirginją. Kilka Słobod mają pozór prawie pięknych naszych folwarczków; otynkowane, obielone, osadzone drzewkami, gdyby nie pustość i rzadkość chatek otaczających je, przypominałyby ludniejsze i cywilizowańsze kraje niemieckie. Kształty dworków wcale nie dowodzą smaku i znajomości budownictwa, ale w niektórych znać przynajmniéj staranie o trwałość. Kamień używany na budowy i nietynkowany, swą żółtą, różnocieniowaną taflowatą powierzchnią, daje im czasem pozor malowniczy.
W szerokich tych stepach literalnie zasianych Słobodami i Słobodkami; bo oczy zwrócić się nie mogą w Bałce, aby na raz kilka ich nie spotkały i nie zatrzymały się na wianku topoli i wiatrakach, mało bardzo i coraz mniéj uprawnych z téj strony wzgórzy, postrzega się gruntów. Stért zupełnie nie widać, za to pełno pasących się ogromnych tabunów koni hasających swobodnie, za któremi zwykle pędzi jeden tylko człowiek, oklep na koniu, pałką tylko lub biczykiem zbrojny. Równie prawie wielkie stada siwych wołów i młodzieży, któréj step takie mnóstwo hoduje. Owiec dotąd nie spotykaliśmy prawie.
Chociaż karczmy stojące na trakcie, są po większéj części bardzo liche, wiele jednak porządniejszych, muruje się dopiéro, gęsto, przy każdéj niemal stojąc Słobodzie, przy każdym wodopoju i stepie na wypasy i noclegi dla czumackich wołów przeznaczonym, gdzie stojące karawany, płacą po kilka groszy od sztuki bydła i roztasowują się obozem. Żydzi wszędzie tu jeszcze na arendach siedzący, wiodą handel bydłem i zbożem, a arendy z wypasami w stepie idą, jak w Baranowéj i Popławskiém, po 10,000 złotych, lub więcéj nawet.
Gdyby nie łyse ściany Bałki, otaczające wąwoz kujalnicki, możnaby się mniemać w najożywieńszym kraju w świecie wesołym i pełnym ruchu; parów ten, którym nieustannie ciągną czumackie wałki, bryki kupieckie, powozy, gonią stada, nie wystawia wcale obrazu stepu od kilkudziesiąt dopiéro lat porządnie zaludnionego, tak wiele w nim jest życia, tak ono nieustannie się tu objawia.
Nie wyjrzałem, więc nie wiém co się tam dzieje za wąwozem na górach, za górami, gdzie niechybnie daleko puściéj, może nawet całkiem pusto, gdyż tu mieszkania ludzkie i Słobody cisną się w jary, osłaniające od wiatrów, zakrywające od chłodu; — w przestrzeni zaś objętéj Bałką ludność jest bardzo wielka. Stepy wszakże ciągnące się w prawo i lewo za góry, muszą rozległą bardzo przestrzenią, do Słobód tutejszych należeć. Ku Baranowéj dojeżdżając, wąwoz kujalnicki coraz się rozszérza, góry płaszczeją, schodzą i maleją, prawie nareszcie znikają. Żadnych starodawnych śladów tatarskich tu zasiedleń nie widać; wszystko nowe i świéże, mogił nawet nie postrzegłem nigdzie.
Lud tutejszy, zbieranina Kolonistów z różnych stron świata zbiegłych, nié ma właściwego sobie charakteru i oznak narodowości. Kraj to osobliwszy, w którym gospodarza nié ma, gdzie każdy gościem, i ile ludów, tyle obyczajów, strojów, języków różnych. Ruś i Mołdawianie składają zdaje się większą część osadników. Kraj ten, powtarzamy, z czasem będzie jedną z najżyźniejszych i z powodu położenia swego blizko morza najhandlowniejszych prowincji. Dotad, ile mogłem miarkować, rolnictwo ustępuje tu miejsca, chowom bydła, koni, pszczół i zasiewy ile można miarkować, w proporcją obszaru ziemi, małe; ale ziemia żyzna, do któréj, uprawy łąk tylko braknie, zawsze jednak tak odłogować i za wypas tylko służyć, nie może. Tym czasem wielka łatwość utrzymania stad, które tu i lekkie zimy przepędzają pod gołém niebem u stértowisk siana, zachęca do tego sposobu pożytkowania z ziemi, gdy właśnie rolnictwo właściwe, tuby się bardzo wypłacać mogło. Łanów i stért prawie nie widać, słomiane tylko torpy gdzie niegdzie w różnych kształtach stoją u każdego zabudowania. Jest to opał razem i podścioł. Zdaje mi się, że wypalając tyle słomy ile jéj tu do roku spłonie, wybornieby można z popiołów na potaże korzystać. Oprócz topoli, wierzb licznych, i mizernych drzew owocowych, coraz już tu gęściejsze akacje białe (Rolinia pseudo acacia) i niekiedy spotykają się tamarysy, z pięknym do wrzosu naszego podobnym liściem i kwiatem lila, w kłosy ułożonym jak wrzosowy. Znać że jesteśmy już w blizkości wielkiego miasta, ruch kupiecki powiększa się, suną się jedne za drugiemi bryki ładowne żydami, ciągną wałki czumackie wiozące sól, wracające do Odessy z pszenicą. Nie udało mi się przypatrzeć tutejszéj ludności Słobod, bo od Ananiewa prawie, nie spotykamy po drodze mieszkańców i widzimy ich tylko z daleka; Żydzi za to co krok; wszędzie oni, gdzie tylko cierpliwa bezczelność, może zarobić na kawałek chleba — Biédny lud! — I dla niego mamy nadzieję postępu, tak widocznego w tym kraju — wszystko to poprawia się i doskonali. Izraelici ulegną zapewne powszechnenu prawu.
Stanęliśmy na nocleg w porządnym zajezdnym domu Baranowéj, w dość wesołém miejscu, w blizkości ogródka i porządnéj Słobody. Piérwsza to od Ananiewa tak czysta i wygodna stacja dla podróżnych; aleśmy już tak blizko Odessy, że niedługo korzystając z wygodnego noclegu, co najprędzéj chcieli byśmy go opuścić.
Nim ujrzym to dziwne miasto, przed pięciądziesiąt laty powstałe, a tak olbrzymio wzrosłe i poczniemy dziwić się mu oko w oko, przygotujmy się do miłéj z nim znajomości, przypomnieniem jego historji. Poźniéj będziemy mieli zręczność bliżéj wejrzeć w dzieje téj części kraju i samego miasta, tu tylko głównemi rysy nakreślim niektóre wspomnienia.
W starożytności port odeski, zwał się wedle peryplu Arriana Istrion Limon; Ptolomeusz i Strabo, mieszczą tu Kolonję grecką, zowiącą się Fisca. Tak więc omyłką pospiechu nazwane Odessos, powinnoby się właściwie zwać piérwszém swém imieniem Fisca. Dotąd wykopywane monety i rozmaite zabytki starożytności, dowodzą bytu téj osady.
Poźniéj, znacznie poźniéj, brzeg ten morza czarnego, zwany oczakowskim stepem u polskich pisarzy, w części do Litwy, w części do Polski należał, a samo miejsce, gdzie dziś Odessa, nazwane przez Tatarów Chadżibey, a od naszych pisarzy na Kaczubej i Kaczybej przekręcane; nadane zostało familji Jazłowieckich. W r. 1442 mamy ślad procedury Jazłowieckich z Koroną, o przysypisku nad morzem, który cytuje Czacki.
Z tego portu odprawiano na Wschód pszenicę polską za Kazimiérza Jagiellończyka.
Nieco poźniéj Tatarzy opanowują step, między Dnieprem a Dniestrem, który jeszcze za Zygmunta I, liczy się, jako własność Polski z Oczakowém razem, a następnie za Zygmunta III owładany zupełnie przez Nogajców, staje się ich Koczowisk siedzibą. — Nędzna wiosczyna turecka Chadżibéj, mieści się u starego Istrion Limon. W r. 1765 zakładają tu Turcy warownię malenką, któréj dają imię Jeni-Dana, Nowy świat.
J. B. Chevalier, podróżujący w końcu XVIII wieku, wspominając o przystani, którą zowie Kodża-bej[19] powiada, że u wejścia była latarnia; mały Zameczek z załogą około dwudziestu pięciu ludzi, i dwie wielkie wsi tatarskie, jedna dawniejsza, druga założona tu przez Tatarów zbiegłych ze stepów ustąpionych Rossji.
W czerwcu 1789, Xiąże Potemkin, wysłał Generał Majora de Ribas do Oczakowa, dla objęcia dowodztwa nad flotyllą zaporożską. De Ribas użył Kozaków do wydobycia małych zatopionych statków (lançons), w czasie oblężenia. Przybywszy sam w Lipcu do Oczakowa Potemkin, zadziwił się działalności de Ribasa, i powierzył mu dowodztwo nad przednią strażą wojsk zostających pod wodzą Generała Gudowicza.
W Sierpniu de Ribas, polecił Kapitanowi Arkudyńskiemu, pójść ze stem Kozaków rozpoznać, nie alarmując Turków, — miejsce zwane Chadżi-Béj.
Kapitan Arkudyński, nocami podkradł się do miejsca i rozpoznał przez perspektywę, że Turcy byli w sile, mieli trzydzieści dziewięć statków, z których dwa wielkie Szebeki, a trzydzieści trzy Lansonów — Dwa Szebeki odpływały.
Przedsięwzięto atakować od lądu i morza, dla wzięcia chadżi-bejskiéj forteczki, Admirał de Ribas, przeszedł z wojskiem w dolinę kujalnicką o pięć wiorst od miasta i oznajmił dowodzcy, że czternastego rano, atak przypuści.
Czternastego wojsko rossyjskie, przybyło o wiorstę od warowni tureckiéj, niepostrzeżone. Gdy Turcy strzelać poczęli, już oni byli na wałach, a Officer Zugin, piérwszy wdarł się na mur. Załogę wycięto, jeden Turek schronił się do prochowni i tam się ocalił. Wzięto trochę ammunicji i kilka dział żelaznych.
Flotylla turecka, postrzegłszy opanowanie warowni, gdy już nic działać nie mogła, dawała nieustannie ognia, ale kule ich przenosiły Zamek. Gudowicz posłyszawszy strzelanie, wysłał de Ribasowi posiłki i działa. Temi Major od artylerji Merkel, zdemontował kilka statków tureckich, trzy się poddały, reszta na morze wypłynęła.
Oddział Generała Gudowicza, rozłożył się obozem pod Chadżi-Bej, i w dni kilka ukazała się flotta turecka ze dwudziestu sześciu okrętów linjowych i fregat złożona, wielka i groźna, gdyby nią kto inny, nie niezręczny Turek dowodził. Zaczęto strzelać, zwijać się po morzu i flotylla odeszła nic nie uczyniwszy stanowczego.
W Chadżi-Bej, znaleziono naówczas kilka kletek i pięć czy sześć domków, oraz mizerny budynek, zowiący się pałacem Paszy. Przy Zamku nie było foss, mury tylko wysokie, krenelowane, go broniły. Dokoła dzika pustynia, nad samym tylko brzegiem morza, trochę sadzonych drzew; kilka ziemlanek w dolinie, gdzie dziś najpiękniejsze Chutory.
Z portu chadżi-bejskiego, wyprawiano zawsze zboże do Konstantynopola — jęczmień z okolic tutejszych, przeznaczony był dla koni Jego Wysokości, Sułtana.
Cesarzowa Katarzyna, chciała tu sprowadzić Kolonistów z Archypelagu — Dano im naczelnika, rozpoczęto budowy i nazwano to miejsce Odessą.
Admirał de Ribas proponował port handlowy, a w przypadku potrzeby, wojenny, rozpoczęto prace, wyszafowano naprzód kilka miljonów, na nie wiele znaczącą fortecę i kilka publicznych budowli. Wszystko to pospiesznie budowano i tak nie starannie, że się wkrótce poobalało. Zarysowano miasto szeroko — Koszary wystawiono u brzegu morza, tak, że zasłaniały port. W porcie roboty szły dość opieszale — Ruscy przybyli tu, budowali się naprędce i niedbale — Admirał postawił dla siebie, dom wielki i wygodny[20].
Taki był stan początkowéj Odessy, weźmy teraz opisy podróżnych, co ją w różnym czasie zwiedzali, abyśmy mogli mieć wyobrażenie, o nagłym i olbrzymim postępie miasta.
J. Reuilly[21] w początku terazniejszego wieku, taką daje wiadomość o Odessie.
W porcie wysypanie grobli, było dopiéro projektowaném, okolica dokoła, step bezludny i bezdrzewny, brak wody i zły jej gatunek. Wspomina, że Czumacy przychodzący tu, wiele bydła dla braku wody tracili; a bywało ich niekiedy po 3,000 wozów. — Miasto miało około 800 domów, ulice szerokie, pełne pyłu lub błota, mieszkańców liczy od 4,000 do 5,000, Włochów, Greków i Żydów. Pięć domów handlowych, francuzki, angielski, włoski, dwa niemieckie, kilku courtier. Tenże pisze, że w r. 1804, liczba mieszkańców już się podniosła do 8,000 lub 9,000. Rozdawano place darmo, każdemu kto chciał, z warunkiem zabudowania ich we dwa lata. Mieszkańcy mogli wyprawiać swoje statki, pod flagą rossyjską. — Opisuje projekt wyporządzenia wybrzeża (quais), koszary, które zastawiały naówczas jeszcze widok morza i brzegów, lazaret mieszczący się w mizernych szałaszach, kwarantannę składającą się z murów kamiennych, magazynów o drewnianych oknach i nagiéj góry. Wspomina o usiłowaniach Xcia Richelieu, o dochodzie miasta wynoszącym 70,000 rubli. Forteca nad brzegiem morza w kształcie regularnego pięciokątu, z któréj nową robiono kwarantannę, za staraniem Xięcia. Pisze o wielkim wzroście Odessy, o któréj przed ośmią laty nikt jeszcze nie wiedział, czy exystuje; gdy w r. 1802 już do 300 okrętów zawinęło do portu, w r. 1803, 400 było, gdy autor odjeżdżał. Podole i Ukraina dostarczały tu wówczas na półtora miljona rubli zboża.
Reuilly opisuje nowe osady w stepach, które Rząd pilnie wspiérał, i daje tablice handlu Odessy, bardzo szczegółowe i dokładne.
Nieco poźniéj podróżujący (1805 roku), taką zdaje sprawę ze stanu miasta[22]. „Port, a raczéj przystań odesska terazniejsza, znajduje się w zatoce, nad którą panuje wzgórze zajęte miastem, pobudowaném w kształcie amfiteatru. Miasto ma ulice szerokie, długie i dobrze zarysowane, ale nie będąc brukowane, a codziennie przecinane mnóstwem wozów krzyżujących się; dokucza pyłem lub błotem. — Przystani broni cytadella. W porcie dla ochrony zimujących okrętów, zrobiono groblę (jetée) i t. d.
Tenże wspomina o Bursie i Sądzie handlowym, lazarecie i kwarantannie, na wzór marsylskiéj. Powiada, że poczta listowa uregulowana została w r. 1783 i do Marsylji idzie w dni 30. — Ludność liczy od 9,000 do 10,000 głów; brak robotnika; ważność handlu zbożowego — Wreszcie czyni uwagę, że domy murowane z kamienia, nie są w ogólności zdrowe, bo do ich budowy używają wody morskiéj.
Między opisem J. Reuilly a naszego anonyma, widzimy już znaczną różnicę, zobaczym jeszcze większe.
Sicard, który swe wyborne listy o Odessie, pisał około 1812 roku[23], nakreśla w pewien sposób krótką już historją Odessy. Położenie jéj jeograficzne, oznacza pod 46 stop. 35′ szerokości północnéj — 29. 2 min. długości wschodniéj, wedle południka paryzkiego — o 9 mil od ujścia Dniepru, a 12 (Est) od Dniestru. — Powiada, że w roku 1796 nadano jéj imię Odessy, że w r. 1803 rozpoczęły się tyle ważne rządy Xcia Richelieu i tegoż roku weszło nie jak pisze Reuilly 300, ale 900 okrętów.
Przed Richelieu, powiada Sicard, była w porcie jedna tylko zła grobla, mało domów w mieście, prawie żadnych magazynów, kwarantanna zła, okolice puste, brak warzyw, jarzyn, ogrodniny i wody studziennéj; wspomina, że osadzano kolonje Bulgarów, Węgrów, Słowaków i Niemców, którym dawano bydło i narzędzia rolnicze, z warunkiem poźniejszéj wypłaty posiłków.
Sicard w 1812, od pięciu lat rachuje główne miasta postępy, wioski jego wzrost i odmiany na lepsze. Powiada o zdrowém powietrzu, ulicach szerokich, domach kamiennych dwupiętrowych, magazynach na 300,000 czetwerti zboża. Ludność podnosi do 24,000 lub 25,000 w okolicach zaś o 20 mil, rachuje 20, do 25,000 dusz osiadłych; urodzenia do liczby mieszkańców, jak 1, do 30. — Okolice dostarczają potrzeb do życia i niektórych artykułów handlowych, jak naprzykład, około 10,000 czetwerti zboża; arnauty, fasoli, grochu, kartofli. Wspomina o plantacjach drzew morwowych, o kwarantannie, porcie i kończącém się od lat trzech poczętém Gymnazjum — To co Sicard mówi o handlu, gdzie indziéj przywiedziemy.
Gamba w jedénaście lat potém podróżujący[24] mówi o Odessie, jako o mieście wielkiém i porządném, którego szerokie szosowane ulice, obszerne place, osadzone rzędami topoli, zadziwiają przybywającego. Chwali grunt żyzny, zdrowe powietrze, położenie na wzgórzu w amfiteatr; mówi o porcie, jako o niezbyt pewnym i bezpiecznym, o niedostatku drzewa i wody. Gamba określa postęp Odessy, biorąc ją w chwili, gdy ją objął Richelieu i w chwili, gdy ją opuszczał. W r. 1804, powiada, było 2,600 domów 35,000 ludności, 190,000 rubli dochodu z poczty, 280,000 z akcyzy; handel wynosił na summę 45 milionów rubli, tamożnia uczyniła dwa miliony, a bankowe obroty na 25 milionów.
Ludność w roku 1823, liczy Gamba do 40,000, którą zowie amalgamą wszystkich narodów Europy i Azji. W ogólności samo staranie, z jakiém opisuje Odessę, dowodzi na jakim już była stopniu.
Köhl, który podróżował w 1841 roku, najostatniejszy już nam daje[25] obraz kwitnącego stanu Odessy pod Hr. Worońcowem, terazniejszym jéj Rządzcą, ale pełna pretensji charakterystyka Köhla; mnóstwem zasiana jest omyłek; nie będziemy go tu już cytować, kilkakrotnie poźniéj zmuszeni będąc zwrócić się do niego.
Zważcie teraz z tych nie wielu rysów, czém jest cała tego miasta historja. Z ciemnéj starożytności, parę imion, z czasów posiadania polskiego, parę mało znaczących faktów; z czasów tatarsko-tureckich nazwisko wsi i warowni nas doszły. Właściwa historja, historja pełna życia i ciągłym będąca postępem, nieustannym wzrostem, poczyna się od de Ribasa, a raczéj od Xięcia Richelieu, prawdziwego twórcy Odessy, któremu ona wszystko winna.




X.
7. Lipca. Sewerynówka — Wspomnienie — Limany. Małe Potockie. Step pod Odessą — Obrazy stepu. Odessa. Sturdza o Odessie. Miasto, wjazd, ulice — Widok Morza — Przechadzka — Bulwar — Wschody, i t. d.
7. Lipca.

Od Baranowéj jedzie się ciągle po nad Kujalnikiem, ale coraz puściejszym krajem; góry na lewo i prawo topnieją powoli, Słobody rzadsze, drzew nawet coraz mniéj się ukazuje. Tak ciągle jeszcze Bałką po nad Kujalnikiem dojeżdża się do miasteczka Sewerynówki, czyli, jak je tu nazywają, Wielkiego Potockiego. Dojeżdżając, na prawo już cała góra okryta winnicą i ogrodami ukazuje się otoczona murem i osadzona drzewy. Pięknie bieleją budowy Sewerynówki wśród zieleności topoli, akacji i tamarysów. Miasteczko wielce starannie i smakownie jest zabudowane, ma ładny pałacyk z dziedzińcem i bramą, na któréj słupach leżą dwa lwy czy sfinxy, a dokoła otaczają tamarysy i akacje. Cerkiew ze spiczastą igłą i kancellarja pobudowana w kształcie gotyckiego Kościołka, zdobią rynek. Jest tu i Kościołek katolicki, ale najłatwiéj się omylić i pójść do téj dziwnéj kancellarji, zamiast do niego. Poczęte także kramy, pięknym rysunkiem; wszędzie widać staranie i usilność o podniesienie miasteczka. Nie dziś się to rozpoczęło. Czytamy w podróży Kawalera Gamby Konsula kr. w Tyflisie, wspomnienie o Sewerynówce[26] „Żydzi, powiada on, w wielkiéj bardzo liczbie zajmują ziemie z téj strony rzeczki Kodymy, która dawniéj stanowiła granicę Turcji od Polski. Osiedli oni w wielu bardzo wsiach (powinno być raczéj miasteczkach, ale nasze miasteczka, wydały mu się wsiami) z których największą i uwagi najgodniejszą, jest Sewerynówka, należąca do Hr. Seweryna Potockiego, brata uczonego Jana (sic) a jak Jan, równie pełnego nauki i dowcipu. Seweryn Potocki, pisze daléj, od lat dwudziestu poświęca cały czas i myśli wszystkie temu, jak swój ten mały kraik zaludnić i uczynić kwitnącym i szczęśliwym; bo kraikiem nazwać można, majętność zajmującą 24,000 dziesięcin ziemi (60,000 francuzk. akrów). Plantacje, upięknienia, winogrady, tu się najpierwéj ukazały w okolicy, chociaż termometr dochodzi czasem do 22 stopni niżéj zera.
Z wioseczki o kilku chatach, wyrosła mieścina, miasteczko, prawie miasto, w którém jest Cerkiew murowana dla Mołdawian i Rusi greckiego obrządku, Synagogi, fontanny i przechadzki!
Seweryn Potocki założył tu Bank posiłkowy dla mieszczan zajmujących się handlem. Gamba przypisuje mu także wprowadzenie wielu ulepszeń agronomicznych. Ludność Sewerynówki, wedle niego, z Żydów, Polaków, Rusi, a najwięcéj Mołdawianów się składa.
Za Sewerynówkę wyjechawszy, znowu pusto w stepie, słobód nie widać, wzgórza z obu stron, środkiem pole zasiane, po nad nim kręci się okrawkiem góry wybita droga, zarzucona wielką liczbą skeletów padłych tu koni i bydła czumackiego, bielejących co kilka kroków. W tumanach wzbijającego się pyłu, przebiegają bryki kupieckie, ciągną się wałki Czumaków bez końca. Prawie przed samém Potockiem, ukazuje się wązki naprzód, potém coraz szérzéj rozlany kujalnicki Liman, błyszczący, z brzegami, które tu zasiane są jeszcze i złociły się właśnie żniwem. Liman ten ku Odessie i morzu rozszérza się, rozchodzi i ogromném wygląda jeziorem. Nad nim ulatują stada białych wron morskich, pływają nurki po kołyszących się zwolna falach, a nad brzegami, bieleją już muszle i piasek, dno jego mułowate głębiéj wyściełający.
Wzgórza Bałki, opadają, łyse, puste, drzew nigdzie, słobódki coraz rzadsze, jedną tylko, zdaje się, widziałem pod Małém Potockiem w stepie, ale i to małą i biédną.
Widok Limanu, już niejako zapowiedział i oznajmił nam morze, które pilno ujrzeć. Radbym już zawiesił oko nad tą przestrzenią, ogromną, do któréj zawczasu serce mi bije.
W Małém Potockiem, dosyć porządnéj karczmie, stojącéj u samego brzegu Limanu i owianéj już tém słoném, ostrém, właściwém blizkości morza, powietrzem; wygrzewającéj się na gołym stepie bez drzewka i cieniu, pod lipcowém słońcem; już przeczuwasz coraz bardziéj morze. Posłańcy jego, Limany, zewsząd ci błyszczą, przynosząc w zadatku woń morską; woń tylko, bo fizjonomja Limanów, nié ma ani majestatyczności ogromów morza, ani dziwnych barw jego. Rzuciwszy powozy i towarzystwo nasze podróżne pozostające dla spoczynku w Potockiem, nająwszy Żyda i maleńką bryczeczkę, puściłem się uprzedzając ich, dla wyszukania mieszkania i spojrzenia co prędzéj na morze; a choć Żyd nielitościwie pędził, po równéj prawda, ale wyżłobionéj czumackiemi wozami drodze, nie śmiałem dzwoniąc na wózku zębami, kazać mu zwolnić biegu; tak mi do morza pilno było, tak straszno prawie, aby mi nie uciekło.
Puściwszy się stepem od Małego Potockiego, mijając w prawo otwartą w pagórku karjerę kamienia, z jéj ciemném wnętrzem i fantastycznie popiłowanemi ściany; karjerę z któréj się dobywa część płytów służących do budowy w okolicy Odessy, lubo i bliżéj miasta i w różnych miejscach kamienia tego także dobywają; mijałem pocztę w Ilińsku i przebywałem resztę stepu dzielącego mnie od brzegu morza. Step to równy i gładki już jak na dłoni, płaski zupełnie, zboża po nim szeroko rozsiane, gdzie niegdzie nad wijącym się szlakiem krzyż nad mogiłą zmarłego w drodze, kamień grobowy z żydowskim napisem. Ciągle spotykamy Czumaków i skelety czumackich bydląt i koni, które już wrony i krucy objedli, gołe zostawując kości. Pędzim a pędzim w tumanach pyłu wzbijającego się nad nami, silny wiatr od morza, ostry, gryzący, niesie przeciw nam zbite w obłoki czarne wszystkie tumany kurzu z gościńca i obwija co chwila, jakby ciemnym płaszczem. Wiry pyłów kręcą się i swawolą po drodze, to ulatują na step i na nim rozkładają się powoli, daleko. Oczy i usta i piersi, pełne pyłu, puszczam jednak wzrok, aby co prędzéj ujrzeć Odessę, i w dali za mgłami, coś mi majaczeje jak wieże, jak krzyże, jak piętrzące się dachy.
To ona! witaj stary niegdyś przez Greków kolonizowany i opływany brzegu, brzegu przemyślnym znany Genueńczykom i Wenetom, przez Olgerdów i Witoldów, zawojowany niegdyś, przez ich następców marnie stracony, na którego stepie pasły się długie lata, tatarskie trzody koni, owiec i dromaderów, gdzie długo nie było życia, nie rozlegał się inny odgłos, nad Ałłach Nogajców i Turków, nad krzyk bojowy Jedyssańców i skrzypienie arb tatarskich — Witaj mi dawne Jazłowieckich dziedzictwo, ziemio, dziś do całego kraju, nie do jednego należąca już rodu, całym prowincjom dająca ruch, życie, handel, pieniądze. Witaj mi ziemio deptana przez Sarmatów, Scytów, Getów, Daków, Greków, Tatarów, Genueńczyków, Polaków, Turków, Szwedów, Rossjan, Niemców — po któréj biegli Tatarzy, na nasze żyzne prowincje, z ogniem i stryczkiem, przez którą zwyciężony, ale niepokonany uciekał pod Bender Karol XII. — Witaj mi ziemio i porcie, coś powstał zniczego w pięćdziesiąt lat, a dziś rozdajesz życie, zapładniasz kraj ogromny — Witaj!
Mogłem tu powtórzyć ze Sturdzą, piękne, wymowne jego o Odessie słowa: — „Na stromych brzegach morza czarnego, w głębi malowniczéj i krętéj zatoki, wznosi się młode miasto, którego gmachy, nie pamiętają przeszłego nawet wieku. Osadzona na podstawie czerwonych skał, które stanowią jakby pas ogromnych napływowych warstw, przejętych muszlami i szczątkami — Odessa wystawia obraz małego świata, rodzącego się na zwaliskach drugiego zniszczonego już świata, sadowi się i rośnie szybko na posadzie w pół klassycznéj, w pół barbarzyńskiéj, między zagrzebanemi ruiny kolonji greckich Pontu Euxynu i mogiłami tych wodzów koczujących ord, które w pustyni, zostawiły po sobie tylko groby i ślady w pół starte swych biegunów i stad niezliczonych. Postrzegając po raz piérwszy to miasto, tak obce przeszłości, tak żywe teraz, tak bogate przyszłością — rzekłbyś, że to far postawiony na prędce, między dwiema pustyniami — stepu i morza“ —[27] Poznajesz już, czujesz, że się zbliżasz ku wielkiemu miastu — po ruchu, po coraz gęstszych domach i karczmach, po wysadach drogi, która piasczystém wyschłego Limanu łożyskiem, wiedzie cię do Odessy. Obie jéj strony otaczają siane laski topoli, tamarysów, akacji mile uśmiéchających się, po pustyni stepowéj — Jest to plantacja zwana lewszynowską. Na końcu téj ulicy, już widać wyglądające maszty okrętów, choć jeszcze nie dostrzedz morza. W prawo już po wzgórzach nad Limanem, rozsypują się przedmieścia, młyny, a za nami w wianku topoli, nie jeden pozostał Chutor.
Nareszcie choć go jeszcze nie widać, już czuć coraz bardziéj morze, po ostrym, jemu właściwym zapachu, który wiatr przynosi. Z początku przykra to woń, ale łatwo się z nią oswoić i nawet miłą ją znajdować. Razem z wonią fali morskich zalatuje, mniéj już przyjemny dym węgli kamiennych i kiziaku, siarczyste jakieś wyziewy limanów i brzegów morskich, pyły nareszcie, okropne pyły téj ziemi stepowéj, co wysychając się rozbija w niedojrzane prawdziwe impalpable atomy, i wiruje w powietrzu nieustannie, napełniając je sobą. W lewo i prawo, nie dojeżdżając do plantacji Lewszyna, mijamy chutory[28] — ciągniemy gościńcem i laskiem, w którego końcu, jak strzałki gotyckich budowli, widać ostre maszty okrętów — Morze blizko — a jednak nie widać i nie widać go jeszcze! Próżno się spinam na palce, próżno obracam głowę na wszystkie strony — nie widać! Cierpliwości! wszakże już oddycham morzem, może niém przecię i oczy napasę. Miasto już nas otoczyło, szumi — Jedni jadą do niego, drudzy z niego wyjeżdżają, Czumacy długiemi sznury wloką się w próżni, złożywszy pszenicę. Mijamy rogatkę i tamożnię, któréj wjeżdżając przebywać nie potrzeba — Porto franco, nikt cię nawet nie spytał po co i zkąd jedziesz. — Ot już przedmieścia przed tobą — oto miasto na wzgórzu nad morzem rozłożone, ale je ztąd pod górę patrząc, zle widać, a raczéj nie widać, tylko bok, okrawek, reszta za wzgórzem.
Jesteśmy przecie w ożywionéj, świéżéj jak z igły i pełnéj ruchu handlowego, Odessie. A choć to nie jest jeszcze miasto właściwe i nie piękniejsza część jego, ulice szerokie, wygodne, brukowane, domy z kamienia porządne, smakownie budowane, zielone akacje tu i ówdzie. Wszędzie znać życie, a życie młode jeszcze i nie wyczerpane. Ja szukam morza oczyma — Nareszcie! w lewo otwarły się domy i puściły wzrok mój na nie. Stanąłem osłupiały, a serce biło mi silnie, chociaż na piérwszy rzut oka, morze jak wszystko na świecie zawiodło mnie. Nie takiém je znalazł, jakiegom się spodziéwał, jakiém wyobrażał sobie.
Kto piérwszy raz widzi morze, pojmiecie łatwo, że mu się dość napatrzeć, nadziwić i nagadać o niém nie może. Pozwólcie mi więc także mówić o niém. Wyobrażałem sobie je zawsze, jak coś ogromnego i mglistego, kończącego się gdzieś w niebiosach; — a znalazłem płaszczyznę gładką, świecącą, ostro uciętą linją, kończącą się ciemno na jasném niebie lipcowém. Wyobrażałem sobie je mdło zielone, znalazłem jasniejące barwami i na ostatnich planach, ciemno-granatowe. Zblizka tylko było zielone, jasne, błyszczące, a na niém jak na dłoni wyraznie; blizko, stały nieruchome, małemi i zbyt blizkiemi się wydające okręciki. Słusznie powiada Musset, że gdy człowiek myśli tylko o czém długo, nie widząc, stworzy sobie obraz zawsze fałszywy, który potém w obec rzeczywistości, przerabiać musi zupełnie.
Morze zasiane było okrętami, właśnie z Sewastopola przybyła eskadra wojenna, stała w porcie; w kwarantannie zaś mnóstwo różnych narodów kupieckich statków, na kotwicy zalegało. Kilka czarnych żelaznych kominów, i czarnych wielkich statków, przeciętych wpośrodku biało oszalowaném kołem — smutnie stały wpośrodku ubranych w swe maszty, poprzecznice, sznury, bandery i rozwieszone żagle; okrętów — były to parochody. Długo, długo, pókim tylko mógł je dojrzeć, patrzałem na morze, ono wzrok pociągało, fascinowało — było coś strasznego i majestatycznie wielkiego razem w téj czarnéj nieruchoméj przestrzeni, któréj ogromu, na piérwszy rzut oka pojąć nie można, dla tego, że jest zbyt wielkim, tak, iż rozmiary jego tracimy.
Wynalazłszy tymczasowe przyporzysko i wyszukawszy, aby co prędzéj być wolnym, mieszkanie, włożywszy na się mniéj zapylone suknie, zjadłszy coś w paryzkim hotelu, pobiegłem na bulwar, który już raz przejeżdżając widziałem, jeszcze się dziwić morzu, witać z morzem. Jestem pewny, że bardzo wielu a wielu rozumnym ludziom wyda się moja dziecinna ciekawość, mój pośpiech młodzieńczy, nieskończenie śmiesznym. Takiémi one mogą być w istocie, ale ja przeto ani się ich wstydzę, ani się z niémi taić myślę. Kto inny możeby się ani niecierpliwił, ani dziwował; pokiwałby głową i koniec. Ja gdy wam mówię szczérze, że mi biło serce, niech to sobie będzie doskonale śmieszném; wolę żeby mi biło ciągle, niżby nieruchome w piersi, na widok jednego z najcudniejszych stworzenia zjawisk, siedzieć miało.
Bulwar, o którym jak i o innych Odessy częściach, nie jednokrotnie jeszcze wspomnieć nam wypadnie, jest to po nad morzem, długa linja domów, przed nią dwie czy więcéj linje drzew akacjowych, tamarysowych i t. p. otaczających przechadzkę. Z jednéj strony kończy i zamyka go Bursa, piękny gmach greckiego stylu, z drugiéj pałac Hr. Worońcowa. Linja gmachów, ciągnących się od Bursy do pałacu, składa się z równych prawie, niemal jednostajnych, bardzo pięknych kilko piątrowych domów, których okna wychodzą na port i morze. Bulwar zabudowany jest nad brzegiem urwiska, który jest już ostatnim wschodem do morza ze stepu. Na pagórku po nad nim rozwija się miasto. W samym środku téj wspaniałéj linji gmachów, przecina je ulica, a tu domy w półkole się zaokrąglają. Naprzeciw tego półkola stoi czarny bronzowy posąg Xięcia Richelieu, tego stworzyciela miasta, ale posag bez wyrazu i charakteru. Jabym mu kazał jedną ręką wskazywać na morze, drugą obrócić na miasto, jakby mówił: — I ten handel i te mury ja wzniosłem. U stop posagu, jest jeden z najpiękniejszych pomników, jakie posiada Odessa.
„Ostatniém, powiada Köhl[29], dziełem powszechnéj użyteczności w Odessie, jest budowa wspaniałych wschodów, które od brzegu morskiego, na bulwar prowadzą. Wschody te są pracą olbrzymią, i będą, gdy się skończą, kosztować tyle pewnie, co budowa szpitalu. Prócz tego lękać się należy, aby to nie było więcéj piękném niż użyteczném, a nadewszystko krótko trwałém, i po chwilowym blasku, nie zwaliło się w kupę gruzów. Pożytek z tych wschodów nie może być wielki, gdyż służą tylko dla pieszych, a tych nad morze mało wychodzi. Kupcy i inni ludzie do portu udają się zawsze krótszą drogą i t. d.“
Opuszczamy tu resztę przypuszczeń Pana J. G. Köhl, których słuszności zupełnie nie uznajemy; wschody te, z całą swą kosztownością, gdyż liczą je na półtora miliona złotych (800,000 rubli), gdyby nawet tylko dla ozdoby miasta służyć miały, godne są poklasku, bo w istocie wspaniałe i majestatyczne. W dziełach Sztuki, nie zawsze ani jedynie szukać potrzeba użytku, ich piękność stawi użytek i cel. Są to szérokie na sto stóp, wysokie na 130, ogromne kamienne wschody, na dziesięć podzielone przestanków, a z dwóchset składające się stopni; godne morza, do którego prowadzą, przepyszne. Ludzie po nich się snujący, jak drobne mrówki wyglądają.
Dzieło to, które wśród wykonania podobno raz się zawaliło, w którego arkadach jest droga łącząca dwa porty, — godnie dopełnia piękny obraz Bulwaru. Obawy Pana Köhl, aby z powodu kamienia użytego do budowy[30] nie zawaliły się, są rozumiem zupełnie płonne. Stawiane ze staraniem, doborem kamienia i przewidzeniem wczesném jego trwałości, nie podobna aby tylko na chwilę ozdobić miały miasto. Dwa razy zbiegłem z tych dwóchset wschodów, aby się zbliżyć do morza, stanąłem nad niém, patrzałem, potém puściłem się w miasto, ku Palais Royal, Teatrowi, Magazynom, w ulice; ale wkrótce znużenie, skwar, bieganina, nabawiły mnie takim bolem głowy, żem się położyć musiał; i tak zakończył się dla mnie piérwszy dzień w Odessie.




XI.
8 Lipca. Miasto — Teatr.
8. Lipca.


Piérwsze dni przybywającego w obce mu miejsce podróżnego, zawsze są jakiémś błąkaniem się po niém, potrzebuje się oswoić ze wszystkiém, obejrzeć ogół, pochwycić fiziognomji rysy. Nie wié od czego poczynać przegląd, nad czém się wprzód zastanawiać, co widzieć przed innemi rzeczami. I zaczyna najczęściéj od tego, co najmniéj widzenia warte. Tak się to i ze mną po części stało; nie uczyniwszy sobie żadnego planu, biegałem tu i ówdzie nie wiedząc co począć z sobą i prócz morza, mogę powiedzieć, że nic nie widziałem. Cokolwiek się tylko zorientowawszy w mieście, postrzegłem, że dla niezmiernie regularnego jego planu, bardzo łatwo było w przestrzeni równéj na kwadraty podzielonéj — trafić wszędzie. Morze i bulwar służyć także mogą za skazówki.

Tegoż dnia bytem w Teatrze — grano Normę, ale tutejsza Opera włoska, w składzie, jaki tu zastałem, nie wiele mi się podobała. Gmach teatralny, nie opodal od Bursy, na obszernym placyku stojący, naprzeciw budującego się klubu, bardzo nie wielki, o cztérech facjatkach, prostego stylu, z których jedna obrócona na wschód, ku morzu, wsparta na czterech wysokich pilastrach, wzniesiony jest wedle rysunku Architekta P. Thomon. Terazniejszy stan Teatru, zapowiadać się daje nowe zmiany i konieczne ulepszenia. Pan A. Skalkowski, taką podaje wiadomość o tutejszym Teatrze, a mianowicie o Operze włoskiéj popularnéj i ulubionéj w Odessie. Trwa ona od 1812 r.; miasto na podtrzymanie jéj, daje corocznie 60,000 r. assygn. posiłku; artystów jest około sto dziesięć osób obojéj płci, płatnych od 9,000 do 12,000 rubli assygn. w rok. Opera, która za czasów Talistro i Pateri miała chwilę świetną; któréj ozdobą był basso cantante Marini; dzisiaj przy Fanny Leo i Venturi, przy tym samym Marinim, którego głos nié ma dawnéj energji, wiele bardzo straciła. Jeden Berlendis w terazniejszéj truppie się odznacza. Truppy ruska i francuzka, grająca Wodeville, pod dyrekcją Pani Frisch, naprzemian z operą dają reprezentacje we dni wyznaczone. Ruscy aktorowie powszechnie są chwaleni i w dniach reprezentacji docisnąć się nie można. Przeciwnie miało się za mojéj bytności z francuzkiémi; którzy nareszcie de guerre lasse, odjechać musieli do Jass, zkąd po raz piérwszy na zamianę ich przybył P. Frisch z Operą niemiecką, odznaczającą się, jak powiadano, dobrze i lepiéj od włoskich złożonemi chórami. Próba ta Opery niemieckiéj, w mieście tak przywykłém do muzyki włoskiéj, nadzwyczajnie się powiodła; chociaż zawczasu po Rossini’m, Bellini’m Donizetti’m, trudno było przewidywać świetne przyjęcie dla Meyerbeera, Weber’a i Auber’a. — Gdzieindziéj powiemy obszerniéj o Muzyce, stanowiącéj jedną z najbardziéj w Odessie uprawianych sztuk, może jedynie uprawianą.
O Teatrze tutejszym znaleźliśmy dość ciekawą wzmiankę w nie wyśmienicie skleconém dziele Margrab. Gabriela de Castelnau[31]. W r. 1814, w którym autor pisał, grano na tutejszym Teatrze, sztuki ruskie, polskie i niemieckie, raz tylko w tydzień Operę włoską.
Nie wiem czy słusznie i o ile słusznie — autor wyśmiéwa polski tutejszy Teatr. — „Trupa polska, powiada, jest najprawdziwiéj komiczna w dramacie łzawym (drame larmoyant) a chociaż mogło nie być celem autora, ażeby widzowie których myślał rozczulić, śmieli się na jego sztuce; polskim aktorom, zupełnie to jedno. Te dobre ludziska, mają jakiś cień podobieństwa do Perypatetyków, którzy dawali przechadzając się lekcje Filozofji (???). Nasi odesscy Polacy prawie ciągle zacierając ręce, przebiegają nieustannie przed-scenę (avant scène) żywo — co się dosyć podoba łaskawéj publiczności.“ Dodaje nasz krotochwilny Francuz, któremu jako Francuzowi, zdawało się obowiązkiem wszystko bezbronne prześmiewać (bo cożby innego Francuz tak dobrze potrafił?) — że Teatr wielce był jednak uczęszczany i wielkie przynosił zyski.
Powiadają, że zużyta terazniejsza trupa włoska, wkrótce ma się całkiem na nowo złożyć z aktorów świéżych, umyślnie z Włoch sprowadzonych. — Nowy dzierżawca przedsięwziął to zupełne jéj przeistoczenie i spodziéwamy się, że nie zawiedzie oczekiwania.




XII.
9 Lipca. Teatr jeszcze. Step nadmorski między Dniestrem a Dnieprem za czasów posiadania Polski. Podboje, handel dawny. Swiadectwa historyczne. Granice dawnéj Polski. — Kąpiel w morzu, Kąpiele, Łazienki, i t. d.
9. Lipca.


Nazajutrz przepędziwszy dzień, na téj przygotowującéj bieganinie, w któréj się człowiek nic nauczyć nie może; poszedłem znowu na Teatr. Był to dzień, w którym grano Wodewil francuzki; a ten wyznać muszę, w proporcją lepiéj był grany i bardziéj zaspakajający, od Opery. — Grano Le mari du bon vieux tems — Le dernier de la famille par Ancelot. Meunier, Pellier i kilku innych, grą się swoją odznaczyli.

Ale dość o Teatrze: pocznijmy raczéj nasze historyczne badania o Odessie i stepie ją otaczającym, od najdawniejszych o niéj w polskich pisarzach wzmianek; objaśniających dzieje wybrzeża tego. Poźniéj powiemy jak i o ile znała go starożytność; a że najbliżéj nas obchodzi, co się nas tyczy, powiedzmy więc naprzód, cośmy się dowiedzieć mogli, o historji stepu i miejsc tych, ze źródeł polskich.

Przestrzeń ta cała od Dniestru, do Bohu i Dniepra wybrzeże morskie i step, należały do Polski dawniéj, przez dosyć długi przeciąg czasu, wraz z portami białogrodzkim (Akkerman) Kaczubej (Hadżibej Odessa) i Oczakowem. Piérwszy Olgerd około 1330 roku wedle Kronikarzy, (ale najpewniéj datę wyżéj posunąć należy) podbił na Tatarach zalegających te stepy, kraj ten cały; poraziwszy trzech ich Carzyków u Sinych wód — on granice Litwy po morze czarne rozciągnął. Około 1350 roku, ciż Tatarzy użyci przez niego zostali w pomoc, do podbicia Podola. Naruszewicz wzmiankuje, że Podolem zwano u nas dawniéj, kraj po nad Dniestrem, aż do morza czarnego się ciągnący, do ujścia jego pod Białogrodem; z Bracławiem (Prosclavia) i Zwinogrodem (Swinigród).
Stryjkowski zupełnie niewłaściwie nazwisko portu Hadzibej (u naszych pisarzy Kaczybej, Kaczubej) wywodzi od imienia jednego z Carzyków trzech pobitych u Sinych Wód przez Olgerda[32]; mieszcząc, tak zwane u niego, jezioro Kaczybej — Ku Oczakowu. Po podbiciu krain tatarskich nad morzem czarném przez Olgierda, Tatarzy wynieśli się ku Dnieprowi w Perekop i za Dniestr w Bessarabią nad Dunaj. Olgerd wpadł także do Tauryki (półwyspu krymskiego) ale podbicie jéj, jako nie należące do nas, pomijamy.
Jako ślad przejścia tędy Olgierda, Gedymina i Witolda, pozostały nazwiska studni, uroczysk, przekopów, mogił, noszących imiona gedyminowych, olgerdowych, witoldowych; wedle świadectwa Michalona Litwina, żyjącego i piszącego za Zygmunta I.
Tatarzy, jeśli nie wszyscy, to część ich przynajmniéj, zostali w pewnéj podległości Litwie i Polsce poźniéj; oni jak wprzód Olgierda, posiłkowali potém w wojnach Polskę, aż do czasów Kazimiérza Jagiellończyka. Ciż Tatarzy za Dniestrem w Bessarabji (Budżaku) koczujący, za dozwolone sobie pastwiska (jak to poniżéj akta okażą) dla stad swoich między Dniestrem a Bohem, płacili dań Polsce i służyli jéj, wedle świadectwa Chalcondylas’a, piszącego za Kazimiérza[33] „Graniczą z tym krajem, powiada Chalcondylas, niektórzy Scytowie (Tatarowie) dość liczni i możni, podlegli Kazimiérzowi Królowi. Temu Królowi towarzyszą Tatarowie koczujący, gdziekolwiek na wojnę idzie —“
Tenże Chalcondylas nieco niżéj pisząc o Litwie, dodaje wyraznie, że granice jéj o morze czarne się opierają[34].
Że posiadłości litewsko-polskie, rozciągały się pod Oczaków i za Oczaków nawet, poświadcza Naruszewicz[35] dodając że za Witolda, składem handlu wschodniego dla Polski i Litwy była Kaffa w Krymie (Teodozja); zkąd karawany szły przez Perekop do Ławania, Kijowa i daléj. — W Ławaniu mieli XXa litewscy Komorę murowaną wielką z kamienia, gdzie cło i karę pieniężną zwaną osmiectwo (czy nie ósmy grosz) na pohańców nałożoną, pobierali. Komora ta zwała się Łaźnią witoldową.
Zdaje się, że nasi pisarze uwiedzeni przez Stryjkowskiego podobno najpiérwéj, owidowém jeziorem, nazywali Liman dniestrowy, lub inny jaki może, między nim a Dnieprem położony; Sarnicki bowiem pisze, że między Bohem a Dniestrem nie daleko od ujścia téj rzeki do morza, był w owidowém jeziorze, kawał muru dawnego na ołów składanego, pół mili w morze ciągnącego się, do którego Witold w morze na koniu wjechał, na znak że je zajmuje pod swe panowanie.
Na stepach pod Oczakowem puste pola, pobrała szlachta polska i poosadzała. Sarnicki za Stefana żyjący, powiada że w okolicy Oczakowa, Jazłowieccy i Sieniawscy dziedzictwa swoje mieli, sam zaś Oczaków, do Buczackich należał[36]. Czacki[37] świadczy że w Metryce koronnéj widział ślad decyzji Władysława Warneńczyka w r. 1442 między Jazłowieckim, któremu ta część ziemi nad morzem czarném, gdzie jest i był mały port Kaczubéj, nadano —; a urzędnikami królewskimi, co dowodzili że w przywileju nie było nadanych przysypisk, a te od sta lat okładem były przez morze dane, quia mare abstulit alijs, nostro vero Dominio adjunxit. Jazłowiecki, jako dziedzic, stawianiu domów straży na przysypiskach, opierał się, dowodząc że należały do niego — Cytata Czackiego dowodzi, że Władysław, przysypiska za własność korony uznać musiał. Na Chortycy Wisniowieccy mieli swoją ekonomią wojenną, od napadu Tatarów granicy strzegącą. Bielski pisze że w tych stepach, Koniecpolscy mieli sto siedemdziesiąt miast i siedemset czterdzieści wsi. Koniecpole miasteczko od ich nazwiska, niedaleko Bałty nad rzeką Werbką, gdzie do Bobu wpada. Długosz pisze pod r. 1415, że przybyli posłowie z Carogrodu do Władysława Jagiełły, prosząc o wsparcie i posiłek w zbożu; którym Władysław wyznaczył miejsce Kaczubej, zkąd zboże wychodzić na morze miało.[38] Fałszywie zupełnie i bezzasadnie utrzymuje poźniejszy Jeograf nasz Swięcki, jakoby Kaczubeja, pozostały ślady w mieścinie tatarskiéj nie daleko ujścia Dniestru ku Tehinie (Benderowi!!) — Kaczubéj, bowiem, pod témże nazwiskiem Chadzibéj, zostawał, aż do zajęcia przez Rossją i założenia w témże miejscu Odessy.
Kraj ten pisarze polscy, pospolicie to do Ukrainy, to do Wojewodztwa brasławskiego zaliczali i zwali Podolem, Piasecki[39] świadczy że w Traktacie Zygmunta I. z Solimanem wzmiankowano, aby jeśli białogrodcy Tatarowie na drugą stronę Dniestru przepędzać zechcą bydło na paszę — płacili za to pewną summę, oraz tamże — iż między ujściem Dniestru a Bohem i Dnieprem, ziemia po morze czarne, należała do Polski. Za Dniepr zaś w niektórych miejscach na dwa dni drogi, w innych na trzy rozciągały się ku Donowi posiadłości koronne, Sarnicki twierdzi, że z białogrodzkiego (Akkerman) portu[40] pszenicę podolską na Archypelag do Cypru mianowicie spławiano.
Po zdobyciu (1455 r.) Konstantynopola, opanowali dopiéro (i to nie zaraz) Turcy Białogród (Akkerman), powracając z Krymu — zajęli go i stracili i znowu odzyskali. Odtąd zaczęły się napady Tatarów osłanianych przez Turcją. Napady te na stepy między Bohem a Dniestrem powoli przeistoczyły się, w zupełne opanowanie. Wyżéj cytowany kilkakroć Sarnicki powiada[41] że za czasów młodości jego Wenetowie uroczystém poselstwem prosili Zygmunta I. ażeby porty morza czarnego, tak jak były za Kazimiérza Jagiellończyka, przywrócił — Cypr zasilając zbożem podolskiém i ukraińskiém.
Za Zygmunta I. wedle świadectwa Herbersteina[42] Tatarzy Zameczek Oczaków przy ujściu Dniepru, opanowali, ale instrukcje dane posłom, które zaraz przywiedziem; dowodzą, że w r. 1542, przy odznaczeniu granic między Polską a Turcja, Tatarzy jeszcze za panów ziemi między Bohem a Dniestrem uważani nie byli; a za wypasy koni i bydła w stepie tym, opłacali się. Zdaje się że dopiéro w końcu panowania Zygmunta III.[43] przestali płacić, mimo że w paktach Zygmunta z Solimanem[44] po Dniestr postanowiono granicę wieczną i nienaruszoną. Ale Tatarzy widząc step zaludniający się i zabudowujący coraz, niszczyć osady i kraj zajmować poczęli. Zygmunt August, wysyłał ich na lustracją Zamków[45] ukrainnych, Krzemieńczuka, Oczakowa, Hierbedziecowroga, Missuryna, Tawania i t. d. — Michajło Litwin Oczaków Zowie Duszkowem, i powiada że w tych Zamkach mieli Litwini załogi strzegące od napadów tatarskich. Za panowania tegoż Zygmunta Augusta, Commendoni Kardynał[46] zwiedzał małe katarakty dniestrowe pod Jampolem i ułożył projekt handlu Polski z Wenecją. Wypisy w tym przedmiocie uczynił na miejscu, z Archiwów weneckich X. Albertrandi, wedle swiadectwa T. Czackiego.
Handel morza czarnego, wolny był zawsze Polsce, choć ona z niego nigdy, po wzięciu Konstantynopola i opanowaniu niejako morza, korzystać do dalekich wycieczek nie mogła. Rossji zostawiono było dopiéro, przemodz opór Porty i oswobodzić dla siebie i dla drugich morze czarne. Traktaty z Turcją polskie od 1486 r. zastrzegały swobodę handlu; a gdy w r. 1577 Traktat z Amuratem III. Stefana, nie wspomniał wyraznie Dniestru, ubezpieczając handel na morzu czarnem, białem i rzekach; traktat 1623 r., wyraznie ostrzegł wolny spław Dniestrem. Do r. 1676 czyli ratyfikacji traktatu żurawińskiego 1677, ten artykuł ponawiano, traktat 1699 karłowicki, dawne umowy co do handlu utwierdził.
Ale najlepiéj co do granic dawnéj Polski w XVI w. powiedzą i objaśnią instrukcje dane posłom do rozgraniczenia od Turcji, które to poniżéj, w treści i per extensum umieszczamy[47]
Tegoż dnia jeszcze, piérwszy raz kąpałem się w morzu. Szczególne ma własności kąpiel morska, działanie jéj na organizm silne i wcale od pospolitych w wodzie słodkiéj różne.
Oddawna zbiérają się tu do kąpieli w morzu czarném, które dla cieplejszego klimatu, daleko są skuteczniejsze i mocniéj działające, od kąpieli baltyckich.
Kawaler Gamba w swojéj podróży (1823 r.) wspomina; że do Odessy już zjeżdżali się corocznie od 1. Kwietnia do 1. Listopada (termin przydługi dla kąpieli) panowie bogaci ruscy i polscy, dla kąpieli i zabawy[48].
Kąpiele morskie, o ile wiemy i sądzić możemy, nakazują się w Medycynie, tylko podobno we dwóch przypadkach, to jest: w chorobach nerwowych i osłabieniu. Dla dzieci także cierpiących affekcje skrofuliczne i rachityzm, dla artrytycznych i t. p. W żadnym razie nie poczynają się wcześniéj nad koniec Maja lub początek Czerwca, nie przeciągają nad Wrzesień: bo potém powietrze chłodnieje, woda mniéj naelektryzowana i kąpiele nie przywykłym do nich, sprawiają fébry i inne słabości z przeziębienia pochodzić mogące. Dłużéj się zwykle nad piętnaście do ośmnastu minut nie kąpie. Najprzyjemniejsze są kąpiele w morzu wzburzoném, i gdy wiatr wieje od ziemi; gdy przeciwnie wiatr od morza, pełniejsze się ono staje w brzegach, ale woda zawsze chłodna. Najchłodniejsza, gdy morze przezroczyste i zupełnie spokojne, naówczas ledwie cienka jego powierzchnia sama, nieco się od słońca i powietrza wygrzewa. Co do skutków kąpieli, te nigdy nie są bezpośrednie i szybkie, następują dopiéro po upłynieniu pewnego przeciągu czasu i ukończeniu kursu, który się składa zwykle z sześciudziesiąt kąpieli. Kąpią się na czczo, rano i drugi raz wieczorem, nie prędzéj jednak jak w godzin trzy do czterech po jedzeniu — Wchodzi się do wody ochłodłszy zupełnie zamaczając naprzód głowę i ramiona, aby humory do góry nagle nie uderzyły — a potém rzuca się i zanurza od razu.
Woda nie przywykłym do niéj, zawsze się wydaje w początkach chłodna, ale zalecają, aby być w ruchu i tym sposobem uczucie chłodu zobojętniać. Gdy się go uczuje zbytecznie, aż do dreszczu, wychodzić potrzeba, otulić się, ogrzać, ubrać i chodzić jeszcze, dla rozegrzania zupełnego, potém na chwilę spocząć, ale nie usypiać. Doświadczyłem na sobie, że sen po kąpieli silnie osłabia.
W piérwszéj chwili po wyjściu z kąpieli, człowiek się czuje czerstwym, zdrowym i orzeźwionym, ale wkrótce to podbudzone sztucznie życie, opada, następuje zawrót głowy silna prostracja, powolnie nadchodząca potrzeba snu. Jest to właśnie jak utrzymują, znak, że kąpiele skutkować będą. Ci, którym osłabienia nie czynią, tłuści, krwiści, używać ich nie powinni. Działają one silnie u niektórych na skórę i spowodować mogą wyrzuty skórne, których się bynajmniéj lękać nie potrzeba, bo one są owszem, znakiem dobrego skutku kąpieli.
Bardzo osłabionym i delikatnym zalecają poczynać od kąpieli z morskiéj wody ogrzanéj w wannach; od prześciéradeł w morskiéj wodzie zmaczanych, potém od krótkich zanurzań, stopniowo postępując do dłuższych. Bardzo długie nad 18—20 minut przebywanie w wodzie, nigdy nie jest dobrem, a często zupełnie szkodliwém i niebezpieczném. Zresztą nie można dać ogólnych przepisów w téj mierze, a każdy przybywający, powinien się poradzić jednego z umiejętnych lekarzy. Nie podobna nam nie zalecić tu, jako najbieglejszego lekarza i najlepszego w swiecie człowieka, odznaczającego się i nauką i przymiotami wielą innemi, — ziomka naszego Doktora Siezieniewskiego, rękojmią w téj mierze, jest wielce stanowcze zdanie Doktora Karola Kaczkowskiego, który w czasie swego pobytu w Odessie, sam radził się szanownego Siezieniewskiego i oddał mu należytą sprawiedliwość — W lekarzu bowiem nie dość jest uważać na lekarza; wiele się ceni człowieka i charakter; z téj zaś strony nigdy dość wychwalić miłéj dla nas pamięci Doktora Siezieniewskiego, nie możemy. Niech przyjmie tych kilka wyrazów, jako dowod przyjaźni i prawdziwéj wdzięczności.
Jednym z najpocieszniejszych obrazów są Łazienki, jest ich wiele w porcie praktycznym, jest wiele po Chutorach, po wybrzeżu, na Peresypic. Piérwsze miejsce zajmują Łazienki w porcie, utrzymywane przez Greka i dosyć porządne. Znajdują się one, nie daleko od rogatki wiodącéj do portu praktycznego, na lewo od wschodów olbrzymich, w niewielkiéj od nich odległości — drugie, trzecie, czwarte i piąte i więcéj, położone są za niémi, opłata w nich tańsza, tam lud, żydzi i wszyscy się kąpią. — Ubożsi zrzucają suknie i idą w morze, nie szukając łazienek, ale często bez sukień wracają. Są także na Chutorze, Langeron’a za kwarantanną, u Renaud, na małéj Fontannie i t. d.
Te, które są na Chutorach, mają niedogodność wielką, że grunt ich kamienisty nogi kaleczy: ale za to woda z pełnego morza większą tam falą przybywa i silniéj uderza. U Greka też w porcie taki jest zawsze w porze i dniach lepszych do kąpieli — scisk i natłok różnego rodzaju osob, młodzieży roztrzepanéj, starców bez wstydu, taka mięszanina naszéj edukacji i humorów, że kąpać się na bardzo szczupłéj przestrzeni w tym tłumie, nie ze wszystkiém miło i wygodnie. Z biédy wolałbym skały u Langeron’a, niż kupę głupców, jakich zawsze można znaleść u Greka w porcie.
Nad brzegiem morza stoi nie szeroki nie wiém doprawdy jakim stylem pobudowany, długi drewniany pawilon, czerwono upstrzony z facjatką o słupkach, gotycką czy może prędzéj turecką. Dzieli się na dwa wejścia, na lewo kobiéty, w prawo mężczyzni. Kąpiących się dzieli tylko płótno, zawieszone między niémi i spuszczone aż w morze; a że woda w niém bywa pełniéjsza lub płytsza, a płótno to nie daleko wchodzi w nie i dość trochę umieć pływać, aby tę zaporę ominąć, dla pięknych lub niepięknych oczu jakiéj Hero rachitycznéj, pojmiecie co się czasem dzieją za nadużycia. Zaledwie zuchwały Nauta, wydobył się za płótno i postraszył swoją nagością kąpiące się kobiéty, Grek zapérzony wyskakuje z izby i kiwając ręką, marszcząc swoje brwi i tak zawsze namarszczone, a nie rozchmurzające się, chyba na widok stosu złotówek — woła: — Gospodin, gospodin! w prawa! w prawa! Nelzia, nelzia!
Na co mu zwykle odpowiadają smiechem i nie rychłem posłuszeństwem; nie dziw też, że nieborak ma tak fatalnie popsuty na całe życie humor, gdy się tak nieustannie irrytuje.
Do pawilonu od wejścia, przytykają dwa w morze na palach wstępujące szeregi cel do rozbierania się, za które, a razem za swobodę kąpieli, płaci się cały złoty. W innych łazienkach płata nie przechodzi dwudziestu lub piętnastu nawet groszy — na Peresypie nie płaci się nic; ale za to mogą skraść ci suknie i żyd oczy zapluszcze, a po to wszystko jeszcze musisz daleko jechać — Nikt też teraz nie używa téj daremnéj kąpieli.
W izdebce wiodącéj do łazienek opłacasz swoje quantum, dają ci bilet z litografowanym Trytonem, dają ci za nim (jeśli jest) izdebkę, brudne prześcieradło, które otarło sto plec przed twemi, i t. d. Tu otacza cię towarzystwo, Bóg wie jakie, najrozmaitsze, figury różnych fizjognomji, twarzy i mowy. Rozmowy polskie, ruskie, greckie, francuzkie, włoskie, niemieckie, tureckie, ormiańskie, tatarskie, krzyżują ci się mimo uszu, garbaci, krzywi, poplamieni od wyrzutów, naznaczeni od dawnych ran, łysi, na kulach, wstępują po slizkich wschodkach do morza. Ten się kąpie w czépku, ten w pęcherzu na głowie, ów popisuje się z pływaniem nic do rzeczy, inny tchórzy, trzyma się poręczy i ucieka do brzegu, młodzi pląsają i oblewają się bryzgami, które na obojętnych wcale widzów, nie radych téj zabawce, spadają; zanurzają się, łapią podpływające z wiatrem od morza (znak chłodu,) polypy, zwane Sercami morskiemi. Hałas, wrzawa, ruch i niespokoj nieznośny, wyskakujesz z tego tłumu jak z ukropu, oparłszy się z jednéj strony o żyda, na którym postrzegłeś narodową jego chorobę, z drugiéj o czerwono poplamionego jegomości, co cię raczył parskając oplwać. Obrzydzenie cię porywa bełtać się w tém wązkiem korytku, gdzie tyle brudów codziennie się z kolei obmywa — dodajmy dla dopełnienia obrazu kąpieli w tych łazienkach, że patrzysz na tysiące nieprzyzwoitych figlów płatanych kobiétom kąpiącym się przez ścianę, i za które jako nie protestujący się, jesteś solidarny. To mi zawsze nieskończenie przykrą czyniło kąpiel w Łazience najbardziéj uczęszczanéj i najbliższéj Greka. Fizjognomja też gburowatego gospodarza, wcale nie jest zapraszająca, a żadnym językiem poczciwie się z nim rozmówić nie można. Kurzy on nargile i popija w bufetowéj izbie herbatę, z posępną twarzą i chmurnemi brwiami, łając nieustannie na wszystkie strony.
Na przeciwnych naszym drzwiach, przyjmuje zapewne równie uprzejmie — jego żona kobiéty. Sądząc z humoru męża, o szanownéj jego drugiéj połowie; domyślam się że dość być musi skrzywiona — Gospodarz Grek, we dni chmurne i chłodne, prawdziwie nieznośny — Twarz mu się dopiéro z pogodą, ciepłem i ściskiem w łazienkach i szufladce, w któréj stary jego sługa pobiéra opłatę; — rozjaśnia nieco.
Poźniéj powiémy o łazienkach na Chutorach. Łazienki tańsze pobudowane niżéj w porcie, gdzie i ludzie i konie razem prawie w miłéj poufałości się pluskają i wszelka z miasta napływa chałastra; — mają wszelkie niedogodności piérwszéj, z dodatkiem nowych zupełnie, podniesionych do najwyższéj potęgi.




XIII.
10 Lipca. Kąpiel morska. Widok portów. O handlu morza czarnego, Odessy i kupiectwie w Odessie i t. d.
10. Lipca.


Nazajutrz rano i wieczorem powtórzyłem rozpoczęte kąpiele, mimo wyraźnego osłabienia jakie, czułem. Zaręczył mi szanowny Dr. Siezieniewski, że w początkach doznają go pospolicie wszyscy, a lękać się tego bynajmniéj nie potrzeba. Postanowiłem więc odtąd, ile mi sił stanie, kąpać się, na nic nie zważając, zwłaszcza że kąpiel wydawała mi się zawsze (wyjąwszy rano na czczo) bardzo miłą rzeczą. Starałem się jednak, zmuszony będąc dla blizkości i zręczności kąpać u Greka, gdzie zawsze tłum był wielki, wybiérać o ile możności godziny, w którychbym sam, lub tak jak sam, z morzem być mógł. Ale i tak — nie wielka w tych łazienkach uciecha; ta odrobina morza zamknięta między dwie ściany, między dwie łazienki, bez widoku, zewsząd zamurowana — daleką jest od mniéj prawda wygodnych, ale nierównie milszych za miastem na Chutorach stojących i gdzie człowiek choć sobie nogi skałami kaleczy, ale jest sam na sam z morzem i falą, i okiem polecieć może daleko na wszystkie strony, nie spotykając tych zapór prozaicznych, które u Greka zamykają widok i ściskają serce.

Widok ze wschodów olbrzymich, pod posagiem Richelieu i z całego w ogólności bulwaru na porty, jest jednym z najpiękniejszych w samém mieście; chociaż daleko od niego bardziéj zachwycającym, jest drugi z morza na miasto i wschody, pod nogami patrzącego jest cała przystań podzielona na dwie części i z jednéj strony zamknięta daleko widnemi budowami na Peresypie, z pasmem wzgórków, na których czernieją wiatraki i zielenieją drzewa, z drugiéj w prawo sinieje morze, a bliżéj na wzgórzu, dawna twierdza, w dzisiejszéj znajdująca się kwarantannie, bieleje, wyżéj zabudowań Tamożni, z baterją wchodzącą w morze i broniącą portu, groblą, lasem masztów i budowani w kwarantannie pod górą ścisniętémi. Port kwarantanny leży na prawo i w nim najwięcéj okrętów się znajduje. Nieco daléj w przystani u wejścia, okręt straży, pilnujący portu o kilku działach zwany Brandwachtą, stoi nieruchomy na morzu; okręty wielkie wojenne linjowe, daléj jeszcze za nim, na pełném się mieszczą. Zostające w obserwacji, nie dochodzą także właściwego portu kwarantanny, póki nie wyjdzie termin czternasto-dniowy, dopiéro poźniéj wpuszczają je wewnątrz portu. Całe miasteczko niejako zabudowane jest po nad portem właściwym kwarantanny, gdzie ludność okrętów cudzoziemskich, nie wysiadująca liczby dni naznaczonych do wejścia do Odessy, może wysiąść i przebyć czas potrzebny do naładowania statków. Są tu traktjery, kaplica anglikańska i katolicka i inne budowy. Naturalnie właściwe miasto nié ma związku z tém miasteczkiem, wiecznie w kwarantannie będącém. O saméj kwarantannie, którą poźniej oglądaliśmy szczegółowie, powiémy niżéj.
W obu portach, na groblach wiodących w morze (jettée) ruch panuje ciągły. Do kwarantannowego portu wiozą nieustannie pszenicę i towar wszelki; z praktycznego portu transportują ciągle, do miasta różne towary.
Na tych dwóch groblach posuwających się w morze, ruch i życie, poczynające się od znaku danego wystrzałem armatnym z Brandwachty, oznajmującym otwarcie dnia w portach i tamożniach, trwają do drugiego wystrzału o zachodzie. Furmanki czumackie, wiejskie wozy przewozników najmujących się do transportu, piesi, jezdni, cisną się i mijają. Każdy spieszy, bo nié ma chwili do stracenia, pędzi, roztrąca, krzyczy. Robotnicy, którzy napełniają barkary w porcie kwarantanny latają jak oparzeni, tym czasem na wzgórzu w kwarantannie powiéwa czerwona chorągiew zwiastująca że Kommissja kwarantannowa i tamożenna zasiada. Zwinięcie jéj oznajmuje zamknienie dykasterji. Gdy nad kwarantanną okaże się czarna flaga, znak to, że się w niéj zjawiła Czuma, straszliwy mór kilkakroć już nawiedzający Odessę.
Widok morza tutaj, na które potém, dniami, rankami, wieczorami codziennie z mieszkania na bulwarze — patrzałem; jest jakkolwiek ściśnięty groblami, przecięty wzgórzami otaczającemi przeciwny brzeg przystani — zawsze jednak piękny. Morze, ten Proteusz, z porami dnia, zmianą światła i stanu nieba — zmienia cudnie barwy swoje. Morze tylko i człowiek tak się mienić umieją, a biédny człowiek choć równie dziwacznie, ale daleko mniéj pięknie. W oddaleniu, granatowym pasem na niebie zamknięte; bliżéj ciemno zielone, w porcie pod promieniami słońca, mieni się na kolor szmaragdowy, topazowy i szyi gołębiéj. Co chwila inaczéj je widzisz, to zielone jak łąka majowa, to sino — opalowato-złociste w srébrne rzucanki, to ciemne, to szare, to gładkie i świecące jak tafla polerownego szkła; to pokrajane falami, które z wysoka wydają się tylko drobnemi marszczkami. Wszystko co się na niebie ukaże, w morzu jak zwierciadle się odbija. Każda chmura je farbuje, każdy promień na nie działa i twarz żywéj kobiéty, nie tyle ma różnych expressji, ile to cudowne morze — Czasem chmura przechodząca po nad pełném morzem, zasłoną dészczową tak je w oddaleniu łączy z niebem, że dostrzedz nie można, gdzie się dwie przestrzenie z sobą zlały. Czasem i to częściéj, czarno-siny pas daleko, na którym jak punkciki białe, widać żagle przybywających okrętów, lub ciemny dym z komina parochodu – zamykają widok. Każda chmura, każdy blask czy słońca, czy xiężyca, drży w morzu. Wschody słońca są widokiem zachwycającym, nie mniéj piękny i zachod, nie mniéj piękny xiężyc, w pełni nad morzem. Całe życieby tu przepatrzeć można i przedumać. A burza, a błyskawice? a leżąca na morzu tęcza, która odbita w fali, zda się opasywać zielone tonie? Obrazy te, których pewny jestem ani Gudin, ani Morel-Fatio, ani ojciec Vernet, ani nikt w całém ich bogactwie wdzięku, kolorycie, swiéżości, wydać nie potrafi; obrazy to tyle rozmaite, że dwa jednéj dnia i roku pory, jednych prawie warunków aspekta, często zupełnie są sobie charakterem nie podobne. Ile to uczucia potrzeba, aby pojąć morze, do wydania go na płótnie. Nie mówię tu o tych trywialnych naśladowaniach, które na imię obrazów nie zasługują.
Ale czas przestać opisywać, co się nigdy opisać nie da; przystąpmy raczéj do uwag o handlu, który jako twórca Odessy i jéj życia, piérwszeby miejsca w notatach podróżnych zająć powinien. Przedmiot ten ściąga gwałtownie uwagę przybywającego i zająć go musi mimowolnie — W następującym artykule o handlu morza czarnego w ogólności, a w sczególności Odessy, pójdziemy w ślad, za znakomitą pracą P. Jul. Hagenmeister, dotychczas w tym przedmiocie najlepszą i najpełniejszą. Dołożym tylko z innych źródeł, co będziemy widzieli potrzebném, a opuścim, co wprost czytelników naszych zająćby nie mogło.[49] Morze czarne pod względem handlu, nieznane było, pisze Hagenmejster, Europie i niedostępne dla niéj i jéj przemysłu przed pięciądziesiąt laty. Jeograficzna nawet brzegów jego znajomość bardzo była powierzchowna. Turcy nie dopuszczali tu obcych okrętów, tylko o ile im się podobało. Traktat w Kainardżi r. 1774 otworzył dopiéro morze czarne handlowi Rossji, która potém stała się panią północnych jego brzegów. Ale Turcy panując w Bosforze zawsze obstawali przy swém prawie wpuszczania lub zatrzymywania okrętów wedle upodobania, pomimo traktatów zapewniających wolną żeglugę. Założenie warstatu okrętowego (Chantier) w Taganrogu przez Piotra Wielkiego, nie miało żadnego stanowczego wpływu na handel. W r. 1778 Rząd rossyjski wybrał na port wojenny i handlowy Cherson, położony u ujścia dnieprowego, z powodu że tą rzeką łatwo było spławiać materjał potrzebny do budowy okrętów. Niezdrowe jednak położenie miejsca, zły port, który tylko przez siedem miesięcy w roku jest żeglowny (navigable) i dozwala wchodzić okrętom, nie więcéj nad sześć stop wody biorącym (na sześć stop zanurzającym się w wodę) — odwróciły ztąd handel. Do tego prowincje dawniéj polskie, do Rossji wcielone, potrzebowały w innej stronie ku zachodowi odbytu swych płodów, i Rossja po zawarciu pokoju w Jassach w r. 1792 zwróciła uwagę na zatokę wsi tatarskiéj Kadzi-Bey (Chadżi Bey) zdawna znajomą, z dobréj przystani. (rade)
Taki był początek Odessy. Traſność w wyborze tego miejsca, dała się uczuć natychmiast, bo w r. 1795, wartość przywozowych i wywozowych towarów, wyniosła 68,000 rubli (assygn.) a następnego roku już podeszła do 172,000. Cały handel stopniowo przeszedł i zjednoczył się w jednym punkcie — Odessie. Taganrog, u kończyn morza azowskiego, zabrał w siebie handel właściwie ruski, porty krymskie jako Teodozja, głównie zajęły się handlem zamiennym, na płody potrzebne do konsumpcji półwyspu — szczególnie handlem z Turcją — Cały Krym ogłoszony za porto-franco przez Cesarzowę Katarzynę, obwarowany został komorami dopiéro za Cesarza Pawła. Od 1800 do 1822 r. handel Teodozji wielce się powiększył, ale wwóz przenosił wywoz — Urządzeniem d. 1 Maja 1803 r. dwudziesty piąty procent pobierany jako cło w portach morza czarnego, zmniejszony został, a 5 Marca 1804 r. Odessie nadano prawo składowe na pięć lat, (droit d’entrepôt). Termin ten do ustanowienia porto-franco przedłużono. Toż zapewniono Taganrogowi 3 Marca 1806 r. Dopiéro w 1801 Anglicy, Francuzi, Holendrzy i Prusacy, otrzymali swobodę przebywania Bosforu, a w r. 1803, pięćset trzydzieści statków weszło do Odessy, która naówczas miała 8,000 mieszkańców. Wywieziono w tym r. 600,000 czetwerti zboża (czetwert około dwóch korcy), po 5 rubli sr. czetwert; a w r. 1804, 538,000; następnie w r. 1805 do 771,600. (po 6 r. 16 kop. sr.) Okoliczności sprzyjały handlowi morza czarnego. Rewolucja francuzka wstrzymując ruch handlowy, zmusiła go, do przeniesienia się z Francji i Włoch nawet, w inne ogniska. Cały wschodni handel skupił się w Trieście. Opuszczone rolnictwo, zmusiło uciekać się do obcych po zboża, które najtańsze były w portach morza czarnego.
Gdy Triest dostał się w ręce Francuzów, znowu handel Wschodu zmienić musiał kierunek i lądową drogą skierował się przez Turcją do Austrji, albo przez Rossją — Odessę do Brodów. Wojna wybuchła w r. 1806 między Rossją a Turcja, zatrzymała handel, który w czasie dwuletniego zawieszenia broni w Tylży, nowych sił nabrał. Ale wkrótce nowa wojna, sparaliżowała jego życie, nawet w morzu czarném, aż do powszechnego pokoju.
Od téj epoki dla przyczyn, które za długo byłoby tu wyliczać i objaśniać, morze czarne stało się głównym celem żeglugi handlowéj środziennego morza, (principal aboutissant) tutejsze zboża mianowicie, zabezpieczały Europę od głodu — W portach morza czarnego, pisze Hagenmeister, handel wwozowy, zawsze niżéj stał exportacji, ale w rozmaitych do niej stosunkach, w ostatnich pięciu latach od 1830 do 1835 roku zwiększył się handel widocznie, we wszelkich portach morza czarnego i azowskiego, w każdym jednak porcie inaczej. W Odessie wwóz (importacja) sześćkroć się powiększył, we dwadzieścia lat; a exportacija, tylko cztéry razy. Wyjąwszy lata wojny, maximum wywiezionych zboż, nie przewyższało nigdy o półtrzecia minimum exportacji, ale ceny były różne, od 7 do 45 rubli za czerwert. Inne artykuły handlu mniéj zmieniały ceny. Żelazo i miedź przybywaiące Donem do Taganrogu, zajmowało dawniéj piérwsze miejsce po zbożu w handlu wywozowym morza czarnego. W Odessie futra stanowiły jeden z głównych przedmiotów handlu, a wartość ich dochodziła 500,000 rubli, metallów zaś do 1,200,000 rubli.
W czasie zawojowania Odessy (1789—1794) wszyscy właściciele ziemi i rolnicy Zachodniéj i Nowéj Rossji, wyjąwszy może Krym, okolice Taganrogu i Chersonu, wyprawiali płody swoje do Rygi i Gdańska nawet, skąd mieli w zamian zagraniczne towary. Wówczas grały ważną rolę Brody i Berdyczów. Następnie otwarcie portu przy chadżibejskiej forteczce z przykładu Hr. Prota Potockiego i innych podolskich obywateli, którzy wyprawiali karawany orężnych Czumaków ku téj stronie, nie oglądając się na trudności zbycia i niebezpieczeństwo od zadniestrskich Tatarów — powrót Karawan z solą, winami greckiemi, fruktami, tytuniem tureckim, bawełnianemi wyroby — ważne uczynił na umysłach wrażenie. To się poczęło w roku 1794, i w 1796, a ciągnęło do 1833. Starania Richelieu i opieka Rządu, podniosły, skupiając tu handel, Odessę w latach 1804 i 1805, bardzo nagle. Seciny okrętów zawijać tu poczęły, krocie czetwierti pszenicy wychodziły stąd, choć 8,000 mieszkańców liczyła Odessa, a w okolicy jéj, ledwie jedna setna część stepu, była uprawną.
Popęd dany handlowi morza czarnego założeniem i handlem Odessy, dał się uczuć i w innych portach. W Taganrogu jednak z powodu miejscowych i zależących od charakteru kupczących przyczyn, handel szedł słabo. Toż pisze P. Hagenmeister o Teodozji, któréj główną korzyścią było, położenie naprzeciw Anatolji, skąd odbiérać mogła towary łatwego zbycia u Tatarów krymskich, ale zubożeli Tatarowie i konsumpcja się przez to zmniejszyła.
Po powszechném uspokojeniu w r. 1814, gdy handel morza czarnego rozciągnął się ku Zachodowi, a nieurodzaj 1816 roku i 1817 w Europie, powiększył potrzebę zboża naszych prowincji, ceny w Odessie wzniosły się do 45 r. za czetwiert i o sześćset werst, przywożono zboża. To wpłynęło na ceny innych płodów i na wartość pracy; tak, że robotnik brał od trzech do czterech rubli na dzień, wóz paro-wołowy około ośm rubli, a konny dziesięć kosztował, ku końcowi 1817 roku, gdy już wszystkie handlowe składy (marchés) były pełne, kupcy odesscy nie przestali jednak na swój rachunek zboża wyprawiać, co ich znacznie porujnowało. Ceny spadły gwałtownie do 20 rubli w r. 1818, a do 13 w następnym.
Otwarcie porto-franco 1819 r. i nadane prawo transitowe (1818) Odessie — przywilej na porto-franco manifestem 16 Sierpnia 1817, przyszedł do skutku 1819 roku 15 Sierpnia. Wszystkie towary, wyjąwszy wódki, wchodzić miały nie opłacając cła; ztąd wewnątrz kraju towary przechodziły przez dwie tamożnie, opłacając cło zwyczajne. Można miarkować, jak się przez to ożywił handel Odessy.
Początkowo oznaczona linja porto-franco, okopana szerokiemi fossy, zajmowała dwadzieścia dwie wiorst i sto sążni, co dla zbytniej obszérności, utrudniało straż i ułatwiało kontrabandę. Kommissja poźniéj umyslnie ustanowiona, proponowała na wzór genueńskiego, jeden tylko kwartał zająć na porto-franco, co utwierdzono 1. Czerwca 1821. Wszystkie towary odbywszy kwarantannę, składane były w porto-franco bez cła. Cło od towarów wywożonych dla konsumpcji do miasta, szło na miasto, które z funduszów tych utrzymywało straż linji porto-franco. Urządzenie 9. Czerwca 1822 roku, ograniczyło porto-franco, do miasta samego (linja miała siedm wiorst i 200 sążni) zostawując po za linją przedmieścia Mołdawankę i Peresyp. Zakazano wwozu wódki, soli, żelaza i stali, ustanowiono opłatę jednéj piątéj cła zwyczajnego od towarów wchodzących do portu. — Wywożone potém do kraju dopłacały resztę cła, to jest cztéry-piąte. Jedną piątą cła oddano na dochód miasta. Ale urząd miejski, zauważał, że linja obejmująca porto-franco, była znowu niedogodna, gdyż w niektórych miejscach przechodziła pomiędzy budowlami tak zbliżonémi, że, z jednéj do drugiéj przerzucać było można towary; oddzielała od miasta młyny i fontanny, co mu nieodzownie były potrzebne. Rewizje wozów po wodę i ze zbożem do młynów idących, były ciężkie i trudne, kontrabanda łatwa. Nakoniec dla mieszkańców przedmieść, było to niesłychanie uciążliwém, gdyż nic z miasta mieć nie mogli i często o sto wiorst jeździli dla nabycia tego, co mieli pod bokiem. Wreszcie mieszkańcy przedmieść nie mogli zarobkować swobodnie w mieście, z powodu, wedle prawa po zachodzie słońca, rogatki już przebywać nie było można wychodzącym — powrót do domu zabiérał im kilka godzin w dniu — Linja nowa zajęła przedmieścia, fontanny i młyny (17 wiorst 35 sążni) postanowiona została, wskutek przedstawienia Ministra Skarbu dnia 12 Czerwca 1826 roku. Urządzono także tamożnię lądową, dla odchodu towarów wewnątrz kraju; odbiérając kupcom pierwszéj gildy wyłączny monopol wywożenia towarów w głąb Państwa przez tamożnię, rozciągając swobodę tę do wszystkich bez różnicy.
Towary ruskiéj fabryki, rozkazano oznaczać imionami fabrykantów. Płody zaś przemysłu miasta, z małémi wyjątkami, uważano za cudzoziemskie — Była myśl ustanowienia na Peresypie składu towarów ruskich, któreby tam leżały, oczekując na potrzeby konsumpcji miejskiéj. — 1828 roku 17 Sierpnia rogatkę tiraspolską, zamieniono na Tamoznię. —
Rok 1820 będzie pamiętnym w historji handlu Odessy, bo choć mniéj zawinęło do portu okrętów, wartość atoli wywiezionego towaru, była większa. Skutki zaburzeń we Włoszech i powstania greckiego, odejmując wszelkie bezpieczeństwo handlowi, dały się uczuć w handlu Odessy w r. 1822, pamiętnym redukcją porto-franco; z tego powodu handel podupadł i liczne nastąpiły bankructwa. Kapitały w handel włożone i deklarowane przez kupców w r. 1821 wynosiły 10,760,000 rub. a w r. 1822 spadły do 7,190,000. W r. 1823 do 5,804,000, a w 1824 do 4,668,000. Dopiéro od 1832 r., poczęły się znowu podnosić, do dawniejszych cyfer. Inne porty morza czarnego i azowskiego, były także w stanie kwitnącym, aż do powstania greckiego, skutkiem którego upadł także handel nagle w Taganrogu, Eupatorji i Teodozji.
Porta w 1822 zamknęła Bosfor okrętom genueńskim, których 300 z górą, wróciło z Konstantynopola pod balastem. Zboża spadły. Porta interdykt swój rozciągnęła także na statki neapolitańskie, zatrzymano ładunek okrętów szwedzkich i duńskich w Konstantynopolu. Hiszpanie i Grecy wstrzymani byli wojną, tak, że tylko Austrja i Anglja mogły ciaśninę konstantynopolitańską swobodnie przebywać.
Liczba okrętów ruskich w 1824 na morzu czarném powiększyła się, przyjęciem bandery ruskiej, przez okręty sardyńskie i inne chodzące pod tą flagą.
W r. 1825 wywóz zboża powiększył się, także łoju i wełny. Wełna podniosła się w cenie wysoko i odtąd dopiéro, poczęła stanowić ważny artykuł handlu, w portach morza czarnego. Cztérdzieści tysięcy pudów jéj wywieziono na morze czarne.
W r. 1826 w porcie odesskim, żegluga sparaliżowana w miesiącach Lipcu i Sierpniu z powodu panujących wiatrów, odżyła dopiero w Październiku i Listopadzie. Zboże płaciło się, od 12 do 14 rubli. W Lipcu z powodu zawieszenia żeglugi, najem magazynów wzniósł się wysoko. To spowodowało (wszystkie wyżéj wyrażone przyczyny) upadek na cenie zbóż do półszósta rubla. W końcu roku podniosła się znowu do 15 i 18 rubli.
Rok 1827 począł się pięknie — wiosną przybyło wiele okrętów, dla niedostatku gotowych zbóż w magazynach, podniosła się cena od 11 do 16 rubli. W Kwietniu i Maju nowe transporta z kraju, zniżyły ceny od 14 do 8. Wywóz jednak był wielki, we Wrześniu wypadki zaszłe w Turcji, ukróciły ten ruch i zawiesiły czynności handlowe. Jednak w tym roku wywieziono więcéj niż 1, 600, 000 czetwierti morzem czarném i azowskiém, a z samej Odessy około 1, 200, 000 i byłoby wyszło jeszcze 200, 000, gdyby nie zerwanie pokoju, między portą a Rossją. W Odessie nie wielkie ztąd wyniknęły straty, gdyż rzecz była przewidziana. Jesienią tylko wyprawujące się artykuły, jako łój, skóry i t. p. ucierpiały. W r. 1829 z powodu wypadków politycznych, handel na czarném o trzy czwarte się zmniejszył. Kupcy odesscy nieco za to wynagrodzeni zostali dostawami potrzebnych wojsku produktów. Z powodu jednak tego upadku handlu na morzu czarném, miasta nad morzem śródziemném, zostały w stanie wycieńczenia i bezczynności. Blizko 500 statków austryackich i 400 genucńskich, stały dezarmowane w Trieście i Genui bezczynnie, więcéj 100 angielskich musiały poprzestać żeglugi na morzu czarném. Zachod lękał się niedostatku produktów; Anglicy, Holendrzy i północna Francja płaciła aż do 32 rub. czelwert za baltyckie zboża, które na morzu czarném mieć mogli za 12; a od 10 do 11 łój, którego cena w Odesie po 7 lub 8 rubli.
W czasie wojny więcej niż 500 okrętów idących do Odessy odwróconych zostało do Konstantynopola, innym kazano zatrzymawszy, opłacać cła niezwykle. Towary się psuły, kapitały przepadały. Inne wreście nieszczęście spadło na południową Ruś — chmury szarańczy przez lat siedem zjadały zasiewy od 1892 do 1829 roku, a 20 Lipca 1829 roku zjawiona w Odessie Czuma, trwała, niezbyt jednak srożąc się, do 1830. Jedyną nagrodą dla okrętów stojących podówczas na morzu czarném, było, że je Rząd użył do transportu prowjantów dla wojska. Przewoz (cabotage) stał się naówczas korzystnym przemysłem.
Pokoj we Wrześniu 1829 z Turcją zawarty, otwiérając na zawsze przejście Bosforu wszystkim okrętom europejskim, zapewnił pomyślną przyszłość handlowi morza czarnego. Tegoż roku weszły okręty do odesskicgo portu, które aż w następnym z niego wypłynęły, tak, że ich było 950 w r. 1830; chociaż w ciągu tego ostatniego, zawinęło tylko 560. Porty krymskie skorzystały także z otwarcia Bosforu. Na morze azowskie nic nie weszło z powodu spoźnionéj pory.
Gdy płody nagromadzone w magazynach znalazły ujście (debouché) wnet ceny się podniosły a wartość exportacji z morza czarnego i azowskiego podniosła się do 50 milionów rubli. Cena pszenicy białéj (blé tendre) w Odessie od 15 w jesieni doszła do 24 rubli. Wywieziono dwa miljony czetwerti, to jest o 400,000 więcéj niż w r. 1827. Cena 24 rubli stała do wiosny następnéj, spadła w ciągu 1831 r. do 16, w r. 1832 do 14 i 15. W r. 1831 wojna polska wstrzymała handel, a nadzieje 1832 r. zawiodł nieurodzaj 1833 i 1834.
Morze czarne oblewające brzegi Rossji południowéj, wprawia w ruch trzy olbrzymie rzeki ujścia: Donu, Dniepru i Dunaju.
Don spławny od połączenia swego z Sosną, która go łączy z Kurskiem, przebiega Wielkorządztwa woroneżskie i kraje Kozaków zbliżając się o sześćdziesiąt wiorst do Wołgi.
Dniepr poczyna być spławny od Smoleńska, przebiega Wielkorządztwa mohilewskie, mińskie, czerniechowskie, kijewskie, półtawskie, ekaterynosławskie i chersońskie, a rzekami weń wpadającemi łączy się z Kurskiem, Orłem i Charkowem.
Dunaj mało należy do Rossji i nie wielką gra rolę w jéj handlu. Prut wpadający do Dunaju, na granicach Bessarabji, nie jest spławny. Seret dzielący Mołdawję od Wołoszczyzny, ważny jest z powodu spławu drzewa z Mołdawji. Boh i Dniestr przebiegające bogate Podole, mogłyby być spławne, ale z wielką pracą. Boh jednak ułatwia komunikację w kraju od Wozneseńska, aż do ujścia swego.
Główne porty morza czarnego, znajdują się u ujścia tych trzech wielkich rzek. Taganrog, Rostow u Donu, Odessa, Cherson i Mikołajew u Dniepru, Galacz, Brajłow, Reni i Izmajłów u Dunaju.
Na azowskién morzu są jeszcze Marinpol i Berdiańsk; na czarném Kercz, Teodozja, Jułta, Batakława, Sewastopol, Eupatopol, Oczaków i Akkerman. Tu już wszędzie prawie ustanowione są tamożnie i kwarantanny.
Pomijamy szczegołowe wiadomości, jakie podaje P. Hagenmeister o morzu azowskiém i innych portach.
Najlepsze porty morza czarnego są w Krymie, ale od dobroci portu nie zależy całkowicie ruch handlowy, jest to kwestja podrzędna. Ruch handlowego portu zależy od dostatku płodów do wywozu i potrzeb konsumpcji miejscowéj. Pod tym względem Krym jeszcze nie odpowiada dobroci swych portów. Cały tu handel z powodu odięcia półwyspu od Rossji zależy na płodach miejscowych i konsumpcji miejscowéj mieszkańców, po większéj częsci Tatarów.
Krym dzieli się swą naturą, na dwie części: na kraj płaski i górzysty. Ostatnia ciągnie się od Teodozji do Bałakławy, wzdłuż wybrzeża; daje wino, owoce, len, drzewo w wielkiéj ilości. Zboża tu tak mało sieją, że w czasie największego urodzaju, jeszcze je kupować muszą (1835?) Step (płasczyzna) źle zagospodarowany przez Tatarów, nigdy nie daje więcéj za wywoz nad 150,000 czetwerti. Mieszkańcy żyją prossem. Skóry trochę prostéj wełny stanowią cały wywoz. Jedwabne i bawełniane wyroby azjatyckie najwięcej pożądają się do Krymu — Tatarzy je spotrzebowują, a Grecy i Karaimi krymscy zdawna się trudnią tym handlem. Port w Korczu (dawna Pantikapea) osłoniony od wiatrów i spokojny z powodu ciągłego prądu wody od morza czarnego na azowskie, który nie dozwala się bałwanom podnosić — bezpieczny. Żegluga trwa w Kerczu, o trzy miesiące dłużéj niż w Taganrogu.
Port teodozyjski o 100 wiorst od Kercza, nigdy nie zamarza i pod tym względem, ofiaruje się bardziéj niż Kercz do ustanowienia składu płodów z morza azowskiego idących. Port dość dobry i zakryty od wiatrów, miasto Teodozja (Kaffa) liczy od 5 do 6,000 mieszkańców, Tatarów, Greków, Karaimów. Kilka w niéj handlowych domów włoskich. Karaimi poczęli się przenosić do Eupatorji, któréj wwozowy handel od 1830 roku powiększył się. Jest to port ruski najbliższy Konstantynopola i w najściślejszych z nim związkach zostający. Kupcy Karaimi — port nie bardzo dogodny, nie zamarza jednak. Miasto liczy 8,000 mieszkańców po większéj części zabudowane smakiem wschodnim.
Golf dnieprowy stanowi drugie wgłębienie, na północnéj stronie morza czarnego, nie ciągnie się on tak głęboko wewnątrz kraju, jak morze azowskie, ale dotyka prowincji najbogatszych i gospodarnych. Dpiepr, przebiegający najżyżniejsze części Rusi i będący w stosunkach z innemi przez rzeki doń wpadające, prowadzi na sobie płody dalekich części kraju. A jak Petersburg z Taganrogiem walczą o Wołgę, tak Odessa z Rygą o płody nadbrzeży Dniepru. Położenie stosunkowe Odessy i Chersonu jest jak Rostowa z Taganrogiem; ale Odessa jest daleko niezależniejszą, bo gdyby straciła wszystkie płody kraju zabohskiego, zostałyby jéj podolskie i bessarabskie. Droga dnieprowa jest wielkiéj wagi dla produktów litewskich, t. j. drzewa, lnu, pieńki. Katarakty jednak utrudniają spław, tak, że tylko wiosną i jesienią, jest żeglowny. W r. 1833 zaczęte prace około ułatwienia żeglugi na Dnieprze — Dniepr u ujścia ma tylko siedém stop głębokości i dla tego statki kupieckie, o 40 wiorst, w limanie dnieprowym stawać muszą w miejscu zwaném Głęboki. Większe okręty stają o kilka wiorst daléj — Boh spławny od Wozniesieńska, a Mikołajew tém samém pozbawiony jest wielkiéj ważności handlowej. Od tego portu i od Oczakowa, nad jeziorem dnieprowém, dostawują się do Odessy, płody tutejsze.
Odessa, powiada Hagenmeister, z powodu zbliżenia swego do Podola, ma wielką ważność i wyższość, nad innemi portami morza czarnego; ona wzięła w siebie prawie cały handel prowincji południowéj Rossji. Wielka część płodów, które szły dawniéj na Baltyk, zwróciły się tutaj, nadewszystko od czasu jak angielscy kupcy poczęli tu czynności swoje. Porto-franco, na lat trzydzieści nadane Odessie Manifestem dnia 16 Kwietnia 1817 r. zostało ścieśnione poźniejszemi rozporządzeniami 9 Czerwca 1822 r. i 12 Stycznia 1826. Ale miasto ma bez ograniczenia terminu nadane prawo składowe (entrepôt), tak, że negocjanci, opłacać mogą cła, nie wprzód, aż towary swe dla konsumpcji z tamożni zabiorą. Towary konserwujące się w okręgu porto-franco, płacą, jakeśmy powiedzieli, tylko jedną piątą cła. Dochody tamożniane wynosiły we trzydziestu latach z tamożni saméj 40,209,412 rubli, w siedem lat z akcyzy 3,952,500 rub., w ciągu lat dwudziestu z poczty listowéj — 3,802,456 rub. W roku 1834 tamożenny dochód wynosił 4,061,712 rubli.
W ciągu lat czterdziestu, pisze autor, (1835) Odessa stała się jedném z najpiękniejszych miast Europy. Liczy 50,000 mieszkańców, których liczba co lato powiększa się o 15 do 20,000 wyrobnikami, majtkami, marynarzami. Handel jest prawie wyłącznie w ręku cudzoziemców, Greków, Włochów, Bulgarów — Ruskich mało, a ci trudnią się przedażą wyrobów krajowych, jako: kanatów (lin) szkła, żelaza, miedzi. Kupna w kraju robią się za pośrednictwem Żydów. P. Hagenmeister przypisuje cudzoziemcom całe handlowe wzniesienie Odessy — Oni, pisze, dali poznać piérwsi, całą możność kraju. Ustanowienie jarmarku za linja porto-franco, ułatwia, dodaje on, stosunki z krajem.
W ogólności, pisze, Odessa jest tak ze swego położenia szczęśliwą, że nigdy żaden port morza czarnego, nie będzie mógł z nią walczyć o pierwszeństwo, a przywileje, jakie jéj Rząd nadać może, nie mogą się nawet uważać za szkodliwe dla innych punktów handlowych.
Nié ma portu, któryby tak swojém położeniem, był wewnątrz wszystkich resursów kraju i do któregoby lądem i wodą przystęp był tak łatwy. Wody Dniepru, Bohu, Dniestru, łączą się w jeden bassin, w którego środku leży Odessa. Ujście Dniepru i porty zachodniego Krymu znajdują się w tymże golfie. Blizkość granic austryjackiéj i polskiéj, ułatwia handel przewozowy (tranisit), a transporta lądowe stepem żyżnym, gdzie pasza dla bydła jest łatwa, odbywają się bez trudności.
Port odesski z natury swéj nie jest dobry wcale, cały sztucznie wyrobiony; a przeciągnienia robot (du môle) jeszcze go ma powiększyć i osłonić od wiatrów Est-Nord-Est. Głębokość średnia portu kwarantanny, była w r. 1833, na stop szesnaście; portu praktycznego, na 11 stop, a przystani (la râde) gdzie stają kupieckie statki, 22 stopy. W porcie kwarantanny może się pomieścić sto siedemdziesiąt okrętów, w drugim ośmdziesiąt. Przystań okrywa się lodem przez przeciąg czasu od 15 dni do dwóch miesięcy; średnie wziąwszy z lat dziesięciu około pięciu tygodni — 1824 r. żegluga całkiem się nie przerywała.
Kwarantanna odesska, pisze tenże, wedle nowych zasad uorganizowana i będąca wypadkiem pracowitych studjów nad wszelkiémi tego rodzaju zakładani, uważa się za jedną z najznakomitszych w świecie. Po obserwacji w przystani od ośmiu do czternastu dni, licząc od daty opuszczenia miejsca podejrzanego, przypuszczają statki do portu kwarantanny, z którego wychodzą oczyszczone po dniach czternastu, takiegoż przeciągu czasu jest kwarantanna dla podróżnych. Dla oczyszczania towarów, uczyniono, jakie tylko było można, ułatwienia.
Towary przybywające pod pieczęcią konsularną, obwinięte w ceratę (toile cirée) nie ulegają kwarantannie. Opłaty kwarantannowe pobiérane są na Tamożni, wyjąwszy 5 rubli od każdego kapitana za sygnały, które mu dają przy wejściu rubel za instrukcją, jak się ma w porcie znajdować, i 75 kop. do rubla w dzień na straż, która pilnuje kwarantanny. Oprócz ceł wwozowych i wywozowych, pobiérają się od wszelkich okrętów od łasztu u wejścia po 18 kop. u wyjścia tyleż. — Kotwicowego od cudzoziemców po 50 k. od ruskich połowę — po 50 kop. od ładunku każdego cudzoziemskiego statku. Trzy piérwsze opłaty idą na dochod miejski, ostatnia do skarbu.
Każdy okręt opłaca 25 rubli na latarnię morską, pasporta expedycyjne okrętów dają się na papierze trzyrublowym. Z okrętów wchodzących do Odessy, piérwsze miejsce trzymają ruskie, austryjackie, sardyńskie, drugie angielskie, trzecie jońskie, greckie, francuzkie, neapolitańskie. Inne flagi rzadko tu się ukazuja, wyjąwszy Anglików, jedni Ruscy tylko płyną z Odessy do Anglji i to dość rzadko. Handel z Genuą, wyłącznie prawie poruczony jest statkom sardyńskim; z powodu, że inne okręty ze zbożem przypływające, znaczne cło opłacać muszą. Chociaż austryjackie okręty najgęściej i ciągle chodzą między Odessą a Triestem, jednak i innych narodów statki czynnie się zajmują handlem w tych punktach, z Liwurną, Marsylja a nadewszystko z Konstantynopolem, który dla wielu jest ostatecznym celem żeglugi. Największej wartości produkta są wywożone przez okręty austryjackie, po nich idą co do wwozu, ruskie, co do wywozu sardyńskie i angielskie, a na trzeciém miejscu ruskie. Wwoz okrętów sardyńskich, ważniejszy jest od angielskiego.
Cyfra ludności na okrętach obcych, zawijających do portu Odessy, była w r. 1830, 17,575, 1831 r. 10,934, a w roku 1832, 12,234.
Odessa w 1835 roku, posiadała dwa parochody o sile siedmiudziesiąt koni każdy; przewożące (service de cabotage) na morzu czarném, dwa drugie od 80 do siły 100 koni, należące do prywatnéj kompanji, utrzymujące związek między Konstantynopolem a Odessą. Kompanji zabezpieczeń morskich było pięć, z których jedna z kapitałem 800,000 rub. dwie inne po 500,000. Każda z nich zabezpiecza mianowicie statki na morzach czarném i azowskiém. Okręty wychodzące za granicę, rzadko się assekurują w Odessie.
Prymy od zabezpieczeń, różne są w różnych porach roku i od okrętu z całym przyborem (agrès) na cały rok, ośm i pół do dziesięciu procentów, na miesiąc od trzech czwartych do półtora. Od towarów do Konstantynopola jeden do trzech i ćwierci; na Archypelag, jeden i trzy ósme do czterech i ćwierci; do wysp jońskich półtora do czterech i pół; do Liwurny, Genui, Marsylji, jedna i trzy czwarte do pięciu, do Redut-Kale, trzy, do Londynu trzy do pięciu procentów.
Koszta ładunku od czetwerti zboża zwykle około czterdzieści kop. wynoszą; ale nim wybrukowano drogi do portu kwarantanny, podnosiły się w złych porach do rubla — w r. 1812 do dwóch.[50] Trzynaście tysięcy mieszkańców Akkermanu, położonego o 25 wiorst od ujścia Dniestru, nad Limanem jego, zajmuje się handlem soli, uprawą winnic i rybołowstwem. Katarakty w okolicy Jampola przecinające Dniestr, czynią żegluge po nim trudną, a transport lądowy jest tu tak tani, że nigdy prawie nie spławiają.
Większa część transportow z Bessarabji, idzie lądem — Łoże dniestrowe w Akkermanie ma tylko 6 do 7 stóp głębokości. O Dunaju mówić nie będziemy.
W Rozdziale trzecim swego Memorjału pisze autor o handlu zbożowym, tak ważnym dla Odessy. Kraje potrzebujące zboża tutejszego są: Anglja, Francja, Hiszpanja, Portugalja, Szwecja, Norwegja i Turcja. Dawniej mieli go z Niemiec północnych i Polski przez morze baltyckie — W r. 1815 wywieziono razem wziąwszy 15 milionów czetwerti, z których dwie trzecie z Polski i Niemiec; Anglja, która zakupiła zboża w r. 1814 za 25 miljonów franków, w r. 1815 za 100 miljonów, w r. 1818 nałożyła na wwoz zbóż cudzoziemskich — prawo, wyrównywające niemal zakazowi.
To podniosło ceny w Anglji, ale powiększyło produkcją do tego stopnia, że nawet w mierny urodzaj, Anglja się może obejść swojem zbożem. Prawo angielskie 1827 r. uwalnia zagraniczne zboża od cła, gdy cena jest, około 60 rub. za czetw. to się prawie nigdy przytrafić nie może. Toż samo i Francja; prawo 1833 o handlu zbożowym, ustanawia, ceny od 33-31-28 do 26 franków za czet. w różnych stronach; południowa tylko Francja potrzebuje zbóż przywozowych z obcych krajów, które w części otrzymuje z kolonji francuzkich i Ameryki. Hiszpanja zupełnie zamknęła swe porty zbożem, a w r. 1832 nawet 300,000 ton mąki wyprawiła do Indji. Na północy kartofle zastępują zboża. Ameryka północna, posyła zboża swoje do Indji zachodnich i Ameryki południowej, a nawet do Europy. Zostają więc tylko Włochy, Turcja i Portugalja, a czasem południowa Francja i Indyje zachodnie, które mąkę konserwują, gdyby nie nizkie ceny zboża tutejszego, i tamby się bez nich, przy większéj nieco staranności około roli, obejść mogli.
Sardynja, w r. urodzajnym wywozi do 200 ładunków zboża, w Sycylji byleby ceny się podniosły, zajmą się gospodarstwem rolném, a Neapol ostatnich lat zaopatrywał już całe Włochy. Ceny wysokie w r. 1833 na morzu czarnem, tak podniosły produkcją w Xiestwie mołdawskiém i Wołoszczyznie, że te prowincje sameby na potrzeby Turcji i Archypelagu, wystarczyć mogły. Z tego się pokazuje, że handel tutejszy cały prawie leży na chybionych gdzieindziéj urodzajach.[51]
Odtrącając koszta transportu na 150 do 300 wiorst po 2—3 ruble na czetwerti, średnia cena we trzech latach od 1832, dałaby produkującym od 13 do 14 rubli. Dalsze prowincje, potrzebują przynajmniej takiej ceny; gdy w Nowo-Rossji, na 10 r. czetwiert, już jest sprzedano z korzyścią. W portach morza środziemnego ciągle średnia cena wyżéj jest 35 r. za czetwert. Z Nowo-Rossji saméj najłatwiéj i najtaniéj dostawiają się zboża. Podniesienie cen i zapotrzebowań, rozwijając produkcją w r. 1803 i kilkakrotnie poźniéj, dowiodły, że okolice Odessy, Wołosczyzna i Bessarabja, mogłyby same prawie wystarczyć żądaniom bandlu. Gatunki zboża, jakie się wywożą na morze czarne, są: pszenica, żyto, jęczmień, owies, kukuruza, proso, fasole, groch i soczewica. Pszenica, dzieli się na dwa gatunki, twardą i miękką (blé dur i blé tendre), pierwsza jara druga ozima. Cały kraj po nad morzem azowskiém, wydaje tylko jarkę (blé dur) najlepszą jaka być może i wielce poszukiwaną na makarony.
Kozacy z nad brzegów morza czarnego, ekaterynosławscy mieszkańcy i t. d. sieją to zboże także. Jarka krymska podlejszego jest gatunku niż azowska, ale lepsza od jarki okolic odesskich, gdzie grunt daleko mniéj żyzny, nadewszystko brzegami morza o wiorst 40 i 50. Najwdzięczniejsza ziemia, jest w Bessarabji, między Akkermanem a Kilją. Kolonje zajmujące południową część Bessarabji, po większéj części bulgarskie, także dają jarkę, ale przechowywaną w ziemi, zawsze nawet po zmełciu zachowuje zapach ziemny, tém mocniejszy, im dłużéj w niéj zostawała. Toż w Mołdawji i Wołosczyznie. Mołdawja daje tyle jarki, co oziméj, lepszéj o 15 do 20% od wołoskich, a gorszéj od ruskich. w Wołosczyznie jarki mało, i to tylko w okolicy Brajłowa, a zawsze pomięszana z jęczmieniem. W czystéj oziméj pszenicy wołoskiéj, często jest gnilec. Pomięszana z żytem, ceni się w miarę ilości i gatunku jego. Prócz tego ziarno wołoskiéj pszenicy, szczuplejsze od mołdawskiéj. Zboża ozime idą do Marsylji, jare do Konstantynopola, Grecji, wysp jońskich i Liwurny. Pomięszana z żytem konsumuje się w Dalmacji i Trieście. Bessarabja daje oziminę (pszenicę) tylko w północnéj swéj części, wyprzedaje ją powszechnie do Odessy; ale najpiękniejszą i w największej ilości, dostarczają z Podola i Ukrainy. Właściciele ziemi z Gub. ekaterynosławskiéj i chersońskiéj, wysyłają tu także pszenicę swoję, ale mniéj piękną i w mniejszéj ilości. Pszenice odeskie, z powodu małego rozwinięcia gospodarstwa tutejszego, młócenia na ziemi nieubitéj, są pospolicie brudne i pomięszane z ziemią.
Gay-Lussac powiada, że pszenice przychodzące z Odessy są najlepsze w Europie, bo zawierają 40/100 glutenu, gdy francuzkie tylko 30/100 (części pożywnych). Ozima krymska lepsza jest od jaréj. Po nad morzem azowskiém tylko w kolonjach niemieckich uprawują ozimę i przedają jéj po 20,000 czetwerti do Marianpola i Teodozji.
Ozima z taganrogskiego portu pochodzi w części z Ekaterinodaru, najwięcéj z linji kaukazkiéj, która dostarczyła w r. 1832, 80,000 czetwerti. Gdy ceny są wysokie, trafia się, że przychodzą pszenice (Kubanka) z nad Wołgi, zwykle idące na Petersburg. W okolicach Marianpola poczęto uprawiać trzeci gatunek pszenicy, zwany czerwoną, sianéj na wiosnę, środkujący między jarą a ozimą; od ostatniéj wyżéj ceniony. Inne gatunki zboża są tylko podrzędnéj wagi dla handlu. Kilkakroć sto tysięcy czetwerti żytnéj mąki corocznie przychodzi przez Don, z Woroneża do Rostowa, ale Rząd zakupuje ją dla wojsk, na potrzeby marynarki w Sewastopolu i Mikołajewie — Jęczmień i owies konsumują się także w kraju. W ciągu lat dziesięciu począwszy od 1824, ze wszystkich portów morza czarnego i azowskiego, wyszło tylko 200,000 czetwerti żyta, 250,000 jęczmienia i 150,000 owsa, po większéj części do Konstantynopola i Triestu. W Mołdawji i Wołosczyznie zbiérają dosyć jęczmienia zastępującego tu owies, którego mało sieją i to tylko w północnéj części Mołdawji. Lud karmi się kukuruzą, z której robi tak zwaną mamałygę. Kukuruzy i fasoli wychodzi także dosyć. Prosa będącego żywnością zwykłą Tatarów krymskich, nie wiele się wywozi. Grochy i fasole, są poszukiwane do portów morza śródziemnego, ale nigdy ich z Odessy nie wychodzi, nad 4 do 5 tysięcy czetwerti w roku; mąki nad 20,000 czetw. co dziwna, gdyż transport mąki byłby tańszy od zboża.
Kupna zboż robią się na miejscu produkcji przez spekulatorów, dających zadatek. W Odessie i Taganrogu, kupuje się najwięcéj na miejscu, gdzie zawsze zapasy są w magazynach. W saméj Odessie magazyny mogą zmieścić do miljona czetwerti. Budowy te kamienne i bardzo starannie wzniesione, przecinają ulice miasta, prawie wszędzie; taganrogskie daleko niższe są pod wszystkiemi względami.[52] Len i pieńka należą wyłącznie od 100 lat, pisze Hagenmeister, (w istocie daleko dawniéj) do handlu baltyckiego. Z Litwy Dzwina dostawia je do Rygi, z Orła dostarcza się do Petersburga, Odessy i Taganrogu. Len ruski jest bardzo dobry, pieńka ustępuje bolońskiej, która trzyma do 4 łokci długości i tak jest trwała, wedle Kapitana Stewart, iż ruska do niej ma się tylko jak 14 do 21.
Siemienia lnianego wyprawiono nieraz do 1000 czetwerti z Odessy do Triestu w ciągu roku, ale w 1831 dopiéro piérwszy raz na próbę wysłano siedém pudów lnu i trzydzieści pieńki, za granicę. Odtąd handel ten wielce się wzmógł, wiele prowincji, które wysyłały swoje lny, pieńki na Baltyk, zwróciły się do Chersonu. W r. 1833 z portów Rossji południowej wyszło 18,400 pudów lnu (17,000 z Odessy saméj) i 19,000 pudów pieńki (wszystko z Odessy) w r. 1834 podniosły się te dwa artykuły do 37,000 pudów. Wywoz siemienia lnianego, do portów morza czarnego, który w r. 1830 wynosił tylko 6,000 czetwerti w r. 1833 był 70,000 (z saméj Odessy górą 65,000). Już nie z Triestu, ale wprost ztąd Anglicy brali ten artykuł i potrzebowali go daleko więcej niż wprzód — Kolza i inne nasiona olejne, zastąpiły niedostatek siemienia lnianego. Siemie dzikiéj kolzy, dotąd nie mające żadnéj ceny, płacono po 2 rub. czetwert, a wkrótce 12 do 14 rub. Gdyby się zajęto kolzą, mogłaby dojść do 20 rub. za czetwert.
Krymski len (w bardzo małéj ilości) jest wyborny, co do gatunku; Mołdawja i Wołoszczyzna produkują go także i znaczną ilość siemienia wychodzącą przez Konstantynopol, do Triestu i Marsylji[53] Oleje lniane i konopne, które wychodzą na Baltyk, tu się wcale nie sprzedają.
Liny — (kanaty) ważny dość artykuł handlu stanowią. W r. 1832 wywieziono ich za półtora miljona rubli — średnio wywozi się od pół miljona rub. z saméj Odessy; dwie trzecie części téj ilości, robią się w saméj Odessie, z pieńki przychodzącéj z Orła z brańskiego i trubczeskiego Powiatów. Do Taganrogu, dają pieńkę Gubernje kurska i charkowska. Liny przychodzące z Orła Dnieprem, z tego gatunku, nawet w Turcji ciężko się przedają; robią je z kłaków — Wyprzedaż lin zależy od ruchu żeglugi na morzu czarném. — Liny jednak tutejsze są znacznie gorsze i mniéj trwałe od bolońskich, a większa część okrętów, woli się w nie zaopatrywać we Włoszech.
Płótna z głębi Rossji, wywożą się na morze czarne, corocznie z jarmarków Charkowa i Romna przychodzące, na 300 do 400 tysięcy. Płótna pakunkowe (toile d’emballage) pochodzą z Polski — Grube ciężko się przedają, chyba do Turcji, płótno żaglowe poszukiwane do Triestu i Marsylji. Co rok liczba wywozu powiększa się, ale gdyby Odessa, mogła stanąć w ciągłych stosunkach z Ameryką, tamby jeszcze wielką ich ilość wyprowadzać mogła — Była nawet mowa o dostarczaniu koszul gotowych dla Negrów do kolonji Indji zachodnich.
Najtrudniéj jest, powiada Hagenmeister, w handlu, odwrócić ruch zwyczajem w jednę skierowany stronę. Od wieku już port rygski przez Dzwinę z lasów litewskich, otrzymuje drzewo masztowe, i do budowy statków służące, którym zaopatruje wszystkie w Europie warstaty. Wartość téj gałęzi handlu wynosiła tu rocznie około dwóch miljonów rubli.
To co autor pisze o wyrobku drzewa w Litwie albo jest powszechnie znane, albo mniéj dokładne — kończy tém, że lasy litewskie są po większéj części wyczerpane, że wyrobek ich posuwa się ku Czernichowu i Kijowu i że będzie musiał handel drzewny przejść na morze czarne Dniestrem do Chersonu, gdzie się już poczyna rozwijać. W r. 1833 walor wywozu drzewa doszedł tu do miljona rubli, 1834 r. także wyprawiono go wiele do Turcji i Hiszpanji. Do Chersonu przybywa wodą drzewo i daleko łatwiej i prędzéj, co oszczędza na transporcie 20 do 30%. Oprócz drzewa okrętowego, spławiają do Chersonu, budowlowe, używane w Noworossji, także drzewo do wyrobu różnych sprzętów domowych. Lasy krymskie dostarczają na budowę okrętów w Sewastopolu i opałowe do Odessy; która się także zaopatruje w nie z północnéj Bessarabji.
Wywoz potażu, dawniéj wielki artykuł handlu w Odessie: poszukiwanego do Francji i Anglji, zmniejszył się od czasu, jak go inne chemiczne preparata, poczęły zastępować. W roku 1833 Odessa znowu go wyprawiła 14,600. a w r. 1834, 16,910 pudów pochodzi z Podola, skąd dowozi się także smoła i dziegieć, ale tych mało się wywozi. Cło wywozowe od potażu 50 kop. od 10 pudów. Wosk ukraiński najlepszy po archypelagskim, i smyrneńskim, ale bieli się trudniéj i więcej w nim pozostaje części miodowych, polski idzie po ukraińskim. Z Mingrelji mało i zły, Wyborne woski wołoskie i bessarabskie idą lądem do Triestu. Z portów morza czarnego wychodzi wosku 5, do 10,000 pudów rocznie z których 1 do 2, tysięcy z Taganrogu, reszta z Odessy. W roku 1831, wyszło z tych portów 14,000 pudów, i byłoby więcéj daleko, gdyby dla uniknienia kwarantanny, nie wysłano go wiele przez Brody do Austrji. Z téjże przyczyny, Ruś południowa, wysyła go do portów baltyckich. Do Austrji wychodzi także miód w plastrach, lub zbity z woskiem. Do Włoch dla wysokich opłat nie exportuje się biały, tylko żółty i czerwony — Cło wywozowe 35 kop. sr. od puda od białego i kolorowego, od żółtego 50 kop. Sól stanowi ważny artykuł handlu dla Nowo-Rossji. Jeziora solne znajdują się w Tauryce, w stepie zamieszkanym przez Nogajów; w Krymie blizko Perekopu, Teodozji, Kozłowa i Kerczu — W Bessarabji pod Akkermanem. Niezliczone wozy rok tu idą po ten artykuł niezbędnej potrzeby do życia. Z Perekopu, jako najbliższego punktu, najwięcéj go biorą do Nowo-Rossji, z Akkermanu na Wołyń i Podole — Wielka część okrętów trudniących się przewozem, transportują sól z Kercza do Rostowa i Marjanpola, zkąd ona idzie na Kaukaz. W r. 1833, na morze azowskie weszło do 1,038,069 pudów soli. Do Mingrelji z Kercza ilość coroczna soli wynosi, 1,500,000 pudów, do dwóch miljonów. Bogatsze są jeszcze jeziora perekopskie. W Kozłowie tylko jedno. Z jezior krymskich wzięto w r. 1833, 15 miljonów pudów soli, z których ośm z górą, sprzedały się w przeciągu tegoż roku. Trzynaście tysięcy ludzi zajmowało się wyważaniem soli, a każdy pud kosztował Skarbowi od 4. kopiejek do 5. nigdy drożéj nad sześć do dziesięciu. Kopalnie soli mołdawskie i wołoskie są zadzierżawione, wydają ilość dosyć znaczną; sól z nich płaci się na miejscu po 10 piastrów (275 kop.) 100 ok — W Galaczu i Brajłowie po 25 piastrów.
Żelazo i miedź pochodzące z kopalni syberyjskich, wyprawują się tu przez właścicieli lub kupców ekaterynburskich. Z portów morza czarnego i azowskiego wyszło we trzy lata, 761,974 pudów żelaza a 48,811 pudów miedzi.
Żelazo idzie przez Taganrog, a miedź na Odessę, gdzie się dobrze przedaje. W rok od 5 do 10,000 pudów. W roku 1830 wyszło 25,000 pudów. Z Taganrogu mało się miedzi wywozi, prócz tego exportują się nici srebrne i złote do Turcji i na Wschód rocznie na kilkakroć sto tysięcy rubli.
Wełny grube oddawna skupowano do Francji i Włoch, także do Turcji, Anatolji. Dopiéro od lat trzydziestu, piérwsze cienkowełniste owce w Rusi południowéj zaprowadzono. Największe stada w stepach, dają do 20,000 pudów, a pud płaci się po 30 rubli. Odessa położona w środku krymskich, chersońskich i bessarabskich stad najwięcéj tam handluje wełną — W okolicach znajdują się pralnie wełny i magazyny składowe. Pralnie urządzone starannie przez sprowadzonych na to zdatnych z Pruss i Saxonji owczarzy, są na bardzo dobréj stopie. Główne jarmarki wełniane są: charkowskie na Zielone święta, w Romnie i Ekaterynosławiu na Ś. Piotr. Za sortowanie i mycie wełny płaci się w urządzonych ku temu Zakładach od 350 do 400 kop. od puda, od prostéj wełny 80 do 100. Walor wełny exportowanéj z Odessy w r. 1814, wynosił na 3,000 rub. w r. 1832 na miljon, w 1833 1,879,000, w 1834, na 3,265,106.
W ciągu lat dziesięciu od 1824, z portów morza czarnego i azowskiego, wywieziono około 570,000 pudów.
Z Eupatorji wywozi się rocznie 1500 do 2,000 pudów koziéj wełny, a po kilkaset z Teodozji, Odessy i Taganrogu.
Łój potrzebowany jest do Anglji — 1824 r. z Odessy wywieziono go, na 84,554 w r. 1834, na 9 milionów — Bicie bydła w Odessie, Mikołajewie, Chersonie, zaczyna się we Wrześniu i trwa do Listopada —[54]
Łój przychodzący z Odessy, w Anglji ceniony, jako świéższy i dzisiejszy — Turcja potrzebuje łoju, którego używa zamiast masła. Handel łojowy dotąd miał za ognisko Odessę.
Masło, w ilości 30,000 pudów, z portów morza czarnego i azowskiego, wychodzi rocznie do Turcji — Pochodzi ono z Rossji. Do Taganrogu przywożą z linji kaukazkiéj, zaszyte w skórach; myje się ono i soli na nowo.
Mięso solone, w ilości kilku tysięcy pudów się wyprowadza.
Swiéce (najlepsze ruskie), idą tylko do Turcji. W r. 1833 z Odessy wyszło 14,000 pudów, z innych portów od 2 do 3,000 w Odessie saméj robią ich do 20,000 pudów i więcéj.
Skóry wyprawne i nie wyprawne (peaux et cuirs), w Odessie ważny artykuł stanowią, ogniskiem tego handlu jest port tutejszy. Ilość skór wywiezionych z portów morza czarnego w r. 1825 i 1832 wynosiła 54,000 pudów. Z powodu pomorku i głodu w r. 1833 wyszło 160,000, a połowa tego z Odessy. W r. 1834 z saméj Odessy także 134,486 pudów. Więcej jeszcze wyszło na morze azowskie. Skór jednak gatunek tutejszy nie dobry, na co się powszechnie użalano. Z tego powodu poczęto je urządzać, sposobem używanym w Buenos-Aires, za pomocą mycia, przez co tracą na wadze od sześciu do 14 procentów.
Rybołowstwo zasila tylko handel wewnętrzny, sam tylko Kawjor idzie za granicę — Największy handel rybami, u ujść Donu, Dunaju i Dniepru. W Odessie nié ma prawie tego rodzaju handlu, większy daleko w Taganrogu. Tu także wspomnieć tylko należy kléj rybi.
Handel przywozowy mały jest, z powodu że nie wiele się tu potrzebuje towarów. Okręty po większéj części, przybywają pod balastem. Handel jednakże ten powiększa się i wzrasta od lat dwudziestu — Główne artykuły wwozu są: kawa, cukier rafinat i melis, farby lepsze i pospolite (do fabryk sukiennych) kassonada, korzenie, herbata, wina Archypelagu, oliwa, owoce suszone, tytunie, bawełna (en bourre) jedwab’ surowy, jedwab’ przędzony, orzechy, materje różne.
Następne artykuły przywożą się tu z rozmaitych krajów: z Hiszpanji wina: (Malaga, Alikant, Xeres) proste czerwone w pipach, Porto, Maderę[55]; z Francji, wina — Salaisons, oliwy, octy, musztardy, czokoladę, porcelany perfumy, galanterje, płótna, broń, tytuń; z kolonji francuzkich mało lub nic prawie; z Włoch: wina sycylijskie (nie wiele) likwory, syropy, oliwa z Luki, sok cytronowy, pomarańcze, cytryny, parmezan, siarkę, galanterje i t. d.
Ze Wschodu wina alońskie, Rodosto Tenedos, Santorini, Sira, Samos, Smyrna, cypryjskie Malwazję i t. d. oliwy, sok cytrynowy, bakalje t.j. owoce suche; migdały, daktyle, oliwki; — bawełny, jedwab’, tytuń, gąbki, kawę, kadzidła, korzenie, szalc, wyroby jedwabne; z Anatolji owoce, figi, orzechy, sok granatu (chardek) drzewo do robot stolarskich, bawełna i t. d.
Z Mołdawji, Wołosczyzny, Rumelji, wino i bawełnę; z Węgier wina w małéj ilości — Z Niemiec galanterje, wyroby jedwabne w małéj ilości, i t. d.
Handel zamienny bardzo mały jest tutaj. Składy odesskie pełne są zawsze towarów tak dalece, że często nazad je odwozić muszą, do pół miljona rubli na rok. Cło od towarów wchodzących wewnątrz kraju opłaca się albo na Tamożni, albo w porcie. Dawniéj dosyć znaczny handel Odessy z Austrją, która wysyłała tu cukier rafinat, galanterje i artykuły mody, bardzo się teraz zmniejszył. Jednakże znowu się pomnoży zapewne, z powodu uregulowania żeglugi parowemi statkami na Dunaju. Już probowano w Odessie, odwrócić w tę stronę handel Kos składający główny przedmiot Brodów. Corocznie ze Styrji do Rossji przez Radziwiłów, wyprowadza się ich na 3 miljony rubli.
Handel w Odessie, oprócz na Bosfor, ma jeszcze dwa ujścia i drogi — do Mołdawji, Austrji, Polski i Pruss, przez Tamożnie dubossarską, Wiciług, Radziwiłów, Brześć, i Jurburg, i do prowincji zakaukazkich przez Redut-Kale. Transitowy handel uregulowany drogą lądową, rozporządzeniem 5 Marca 1804 r. z opłatą jednéj ósméj cła taryfy powszechnéj i składającéj się na miejscu zkąd towar odchodzi, w całości; a siedém ósmych zostając jako zakład zwraca się za dójściem towaru do miejsca naznaczonego. Z Odessy dość jest poręki i opłaty jednéj ósméj.
Droga zwyczajna; najbardziej uczęszczana handlu transitowego jest: przez Odessę do Brodów, przez Radziwiłłów. Najważniéjszy tego rodzaju handel był w roku 1808 w czasie zawieszenia broni po traktacie Tylżyckim. Transit ze Wschodu wynosił 10,787,520 rub. sr. Transit towarów z Pruss i Austrji na Wschód idących tąż odbywał się drogą, ale daleko mniej znaczny. Austryackie i francuzkie fabryki potrzebowały bawełny, a nie mogąc jéj otrzymywać. zwykłą drogą przez morze śródziemne, pokryte flotami nieprzyjaznemi, znalazły przejście tędy. Ze Smyrny i innych tureckich miast towary ładowały się w Artaki i Rodosto na morzu marmora i na neutralnych okrętach przybijały do Odessy, tędy szły towary do Francji, Austrji i Belgji. W ciągu tego 33,130 balów bawełny, na cenę 10 miljonów rub. wyprowadzono z Odessy.
Dodajmy jeszcze niektóre wiadomości o stanie kupieckim w Odessie — Liczono w r. 1808 kupców 1-éj gildji 39, 2-éj 30, trzeciéj 135, w ogóle dwóchset czterech — W r. 1838 piérwszéj 67, drugiej 54, trzeciéj 644, ogółem 768.
Autor pisemka o Żydach w Odessie, cytuje tu samych izraelskich familji kupieckich 197 (788 dusz). W r. 1842 kupców 1-éj gildji 7, 2-éj 9, 3-éj 187. Kapitał tedy cały przez nich objawiony wynosił 2,026,000 rub. ass. Z tych, w trzeciéj gildzie, było siedmiu Notarjuszów, 24 birżowych Meklerów — Morski 1. Brakarzy dwóch. Żydzi zajmują się oprócz birżowych obrotów, handlem zboża z Bessarabji i Chersonu zakupowanego, a sprzedawanego w Odessie — Z Zagranicy kupują towary angielskie, francuzkie wprost, lub z drugiéj ręki, czasem niemieckie, przychodzące transitem przez Brody. Znaczny handel herbaty jest w ręku Żydów. Wewnątrz kraju wywożą oliwę, bawełnę, bakalje — Drobnych ich sklepów w Odessie w 1842 r. było 228; towarów w nich na 400,000 rub. sr.
Łupieztwo, powiada P. A. Skalkowski, w Odessie, stanowi nie tak może wielką massę jak zlewek rozmaitéj i wielce różnéj ludności; narodów, wyznań, obyczajów odmiennych. Dla tego to może, corps des commerce, tutejszy, nie stał się jeszcze jednorodném ciałem, „Co dziwnego, pisze tenże, że Karaim albo Sefer ormiański, (Bankier) nie może się zbliżyć z brodatym kupcem ruskim, albo wymuskany Negocjant zachodniej Europy, z bogatym Grekiem całe dni na podkurczonych nogach przesiadującym w Casino lub kawiarni, cudzoziemcy są tu ze Słowian Bulgarowie, Illiryjczycy, Serby — Grecy, Francuzi, (południowi) Włosi (najwięcéj Genueńczycy) Niemcy, Anglicy, Żydzi, Austryjacy, Szwedzi, Duńczycy, Ormianie, Wołosi, Rumuni, i Turcy. Tych ostatnich tak prawie jak nié ma, lub przynajmniéj bardzo mało. Statystyka kupiectwa przez P. Skalkowskiego zebrana, bardzo jest ciekawa, bo daje wypadki pewne od 1837 do 1842 r. okazujące tu stan kupiectwa, a zatém i handlu.
Szósta tylko część objawionych kapitatów, jest cudzoziemskiego pochodzenia, a i ta coraz się jeszcze zmniejsza. Zbija P. Skalkowski podania Turistów i Statystyków obcych, jakoby Odessa żyła tylko obcém życiem i cudzoziemcami. W ludności, liczy tylko jedną dwudziestą cudzoziemców.
Tenże uważa w swéj tablicy że liczba kupców pierwszéj gildy osobliwie, coraz się pomniejsza. Przyczynę temu naznacza skasowanie prawa, które dawało wolność budowania się za opłatą połowy tylko pobieranego quantum zwyczajnego; uważa także iż opłata piérwszéj gildy (3,000 rub. ass.) wymaga już wielkich obrotów. Z tego powodu przypisało się wielu do 2-giéj i 3-ciéj. Zapisanie się w obywatelstwo ułatwiło wpis do niższych gild. Z 1840 rokiem skończyły się też czasy ulgi i obcym kupcom mniéj niż 1-sza gilda wymaga kapitalu mającym wzbroniono handlować i zapisywać się. Żydów kupców liczba się powiększyła od 1837 r. do 1842, od 150 do 215.
Nie jednemu zdawać się może, iż nadto tutaj w przedmiocie handlu rozszerzyliśmy się z notatami naszemi. Dwojaka temu przyczyna. Raz że się nam zdało, iż mówiąc o mieście takiém jak Odessa, którego życie całe stanowi handel, które mu winno swój wzrost i byt, nie godziło się lekce handlu zbywać; powtóre, że u nas tak mało mamy wiadomości handlowych, a te tak są nie rozpowszechnione, a tak razem potrzebne — iż obowiązkiem podróżnego było coś o tem wiecéj napisać.
Handel morza czarnego i Odessy w szczególności, obchodzi niezmiernie prowincje Ukrainy i Podola, a nigdzie więcéj jak u nas wiadomości tego rodzaju nié ma. Ci sami, którzyby znaczne korzyści odnieść mogli, zdając sobie dokładną sprawę ze stanu i przyszłości handlu, przestają na zwyczajowém wyprzedawaniu produkcji, bez zastanowienia nad tém, jakieby korzystniejszemi i popłatniejszeni być mogły. To nas skloniło do dłuższego zastanowienia się nad handlemi zrobienia wyciągów, które nie jeden zapewne z pogardą ominie, lub z uśmiéchem przerzuci.

Źródła, w których czerpaliśmy, są wiary godne i za ich rzetelność ręczyć możemy.[56]


XIV.
11. Lipca. Kościoł katolicki — Ozdoby wewnętrzne — Ludność miasta. Odejście parowego statku i t. d.
11. Lipca.

W Niedzielę dopiéro, to jest jedenastego Lipca, wybrałem się pierwszy raz do katolickiego Kościoła, który tu tylko jest jeden, i na liczbę Katolików w mieście żyjących bardzo szczupły. Powierzchowność jego, gdy zkądinąd, tak o budowle piękne w Odessie nie trudno; — ledwie że nie brzydka. Jest jednak nadzieja, że za staraniem opiekunów, ma się rozszérzyć, przybudowaniem od wejścia powiększyć, (co rzecz konieczna) i zapewne upięknić. Wewnątrz Kościoła dość ozdobnie, a przynajmniéj bardzo porządnie i czysto. Dwa rzędy ławek i szeregi sciśnięte krzeseł (wszakże nie jak we Francji — bo bezpłatnych) zajmują cały prawie Kościołek. Scisk w nim w czasie niedzielnych i świątecznych nabożeństw tak wielki, gorąco, zaduch, tak straszne; że zaledwie w nich wytrwać można. Na prawo postrzegłem piękny bronzowy nagrobek Langerona, nie daleko od niego wisi nie dawno tu zawieszony obraz Włocha P. Vitale, wystawujący zdjęcie z krzyża, ale tak okropny, tak poczwarny, tak nizkie dający wyobrażenie o talencie (raczéj o braku talentu i nauki, powiedzieć miałem, że trzeba było ubóstwa Odessy, pod względem sztuki malarskiéj, aby takie straszydło zawiesić w Kościele. Jeśli uwierzono w dobroć obrazu, na mocy tego że Włoch go malował, bardzo mi serdecznie żal tutejszych znawców. W ogólności wszystkie též obrazy kościelne są mniéj niż mierne, lub wcale nic nie warte; daleko wszędzie znośniejsze pod względem sztuki, są wyroby z kamienia, marmuru i bronzu.
Posadzka Kościoła jest z kafli kolorową polewą okrytych. Każdy przychodzący postrzeże pewnie i zastanowi się, przed votum, szczególnego kształtu, okręcik wyobrażającém, a zawierającem w sobie lampę palącą się przed obrazem Ś. Filomeny; któréj winien będąc swe ocalenie, jakiś kapitan okrętowy, tu na pamiatkę nabożeństwa swego i wiary zawiesił.
Votum to przypominające chwile niebezpieczeństwa i uczucie religijne, dziś tak rzadko objawiające się otwarcie, miłe na mnie uczyniło wrażenie.
W Kościele jak na ulicach Odessy, taż sama różnych narodów i różnych typów twarzy, strojów, zwłaszcza, w niższych klassach, zbieranina, stanowi tło ludności. Każdy się tu modli swoim językiem, na swojéj narodowéj xiążce, a wszyscy łączą się w jeden wielki narod, uczuciem pobożności, którego odmówić mieszkańcom nie można.
W wigilją dnia tego, piérwszy raz miałem zręczność widzieć lud odeski, tłumnie zebrany, w całej swéj naiwnéj rozmaitości strojów i twarzy, przy domie Ilkiewicza, gdzie muzyka grająca, u wywieszonéj chorągwi jakiegoś widowiska, gromadziła, co żyło, w okolicy. Tu w Kościele, ten sam tłum zmniejszony wprawdzie o wiele, niedostatkiem tych, co inną wiarę wyznają, powtóre mi się przedstawił. Jest to cecha i piętno Odessy, że w niéj nie ma większości żadnéj, pierwiastki doskonale i w równych częściach pomięszane; a wszyscy zdają się być równie swoi i miejscowi.
Rossjanie, którzy step i hadżi-bejską przystań zajęli po Tatarach, są tu zapewne jako gospodarze w największéj liczbie; w ruchu jednak ulicznym i w fizjognomji miasta, nie widać téj ich większości. I oni tu jeszcze jak goście, tak nie dawno tę ziemię zajęli, i krótko jeszcze przebywali na niéj.
Ten niedostatek autochtonów, gdyż Tatarów, ostatnich stepu panów, nié ma tu i śladu najmniejszego w ludności, daje całemu krajowi a szczególniéj Odessie odrębną postać. Wszystkich gościnnie zaprasza ta ziemia, ciśnie się téż i Wschód i Zachód; a z powodu że każdy tu jeszcze gość, a już jak u siebie, powstaje szczególna jakaś mięszanina. Każdy ma swoje obyczaje, ubiéra się jak chce, mówi swoim językiem, żyje po swojemu, a nikogo to zupełnie nie zadziwia — Swoboda całkowita, wymagań żadnych, stosować się do nikogo nie potrzeba. Gdzie indziéj przybywając do kraju, przyjąć choć w części musisz jego obyczaje, strój, język, tu nic cię do tego nie zmusza.
W Kościele, traf najnieszczęśliwszy umieścił nas obok przy młodym chłopaku cierpiącym straszliwe konwulsje. Wrażenie jakie na mnie attak nagły choroby uczynił, długo mi się boleśnie czuć dawało. Nie znam przykrzejszego widoku, a wspomnienie jego jeszcze mnie przeraża.
Wieczorem statek parowy, Odessa (fabryki angielskiéj) ciągnąc za sobą ogromny czarny obłok dymu, odpłynął z szumem skrzydeł, wyorawszy na morzu jasną falistą brozdę, długo się lsnącą na ciemnéj przestrzeni — do Konstantynopola. Licznie zebrany na bulwarze lud, zalegając placyk przy Bursie; przypatrywał się temu cotygodniowemu widokowi, zawsze równie zajmującemu i ciekawemu — przeprowadzano oczyma podróżnego, aż zawróciwszy się zniknął za wzgórek kwarantanny, po nad którym tylko powiewała wstęga czarnego dymi, powoli oddalająca się i niknąca w powietrzu.




XV.
12. 13. 14 Lipca. P. A. A. Skalkowski — jego pisma, Historja nowéj Siczy — Spis Hetmanów Zaporoża. Traktat Kozaków z Turcją r. 1649 i t. d.

12 Lipca.

Nazajutrz zrobiłem najważniejszą mogę powiedzieć dla mnie znajomość tutaj, historjografa Odessy i noworossyjskiego kraju uczonego i miłego P. Apollona Skalkowskiego Członka tutejszego towarzystwa Starożytności, Towarzystwa Badaczy szwedzkiego, i t. d. i t. d. Ta piérwsza znajomość ułatwiła mi następne nie mniéj dla mnie miłe i konieczne, i utorowała drogę do poznania Odessy. — P. A. Skalkowski, którego wychowanie w prowincjach zachodnich, ułatwiało już niejako znajomość, przez swe prace będąc jakby gospodarzem w Odessie, którą piérwszy dał poznać, historycznie i statystycznie — zwrócił na siebie naprzód uwagę moję — Nieprzerwaną swą uprzejmością, troskliwém opiekowaniem się w ciągu całego pobytu, dostarczeniem xiąg i materjałów ze swego zbioru, ułatwieniem poznania historji i stanu miejscowości, pozyskał całą moję wdzięczność i serce.
Apollonjusz Alexandra syn Skalkowski, młody, trzydziesto kilkoletni człowiek, małego wzrostu, brunet, żywy; — i żona jego miła i piękna Serbka, przyjęli mnie z niezasłużoną uprzejmością, przedstawił mnie ich szwagier Doktor Siezieniewski rodem Litwin, którego wprzód już poznałem; i któremu winienem tę pożądaną znajomość, co potém tyle wpłynęła na uprzyjemnienie mojego pobytu w Odessie — Zaproszony na wieczorną herbatę, obejrzałem u P. Skalkowskiego, jego zbiorek starożytności, monet i różnych pamiątek. Rano, przebiegłem Birżę, w niéj salę na zgromadzenie kupców i członków wyznaczoną (P. Skalkowski jest także Sekretarzem Zgromadzenia kupieckiego) a niekiedy zmieniającą się na balową, — przepysznie urządzoną i ozdobioną smakownie. Uprzejmy gospodarz pokazał mi także niektóre ciekawe dokumenta i akta wynalezione przez siebie, które za materjał do dalszych jego prac, służyć mają.
Tu miejsce jest wspomnieć o dziełach P. Skalkowskiego, nie obojętnych i dla historji naszych prowincji. Oprócz wielkiéj ilości historycznych i statystycznych rozpraw, w przedmiocie historji nowo-rossyjskiego kraju, historji Tatarow nogajskich i krymskich i t. d., które nie jednokrotnie będziemy mieli potrzebę wzmiankować, wypisywać i cytować; — wydał P. Skalkowski, trzy ważne dzieła obszerniejsze: Piérwsze trzydzieści lat Historji miasta Odessy[57] Rzut oka chronologiczny na historją Nowéj Rossji[58] i Historją Nowéj Siczy.[59]
Dwa piérwsze dzieła z powodu otwarcia Archiwum z polecenia Rządu i wielce jasnego i dokładnego wykładu, zasługują na zupełną wiarę i są w tym przedmiocie najgruntowniejszą dotąd pracą. Nie podobna pisać o mieście, o kraju, nie mając ich pod ręką. Ważne dla Rossji, nie mniéjby powinny zajmować cudzoziemców; i dziwi nas, że dotąd ich nie przetłumaczono.
Trzeciem ważnem dziełem, a najzupełniéj także nowém, jest Historja ostatniego Kosza zaporożskiego, historja, nie z podań i cytat, ale z najciekawszych wypisów z własnego zaporożskiego Archiwum wyjęta, archiwum, którego exystencji wprzód się nawet, nikt nie domyślał. Wypisy z tego archiwum posłużyły P. Skalkowskicmu do utworzenia i zlania w całość nie wydanych dotąd i dokładnych o Zaporożu wiadomości; okazania go nawet w zupełnie nowém i jasniejszem niż kiedy świetle. Ta praca i poprzedzające, stawi P. Skalkowskiego w rzędzie uczonych ruskich, najsłuszniej poważanych i cenionych.
Nie obojętną byłaby i dla nas treść przynajmniej, jeśli nie całkowite tłumaczenie, tego wielce ważnego dzieła. Obecnie pracuje P. Skalkowski nad historją Hajdamaczyzny, do któréj za materjał fundamentalny służą mu zaporożskie Archiwa, nie ocenione swą nowością i autentycznością. Autor ciągle dopełniając poprzednich swych badań, wykończa historją Kosza i wyciąga jeszcze nowe z Akt zaporożskich dodatki do niéj. — Akta kozackie, chociaż nie sięgają nad XVIII wiek, dają jednak wiele objaśnień, mogących służyć do dawniejszych dziejów Kozactwa. — Z nich to cytowaliśmy wyżéj udzielony nam przez Skalkowskiego dokument o Bałcie, a poniżéj umieścimy jeszcze kilka łaskawie nam przez tegoż użyczonych, ciekawych dokumentów.
Historja nowéj Siczy, zawiera oprócz wstępu, o pochodzeniu i utworzeniu się Kozaczyzny, składzie wojsk zaporożskich, ziemiach im podległych, wojskowéj Starszyznie i towarzystwie, stepie, redutach i figurach przez Kozaków robionych; urządzenie Zaporoża wewnętrzne, sądowe jego zwyczaje, prawa, gospodarstwo, dochody, powinności, handel, obyczaje i t. d. Następuje historja od 1734 do 1775 r. i ważne dodatki, za okres ten sięgające, jako: Uniwersał Chmielnickiego 1655 r. kilka pomników z w. XVII w téjże materji, Przywilej (Hrammatę) Patryarchy Joachima r. 1688. Carski przywiléj o Samarze 1688 r. kilka ważnych aktów o związkach Zaporoża z Chanami krymskiémi świadczących, imiona Koszowych i Sędziów wojska zaporożskiego Hetmanów i Chanów krymskich.[60]
Czujemy się tu w obowiązku, podziękować najczulej p. Ap. Skalkowskiemu za nieprzerwaną jego uprzejmość, z jaką przez cały ciąg pobytu naszego w Odessie pomagał do jéj poznania. Wyznajemy szczérze, że bez niego nie moglibyśmy jéj poznać ani tak łatwo, ani tak przyjemnie, ani tak dokładnie. Czytelnicy nasi ocenią pomoc jego, z częstych cytat pism i wspomnień o nim samym.
Następne dni, przy codziennych kąpielach, przepędzałem na miłéj i nauczającéj rozmowie z P. Skalkowskim, który mi coraz nowych wiadomości i ksiąg udzielał.
Wracam tu jeszcze do jego Historji Zaporoża, dla obeznania z nią, choć trochę czytelników naszych.
P. Skalkowski uważa Zaporoże, za rodzaj kawalerskiego rycerskiego Zakonu, który w początkach XVI wicku uformowała w porządne ciało, sama potrzeba obrony, od napaści Tatarów i Turków, a jakkolwiek same tylko zbliżenia i podobieństwo, czynią niejako Kozactwo tém, czém je autor widzi, nie podobna temu sposobowi zapatrywania się na przedmiot odmówić nowości i oryginalności. Oto jest ciekawy Akt, w r. 1649 zawartego, lub może projektowanego tylko traktatu z Turcją, ubezpieczającego żeglugę i handel na morzu czarném, dla Kozaków. Akt ten, który, jak powiada autor, przywodząc go, dowodzi, że po Genueńczykach, Kozacy piérwsi mieli swobodę żeglugi i handlu na morzu czarném i na wschodnich brzegach, ważny jest wielce, a o ile wiemy, u nas nie znajomy[61].
I. „Sułtan turecki pozwala kozackiemu wojsku i ziemi jego, używać swobodnej żeglugi na morzu czarném do wszystkich swego państwa portów, miast i wysp, także na morzu białém, do wszystkich swych posiadłości i wysp z portami, także do portów innych państw i ziem chrześcijańskich, także do wszystkich rzek i miast, z któremi wedle żądania, w targi i handle wchodzić mogą, przedawać, kupować i mieniać, wedle woli zastanawiać się w portach lub wyjeżdżać gdy zechcą bez przeszkody wszelkiéj i sprzeciwienia.
II. Dla wspomożenia nowego handlu wojska zaporożskiego i ziemi jego Sułtan turecki, oswobadza kupców ich, od wszelkich ceł, myt i podatków, a także towary ich, jakie tylko oni w państwa jego wwozić lub z państwa tego wywozić zechcą w ciągu lat stu (jeśli nie na sto lat, to choć na 50, lub najmniéj trzydzieści) czego urzędnicy i naczelnicy postanowieni wszędzie doglądać mają. A po upłynieniu lat stu, jeśli Bóg dozwoli, mają opłacać nie większe od samych Turków.
III. Domy na skład towarów w miastach i portach Sułtana tureckiego, jak przy czarném morzu, tak i na białém znajdujących się, pozwala Sułtan wojsku zaporożskiemu pobudować i w nich targować, kupcom swobodnie przebywać, nie opłacając żadnego mytu w przeciągu wyżéj wspomnionych lat stu.
IV. Rezydent wojska zaporożskiego i ziemi jego w Stambule będzie przebywał z należytém uszanowaniem i bezpieczeństwem; obowiązany będzie pilnować wymiaru sprawiedliwości dla pokrzywdzonych Kozaków. Także i wojsko zaporożskie rezydenta sułtańskiego w portowém mieście swém mieć będzie, a ten wydawać pasporty Kozakom ma, na swobodny ich przejazd w galerach i statkach gdzie zechcą, a za pasport nie pobierać więcéj nad czérwony złoty jeden. W przytomności jego ma naczelnik galery lub statku złożyć przysięgę, że on żadnéj zdrady przeciw Państwu Sułtana JMości nie uczyni, a namiestnik Sułtana, obowiązany prawo to, po turecku spisane, każdemu potrzebującemu na pismie wydać z własnoręcznym podpisem i przyłożeniem pieczęci.
V. Dla powściągnienia swawolnych ludzi od napadów na morzu, z dozwolenia Sułtana JM., wojsko zaporożskie założy kilka miast portowych niżéj porohów, aż do ujścia rzek Bohu i Dniepru, zkąd i handlować ma i nad bezpieczeństwem morskiém czuwać przeciw swawoli złych ludzi.
VI. Jeśliby kto swawolnie z wojska zaporożskiego napadał na morzu; nad takowym należny sąd, uczynić ma wojsko zaporożskie, przy Namiestuiku Sułtana JMości, a dla tego handlowi Kozaków i kupiectwu ich trudności i przeszkód czynić, nigdy i nikt w państwie tureckiém nie będzie.
VII. Jeśliby z Donu wynikła jaka swawola i stamtąd na morze wyjechali dla rozboju, to razem z tureckiemi galerami łowić ich powinni będą, a kozackich swawolnych ludzi karać i wzajemnie jeden drugiego wspomagać obowiązują się, aby morze było czyste i swobodne.
VIII. Jeśliby Galera kozacka, w czémkolwiek prawa Sułtana JMości (broń Boże) przestąpiła, to naczelnik Galery ma być ukarany, a ona sama z towarami i czeladzią jéj zostanie wolną i inne także w towarzystwie z nią będące galery i statki, mają być swobodne, aby niewinnie nie cierpieli, a zawarty pokój niczém nie był naruszony.
IX. Jeśliby galera albo statek kozacki rozbił się na brzegu sułtańskim, to rzeczy te, które mogą być ocalone, jeśli się ochronią, dziedzicom oddane być mają.
X. Co się tyczy długów kupieckich prawo, kupcom kozackim, takie być ma, jako Turkom w całém państwie i sąd niezwłoczny.
XI. Galer i statków kozackich, na żadne potrzeby i służbę Sułtan turecki używać nie dozwoli, ani ludzi ich, ani towarów, ani broni, a swobodny wchód i wychód ze wszystkiém co mają, gdy zechcą, im przyrzeka i ubezpiecza.
XII. Gdyby jaki kupiec umarł w państwie tureckiém na morzu lub na lądzie, to cały majątek jego pójdzie na prawych dziedziców jego i przez nikogo zatrzymany nie będzie, a choćby co komu zapisał lub przeznaczył przy śmierci; będzie się uważało za nieprawne.
XIII. Niewolników chrześciańskich u Turków zostających, tak jako tureckich u Chrześcian, kupcom kozackim wolno będzie wykupywać, a jeśliby niewolnik chrześciański, w państwie tureckiém znajdujący się na galerę lub statek kozacki uciekł, to go taić lub ukrywać naczelnik galery nie będzie, ale powinien go wydać, a za to żadnéj krzywdy i ubytku nie poniesie, ani galera jego, ani ludzie, ani towary. Także jeśliby robotnik jaki wolny lub niewolnik z galery kozackiéj zbiegł, Turcy powinni będą wydać go Kozakom.“
Traktat ten czy zawarty i ratyfikowany był, nie wiemy; kopja bowiem przez autora wyjęta ze zbioru Dyplomatów, nie okazuje śladu tego; owszem jedno miejsce zwłaszcza, (gdzie mowa o trwaniu traktatu) dowodzi, że to był raczéj projekt i myśl tylko, może nie doszła. Zawsze jednak dokument ten, choćby w stanie projektu, jest wielkiéj wagi dla historji Kozactwa.

KONIEC TOMU PIÉRWSZEGO.


XVI.
15 Lipca. Arcy Biskup Gabryel. Opowiadania Nikity Korża o Zaporożu. Prawa Zaporoża. O karze śmierci na przestępnych. O zaporożskich obyczajach i obrzędach. Pałac Worońcowa. Wieczor.
15 Lipca.



Ranek przepędziliśmy z P. Skalkowskim na przeglądaniu dokumentów historycznych, tyczących się dziejów Kozaczyzny, na powtórném obejrzeniu sali Bursowéj z jéj pięknemi chińskiemi wazonami, z widokami od ganku na port kwarantanny. Ztąd udaliśmy się potém do Prezydenta Towarzystwa Starożytności i Historji, (o którém stowarzyszeniu niżéj obszerniéj powiemy) a razem Kuratora Naukowego Okręgu M. D. Kniażewicza. Jego staraniom winno wiele wychowanie tutejszéj młodzieży a Towarzystwo Starożytności, wiele ważnych ulepszeń. On, do badań i poszukiwań towarzystwu będąc bodźcem i zachętą, znacznie ich krag rozszerzył; pomnożył także zbiory Muzeum, wielą ciekawemi nabytki, starożytnemi rzeźby, rękopismami, monetami i t. d.

Od niego udaliśmy się do Arcy-Biskupa Gabryela, w podeszłym już, ale jeszcze nie zgrzybiałym wieku, czerstwego i uprzejmego Kapłana; któremu rad byłem złożyć moje uszanowanie, nade wszystko jako troskliwemu miłośnikowi historycznych pamiąlek. On to bowiem zebrał i wydał potém w całości ciekawe dla dziejów Kozactwa opowiadania ustne starego Kozaka Nikity Korża, o Zapoporożu[62]
Przewielebny Arcy-Biskup opowiada w przemowie, jako w latach 1828 do 1831 przebywając w ekaterynosławskiéj Gubernji, razem z saratowskim Biskupem Jakubem, spisali opowiadania sto kilko letniego starca (żył lat sto cztéry) Nikity, a z połączonych opowiadań tych, złożył poźniéj całą xiążkę.
Korż, umarł w Październiku miesiącu 1835 r. (urodził się 1751 roku) zaziębiwszy się zbierając składkę na nową w Michałówce budującą się Cerkiew. Ostatnie lata przebył Korż w Michałówce, we własnym swoim domku, odziedziczonym po dziadach — Zaporożcach jak on, domku bardzo porządnym, osadzonym drzewy i otoczonym maleńkim ruczajem. Wydana przez chersońskiego i tauryckiego Arcy-Biskupa Gabryela xiążka podań ustronnych Korża, zawiera wiadomości o jego życiu, o założeniu wsi Michałówki, o Prawach Zaporoża, o karach, o zwyczajach i obrzędach, o attakowaniu Siczy, początku Ekaterynosławia, podróży Cesarzowéj, Redutach i figurach, dawnych zaporożkich osadach przed atakiem Siczy. Z niéj poczynim tu niektóre wyjątki, jako z książki, która nie prędko, może nigdy, nie będzie nam w całości znajoma; a która objaśnia wielce o bycie Zaporoża. P. Skałkowski korzystał nieco z Korża do swéj historji Nowéj Siczy, Prócz tego Ustne podania Korża, drukowane były w Dzienniku Ministerstwa Oświecenia w latach 1838 i 1839.
W Rossji więc są dosyć znajome, ale u nas (o ile wiemy) wcale z nich jeszcze nie korzystano.
Weźmy naprzód artykuł o prawach Zaporoża. „Prawa i ustawy, powiada Korż, z mocy których Zaporoże sądziło i rozstrzygało spory, były następne, mianowicie. W całéj ziemi zaporożkiéj, po większych wsiach i znaczniejszych punktach, były Pałanki, rodzaj powiatów i sądów powiatowych, w których od wyboru postanawiano trzech członków, zowiących się sędziami albo panami. Piérwszym był Półkownik, drugim Esaula, trzecim Pisarz. W pomoc im, dodawani byli z Siczy trzéj Podpankowie (Podsędkowie) Kozacy; a wszyscy ci członkowie, po upływie lat trzech zmieniali się. Na ich miejsce ustanawiano innych, takim sposobem zaprowadzony był porządek we wszystkieh Pałankach. Potém gdy się sprawa przytrafiła, ot naprzykład tak: gdy dwóch Kozaków, powadziło się albo pobiło, albo jeden drugiemu w sąsiedztwie szkodę zrobił, to jest, bydłem swojem spasł zboże, albo łąkę; albo jaką inną krzywdę wyrządził, a sami się między sobą pogodzić i porozumieć nie mogli; oba tedy, ukrzywdzony i ten co krzywdę uczynił, kupiwszy na rynku po kołaczu idą pozywać się do Pałanki, do któréj należą i proszą u Sędziów sprawiedliwości, a położywszy kołacze na syrno (stół) kłaniają się Sędziom oba razem niziuchno, stają wedle progu i mówią:
— Kłaniamy się wam panowie, chlebem i solą.
A sędziowie poczną ich pytać:
— Jaka wasza sprawa, panowie mołojcy?
Natenczas ukrzywdzony wprzód poczyna:
— Oto panowie, jaka nasza sprawa pokazując na towarzysza — ot ten mnie skrzywdził, tyle a tyle szkody bydłem swojém zrobił, a nie chce zapłacić i wynagrodzić co należy za siano, (albo za wytłoczenie zboża.)
Potém Sędziowie pytają drugiego:
— No, bratku, mów ty, czy to prawda, o co cię obwinia twój towarzysz?
A obwiniony odpowiada:
— To coż panowie! Wszystko to prawda, żem szkodę sąsiadowi zrobił, nie wyrzekam się, ale mu zapłacić nie mogę z przyczyny, bo chce za wiele ode mnie, a szkody nié ma tyle co powiada.
Wtedy Pałanka posyła Podpanków i innych obcych ze starszyzny kozaczéj, dla ocenienia szkody. W kilka godzin powracają do Pałanki i mówią Sędziemu jak prawda; co warta szkoda, naówczas Sędzia obraca się do obwinionego i mówi ma:
— No, coż ty bratku, godzisz się ty zapłacić za szkodę sąsiadowi? albo nie?
A obwiniony znowu się Sędziom pokłoni.
— Ta coż państwo! więcéj bo on chce, niż warto, nie chcę mu płacić, jak wola wasza.
Sędziowie go długo namawiają, dają mu racje, że wszelka cudza szkoda, niesprawiedliwością jest, radzą pogodzić się, a nie trudzić naczelników i starszyzny. Jeżeli poróżnieni zechcą się w końcu pogodzić i jeden drugiemu zadość uczynić, to Pałanka sama zakończa sprawę i zaspokoiwszy ukrzywdzonego, rozpuszcza ich do domów; jeśli zaś obwiniony uprze się i nie zgodzi, to Pałanka odsyła ich obu do Siczy. Wówczas sporni pokłoniwszy się razem pp. Sędziom, odchodzą z Pałanki mówiąc:
— Bywajcie panowie zdrowi!
A Sędziowie im odpowiadają:
— Idźcie z Bogiem.
Przyjechawszy do Siczy, pytają jeden drugiego, do którego wprzód pójdziemy Kurzenia?
Ukrzywdzony powiada:
— Idźmy bracie, do swojego Kurzenia.
— No, dobrze, — odpowiada obwiniony, — chodźmy, — wszedłszy do Kurzenia, stawią się przed Atamanem i mówią mu:
— Zdrów bądź Ojcze!
— Daj Boże zdrowie, panowie mołojcy — odpowiada Ataman, — siadajcie.
— Oj! nie ojcze, nié ma czasu siedzieć, mamy do ciebie sprawę.
— To mówcie jaką tam sprawę macie — prawi Alaman.
Wówczas pokrzywdzony zacznie się żalić, objaśniać o swojéj krzywdzie i wypadku jak co było, jak się sądzili w Pałance; a Ataman wysłuchawszy całéj sprawy, spyta obwinionego:
— Z jakiego ty bratku Kurzenia? — a gdy ten powie, do jakiego należy i nazwie go po imieniu, Ataman krzyknie na chłopców —
— A pójdźcieno, poproście do mnie Atamana, takiego Kurzenia.
Gdy Ataman przyjdzie i spyta piérwszego:
— Po coście mnie bratku wołali?
Ten mu powié:
— Czy to waszego Kurzenia Kozak?
Ataman obróciwszy się do niego:
— Toś ty naszego Kurzenia Kozak?
— Tak ojcze, waszego, — odpowie Kozak z pokłonem, potém piérwszy Ataman, rozpowie drugiemu całą sprawę i zdarzenie Kozaków — i mówi tak:
— A co bracie będziemy robić z tymi kozakami?
Przybyły Ataman pyta ich:
— Wszak to was już i Pałanka sądziła?
— Sądziła ojcze — I pokłonią się razem — Obaj Atamani poczną do zgody zachęcać poróżnionych.
— Pogodzcie się bracia, zaspokojcie jeden drugiego — żeby daléj nie kłopotać starszyzny.
A obwiniony pokłoniwszy się znowu Atamanom, powiada tak:
— To coż, ojcowie, kiedy chce ode mnie zawiele. — Nakoniec Atamani widząc jego upor, pytają go po raz ostatni.
— Coż bracie, nie chcesz go zaspokoić?
— Nie, ojcowie, wola wasza, nie mogę — i kłania się nizko im obu.
— Chodźmyż teraz bracia, wszyscy czteréj do sędziego wojskowego, co to powie Sędzia.
— Dobrze, — odpowiadają Kozacy Atamapom — poczekajcie tylko ojcowie, schodzim na rynek i kupim po kołaczu. — Potém wszyscy czteréj idą do Sędziego wojskowego, a wszedłszy do Kurzenia, naprzód Atamanowie kłaniają się i nazywając Sędziego po imieniu mówią:
— Bywaj nam zdrowy panie dobrodzieju. —
Sędzia nawzajem odpowie:
— Zdrowi bądźcie panowie Atamani, proszę siadać. — Potém sporzący Kozacy, kłaniają się także, kładną kołacze na stół i mówią tak:
— Kłaniamy się wam, dobrodzieju, chlehem i solą. —
— Bóg zapłać, Bóg zapłać, panowie mołojcy, za chleb, za sól, — odpowiada sędzia, a potém pyta Atamanów:
— Co to są za Kozacy wasi, i jaka ich sprawa? — Piérwszy Ataman zacznie opowiadać mu całą sprawę ukrzywdzonego i wypadek z porządku, jak to było i jak ich sądziła Pałanka — Sędzia obróciwszy się do obwinionego pyta go tak:
— Jakżeż ty bracie myślisz z tym Kozakiem? (wskazując na ukrzywdzonego) — kiedy już was sądziła Pałanka, sądzili Atamani, i ja przysądzam za krzywdę zapłacić, a ty się nie zgadzasz przez upor będąc już winnym, wedle sądu wszystkich! Potém długo namawia i przedstawia mu prawne i zwyczajne przyczyny do zgody, ale obwiniony nie chce dać przemodz swego uporu żadną racją i powtarza ciągle, co i w Pałance i Atamanom mówił.
— To coż, dobrodzieju, kiedy chce więcéj niż warto — nie zgoda.
— Więc nie zgoda bratku?
— Nie zgoda dobrodzieju.
— Idzcie panowie Atamani z nim do Koszowego, tam już dla nich będzie ostateczny sąd i koniec.
Natenczas Atamani wstawszy z miejsca pokłonią się Sędziemu razem z Kozakami i powiedzą:
— Bądźcie zdrowi dodrodzieju.
— Idzcie z Bogiem, — odpowie Sędzia, a kozakom doda:
— Zabierzcie z sobą bracia swój chleb ze stołu.
— Ta nie, dobrodzieju! kupim drugi na Bazarze.
— Zabiérajcie, zabiérajcie! — z gniewem powtórzy Sędzia, — a nie zatrzymujcie Atamanów; bo oni nie to jedno mają do robienia. — Nakoniec, wziąwszy Kozacy kołacze swoje, przychodzą z Atamanami do Koszowego, do Kurzenia, wszyscy czteréj razem, i kłaniają mu się:
— Zdrów bądź Panie wielmożny — powiedzą.
A Koszowy im odpowie:
— Zdrowi, zdrowi, panowie Atamani, proszę siadać.
Natenczas Kozacy stojąc we drzwiach u progu, znów się niziuchno Koszowemu pokłonią i kładną kołacze na stół.
— Kłaniamy się Wielmożny Panie, chlebem i solą.
— Dziękuję motojcy za chleb i za sol, — odpowie Koszowy, potém spyta Atamanów:
— Co to za Kozacy wasi, panowie Atamani?
Atamani naówczas poczną rozpowiadać Koszowemu całą sprawę i wypadek ich z porządku, jak było aż do końca; a Kozacy stoją u progu. Koszowy wysłuchawszy sprawy obróci się do obwinionego i powie mu:
— No, jakżeż ty bratku, myślisz zrobić z tym Kozakiem — ukazując na ukrzywdzonego. — Was sądziła Pałanka, sądzili Atamani i Sędzia wojskowy, aż sprawa doszła do mnie, ja o niéj rozsłuchawszy się przyznaję, że Pałanka was sprawiedliwie sądziła, sąd jéj potwierdzam, a ciebie widzę we wszystkiém winnym. Terazże ty mi powiedz, czy myślisz ukrzywdzonemu nagrodzić?
— Nie, Wielmożny Panie, chce za wiele, a ja się na to zgodzić nie mogę.
Nakoniec powtórnie powié mu głośno Koszowy, srogo i gniewnie:
— To jeszcze nie zgoda u ciebie?
— Tak, Wielmożny Panie, nie zgoda, wola wasza. — I pokłoni się nizko.
— Nu, dobrze, kiedyż nie zgoda.
Atamani wstają z miejsc swoich, widząc Koszowego w gniewie, kłaniają mu się razem wszyscy czteréj z Kozakami i żegnając się z Koszowym wedle zwyczaju, wychodzą z Kurzenia, a Kozacy także prawujący się odezwą:
— Bywajcie zdrowi Wielmożny Panic.
— Bywajcie zdrowi panowie mołojcy, a o nas nie zapominajcie — powié nakoniec Koszowy i wychodzi w ślad za nimi z Kurzenia. A gdy wyjdą wszyscy na dwór, Koszowy krzyknie na stróże.
— Warta! kijów.
Stróże biegną i niosą kije oberemkami.
— A! Wielmożny Panie, — zawoła obwiniony.
— Nu kładnij się bratku, my ciebie nauczym jak prawdy strzedz i panów szanować.
— Zlituj się Wielmożny Panie, — zakrzyczy naówczas winny, głosem pod niebiosa.
— Nie, bratku, nie ma zlitowania już, kiedyś taki uparty — Kozacy! na rękach i nogach siadajcie, a kaftan mu na plecy zarzućcie. Stróże, bić go, psiego syna; bić go dobrze kijmi, żeby znał po czomu kiwsz licha. —
A gdy kije gadać z sobą poczną, z jednéj i drugiéj strony, to obwiniony Kozak, milczy już i słucha co mu każą.
— Gdy go dobrze utraktuja, to jest pięćdziesiąt do stu kijów dadzą, naówczas koszowy znowu krzyknie.
— Dosyć!
I stróże, podniosłszy kije na plecy stoją jak żołniérze z bronią na warcie, a Kozacy jeszcze trzymają winnego, siedząc na rękach i nogach, czekając ostatniego sądu. Koszowy pocznie mówić do winnego.
— Posłuchaj bracie, jak ciebie Pałanka osądziła i wiele ukrzywdzony chciał, zapłać mu bez zwłoki, ale tu zaraz w moich oczach.
A ohwiniony zawoła leżąc:
— Słyszę, Wielmożny Panie, słyszę, gotów jestem, spełnię co każecie.
— A co cię nabito, to cierp zdrów, abyś nie bardzo mędrował i nie był uparty, — mówi daléj Koszowy. — Może ci jeszcze dodać kijów.
Naówczas winny ze łzami i łkaniem zakrzyczy:
— O! zlituj się, zlituj się, Wielmożny Panie? będzie i tego ze mnie do śmierci. Nie będę uparty i szanować będę starszyznę.
Nareszcie, gdy się Koszowy uhamuje i przestanie gniewać, każe Kozakom i stróżom swoim co dopełniali rozkazu:
— Nu, dosyć, wstawajcie i Kozaka puszczajcie, a kije na potém schowajcie.
I na tém koniec sądowi i karze na winnego, bez wszelkiego na piśmie śladu, a jeśli winny ma przy sobie pieniądze natychmiast płaci ukrzywdzonemu ile należy. Jeśli nié ma, Koszowy woła Atamana z Kurzenia obwinionego stojącego przy spełnianiu wyroku. — Nu panie Atamanie, przynoś zaraz pieniądze ze swego Kurzenia, zapłać ukrzywdzonemu, a z nim sobie potém porachuj się jak chcesz — masz prawo wyzyskać swoje.
— Ot jakie u nas (dodaje Korż) były sądy i prawa, wedle zaporożskiego zwyczaju i chocby o tysiące, o dziesiątki tysiąców, summy największe chodziło, w tydzień wszystko było skończone, i daléj po sądach już się nie włóczono. Tymże sposobem odsądzano ważne przestępstwa, jako: złodziejstwo, grabież, zabójstwa i inne bezprawia, karę śmierci za sobą wiodące.“
A taka była kara śmierci na występnych, wedle podania Korża:
„Wszyscy Kozacy zaporożcy zwykle należeli do siczowych Kurzeni, w których bywało ich po tysiąc i więcéj, jak wyżéj powiedziano; od nazwiska Kurzenia, naprzykład kaniowski, albo płastunowski, nazywał się Kozak nie tylko ten, który w Kurzeniu na służbie ciągle przebywał, ale i wszelki siedzący na zimowisku, to jest w domu swoim, do tegoż Kurzenia należącym, a zowiącym się od imienia Kurzenia. Kozacy ci po większéj części byli bezżenni, zwali się wyłącznie siromami, a zajmowali się tylko w swobodny czas od służby rybołowstwem i myślistwem; niektórzy zaś byli i żonaci i zajmowali się w swoich zimowiskach rolnictwem, chowem bydła, pszczolnictwem i innemi gospodarskiemi przemysłami. Ci zaś co byli nie żonaci, a mieli swoją własność, także zajmowali się gospodarstwem, mieli zimowiska i czeladź, to jest służących.
Wszyscy zaś Kozacy, żyjący w zimowiskach, bez wyjątku, odbywali służbę do Kurzenia i Siczy należącą, jako: straże, kordony a w czasie wojny szli do bitwy z innymi. Z tych żonatych i mieszkających po zimowiskach, mało było przestępnych, nie żonaci siromy częściéj występki popełniali; to co rybołowstwem albo myśliwstwem zahorują (zapracują) to wszystko pijąc prędko przehulają, a widząc już potém, że nié ma za co pić, a nié ma się zkąd pożywić, zarobek uciekł, grosz przepity, wówczas niechybnie puszczali się na dalszą rozpustę odważnie. Swawola zaś i odwaga, wedle przysłowia: „albo miód popija, albo kajdanami brząka. Gdy siroma dochodził do tego położenia, puszczał się wielkiemi szajkami na zdobycz, zaczynał także rozbijać, grabić. — Oni to rozbijali Czumaków po drogach, grabili kupców na wielkim gościńcu, darli Lachów i Żydów w Polsce, tak, że Lachy porzucali ze strachu domy i osady swoje, a uciekali w lasy do Polski, za Warszawę. Żydzi bez wieści uchodzili, tak się bali tchu zaporożskiego. W tych zaporożskich szajkach, bywał jeden (w każdéj) Watażka, czyli Ataman — Watażków zwali oni jeszcze w swoim języku — Charakternikami“ to jest: czarownikami, że ich żadna ognista broń, ani kula, ani działo, zabić nie mogło; a gdy bywało drą Lachów na wielkich i bogatych drogach, choć oni na ten przypadek przez ostrożność miewali bardzo wielką liczbę wartowników i zbrojnych straży; — to Watażka, tak oczaruje wszystkich na miejscu, że nikt z nich nie usłyszy, nie zobaczy i jednego Kozaka z jego szajki. A wtedy oni biorą co chcą i powracają do Siczy; a potém dzielą się zdobyczą i część Kozakom, część Watażce, a część na Kureń. Z tego to powodu jak widać niektórzy Atamani kurenni pobłażali im; bo nie każdy Watażka, zebrawszy szajkę, chodził tajemnie za zdobyczą — po większéj części szli za wiedzą Kurenia i gdy bywało wybiera się Watażka za zdobyczą, to prosi u Atamana o Kozaków, a Ataman kurenny przykazuje Watażce:
— Nu bracie, patrzajże, abyś mi Kozaka nie sracił którego, bo uchowaj Boże tego, to i do Kurenia nie powracaj. To jest: kradnij a końce schowaj.
Naówczas Watażka ufny w swoje czary odpowiadał Atamanowi.
— Nie ojcze, będą wszyscy cali.
A tak siromy, do takiego stopnia swawoli ze swego „charakterstwa,“ dochodzili, że po rozbojach, grabieżach i zabójstwach, popełniali także jeszcze straszne, nieludzkie okrucieństwa, że niepięknie o nich i mówić, a což dopiéro pisać. Dochodziły skargi i zażalenia na to do Siczy i do stolicy dla czego potém i Sicz atakowana i zniszczona została, a na przestępnych wówczas, jeśli pojmani będą na kradzieży, grabieży, zabójstwie, sąd krótki. Nie wożą się z nimi po Sądach, zaraz wyrok ogłaszają i karzą w Siczy, albo po Pałankach, w miarę przestępstwa. Jednych wieszają na szubienicy, drugich biją kijmi do śmierci, innych sadzają na pal, innych odsyłają na Sybir. Kradzież i grabież, jeśli się po zaskarżeniu odkryją, a winny pojmany, zwrócić musi Kureń, do którego liczy się winny; a jeśli sam majętności nié ma, a od kary nie uwalnia się wedle umowy, ile wart, tyle ukrzywdzonemu opłacają. Zabójstwo karzą śmiercią zbójcy, jakową karę także wyznacza starszyzna. Piérwsza kara szubienica (w nocie dodaje Korż, że jeśli kobiéta wybrała skazanego na męża, mógł być wolnym od kary) — Szubienice stawiane były w różnych miejscach nad wielkiemi drogani, prawie w każdéj Pałance; a winowajcę wierzchem na szkapie podwiózłszy pod szubienicę, na głowę mu zarzuciwszy stryczek, konia uderzą nahajen, koń się wyrwie, a winny zawiśnie. Innych czasem wieszali do góry nogami, innych za żebro żelaznym krukiem, wisi dopóki kości się nie rozsypią, na przykład i postrach drugim — Zdjąć go niewolno nikomu, pod karę śmierci.
Druga kara, ostry pal, czyli słup drewniany, wysokości na sześć łokci i więcéj, a u góry wetknięty żelazny pręt ostry, na dwa łokcie wysoki, na ten pręt nasadzano przestępcow, żeby wyszedł górą aż pół łokcia z tyłu nad głową, a siedzi na palu póty winowajca, aż wyschnie i uwędzi się, a gdy wiatr powionie, to się kręci w kółko gdyby wiatrak, a kości mu chrzęszczą, póki się rozsypią na ziemię.
Trzecia kara kije zaporożskie. Nie wielkie i nie grube bywały, podobne do cepów, któremi zboże młócą; dębowe albo z innego drzewa twardego wyrąbane. Przestępcę wiążą lub przykuwają do słupa w Siczy lub Pałance na rynku, albo na placu, potém postawią koło niego wszelki napój w stągwiach; jako: gorzałkę, miód, piwo, brahę, nakładną kołaczy, a nakoniec przyniosą kilka oberemek kijów i położą je przy słupie, u nóg winowajcy, przymuszają go jeść, pić, wiele wlezie; a gdy się naje i napije, Kozacy poczynają go bić kijmi, tak, że każdy Kozak co mimo przechodzi, wypije gorzałki albo piwa i powinien go uderzyć kijem raz, a uderzywszy (jak komu trafi się, po głowie, po żebrach) tak mu przypowiada: ot tobie suczy synu, żebyś nie kradł i nie rozbijał, myśmy za ciebie z całego Kurenia płacili. A póty siedzi albo leży winowajca przy słupie, aż go na śmierć zabiją. Czwarta kara, zesłanie. A przez te kary i strach jaki wzbudzały, już za Koszowego Kałnysza zupełnie rozboje ustały, swawola się skończyła, co ja, dodaje Korż, doskonale pamiętam. Ale Sicz przez to nie ocalała. A teraz powiémy jeszcze cokolwiek o zaporożskich obyczajach i obrzędach.
„Obyczaje Zaporoża dziwne, postępki mądre a mowy i koncepta dowcipne, po większéj części na szyderstwo kroją.
1. Zaporożcy wszyscy w ogólności głowy golili zostawując tylko samą czuprynę (to jest pęczek nie wielki włosów, zwany chochoł, zkąd i Małorosjanów zwali pospolicie Chochłami) na wierzchu głowy, która gdy odrośnie długo, że na oczy aż spada, zakręcają za ucho. Czasem ją także zwano osełedcem. Brody także wszyscy w ogólności golili, a wąsy zapuszczali, nie podstrzygając ich nigdy, smarowali i podkręcali do góry ku oczom. Gdy zaś któremu długie i wielkie wyrosły, zakręcali je za uszy, co u nich uważało się za wielką wytworność i stanowiło osobliwą kozacką ozdobę i cechę właściwą.
2. Odzież mieli jednakową wszyscy, wedle porządku, to jest jednobarwną, a mianowicie: kaftan, czerkieskę z wylotami, szarawary sajetowe, bóty safjanowe, pas szalowy i kabardynkę krągłą dokoła i w krzyż obłożoną galonem. W pochodach od złéj pory, mieli włosiane, kosmate burki. Wychodząc lub wyjeżdżając na musztrę, na wielkie cerkiewne święta, albo w gościnę, ubiérali się jak kto mógł, niekiedy bardzo bogato, drogo i różnobarwnie, jak kto sobie chciał; co się zwało po zaporożsku — w żupany. Lubili wszyscy stroić się i czwanić. Co znaczą wyloty, sajeta, safjaniki, szalowy pas i kabardynka, o tém objaśnię następnie. Wyloty — nazywały się rozerznięte w dół rękawy, od pachwiny w czerkiesce. Czerkieska była wierzchna suknia uszyta czerkieskim krojem, zamiast płaszcza służąca, z rękawami, krótsza daleko od kaftana, tak, że go zawsze widać było z pod niéj. Rozpory u rękawów były długie więcéj pół łokcia lub nieco mniéj, i jak te rozpory, rękawy po końcach, tak i cała czerkieska z dołu dokoła była obłożona złotym galonem; wyloty potém zarzucały się w tył na grzbiet, a tam spinały się na maleńkie haftki. Sajetą zwało się sukno najcieńsze i najlepsze angielskie. Safjaniki, bóty od wyrazu safjan, po prostu bóty safjanowe, uszyte z najpiękniejszego czerwonego safjanu. Szalowy pas znaczył jedwabny, od słowa szal, co go tylko pany znają. Zaporożska kabardynka znaczyła czapkę: od nogajskiego Kabarka, dziki zwierz, który żyje nad rzekami w wielkich lasach, może żyć zarówno w wodzie i na ziemi, karmi się rakami, płodzi się i ściele gniazda na lądzie pod krzakami lesnych zarośli. Tego zwierza mnóstwo było w wielkim Ługu, za zaporożskich czasów. Teraz go jest trochę, w dole po nad Dnieprem. Kabarka zupełnie podobna na oko do kota, ale daleko większa, dłuższa a nożki jéj krótsze, na końcu płaskowate i połączone pletwami, jak u kaczki, a ogon bardzo długi i puszysty, jak i skóra cała. Barwę mają stare ciemną, podobną do kuny, młode szarą. To zwierzątko zwało się u Zaporożców — Widricha albo Wydra, a skóra jego była w wielkiej cenie, osobliwie na czapki, płacono ją drogo nie tylko w Zaporożu, ale u Lachow i Żydow. Ztąd wprowadzili we zwyczaj Zaporożcy wszelką czapkę choćby ze skóry jakiéjkolwiek, lub prostego sukna była uszyta, nazywać Kabardynką.
3. Zaporożcy Kozacy do drogi, osobliwie w czasie wojny, w podróżach i wycieczkach, rzadko miewali inny przybór, nad konia, na którym siodło drogie z wyszywanemi czaprakami, z całém kozackiém uzbrojeniem. Z przodu przyszyte były dwa kubury, to jest olstry, czyli futerały skórzane na pistolety, a z tyłu w trokach, przywiązana burka i wszelki inny najpotrzebniejszy przyrząd. Zapasy wojenne i oręż wozili na koniach, jako to: ratiszcze (kopją) szablę i cztéry pistolety, dwa w olstrach, a dwa za pasem. Na piersiach zamiast ładunków do koła się obwijał Kozak szerokim patrontaszem, pełnym we dwa lub trzy rzędy zapaśnemi nabojami, z prochem i kulami. Broni palnéj i dział w bitwie, jazda kozacka nie używała, tylko wówczas, gdy płynęli czajkami lub czynili pod nieprzyjacielskie miasta wycieczki; naówczas i konnica łączyła się z żołnierstwem pieszem i majtkami, używając artylerji i rusznic, wszelkiemi sposoby.
4. Spotkawszy się witając jeden drugiego szczególny mieli zwyczaj Zaporożcy, osobliwie w Siczy i na Zimowiskach. Naprzykład, gdy przyjdzie jednemu do głowy, albo się kilku Kozaków zmówi, pojechać do drugiego w gościnę, na Kureń, albo do Zimowiska, albo za jaką pilną potrzebą jadą, albo gdy po drodze wstępują na nocleg, to się witają i pozdrawiają, naprzykład tak: wjechawszy na dwór gospodarski, siedząc jeszcze na koniach, jeden z nich krzyknie głośno:
— Puhu, puhu! puhu! (to jest zdróweś) Trzy razy, ale wciąż nie przerywając; a gospodarz Kurenia albo Zimowiska odzywa się do niego z okna także.
— Puhu, puhu! ale tylko dwa razy. I przybyły gość odpowiada mu.
— Kozak z Łuhu.
Nakoniec gospodarz w oknie krzyknie — wiążcie tam, gdzie i nasze, to jest: postawcie konie u żłobów, a prosim do chaty... Naówczas gospodarska czeladź natychmiast wybiega z Zimowiska albo Kurenia, przyjmuje od gości konie na swoje ręce, prowadzą do stajni, do żłobu i doglądają ich dopóty, póki przybyli Kozacy u gospodarza goszczą. A gdy potém gość lub goście, wejdą do chaty, przeżegnają się przed obrazami, mówią do gospodarza.
— Ataman, towarzystwo, głową wam. I kłaniają się. Naówczas nawzajem gospodarz się pokłoni i odpowié.
— Głową wam, głową wam. Proszę siadajcie Panowie mołojcy.
Potém poczną zapijać miód, wino, gorzałkę i co jest, a herbaty i kawy i pończu u Zaporożców nie bywało, chyba warenucha, a i to u bogatych, zamożnéj starszyzny kozaczéj. Warenuchę gotowali po połowie wódkę z miodem, dodając pieprzu i suszeniny, to jest, różnych owoców; napój ten u Zaporożców był w wielkiém użyciu i smaku, uważano za najlepsze przyjęcie, jeśli w czyim domu, warenuchą częstowano.
Nakoniec pohulawszy, gospodarz z gośćmi, nagadawszy się, jak potrzeba, pięknie, wołał kucharza i przykazywał mu gotować obiad albo wieczerzę dla gości. Kucharz zaś pytał gospodarza.
— Co każecie gotować?
— Gotuj bracie zaciérkę z wodą, naprędce albo z miodową podléwą, bo to postny dzień; gdy się trafią goście we Środę albo w Piątek, albo w post; a w inne dni, mówi:
— Gotuj zaciérkę z mlékiem, albo z masłem. A gdy goście pohulali dzień, lub dni kilka, myslą wracać do domu, dziękują gospodarzowi tak:
— Bóg zapłać ojcze za chléb, za sól, pora nam rozjechać się po Kureniach do domów, prosimy ojcze do nas, kiedy łaska, a bywajcie zdrowi.
A gospodarz im odpowié:
— Bywajcie zdrowi i wybaczcie panowie mołojcy, czém bogaty, tém rady, proszę się nie gniewać. Poczém goście odchodzą z Kurenia, a czeladź gospodarska podaje im konie nakarmione, napojone i osiodłane. A to był zwyczaj u Zaporożców nie tylko względem przyjaciół i znajomych, ale dla wszystkich obcych ludzi, a gościnność wielce szanowali, surowo jéj spełnienia, wedle starych zwyczajów pilnując. Oprócz tego było u nich też we zwyczaju, że każdy Kozak osobliwie z prostych, to jest: tabunszczyk, pastuch i czaban, opasywał się rzemiennym (skórzanym) pasem, a przez plecy zwieszał haman skórzany, ozdobiony różnemi mosiężnemi, srebrnémi i złocistémi błyskotkami, guzami. W tym hamanie było krzesiwo, krzemień i hubka, na zapas od przypadku, około zaś pasa przywiązany był noż i sztuciec nieodmiennie. Nóż do naprawy i utrzymania łyżki, która się uważała za przybor konieczny; a nie Kozak to był, co się wedle tego nie przybrał, mieli go za nieporządnego i niechlujnego pastucha. Bo naprzykład, gdy pastuch albo czaban zechce pójść albo pojechać ze swego kosza do drugiego sąsiednego Kosza, za potrzebą jaką, a przybywszy tam, zastanie pastuchow nad obiadem lub wieczerzą, mówi im:
— Chléb i sól panowie mołojcy. A oni odpowiadają mu:
— Jemy, ale swój, a ty u proga stój.
— Nie, bracia, dawajcie i mnie miejsce, — odpowiada gość, — Wyjmuje zaraz swoją łyżkę z łyżennika i siada z nimi razem; a naówczas miejscowi czabani chwalą przybyłego gościa i mówią:
— Ot Kozak domyślny i sprawny, wieczerzaj bracie, wieczerzaj. I dają mu miejsce i przyjmują po przyjacielsku. A gdy kto tego zwyczaju nie wie, śmieją się z niego i zowią głupcem. Jeśli zaś przybyły pastuch, albo inny jaki gość, nie zastanie obiadu, ani wieczerzy w jakąkolwiek dnia godzinę, natychmiast Ataman Kosza, pozdrowiwszy się z gościem wedle zwyczaju, przykazuje kucharzowi swemu warzyć zacierkę (tetera) mamałygę albo miłaj i nakarmiwszy gościa pyta:
— Za czém przyszedłeś?
A co znaczy Kosz — tetera i miłaj zaraz wam objaśnię.
W czasy zaporożskie, do attakowania Siczy, nie było nigdy zimy wielkiéj i srogiéj, bydło na stepach latem i zimą koczowało, a od trafiających się chłodnych wiatrów i słoty pastusi mieli kosze i kotarhy. Kosz był podobny do szałasu, oszyty do koła pilścią i postawiony na dwóch kołach, aby się z miejsca na miejsce mógł wygodniéj przenosić, gdzie była potrzeba. W nim była kabica do rozpalenia ognia i pastusi w chłodny czas grzeli się i suszyli, gotowali jadło sobie i swoim psom. Teterę (zaciérkę) gotowali oni z żytnéj mąki lub pszennéj, ale wprzód ją rozczyniali, jak ciasto na chléb. Miłaj a mamałyga wszystko jedno, gotowano go z jaglanéj mąki z wodą, był on bez soli, bo go jedli ze słonym sérem, albo bryndzą, gdy nie było postu, czasem piérwszy gotowali z baraniną. Pieką czasem i placki (Korże) z mąki pszennéj, zowiąc je zahrebamy, dla tego, że je w popiele zagrzebywano, póki się upiekły — Kotyha zwał się u nich wielki wóz (arba) wołowy na cztérech kołach, w którym wozili za sobą wszelkie zapasy pastusze, wodę, żywność, drwa, a gdy na jednym tyrle paszą bydło lub owce zjedzą, szukają lepszéj paszy daléj i tak koczują w stepach latem i zimą, jak dzikie Nogajcy lub Kałmuki.
5. Kozacy zaporożcy, a osobliwie z Siczy, dla swobodnego swego zaporożskiego ducha i wesołego humoru, mieli we zwyczaju i skłonni byli do żartu i szyderstwa, tak, że z najmniejszego zdarzenia, postępku, ruchu Kozaka, zaraz wywiodą coś niezdarnego i dają jeden drugiemu przezwiska, to jest dziwne i śmieszne nazwania, imiona, stosownie do wypadku lub postępku. Tak naprzykład, jeśli jaki Kozak przez nieostrożność spalił Kureń albo Zimownik, nazwali go Palejem, jeśli kto gotując jadło, rozkładał ogień nad wodą, zowią go Paliwodą, gdy który chodzi zgarbiwszy się z choroby lub zwyczaju, zowią Garbaczem, gdy który przeciw zwyczaju, nie zaciérkę warzy sobie na pokarm, ale kaszę, zwą go zaraz Kaszką, albo Kaszowarem. A gdy który bardzo małego wzrostu, zowią go Machiną, ogromnego zaś Malutą, skorego i szybko chodzącego, gdy mu się trafi pośliznąć i upaść, przezwą Slizgaczem, powolnego zaś i opieszale chodzącego Czerepachą, chudego z twarzy i nie mocnego — Gnidą, i tym podobnie, z takiego to powodu i mój ojciec, który od dziadów zwał się Żadan, w Siczy przezwany został Taran, od tarana którym olej wybijaja, a chrzestny mój ojciec Kaczałów, od Kaczałki, którą suknie kaczają, wszystko od trafu. Równie też ja Korż, dostałem nazwanie od Korża (placka) takim sposobem, ja z młodych moich lat byłem bardzo rzeźwy i zwinny; raz jadąc z nowych Kodak do Siczy, w towarzystwie mołojców, mimo wielkiéj mogiły zwanéj Czortomelik, nie daleko Siczy, gdzie teraz Pokrowskie, zachciało się nam pociekawić i wleść na mogiłę, na którą wiodła wązka udeptana ścieżka; a gdysmy weszli na nią i popatrzali z niéj tam i sam, zaczęliśmy na dół się znowu spuszczać. Towarzysze moi poszli ścieżką, ja zaś rzuciłem się wprost, a że mogiła była stroma, a na niéj sucha ślizka trawa, ja zaś obuty byłem w ślizkie także postoły, ośliznąwszy się upadłem z samego wierzchu, bokiem, przewracając się aż do dołu, jak Korż, od tego wypadku, towarzysze rozśmiawszy się, nazwali mnie Korżem i przybywszy do Siczy, objaśnili zaraz wszystkim w Kureniu, moje nazwisko — i chrzestnemu memu Kaczałowi, który rzekł:
— To niechże będzie Korz, bo i mnie Kaczałem za Kaczałkę jedną nazwali, a co na to począć, kiedy tu taki już zwyczaj — Cierp chłopcze, będziesz Kozakiem, a z Kozaka Atamanem. Czasem i z żartu człowiek być może.
6. Teraz powiemy nieco, o porządkach i zwyczajach, które panowały w Siczy i po Kurenjach.
Ile było na liczbę Kureni, tom wyżéj powiedział, było ich więcéj czterdziestu, wszystkie pobudowane w Siczy, i to razem, nie tak jak pospolity Kureń czyli szałas pastuszy buduje się po prostu, ale od siekiery, lub z tartego drzewa. Bo w Wielkim Ługu, lasu było dosyć, a nasze izby były tak obszérne, że po sześćset Kozaków i więcéj, mogło się w jeden Kureń zmieścić w czasie obiadu. Kureń budował się jak jadalna, bez przegródek żadnych i ścianek, tak, że wewnątrz jego, w okrag pod ścianami do samych drzwi, stały stoły, a za stołami także do koła ławy, na których siadali Kozacy do obiadu, a piérwsze miejsce atamańskie, było pod obrazami. Ikony (obrazy) bogate były i ozdobne, okna wielkie i czyste, dokoła w każdym kureniu, wisiały środkiem świeczniki piękne (panikadiła? —) pod obrazami lampy, które na wielkie święta zapalano. Piece wielkie, do pieczenia chleba, stały osobno, nie w Kureniu, ale w osobnym budynku. W Kureniu były tylko hruby, to jest piecyki nie wielkie. Kucharze byli także w osobnym oddziale i gotowali różną strawę; ale piérwsze były — zaciérka, (teterja) Kluski (rubcy), gałuszki i ryba (na stiabło?) swinia głowa do chrzanu, niekiedy i łokszyn na odmianę i t. d. czego używano najpospoliciéj, wedle starego zwyczaju w Zaporożu. Potém, gdy jadło się zgotowało i czas było obiadować, wysypują lub wylewają kucharze w drewniane misy i stawią na stół wszędzie, a za stoły rzędem około mis, przydają różne napoje, gorzałkę, miód, piwo, breczkę w wielkich konwiach, także drewnianych, na nich wieszają czerpaki takież (drewniane), które się po kozacku zwały Michajliki, bo w Siczy kieliszkow i szklanek nie używano. A gdy Kozacy nadejdą z Atamanem do stołu, pomodliwszy się, siada Ataman na piérwszém miejscu w końcu stołu, pod obrazami, potém Kozacy także rzędem dokoła stołów, poczynają jeść; a gdy kucharze podają rybę, to zawsze wedle zwyczaju kładną głowy rybie przed Atamanem. Był to zwyczaj jednaki we wszystkich Kureniach — Po obiedzie modlą się znowu, kłaniają Atamanowi i jeden drugiemu, dziękują kucharzowi — Bóg zapłać bracie, żeś Kozaków nakarmił. Nakoniec Alaman wychodząc z za stołu, kładnie grosz na stół, równie i inni po groszu lub więcéj rzucają i rozchodzą się gdzie któremu trzeba — Pieniądze te zabiera kucharz i kupuje za nie na rynku co potrzeba do kuchni. Jeść gotowali w Siczy, po Kureniach, codzień razy trzy, nie w garnkach, ale w kotłach wielkich miedzianyh lub żelaznych, na kabicy (to jest ognisku) nie w piecu.
7. Siczowi Kozacy zajmowali się wedle zwyczaju i myslistwem i rybołowstwem bo w Wielkim Ługu, w gęstych lasach i nieprzybytych trzcinach około jeziora i limanów, było wielkie mnóstwo dzikiego zwierza, jako to — Jeleni, koz, swiń i lisów, a w stepach także mnóstwo wilków, zajęcy i bobaków; a za kupnem tych skór, przyjeżdzali bywało do Siczy, różni kupcy z Małorossji, z Polski, na jarmarki — Takže i rybołowstwo było u nich wielkie na Dnieprze, na jeziorach i limanach, osobliwie na Teligule, na kimburskiéj kosie, koło Limanu i na Tendrze, takie mnóstwo, że nie tylko Ukraina zaporożska tém się bogaciła, ale i Polska cała i Hetmańszczyzna i inni okoliczni mieszkańcy mieli rybę z zaporożskiego rybołowstwa.
8. Nakoniec, trzeba jeszcze objaśnić i o tém, że Zaporożcy mieli i piękne zwyczaje nabożne, tyczące się Chrześcijańskiego obrządku i poczciwości, między Kozactwem było wielu nabożnych, lubiących przystojność i bogactwo w Cerkwi; osobliwie starzy, co dzień w dzień uczęszczali na wszelkie Nabożeństwo, ozdabiali cerkiewne Ikony, sprawiali bogate chorągwie i krzyże, bogacili skarbce drogiemi kamieniami i wspaniałemi wyrobami, tak, że w całéj Rusi, ledwie gdzie był skarbiec bogatszy od zaporożskich i dostatek cerkiewny większy, a to z przyczyny, że w większej części Kozacy, byli ludzie bezżenni, a bogaci tysiącami, mający wielkie trzody w zimownikach, a po śmierci ich cała majętność, często przekazywana bywała na Cerkiew siczową i Monastér, który był także w Siczy nad samą rzeczką Podpolną. W tym Monastérze był zawsze jeden starszy i dwunastu Zakonników, w liczbie których znajdowali się Jeromonachy i Jerodyakonowie, wedle tamtejszego zwyczaju; a w Cerkwi tak siczowéj jak monasterskiéj, codziennie odprawiało się siedmiorakie nabożeństwo (сѣдмичное алуженіе) i ci Zakonnicy ze starszym, na przypadek smierci którego z nich, albo przemiany, poświęcani byli w kijowskiéj Ławrze. Rzadko jednak wysyłali się ztamtąd do Siczy, oprócz starszego, bo częściéj za dozwoleniem Koszowego albo starszyzny, sam Starszy (przełożony Monastéru) z zaporożskich Kozaków postrzygał na Mnichów. Także i swieccy xięża na Pałankach i innych miasteczkach, gdzie były Cerkwie, wyświęcali się z Zaporożców. Bo między nimi byli i pismienni i pięknego głosu, jak rzadko w Ławrach i po stolicach znaleść podobnych; z téj przyczyny, że w Siczy, było wszelkiej wszelakości dostatek.
Nie tylko z popowiczów, którzy uczyli się wszystkiego wedle porządku, ale i z pańskiego rodu wyuczone dzieci, dorosłszy, przypadkowie (osobliwie gdy się trafiłoco przekroczyć,) ze wstydu i strachu kary; uciekali do Siczy.
Teraz wrócim do Monastéru zaporożskiego. Zwał on się także Grodkiem albo Twierdzą, bo w nim było wiele budowli zaporożskich panów (gdzie Koszowy mieszkał) a na przypadek napadu nieprzyjacielskiego, wystawiony był jak forteczka i dokoła obwarowany działami, na wysokim wale ustawionemi; oprócz tego grodek ten otaczała prawie zewsząd rzeczka Podpolna, tak, że z jednéj tylko strony, suchą nogą był wjazd w ogromną basztę, w któréj ciagle Kozacy straż trzymali. Cerkiew monastérska i siczowa były drewniane i powierzchownie nie pokaźne. Obie nie ogrodzone i niczém nie opasane. Przy siczowéj Cerkwi, była wielka i wysoka dzwonnica, ale osobno i oddzielnie od Cerkwi, ze czterema wielkiemi oknami, w kilórych stały armaty, dla obrony od napaści, a równie i cerkiewnych obrzędów. Z tych dział w wielkie Święta jako Wielkanoc, na Trzy Króle (Bohojawlenie) i w Święta cerkiewne, strzelano. W te dni uroczystych Świąt osobliwszy był widok cerkiewnych obrzędów, a obyczajów i zwyczajów kozackich. Naprzykład powiem:
Na dzień Trzech Króli (Bohojawlenie) wszyscy Kozacy siczowi, ze wszystkich Kureni bez wyjątku, z zimowników i folwarków, gdzie który był, zbiérali się na musztrę i szli do Cerkwi ubrani, uzbrojeni zupełnie, z całą strzelbą wojenną na Jordan piechota i konnica każdego kurenia, coraz inne i ozdobne znamiona wiozą na pięknie i dziwnie strojnych koniach. Całe wojsko ubrane w najlepsze i najbogatsze suknie. A gdy się zjadą do Cerkwi, to taka ich mnogość, że zalegną nie tylko dokoła Cerkwi całą przestrzeń, ale i cały siczowy rynek bardzo obszerny. A całe wojsko stoi, konni i piechota rzędami, z gołą głową, aż się skończy Liturgja, po skończeniu jéj, wychodzi duchowieństwo z Cerkwi, przełożony naprzód z krzyżem, za nim Jeromonachy parami, niosą Ewangelje i Ikony, w błyszczących pięknych strojach, idą święcić wodę, za nimi zaporożskie wojsko z chorągwiami i działami, postępuje rzędem. Doszedłszy do rzeki stają porządnie jak piérwéj. Potém, gdy się skończy święcenie wody, a starszy pocznie wedle zwyczaju zanurzać Krzyż w wodę, z dział i małych rusznic palą Kozacy razem, tak silnie i głośno, że się ziemia trzęsie i pokrywają się wszyscy dymem jak mgłą, że jeden drugiego nie widzi. Ale po chwili rozejdzie się dym z wiatrem, a puszkarze czekają trzykrotnego zanurzenia Krzyża i po skończeniu obrzędu zaczynają palić co wlezie z dział; a potém tłum cały rozchodzi się, każdy do siebie i tak się wszystko kończy”. —
Nie możemy tu więcej robić z Korża wyjątków, ale to, cośmy wyżéj przywiedli, okaże łatwo, jaką przysługę uczynił przewielebny Arcy-Biskup Gabryel, wydaniem tak zajmujących pamiętników kozaczych, najlepiéj może, bo po prostu a żywo i dobitnie malujących Kozaczyznę. Jest to w Literaturze, podobno jedyny pomnik tego rodzaju, z całą prostotą i szczerotą, z całą, że tak powiem rubasznością kozaczą, malujący stare Zaporoże, owe dziwne zjawisko, którego początek nigdy dostatecznie wytłumaczony być nie może, i pomimo tysiąca przypuszczeń, pozostanie jedną z historycznych zagadek. To pewna że pierwsze zjawienie się Kozactwa w XVI wieku, już musiało być poprzedzone wypadkami, o których tylko z następstw hypotetycznie sądzie można.
Tegoż dnia udałem się dla obejrzenia pałacu Hrabiego Worońcowa, ale na nieszczęście, wśród bardzo miłego towarzystwa, jakie się na ten ogląd zebrało, trafiła nam się jedna pani, zbyt dla nas rozumna i zbyt wielka znawczyni wszystkiego. To, całą nam wyprawę popsuło. Była to jedna z tych postaci w naszym kraju bardzo pospolitych, które spotykamy wlokące za sobą nudy, wzgardliwie patrzące na wszystko i uśmiéchające się z litością na to: co u nas widzą. Kilka podróży za granicę, ubrało naszą panią w tę aureolę złocistą wyższości, którą nam biedakom, przyświécać chciała. Była w Londynie, była w Paryżu, siedziała długo w Wenecji i Florencji, i jakże podobna, aby potém znalazła u nas cokolwiek godnego siebie i zepsutego wytwornemi pokarmy, podniebienia? Mogłaż inaczéj wszystko, jak z pogardliwém wejrzeniem i usmiéchem znawcy przyjmować? Z minką pewną siebie, zarozumiałą i szyderską spoglądała do koła zimno, a chcąc się popisać sama i dać popisać równie nieznośnéj i równie uczonéj córeczce, wzięła na się od początku rolę szydzącego Cicerone.
Z wysokości owéj wzgardy, rzucała nam, tłumowi, drogie objaśnienia, bez których bylibyśmy się wybornie obeszli — darzyła nas swemi cielęcemi uwagami, przyprawnemi usmiéchem złośliwym, postrzeżeniami artystycznemi — niestety, — jakiemi! Zdało się jéj, że była obowiązana do artystycznych wiadomości i znawstwa, tak długi czas przebywszy we Florencji — i coż nam na mocy lego wygadywała! Niestety! musieliśmy z pokorą słuchać Damy, któréj się zdało, że dziwnéj mądrości, erudycji i wiadomości, dawała dowody. Boże broń wszystkich oglądających cokolwiek bądź, od towarzystwa Kobiét, co były we Florencji, Londynie i Paryżu i mają sobie za obowiązek znać się na wszystkim i bredzić o wszystkiém, co zobaczą.
Na dziedzińcu worońcowskiego pałacu, który stoi jedną stroną ku morzu obrócony, z widokiem na daleki Euxyn i oba porty; — są dwa małe działa ze zdobytych przez Hrabiego w Warnie, darowane mu, przez Najjaśniejszego Pana. Wchodzi się przez sień piękną, ale skromną, do billardowego naprzód (jeśli dobrze pamiętam) pokoju, ozdobionego obrazami. Tu nasza wielce uczona przewodniczka, poznała od razu, plac Ś. Marka w Wenecji i wraz z niemiłosiernie paplającą córką, poczęły nam biédnym palcami pokazywać jakiś dom, w którym mieszkały i sławne piombi. To rozumne tłumaczenie rzeczy, tłumaczenia nie potrzebujących; popsuło mi wszystko. Byłbym zapłacił gdyby się pozbyć można było naszéj mądréj turystki, trzy po trzy ze wzgardą plotącéj, cokolwiek wedle jéj przekonania, podnieść ją i wielkie o niéj wyobrażenie nam, tłumowi, dać miało.
Oprócz dwóch widoków Wenecji, które tłumacząc popsuła nam, a które są wcale ładne, jest w tym pokoju wielki portret en pied Króla szwedzkiego, darowany Hrabiemu Worońcowi przez niego samego na pamiątkę. Na drugiéj scianie nie wielki obrazek wyobrażający okręt z połamanemi maszty, wśród ciemnego nieba, przewrócony na boki, zalany falą spienioną, podpis pod nim przypomina, że na tym statku dnia czwartego Października 1828 r., Cesarz J. M. z Hrabią Worońcowem znajdował się w wielkiém niebezpieczeństwie. Okręt nazywał się Marja. Są tu i inne jeszcze obrazy, powiększéj części dość piękne — Portret Pitta. W następnym pokoju ozdobionym czterema portretami: Piotra W. Katarzyny II, Alexandra I. i Panującego nam Najjaśniejszego Pana; — na podstawie z czarnego marmuru z bronzami, stoi wybornéj roboty (przez Lebure) naczynie srébrne złociste (vermeill), kształtu starożytnéj wazy, ofiarowane na znak wdzięczności Hrabiemu Worońcowi przez wojsko, którém dowodził w czasie zajęcia Francji. W wielkim recepcjonalnym salonie, który przepyszne drzwi z taflami, naśladującemi lapis lazuli i bronzami, przeniesione tu z michajłowskiego Dworca — zdobią; znajduje się (jedna z najpiękniejszych ozdób) komin wielce szacowny z mozaiki en pierres fines; także z michajłowskiego. Dworca, którego cenę pokazujący pałac, posuwają niezmiernie wysoko. Na tle ciemném, wypukło wychodzą ptaki, kwiaty i owoce, pięknie bardzo i szczęśliwie wyrobione. Nasza uczona pani, która była w ojczyznie mozaiki, dowodziła z doskonałem lekceważeniem, że komin ten nie wart więcéj nad kilkadziesiąt dukatów — Smiech mnie porywał i złość razem. Po coż tu ona przyszła??
W Salonie tym są obrazy niektóre bardzo ładne. Nasza pani-cicerone, zwróciła uwagę ukochanéj córki na portret Rembrandta, (w istocie bardzo piękny) mnie zastanowiły maleńka Madonna ze spiącem dziecięciem Jezus, męczeństwo jakichś dwóch mnichów, dziwnego kolorytu i kilka innych.
Przechodziliśmy potém szereg zawsze smakownie i wytwornie przybranych salonów i bibliotekę, z któréj wyjście do gabinetu w oranżerji już znajdującego się.
Była to piérwsza biblioteka (a tu ich jesli się nie mylę, trzy naliczyłem podobno) bo przy każdym apartamencie oddzielnym jest inna, znać że dostojny właściciel lubi mieć xięgi pod ręką. W biblioteczce téj fortepjanik i piękne bardzo w pośrodku na podstawie wysokiej z bronzami, naczynie porfirowe, dar Króla JMci szwedzkiego, dla Hrabinéj. Oranżerja, otoczona dokoła, galerją bieżącą, w górze, na któréj w kilku miéjscach są altany do spoczynku i siedzenia różne; jest jednym z najpiękniejszych w pałacu lokalów. Na dół między drzewa wiodą wschody, a w górę po galerji przechadzając się, można się poić wonią kwiatów, patrzać na nie i razem na morze.
Jak tu musi być pięknie wieczorem, gdy galerja oświecona, a xiężyc nad morzem. Na jednym końcu galerji w murze są czarne kamienie z napisami złotemi, przywiezione ze zdobytéj Warny — i meble podobno z Hiszpanji — Różne marmurowe i kamienne ozdoby, wyrabiane w kopalnach krymskich Hrabiego, jeśli się nie mylę, w Symforopolu. — Galerja bieżąca po nad oranżerją, ozdobiona jest pnącemi się bluszczami i kwiatami.
We wspaniałym apartamencie Hrabinéj, wychodzącym także na oranżerją, mnóstwo naczyń chińskich i japońskich, stare przepyszne meble z medaljonami porcelanowemi i bronzami. Nasza przewodniczka zapewniała z usmiéchem, że to są imitacje tylko starych mebli! Dwa wielkie okna w części kolorowe, zawierają w sobie staroswieckie cztéry szyby, jedna z nich z dalą 1584 r. (nie pamiętam dokładnie) ma na sobie Zgorzelca brandeburskiego. I tu i w pokojach już przebieżonych przez nas, spotykaliśmy gęsto, kosztowne i piękne chińskie naczynia. Na dwóch wielkich wazach podobnych widziałem dorobione herby orleańskie, musiały być nabyte we Francji, z sukcessji po sławnych Egalité, wielkość ich zastanawiająca, chociaż w Odessie zacząwszy od Bursy w wielu miejscach znajdziesz te drogie osobliwości.
Apartament, w którym Hrabia pracuje, poprzedzony biblioteką, z gabinetem przytykającym do niego i zawierającym portrety różnych osob z familji, jest niezmiernie zastanawiający. Widok z tych pokojów na zawsze piękne morze. W gabinecie Hrabiego ogromny stół zajmuje środek dokoła różne pamiątki. Xiążki, biuściki; ale najpierwéj uderzają dwa czy trzy wizerunki Wellingtona, z których jeden bronz bardzo ładny: zdobi komin. Wzięła z niego assumpt młoda córka naszéj uczonéj pani, do wyrecytowania naiwnego jak lekcji, całéj anegdoty, o posągu Wellingtona w Londynie.
Czułem na widok tego pokoju, prawdziwe wzruszenie, które mi psuło, nieznośne szczebiotanie turystek, pokój ten człowieka tak znakomitego jak H. Worońcowa, tak powszechnie uwielbianego i ukochanego, przejmował mnie przywodząc na myśl, tyle dobrych, tyle szlachetnych uczynków przytomnego tu jeszcze duchem Hrabiego. Chciałem dójść z pozostałych tu sprzętów i odgadnąć tajemnicę téj tak pełnéj, pięknéj exystencji, którą otaczają błogosławieństwem całego miasta, całego kraju; która znaczy lata swoje dobrodziejstwy cichemi, użytecznemi przedsięwzięciami i pozyskaniem serc coraz większéj liczby; — serc wszystkich, co mają szczęście ku niéj się przybliżyć.
Jakżem żałował, że Hrabia był w podróży i żem go choć zdaleka zobaczyć nie mógł. Kilka razy spotkałem tu jego szlachetne rysy, w portrecie przez sławnego Lawrence malowanym i kopjach z niego, ale to co mogłoby wystarczyć prostéj ciekawości, nie wystarczało prawdziwéj czci i uwielbieniu. Tak znakomitego męża, o którym jeden jest tylko głos czci, uwielbień i pochwał nic dość było widzieć martwy tylko wizerunek.
Obok gabinetu pracy, jest, jakem powiedział z jednéj strony biblioteczka, z drugiéj pokoik pełen portretów ukochanych osob. W tym gabinecie ogromny teleskop do poglądania na morze. Uważałem tu między rysunkami, z których każdy musi być wspomnieniem, mały jeden portrecik z napisem.

Хочу жить
Чтобы басъ любить,
„Chcę żyć, aby was kochać“

Portrecik len wyobraża dziécię.
W pokoju pracy Hrabiego, stał jeszcze postument, na którym zwykle stoi w czasie bytności gospodarza portret ulubionego mu X. Wellingtona; świadek tylu pięknych czynności, tylu dobrych uczynków, tylu urządzeń rozumnych. Widok na z tych okien przecudny.
W apartamencie dzieci, na górze, bardzo skromnie urządzonym a miłym, jest portret Hrabiego gdy był młodym, w szafirowéj sukni z xiążką w ręku. Uderza on wyrazem łagodności i dobroci, któréj całe życie poźniejsze tyle dało dowodów. Tu w podłodze jest inkrustowany kompas, przypominający młodym, jak prędko czas leci. W pokoju sypialnym Hrabiostwa są biusty familijne. Środek jego przedziela firanka; w stronie Hrabinéj jest klęcznik i za zasłoną stary familijny bogaty Ikon na kilka kompartymentów podzielony, w złocistych ramach.
Tu (i na dole) jest kilka widoków, cudnéj piękności pałacu i ogrodu w Ałupce. Pałac to morskim smakiem przepyszny. Widoki tej krymskiej rezydencji Hrabiego, w czarującem położeniu, sztuką ozdobionéj i z kosztem wielkim wzniesionéj, wydane są sztychowane za granicą i litografowane w Odessie przez P. Bassoli. Jakże mi żal było, żem nie mógł do Krymu dojechać.
Naczynia marmurowe których tu pełno, są po większéj części w Krymie także robione, fabryki symforopolskiej. W ogólności pałac Hrabiego Worońcowa łączy w sobie wielką wspaniałość i przepych dobrego tonu z wygodą, angielskim Comfortem i wdziękiem. Znać tu wielkiego pana i człowieka piérwszych towarzystw, co ma szlachetne upodobanie w Sztukach, Literaturze; co lubi wszędzie gdzie oko jego ma spocząć, trafić na coś pięknego lub wiążącego się ze wspomnieniem. Portrety familijne dowodzą uczucia przywiązania do rodziny — dzieła sztuki i biblioteka, świadczą o ludziach pojmujących życie ze strony, z jakiéj je widzi umysłowie wykształcony swiat. Ale jakże mam sądzić o pałacu, który widziałem pustym, smutnym; okrytym nadzianemi wszędzie zasłonami — i bez życia? Wcale on inny w czasie pobytu gospodarza, wydawać się musi — Człowiek, co taką miłością ku sobie i taką czcią potrafił natchnąć wszystkich co go otaczają, o którym jeden jest tylko głos uwielbienia u wyższych i najniższych, którego znają i kochają wszyscy w Odessie; — pojmujecie jak ożywiać musi swojém obliczem pogodném, łagodném, spokojném, usmiechającém się, to miejsce dziś podwójnie puste, gdy go tu nié ma.
Zeszliśmy przez oranżerją w ogródek, ale jak wszędzie prawie w Odessie, pył pojadł kwiatki, słońce je popaliło, nie były swiéże jak nasze, zielone jak nasze i drzewka co je ocieniały, miały tę fizjonomję miejskim drzewom właściwą, smutną, mizerną, i chorą. Żal mi zawsze drzew, którym rosnąć każą w mieście, patrząc na nie widzisz, jak im tu niewygodnie i ciężko żyć.
Nasza przenudna pani, ciągle jeszcze szczebiotała wzgardliwie aż do wyjścia, ona mi tak popsuła odwiedziny pałacu Worońcowa, że postanowiłem odwiedzić go raz drugi, aby swobodniéj i bez tego szatańskiego a głupiego negacyjnego uśmiéchu, przejrzeć na nowo wszystko, co tu jest godném widzenia.
Po co nasi panowie, nasze panie jeżdżą za granicę? żeby powrócić do kraju nie lepszemi i milszemi, ale wzgardliwemi, smiésznemi tylko. Jadą tam udawać Hrabiów i magnatów, powracają małpować rozumnych i uczonych dla tego, że widzieli Muzeum florentskie, i gawronili na arcydzieła, których nie starali się ani pojąć, ani potrafili uczuć. Ta pani, nigdy, jak słyszałem, nie chodzi na Operę w Odessie, dla tego, żeby się nie skompromitować i nie dać zapomnieć, że słyszała ją w Neapolu i Medjolanie, że słyszała w Paryżu — Tamburini, Rubini i Garcia. Biédna pani —! Całe życie pluje i nudzi się dla tego, że raz w życiu wyrwała się daléj od drugich i widziała więcéj, niż pojąć i ocenić mogła.
Mieliśmy i druga towarzyszkę, co także znała Włochy i arcydzieła i mieszkała długo za granicą — ta jednak szczérze wyznawała co jéj się podobało i nie szukała chluby z mniemanego znawstwa — Ta druga była prawdziwie dobrze wychowaną, gdy piérwsza — ale dajmy już jéj pokój. Mamy jéj bardzo dosyć.
W ogrodzie pałacowym nad morzem, wznosi się w półkrag kolumnada otwarta, do któréj wchodzi się po stopniach, nieco wzniesionych. Tu Cesarzowa Pani w czasie swego pobytu w Odessie, kilka razy przepędziła wieczór i piła herbatę. Widok ztąd piękny na oba porty, kwarantannę, Bursę i dalekie morze. Wyszedłszy z pałacu Worońcowa przechadzałem się po nad morzem na bulwarze. Wieczor był zachwycający. Całe niebo okryte dziwnie barwnemi obłoki — w oddaleniu siniawe chmury, bliżéj zachodu nad Peresypem złociste, jasne, zachodzące słońce, rzucało blaski jaskrawe na morze. Swieciły fale, złociły się maszty okrętów i jasno malowany na ciemném niebie — Bulwar, bursa, budowy wszystkie na tle granatowém chmur, oświecone silnie, pałały czarodziejsko. Nad portem i kwarantanną, nad morzem rozwita ogromna wstęga tęczowa po chmurnych niebiosach, odbijała cudownie. Widoku tego nigdy nie zapomnę — Odmalować go nie podobna, opowiedzieć, mniéj jeszcze, ale może z was komu trafiło się patrzeć oczyma uczucia, na obraz podobny, a zapamięta go na zawsze. Ile tu barw na ziemi i niebie, ile zmian w tych barwach, jak wspaniałe stało sobie łożysko zachodzące i żegnające nas słońce!
Wtém poczęły umiérać jasne, złociste swiatła gmachów i okrętowych masztów, wszystko ciemniało, promień się jeszcze ostatni przesuwał po morza powierzchni, złocąc fale nieco wzniesione. Na wschodo-południu ciemniało, na zachodzie czerwienić poczęło, i wystrzał armatny z brandwachty zamknął majestatycznie ten czarujący widok oznajmując, że słońce już się nie ukaże, że zaszło nie za chmurę, ale za widnokrąg naszéj, wiecznie kręcącéj się ziemi.
Zwyczaj ten strzelania z brandwachty o wschodzie, zachodzie i południu, będąc w czasie pięknych dni jakby powitaniem i pożegnaniem słońca; ma w sobie coś poetycznego. Ale nie mylmy się — cel tych wystrzałów, należy do najczystszéj prozaicznéj potrzeby porządku. One oznajmują otwarcie i zamknięcie portu, otwarcie i zamknienie do wyjazdu, rogatek tamożennych. Co się tyczy południa, wystrzał ten reguluje służbę na okrętach w porcie stojących, w których wedle zwyczaju, wszystko jest wyrachowane co do godziny i minuty.




XVII.
16 Lipca. Morze — Fizjonomja Ulic Odessy, i t. d.
16. Lipca.


Siódmą już kąpiel brałem w morzu, zawsze mi po nich dosyć słabo. Morze było czyste, spokojne, piękne, a zimne, jak prawie wszystko co jest bardzo a bardzo piękném, naprzykład — kobiéty. Na dnie morza, widać było piasek biały, zieleniejący nieco w oczach od koloru wody i całe smętarze połamanych drobnych różnofarbnych muszelek; tego biédnego ludu morza, który wody wyrzucają na ląd, na zabawę starym i dzieciom. W pośród nich, na dnie po białawym piasku, rozścielały się dziwnych kształtów — algi. Widziałem jedną u nóg moich, była to zupełnie rozczochrana rudawo-brunalna broda morskiego olbrzyma, leżąca na piasku, i lekko poruszana nicznaczném kołysaniem wody, pokręcone w długie rozwite nieporządnie warkocze. Wiatr napędzał od morza innych dni, te dziwne niemniéj polypy tak poetycznie zwane serca morskie, białe, przezroczyste jak galareta a jednak ruchami swémi, jakby konwulsyjnemi zdradzające iskrę organicznego życia. O! przyrodzenie, ogromna xięga tajemnic pełna! gdzież nié ma życia? Drga ono w akacji nad brzegiem morza rosnącéj, w polypie i morzu samém i we mnie, a ten polyp co się razem z morzem porusza na fali jego, co się z niém jednoczy, co część jego niejako składa; wybornie nazwany sercem morskiém — jaki stopień na wielkich wschodach i w stopniowaniu istot zajmuje? — Przedostatni? — Ostatni? W morzu samém ile to tajemnic, ile żyjątek? Cały świat, wszystkie królestwa, wszystkie klassy organizacji odrębnych stopniowanych, począwszy od wieloryba do muszelki, koralu, polypa i ostrygi.

Człowiek co czas jakiś przemieszkał nad morzem, co przywykł na nie patrzeć codzień, wieczorem z rana — i podziwiać się jego fizjonomji pełnéj charakteru, zawsze jednéj a codzień odmiennéj, może gdy go nie ujrzy zatęsknić za niém; może mu go zabraknąć, jak braknie nagle przyjaciela, któremu się codzień dłoń ściskało.
Postać ulic Odessy, odkrywa, że tak powiem (używając terminu dziś wielce używanego i stosownego wszędzie) fizyologię miasta. Wszystkich tu narodów próbki zobaczysz, począwszy od brudnego Turka, aż do Włocha z długim, czarnym włosem, do Greka w krymce ponsowéj, do Karaima w tatarskim swym stroju przechadzającego się po ulicy i do Europejczyka, któremu skroił sukienki wedle wzoru od Humana z Paryža. — P. Lenclé lub Tembuté, najmodniejsi krawcy w Odessie; na mocy mody, pozwalający sobie pół roku robić frak, który doszedłszy właściciela znajduje się ciasny i przestarzałym krojem.
Tam widzisz Rusina z długą brodą ciemną i w szarafanie przedpiotrowych czasów z przyciętémi włosami, daléj Greka Albańczyka w spodniczce białéj, granatowéj kurtce z wylotami, czarnych pończochach i trzewikach, pąsowéj czapeczce z ogromnym sinym na ramię spadającym kutasem jedwabnym; — to znów Turka oszarpanego w brudnym zawoju, gawroniącego na kobiéty po ulicach, to karaimki w tureckich szarawarach, spencerach, pasach, czapeczkach i dziewczęta z włosami posplatanémi w drobne koski wyglądające z pod czapeczki, (u zamężnych przykryte); — to znów Żydówki i Żydów w pół tylko przestrojonych po europejsku, w jarmułkach jednak i czółkach zmodyfikowanych tylko na jakiś stroik nie rażący excentrycznością — to Bulgarki w czarnych spodnicach, granatowych switach, — to Niemców w kurtkach, trzewikach i kapeluszach, z porcellanowémi fajkami.
Wszystko to kręci się, chodzi, mięsza, nic się sobie nie dziwując, nie śmiejąc z siebie i przyjmując się wzajemnie za konieczność. Jednakże tak jest śmieszna przewaga, tak zwanego europejskiego stroju, że codzień nikną przed nim, zawojowane, narodowe ubiory. Widziałem wielu Greków, którzy woleli z tandety wzięte surduty i fraki, niż swój malowniczy strój własny; których już tylko czerwona z kutasem czapka odznaczała; kobiéty, które Greczynkami tylko pozostały zawojem nieforemnie zlepionym z chustki muślinowéj, na głowie. Szkoda, prawdziwie szkoda, że nasz niepojęcie prozaiczny strój tak się wszystkim, niezmiernie pożądanym i naśladowania godnym zdaje. Za lat pięćdziesiąt, sto, znikną narodowe stroje; a mówcie co chcecie, z niémi wiele narodowości cech, niewidzialną nicią do nich przywiązanych. Szkoda narodowych ubiorów, bo ten co je zastępuje, tak sucho i pospolicie brzydki. — W Odessie jednak długo jeszcze zapewne, pozostanie ta rozmaitość ubiorów, co ją od innych miast naszych odróżniać będzie.
Ogniskiem ruchu w Odessie, jest mianowicie kilka ulic — Bulwar naprzód, plac około Bursy w pewne pory dnia i tygodnia, potém nadewszystko ulica Richelieu, włoska de Ribas — Bazary: grecki, stary i t. d. Między Teatrem a ulicą Richelieu począwszy; zjawia się największy ruch i życie przed magazynami najpiękniejszemi, wzdłuż ulicy Richelieu ciągnącémi się i wabiącémi tu przybyłych i miejscowych nieustannie. Tegoż rodzaju ruch panuje, w tak zwanym Palais-Royal. Jest to po za Teatrem zaraz zabudowany w czworogran pięknie, kwadrat sklepów rozmaitych, rodzaj wytwornego Bazaru, około którego przejście wyściełają asfaltowe chodniki, oświecają lampy, a środek zajmuje ogródek z kwiatów i młodych jeszcze drzewek. Gdzie się przecina ulica Richelieu i poczyna pod nawieszonémi namioty tak zwany grecki Bazar, panuje ruch inny, około straganow i sklepow korzennych, inny znowu, gdzie się kupują zapasy kuchenne, i t. p. Koło magazynów, Kawiarni, Casino, Hotelu, Autone’a Palais-Royal, Teatru, ruch ten na pozor najwytworniejszy. Tu kobiéty, tu młodzież, tu lepsze towarzystwo, biegnące zabawić się po dziecinnemu w magazynach, świecących szkłami, bronzami, porcellaną, cackami dla młodych, cackami dla starych. W tym rzędzie są i Automne (piérwszy Kucharz Odessy un Caréme au petit pied, ale niewyśmienitą wcale częstujący strawą) i Sauron Księgarnia, także dość mało zaopatrzona w nowości i Vede, Roubaud, Stieffel inni galanteryjnicy, składy sukien, materji i wszelkich wyrobów, i pani Guerin, zapowiadająca po drodze, daléj mieszkającą Pani Tomasini, wyrocznię mody tutejszą (Mlle Aubert) — która jako wyrocznia, dość jest droga, dość opieszale zaspokajająca swoich klientów i dość wzgardliwie ich traktująca, gdy tysiącami rubli nic sypią. Jest to wada wszystkich w Odessie krawców i modniarek, co wiele mając roboty, o nią bardzo dbają. Kawałek ten ulicy, przed Casino, przed kawiarnią Stefana, ciągle zajęty powozami, nieustannie huczy, grzmi, szumi i żyje, ale natomiast co daléj już, to ciszéj a ciszéj, aż do miejsc, gdzie zupełnie pusto i głucho, jak na wsi. Bo wszystkiego dostaniesz w Odessie, ruchu, wrzawy, ciszy i spokoju — co chcesz.
Jedną z właściwości Odessy (jeśli to właściwością nazwać można) są rozsypane po rogach ulic i dość gęsto także po ulicach samych, co kilka kroków szynczki, tutaj nazwane wedle jednostającego wyrażenia szyldów — Cantina con diversi vini (napisy najczęściéj tu włoskie, tak i po rogach ulic, znajdziesz Strada Richelieu, Via etc.) Szynczki te winne, na rozmaite są stopy i skale. Wchodzi się do nich w głąb po schodkach, mniéj więcéj czystych i stromych. Widok wnętrza sklepionego lochu, zachwyciłby Hoffmana, godnie mogąc służyć za tło do nie jednéj jego powieści, poczynajacéj się od wazy pończu lub butelki wina. Piwnice te nizko zaokrąglone, dokoła otaczają ogromne pipy, oxefly, beczki, beczułki z winem, romem, wódką, poustawiane pod ścianami.
Cava (czy Cantina) dzieli się na dwie lub trzy izby, wszędzie umeblowane jednostajnie beczkami, do których co chwilę przybiegają chłopcy ze szklankami na tacach, podstawują, i napełniają, odszrubowawszy kran.
W piérwszej izbie główna ściana za komtuarem otoczonym balaskami, osławiona przyjemnie flaszami wódki i jamajskiego romu. Tu siedzi jegomość, który dyryguje z wysokości, szczegółową przedażą. Sam gospodarz nieco daléj przy beczkach, czoło z potu pracowitego ociéra. A co za nieoszacowane grupy, oświécone kilką świéczkami z długiemi knoty, wśród cieniów tam i sam porozrzucane, w kapeluszach, w czapkach na bakier, popodpiérane nad stoliczkami, ukazują się w głębi mroku. Wszyscy palą fajki lub cygara, niektórzy grają, zapach wina, romu, wódki, przepełnia powietrze, rozmowy ożywione naturalnie trunkiem, w tylu i tak rozmaitych językach, postaci tak różne i często tak przy swéj trywjalności dobitne i malownicze. Ciekawy to doprawdy widok i ma coś w sobie tak hoffmanowskiego, że kto czytał powieści biédnego niemieckiego poety, przypomni sobie mimowolnie owe szynkownie niemieckie, będące często teatrem piérwszych ich scen. Pije tu pospólstwo, a niekiedy mieszczanie rzemieślnicy, średnia klassa miejskiéj populacji; w większéj jednak liczbie tych szynkowni, przedają tylko wina bessarabskie i krymskie, a te jako tanie, a nie wyśmienite, przeznaczone są wyłącznie dla ludu.




XVIII.
17 Lipca. Casino handlowe, — Bazyli Apryłow Bulgar, Karaimi, Żydzi w Odessie, ich stan, ludność, zajęcia, handel, zakłady naukowe, i t. d.
17. Lipca.


Przybył do portu próżny na balaście joński Bryg: Milcjades.

Rano poszedłem do Pana Alex. Skalkowskiego, z którym znowu przejrzawszy niektóre ciekawe dokumenta historyczne u niego znajdujące się; udałem się pod jego przewodnictwem dla widzenia sali Casino handlowego. Z powierzchowności domu w którym się ona znajduje, zaledwie się domyślić można tak wielkiego i pięknego lokalu wewnątrz. Napis tylko nade drzwiami świadczy, że tu jest Casino Commercial. Jestto piérwsza i najstarsza sala balowa w Odessie, bo w niéj jeszcze dla Xięcia Richelieu bale dawano. Wejście do Casino odznaczają dwa biédne lwy en stuc, przez ciemne sionki wchodzi się potém, do dość rozległéj, owalnéj sali, którą oświécają dwa rzędy okien, ze dwóch stron. Wsparta jest na wysokich kolumnach odsunionych od ścian, na których bieży dokoła galerja. W głębi był buffet; na podniesieniu odpowiadającém galerji w dole, stały między kolumnami a oknami stoliki i krzesła. Toż w pośrodku. Na stolikach porozrzucane gazety. Kurjer handlowy genueński, wenecki, Gazeta Lyold, Debata, Allgemeine i nasz nawet petersburski Tygodnik. O sali téj, jako zbudowanéj przez Kawalera Rainaud, Konsyljarza handlowego, obok któréj dawniéj zgromadzała się Bursa, a w lecie w niéj saméj — wspomina w swéj podróży de Castelnau.
Tu miałem przyjemność spotkać i poznać czcigodnego starca, Bulgara, Pana Bazylego Apryłowa, który na szkoły i podniesienie oświaty w swoim kraju zapisał cały majątek, do cztérech kroć stu tysięcy złotych naszych wynoszący. Blady, schorzały, cierpiący na nogi, z łysą głową staruszek, postradał znać najdroższy skarb — zdrowie. Uprzejmie wypytywał mnie o naszą Literaturę, o pisma perjodyczne, o jutrzenkę Pana Dubrawskiego wychodzącą w Warszawie; widać było, że go ruch słowiański i Literatura wszystkich dyalektów naszych, serdecznie obchodziły. — Nadesłał mi potém wydane przez siebie w Odessie dzieło, pod tytułem: Jutrzenka Nowo-bulgarskiéj oświaty.[63].
W pismie tém wyjaśniającém nieco z przeszłości bulgarskiéj, a szczegółowo wyświecającéj usiłowania zacnych ziomków i szanownego Apryłowa samego, dla rozwinienia oświaty w Bulgarji, wiele jest bardzo zajmujących szczegółow — o szkole gabrowskiéj, matce nowych w Bulgarji tego rodzaju zakładów. Sama też książka na korzyść szkoły gabrowskiéj wydana. Uczone przypiski i dokładny spis rzeczy, czynią to dziełko dla badaczy Słowiańszczyzny bardzo zajmującą; bo prostuje wiele omyłek, w wiadomościach tyczących się Bulgarji i przeszłości historycznej Bulgarów.
Na ulicę wyszedłszy spotkałem poubiéranych jak zwykle, na Sabbat, Karaimów tutejszych. Noszą się oni podobnie jak Tatarzy krymscy: suknia zwierzchna szeroka, czarna, pod nią kaftan krótki po pas, haftowany po brzegach bogato; pod nim suknia jasna, biała lub perłowa w drobne kwiatki albo paski, długa do pięt, ściśnięta pasem, z obcisłemi rękawy, rozcięta z boku i oszyta sznurkami. Czapka wysoka, czarna, barankowa, wąsy bez brody — pas wzorzysty, broni nie noszą żadnéj.
Po obiedzie wracając z pałacu Worońcowa, który na nowo odwiedzałem, gdyż mi moją piérwszą bytność zupełnie owa rozumna i uczona turystka popsuła, trafiłem także w ulicy na kilku ubogich Greków, ale bulwar pełen był i czerniał od żydów, którym wyłącznie w Piątki i Soboty służy za miejsce przechadzki. Większa część Izraelitów i Izraelitek nosi się tu już, jak wszyscy, jarmułki tylko u starych się pokazują, a pewien jakiś ubiorek zmodyfikowany u Żydówek na głowie, zdradza pochodzenie, nie tyle już je cechując, co naszych żydowskich kobiét perły, załóżki i inne zwykłe przybory. Młode żydziuki z tutejszéj izraelickiéj szkoły, czepiali się syllabizując na podstawie posągu Xięcia Richelieu.
O Żydach tutejszych, w dość znacznéj liczbie Odessę i jéj okolicę zamieszkujących, mamy świeżo wydaną przez P. Finkel broszurę,[64] z któréj wyczerpnąć możemy, trochę wiadomości, o stanie téj klassy ludności. Autor książeczki sam z tutejszych Izraelitów pochodzący, najlepiéj o nich wiedzieć mógł i najłatwiéj pisać.
Szkoła Izraelitów w Odessie, jedną jest z najpiérwszych w kraju, tego rodzaju Zakładów, w widoku podniesienia oświaty między Żydami, założona i utrzymana. Dobroczynne jéj skutki, już i teraz czuć się dają.
Żydów w Odessie liczą do dwunastu tysięcy, ale z przybylcami razem, osiedlonych zaś i stale tu mieszkających, mezkiéj płci 5562, a żeńskiéj 3426, ogółem, 6988, reszta przybyła z głębi naszych prowincji i z Austrji.
Kupieckich rodzin 197 (788 dusz), mieszczan 6,200. Ilu z nich należy do kupiectwa, wpisanych do Gildy różnych, ilu Notarjuszów birżowych i morskich, maklerów, brakarzy, mówiliśmy pisząc o handlu.
Żydzi tutejsi zajmują się oprócz bankierstwa i birżowych obrotow, wszelakim handlem, najgłówniéj płodów surowych, zboża, z Bessarabji i Chersonu skupowanego, a przedawanego w Odessie.
Z za granicy kupują towary angielskie i francuzkie, wprost lub z drugiéj ręki, czasem z Niemiec przez Brody. Znaczny wiodą handel herbatą — Wewnątrz kraju wywożą oliwę, bawełnę, bakalje. Drobnych ich sklepów liczą w Odessie (1842 r.) dwieście dwadzieścia ośm, a towarów w nich na cztérykroć sto tysięcy rubli srébrnych. Rzemiosłami też i przemysłem różnym się zajmują. Wszystkich majstrów rachowano 278, a czeladników 355. — Zajmują także miejsca Kommissantów po domach handlowych, dozorców po magazynach i przy wymiarze zbóż, najmują się dniowo do różnych zatrudnień. Żydówki nie mięszając się do handlu, tylko domem się zatrudniają i gospodarstwem.
Trzy są Synagogi w Odessie, ale z powodu złéj ich budowy, w stanie ruiny grożą upadkiem; i pozamykane zostały. Jedna oprócz tego mała prywatna, na wzór nowych w Niemczech, w któréj bardzo piękny śpiew choralny, ściąga często w Sobotę ciekawych przybylców. Dwie Bethamidrasz (szkoły) i z przyczyny zamknięcia Synagog, do trzydziestu domów modlitwy.
Dochód ogólny żydowskiego Bractwa (communauté) wynosi do trzydziestu dwóch tysięcy rubli srébrnych, z tych podatki rekrutowe i inne expensa wspolnie się zaspakajają. Na wychowanie młodzieży i zakłady naukowe wiele tu wyłożono. W roku 1842 w Odessie było Nauczycieli i Bakałarzów starych, po staroświecku uczących (melamdim) i nowo-europejską oświatę mających, w ogóle stu cztérnastu, uczniów po szkołach i szkółkach (chedarim) mężczyzn 1421, Kobiét 457, razem 1878. Naukowe zakłady, kosztują w rok 23,726 rubli srébrem, oprócz prywatnych domów nauki. W roku 1842, w elementarnych szkółkach (dardeke) gdzie uczą początków Biblji (jakich jest dwadzieścia ośm) było uczniów 580; — w piérwszéj szkole elementarnéj Talmud-Tora 220 uczniów, w szkołach, w których uczą po rusku i po niemiecku (trzech) — 74. II. W szkołach biblijnych (arwuwim) gdzie uczą Biblji i Talmudu (24) uczniów 177. We dwóch szkołach, gdzie uczą języków i Arytmetyki tylko siedmiu. III. W szkołach (szesnastu) talmudycznych, uczniów 78. IV. W szkołach powszechnych dwóch, uczniów 250. V. W pensjach przez Chrześcijan utrzymywanych uczniów ośmiu. VI. W Gymnazjum uczniów 22. W Lyceum Richelieu 5, a w ogóle uczących się w siedmiudziesiąt sześciu Zakładach osob 1421.
Autor powiada, że Żydzi w Odessie, z początku, jako z różnych stron i krajów z różnemi pojęciami i interessami, obyczajami i przesądy przybyli, nie mieli w sobie jedności ducha. Każdy żył, myślał, sobie i dla siebie. W roku 1826 nastała szczęśliwa dla tutejszych Izraelitów epoka, w któréj założono szkołę, lękając się jednak, aby od niéj nie odstraszyli się Izraelici i na razie nie odstręczyli. W tym celu ustanowiona Kommissja 1826 roku dnia 6 Października, odkryła szkołę, piérwszą w Rossji, tego rodzaju. Tegoż miesiąca złożono na nią summę pięciu tysięcy rubli assygnacyjnych. Przy otwarcia szkoły było tylko 63 uczniów, dzieci założycieli i gorliwszych a oświeceńszych. Podzielono ich na trzy klassy. Lepszy zarząd dochodów, dozwolił spłacić zaległości i ustanowić w bractwie porządek. Na Mołdawance urządzono Szpital izraelski, o sześciudziesiąt łóżkach; we własnym, na ten cel nabytym domu. Na utrzymanie jego, szło w rok 6,200 rubli srébrnych z dochodów miejskiego Bractwa i od Żydów okolicznych.
Nakoniec powiększono i ulepszono Zakłady szkolne. W roku 1838 było już klass sześć, w których dawano jezyki: rossyjski, niemiecki, staro-hebrajski, Literaturę tychże języków; francuzki, Jeografja, Historją powszechną i rossyjską, prawo handlowe, naukę Arytmetyki zastosowaną do handlu i buchhalterja, kalligralja, i t. d. W żeńskiéj szkole założonéj 1835 roku, w roku 1838 dawano oprócz języków, naukę robot kobiecych. Liczba uczniów wynosiła w obu, do czterech set. Co rok wpisuje się około ośmiudziesiąt uczniów i 50 uczennic, także od 1826, wyszło już około 1560 uczniów i 400 uczennic. Autor nasz dodaje uwagi, jaki wpływ na tutejsze izraelskie towarzystwo, na obyczaje, wywarły założone szkoły. Wygnanie z Odessy starych Rabinów chassidimskich, było powodem utworzenia przysłowia — że o cztéry mile od Odessy goreje Gehenna. — Ale pomimo przysłowia powolnie wytępiają się przesądy, oświata górę bierze, a dla nauki młodzież i całe izraelskie rodziny, przybywają tu z głębi kraju. Taki postęp w izraelskiém społeczeństwie wielką chlubę przynosi tym, co go piérwsi spowodowali; i wytrwałością swą niewyrachowanych skutków, piękną otwarli przyszłość.
Zastanowiłem się na Bulwarze, dla przypatrzenia się schludnemu tutaj izraelskiemu gromadzeniu, winszując mu w duchu, postępu i życząc go współbraciom dalekim, ciemnym dotąd i w swéj ciemnocie upartym. Kobiéty i mężczyzni czysto byli, a nawet wytwornie poubiérani, osobliwie zaś kobiéty, które strojne w chustki kosztowne, materjalne suknie, koronki i blondyny, przechadzały się około posągu Richelieu. Postrzegłem także Turka, piérwszego w życiu i piérwszego w Odessie: miał on na głowie duży biały zawoj, pokrywający myckę czerwoną, i kaftan granatowy do kolan, szarawary szerokie ciemne, nogi bose i papucie czerwone. Stał w wielkiém uroczystém zadumaniu i podziwie przy posągu Xięcia: piérwszy to raz zapewne widział posąg i nie wiém tam jakie dzikie myśli, chodzić mu musiały po głowie, na widok tego bezbożnego giaurów dzieła, które za bałwochwalstwo uważał, wzdragając się na nie.
Wieczór się zbliżał, na morzu stanęła w oddaleniu mgła, coraz się zgęszczająca, wkrótce Euxyn połączył się tym wyziewem, w jedną całość z niebem, tak, że rozpoznać, gdzie się jedno kończyło, a drugie zaczynało, nie było można. Na zachodzie błyszczało jeszcze rumiane niebo, poprzerzynane złotemi i lila chmurami, w górze odcinającemi się na czystém lazurowém tle. Na morzu cicho stały statki, a otoczone mgłą wyglądały z niej jakby zawieszone w powietrzu. Wieczor był dziwnie piękny, i wcale od poprzedzających odmienny.
Miałem przyjemność tegoż dnia spotkać się z uczonym P. Karolem Kaczkowskim, który przed ośmnastą laty wydając swój Dziennik podróży do Krymu, oglądał i opisywał Odessę przed nami. Jakże ją teraz znalazł zmienioną na korzyść i wzrosłą!




XIX.
18. Lipca. Niedziela — Bursa — Uroczystość 1837 roku. Gabinety dendrologiczny i mineralogiczny w Bursie. Bulwar w Niedzielę. Herbata u Arcy-Biskupa Gabryela.
18. Lipca.


Korzystając z nieporównanéj uczynności P. A. A. Skalkowskiego, poszedłem rano w Niedzielę, obejrzeć zbiór dendrologiczny i naturalnych płodów Gubernji tutejszych, założony podobno, wedle projektu P. A. J. Fabre w roku 1827. Naprzód jednak słówko, o samym gmachu bursowym, który jednym bokiem do morza, frontem do bulwaru, trzecim do placyku, czwartym do ogródka, przytyka. Główny front ma perystyl o dwóch rzędach, po za sobą idących, przedstawujący dwanaście kształtnych kolumn. Dach Bursy płaski: dwa skrzydła z wielkiemi oknami pól-okrągło zakończonemi zamykają z obu stron budowę wcale piękną i proporcjonalną. Na wschodkach do niéj wiodących z jednéj strony lew, z drugiéj wilczyca z białego marmuru, zdobią wejście. Są one dobréj roboty. Trzymają tarcze z krzyżami maltańskiemi. Nabyte zostały do Bursy z sukcessji po synu Hetmana Razumowskiego. — Bursa widziana z bulwaru jest jednym z najpiękniejszych gmachów w Odessie, odpowiada ona, stojącemu w drugim końcu pałacowi Hrabiego Worońcowa. Sala wewnątrz, dla zgromadzeń bursowych i balów, wytwornie bardzo ubrana. Zastałem ją jeszcze tak samo prawie urządzoną, jak była w roku 1957, na przyjęcie Najjaśniejszych Państwa, w dniu 6 Września.

Główne czoło Bursy, jak powiada autor opisu téj uroczystości, przypominało nieco Dworzec alexandrowski[65].
Urządzeniem wnętrza Bursy zajmowała się wyznaczona do tego Kommissja. Dwa miesiące czasu wystarczyły na dokończenie robot koniecznych, na przyjazd Najjaśniejszych Państwa. Wielka sala bursowa, gdzie się kupiectwo zgromadza, przeznaczona była na tańce, ale ją wytwornie przystrojono. W zagłębieniu jéj półkulistém, postawiono wówczas piękne chińskie naczynia, wsparte na wyzłacanych drewnianych gruppach, pięknéj włoskiej rzeźby. W przestrzeni perystylu od kolumn do ściany wejścia, urządzono tymczasową salę jadalną drewnianą, ubraną w bandery okrętowe i trofea. Emblema te przypominały handel, przemysł, kupiectwo. Piętnaście luster ją oświecało a na trzysta dwadzieścia osob nakryte były stoły. Lustra wyobrażały srebrne kotwice (herb Odessy) z festonami z traw morskich, obwiniętemi złotemi sznury, jakby dopiéro je z dna morskiego wyciągnięto. Oprócz dwóch sal wspomnianych urządzone były pokoje, do ubrania dla Cesarzowéj Jéj Mości. Jeden z nich dla spoczynku, w guście maurytańskim wyobrażał altanę, całą ubraną w gałęzie swiéże winnéj latorośli, na których wisiały dojrzałe grona, w miejscu dywanu rozesłano cienką egyptską wzorzystą matę, umyslnie z Konstantynopola przysłaną. W niszach gruppy marmurowe. U wejścia stały dwa drzewa pomarańczowe, okryte owocami, naprzeciw ściana obwieszona była szalami tureckiemi, a jakby na straży stały dwa marmurowe aniołki. Bursa i okoliczne gmachy, oswiecone były wspaniale.
Rysunki wszystkich tych upięknień, dawał architekt Toricelli, a dekoracje malował Kowszarów, z widoków wydanych przez P. Bassoli, pokazuje się, że uroczystość ta, wielce być musiała wspaniała, a gmach wytwornie przybrany. Na górném piętrze Bursy znajdują się gabinety mineralogiczny i dendrologiczny, które oglądałem, w nich czasowo ustawione są tu grupy drewniane, wyżéj wspomniane, które są do zbycia i mają kosztować podobno, do 20,000 franków, każda z nich podtrzymuje prześliczną wazę chińską, te grupy przez jednego z kupców przywiezione z Genui, czas jakiś zdobiły dolną salę, a teraz lu stoją tymczasowie, wszystkie drewniane, rysunek ich dobry, wykonanie staranne, trochę tylko manjerowane.
Muzeum płodów przyrodzenia Nowo-Rossji składa się głównie ze dwóch oddziałów; zbioru minerałów i skamieniałości, złożonego staraniem Urzędnika gornictwa Kulszyna, który w geognostycznym celu objeżdżał całą Nowo-Rossją i Bessarabją, zgromadzając te próbki skał, petryfikacji, węgla ziemnego i t. d. — i gabinetu dendrologiczncgo, drzew Nowo Rossji i Bessarabji. Myśl P. Fabre urządzenia gabinetu z samych płodów tutejszych prowincji jest wyborna i warta naśladowania, ale dla czegoby nie dodać gabinetu zoologicznego, ptaków, zwierząt, i t. d. W siedmiu szafach mieszczą się próbki drzew ekaterynosławskie, chersońskie; bessarabskie, tauryckie. — Dwie szafy dla porównania zawierają próbki drzew z Kaukazu. Między niémi Znajdujemy, krom znajomych nam próbek, mnóstwo wegetacji cieplejszéj strefy, terebynthu, palmy, orzecha włoskiego, winogradu i. t. d. Każda próbka jest podwójna, w stanie naturalnym i ogładzona do politury; z etyketą, numerem i klassyfikacją. Porządek wielki i układ, ułatwiają obejrzenie — Klassyfikacja według Linneusza. Widziałem tu oczeret z Dunaju, gruby na kilka cali i bardzo twardy, ułamki kości Mammuta, skamieniałéj, znacznéj wielkości mniejsze kości kamieniem oblane, muszle, polypy i t. d. W szesnastu (jeśli się nie mylę) szafach mieszczą się próbki marmurów, skał, węgla kamiennego, kamieni drogich, słowem: wszystkich ciał kopalnych z tychże prowincji i Kaukazu. Pokazywano mi tu perły krymskie, ametysty, stalaktyty z Krymu także, kryształy różnych wielkości i formacji, exemplarze są bardzo piękne i doborne, układ systematyczny, utrzymanie staranne.
Myśl piérwiastkowa takiego miejscowych płodów zbioru, warta jest naśladowania wszędzie i największych pochwał. Konserwatorem Gabinetów jest P. A. A. Skalkowski. W lokalu tym zbiéra się na posiedzenia swoje, Towarzystwo gospodarskie południowéj Rusi.
Wieczorem przebiegłem bulwar; — ożywiał go nowy napływ ludności, nowy niedzielowy ruch. Dwa razy w tydzień zwykle, gra muzyka wojskowa u posągu Richelieu, a naówczas na placyku przed nim, zbiéra się mnóstwo powozów, bulwar zapełnia ogromny ścisk przechadzających się osób wyższego towarzystwa i klassy średniéj. Tu znajdziesz pewnie znajomych (jeśli ich masz) tu najświéższe stroje, najmodniejsze kapelusze. Scisk niekiedy bywa taki, że ciągle łokciami się rozpierając ledwie przez ten ruchomy tłum różnobarwny, szastający się, przeleść można. Wojskowi, cudzoziemcy, officerowie od flotty, kobiéty, starcy, dzieci, wyrostki; żywo rozmawiając, żywo się wzdłuż bulwaru przechadzają. Mężczyzni jak wszędzie tak i tu palą cygara. Nie darmo Köhl uważał, że w Odessie wszystko pali cygaro co żyje, począwszy od zwoszczyka, aż do człowieka lepszych towarzystw, od żyda faktora, do jaśnie wielmożnego panka podolskiego, przybyłego dla przedaży pszenicy. Tak jest w istocie, na ulicy spotykasz wszystkich z cygarami w ustach swobodnie krążących, a niebieski dymek ulatujący, zewsząd ci do nosa dochodzi.
Dwa razy w tydzień, w wieczornéj godzinie, bulwar jest zbiegowiskiem najlepszéj części ludności miejskiéj. W innych dniach rządcy przechodnie, bawią się tu dzieci, odpoczywają starcy i niańki z piastunami swemi na rękach, wychodzą patrzać na zielone morze. Ale z tego tłumu który tu gromadzi zwyczaj, moda, a nie potrzeba przechadzki i widoku (bo czemuż tak mało osób w dni powszedne?) nikt na morze nie patrzy, wszyscy na siebie. Krzyżują się rozmowy, podobne do rozmów u podnoża wieży Babel.
Comesta Signor buon giorno —
Wir fuhren bis spät in die Nacht hinein, mussten aber doch endlich einkehren, denn so eben —
La mer, madame, la mer, comment la trouvez-vous! merveilleuse — n’est-ce pas? Vous voyez la mer pour la première fois?
— A pszenica tylko po dwanaście — Jaka? Biała — ja mam czerwoną — spodziéwają się jednak — jak się masz (to nasi).
— Какъ проживаетѣ Иванъ Александровичь — Вы здѣсь! — Въ добромъ-ли здравіи? — Слава Богу —
How do you do? my dear —
A Grek przerywa po nowo-grecku, a Turek po turecku, a Karaim po tatarsko-nogajsku, a Czerkies w jednym z licznych dyalektów Kaukazu, a Bóg wié wielu jeszcze, każdy narodowym językiem. Pomimo téj tak wielkiéj rozmaitości języków, które posłyszeć można, właściwie jest tylko kilka panujących. Język urzędowy ludu i magistratury, jest naturalnie ruski; język handlu zagranicznego, jak na całym Wschodzie, tak i tu — włoski; język lepszych towarzystw francuzki, język rzemieślniczy najpowszechniéj niemiecki. — Jednym ze trzech wyżéj cytowanych, to jest ruskim; włoskim lub francuzkim, wszędzie i zawsze rozmówić się można, bo tu nawet szewcy mówią po francuzku. Dodajmy, że dla wielkiéj ilości Włochów, a raczéj dla użycia najpowszechniejszego języka tego na Wschodzie, a związków Odessy choć nie bezpośrednich ze Wschodem dla handlu; włoski język jest tu w wielkiém używaniu, na równi z francuzkim, po magazynach można się wszędzie rozmówić po francuzku; zdarzyło mi się nawet z krawcem, szewcem i stolarzem, choć nie byli Francuzi, rozmawiać tym językiem.
Na wieczorną herbatę, byliśmy proszeni PP. Skalkowscy i ja, przez Arcy-Biskupa Gabryela. Przyjął nas szanowny starzec, w apartamencie na górze, skromnie ale czysto i bardzo wdzięcznie urządzonym, właśnie jak przystało, dla wysokiego stopnia osoby, duchownego stanu.
Przechodząc widziałem z loży, z któréj się różnokolorowe okno na Kaplicę otwiéra; pałacową arcy-biskupią Kaplicę, przybraną świéżo, smakownie i wytwornie. Ikonostasy jak z igły zdjęte błyszczały bronzami i jasnémi kolory; Kaplica nic zbyt mała i bardzo jasna.
Herbatę piliśmy na balkonie wychodzącym w ogród zasadzony akacjami — Za ich splecionémi gałęźmi, widać było świecące morze i dalekie okręty. U stóp balkonu stały w wazonach wielkie drzewa cytrynowe. — Pałacyk ten w końcu prawie miasta, naprzeciw portu praktycznego, a raczéj niżéj jeszcze wystawiony, zaczęty był przez piérwszego tutejszego Arcy-Biskupa, potém sprzedany Potockim; a po Hr. Alex. Potockim przeszedłszy do Rządu, przeznaczony został znowu, na rezydencję arcy-biskupią. Ugoszczeni byliśmy herbatą, konfiturami i owocami. Rozmowa toczyła się o ogromie Słowiańszczyzny i przyszłych jéj losach. Pomnożył nasze towarzystwo przybywający z Krymu Grek, były Marszałek powiatowy, który rozpowiadał o nieurodzaju na gruszki. Owoce w Krymie jak wiadomo wielki przedmiot handlu i dochodów właścicielom ziemi stanowią i niektóre sady po 30 i 40 tysięcy rubli biorą za jabłka krymskie, a na jeden stary orzech włoski, trafia się dwóch czasem dziedziców; co po połowie dzielą z niego dochody.
Przyniesiono nam tu obraz malowany przez tutejszego Zakonnika, co się nigdy malować nie uczył; kopjowany z oryginału znajdującego się u Hrabi Worońcowa. Tenże sam Zakonnik zbudował igłę zakończającą dzwonnicę terazniejszego Soboru, choć się także i Architektury nie uczył. Wszystko to świadczy o wielkiéj zdolności, dodajmy, że to już człowiek nie młody. Z ogrodu arcybiskupiego wesoło na wysokim brzegu morskim rozesłanego, zajętego winnemi, akacjowemi i innemi plantacjami, piękny widok na morze, z urwiska stanowiącego punkt najbardziej wystający i najeżonego skałami. Na prawo bieleje pałac Hrabiego Worońcowa, wyżéj u brzegu także, na wzgórzu stojący, i kolumnada przyległéj gallerji o któréj wyżéj mówiłem; dalej cały bulwar widać, a w lewo morze, porty i pełen życia brzeg morski.
Pożegnawszy łaskawego gospodarza, który mi obiecał udzielić ciekawych wydanych przez się Pamiętników Korża, wróciliśmy już dobrym zmrokiem na bulwar, spotykając co chwila rozjeżdżających i rozchodzących się z przechadzki. Ulice się roiły, muzyka jeszcze brzmiała, i nie wiem na jaki znak (bo słońce dawno już było zaszło) dał się słyszeć długo rozchodzący się wystrzał działowy na morzu.




XX.
19. Lipca. Towarzystwo starożytności i historji jego początki — Badacze starożytności tutejszych. Członkowie Towarzystwa. Jego skład. Muzeum i Zbiory. Prace Towarzystwa wydane. Pamiątki znaczniejsze w Muzeum. Biblioteka publiczna — Osady greckie nad morzem czarném — Olbja — Historja Olbji z Blaramberga, Pamiątki olbijskie ze Zbioru tegoż. Położenie niektórych miejsc opisywanych przez dawnych Geografów — Peryple. — Step w posiadaniu polskiém — Szlaki napadów tatarskich — Wiadomości o stepie i Tatarach. Beauplan. Tatarzy, sposób ich życia i wojowania — Baron de Tott — Nogajcy — podania o nich. Historja ostatnich czasów — stan, ludność — Geografja Budżaku za Tatarów, i t. d.
19. Lipca.



W przód nim postaramy się czytelnikom naszym zdać sprawę ze starożytności, znajdujących się w tutejszém Muzeum Towarzystwa Historji i starożytności, czujemy się w obowiązku, powiedzieć słów kilka o powstaniu i składzie samego Towarzystwa, które wybiérając niezasłużenie i zbyt dla nas pochlebnie za czynnego Członka, zniewoliło nas, do okazania mu choć tym sposobem, naszéj prawdziwéj ku niemu wdzięczności.

Klassyczna ziemia, na któréj stoi Odessa, ziemia opisywana przez Herodota, znana Grekom i Rzymianom, zasiana szczątkami greckich emperjów, bogata w starożytne, jedyne może u nas zabytki, sama już zmuszała ludzi do poszukiwań i badań, do pracy w przedmiocie dawnych dziejów, nastręczając ciągle nowe powody zastanawiania się, nowe do rozwiązywania zagadki. Herodot, Demostenes, Dion Chryzostomus, Strabo, Seymnus Chius, Arrian w Peryplu, Pomponius Mela, Ptolemaeus, Ammian Marcellin i wielu innych, już o téj ziemi pisali, wspominali, albo z widzenia ją i przebywania, albo z opowiadań znając.
Tu, lub blizko, na téjże ziemi, którą terazniejsza południowa Rossja zajmuje, stały wedle wyliczenia uczonego Prof. Murzakiewicza[66] porty, miasta, osady, emperje: Sindorum portus, Gangama, Achillcon, Phanagorae, Corocondama, Parthenium, Myrmecium, Panticapacum (Kercz) Nymphacum, Acra, Theodosia, Scytho-Taurorum portus, Lampas, Criu-metopon, Symbolorum-portus, Chersonesus, Etenus, Tamyraca, Cercinitorum portus, Taphros, Achillidos, Dromon, Olbia, Ippolai promontorium, Alector, Odissos, Scopelos, Istrianorum-portus vel Fisca, Idiacon, Niconia, Tyra; Wyspy: Borystneones i Leuce, baszta Neoptolema i t. d.
Nic dziwnego, że miejsca, które zwiedzającym co krok starożytność przypominały, do poszukiwań o niéj, podbudzać musiały. Poczęli je przed założeniem Towarzystwa i położyli piérwsze zasługi i zachęcając do zachowania drogich zabytków; Xiąże Potemkin, kilóry dnia 21 Grudnia 1786 roku, po zawojowaniu Krymu, zalecił Gubernatorowi tauryckiemu, poszukiwanie dawnych monet i medalów; — w roku 1806, Hrabia Seweryn Potocki (Kurator Okręgu naukowego charkowskiego) i w roku 1810 Admirał Margrabia de Traverzi — Ci zwrócili uwagę na starożytności miejscowe i rozpoczęli poszukiwania, które zbogaciły Muzea Uniwersytetu charkowskiego i czarnomorskiego hydrograficznego Depo, w marmury, płaskorzeźby, medale. Część tego ostatniego zbioru weszła do Muzeum odesskiego. W roku 1810 pierwsze Muzeum w Teodozji, założył Broniewski.
Poszukiwania Panajodora Nikowuko i Köhlera, zachęciły Blaramberga, który za cel wyłączny badań, obrał sobie odwieczną Olbje.
Po Blarambergu na wspomnienie zasługuje Adjutant X. Richelieu, Stempowski. Był on tak szczęśliwy, że mu się w saméj Odessie, kilka starożytnych pamiątek dobyć udało. On wedle artykułu P. M. Gr.[67] — piérwszy oznaczył położenie dawnego Istrjon Limon, dzisiejszéj Odessy, niewłaściwie tém imieniem nazwanéj, gdyż Odyssos dawne, wcale nie tu położoném było, jako nizéj objaśnimy. Stempowski ogłosił ze swych prac najważniejszą — Poszukiwania nad dawną Geografją brzegów morza czarnego[68].
Castelnau w swoim Rysie historycznym[69] wzmiankuje o starożytnościach znajdowanych w tym kraju. W roku 1808 w powiecie elizawetgradzkim, wiosce Wukowary, chłopi w Kurbanie stepowym wykopali dwa skrzydła ptasie z drzewa wyrobione, obwinięte listkiem złotym. Takąż rybkę tamże; drzewo zgniło, ale złoto dobrze się zachowało. Tenże pisze o Babach na Kurhanach stepu między Dnieprem a morzem azowskiém, o medalach w stepie pod Odessą, rzymskich srebrnych i bronzowych, znajdowanych około Odessy u źródeł Jeligułu; w Akkermante, na Bessarabji, Krymie i Chersonie, Olbji, Kaffie, Sudaghu; o genueńskich starożytnościach w Kerczu (Panticapea) marmurach i napisach, lwach marmurowych, gryffonach na drzwiach fortecy w Tamanie, o sławnym tamże napisie o którym rozprawiał Köchler, i t. d. i t. d.
Za przybyciem Hrabiego Worońcowa do Odessy, Stempkowski podał mu memorjał względem poszukiwań starożytności, jakie naprzód czynić należało. To było krokiem poprzedzającym zakład Muzeów w Kerczu i Odessie. Muzeum odesskie w latach 1828 i 1829 zbiorem Tepliakowa pommożone, monetami Dołżnikowa, Muzeum Blaramberga (w części) zbiorami Stempkowskiego i innych zostało. Przybyły doń dary Hr. Worońcowa, St. Potockiego, Hrabinéj Worońcowéj, Xięcia Kantakuzina, Marini, Sazonów, Lewszyna, Minczaki, etc. W roku 1828 i 1829, w czasie wojny z Turcją znalezione w Bulgarji i Rumelji przez Tepliakowa, Gnedicza i Sokołowskiego monety i kamienie, weszły także do odesskiego zbioru.
Towarzystwo miłośników Historji i starożytności odesskie, w roku 1839 dopiéro założone zostało przez PP. A. Sturdzę, D. M. Kniażewicza (terazniejszego Prezydenta) A. Fabre, nieodżałowanéj pamięci M. Kirjakowa i M. Murzakiewicza Prof. (teraznieszego Sekretarza Towarzystwa). Założenie Muzeum uprzedziło zawiązanie się Towarzystwa: pod którego wiedzą dziś zostaje; zatwierdzone bowiem zostało w roku 1825 d. 19 Lipca; w początkach zawiadował niém Blaramberg.
Towarzystwo starożytności, natychmiast po zawiązaniu się swojem, zajęło się najgorliwiej, już to poszukiwaniami miejscowemi, już zbieraniem zabytków starożytności, już wreszcie rozprawami tyczącémi się dawnéj tego kraju historji; które odczytywane na posiedzeniach publicznych, już częściowo kosztem Towarzystwa wydrukowane, złożą Tom piérwszy jego Mémoires, będący pod prassą — Część znaczną tego tomu 1. mamy już w ręku, drugą widzieliśmy prawie gotową u Professora M. Murzakiewicza. Towarzystwo zawiązane w roku 1859, w ciągu kilku lat trwania swojego, wiele bardzo, powiedzieć można, uczyniło; tém więcéj, gdy zważymy jak w początkach, gdzie tyle jest do zrobienia, gdzie do poczęcia wszystko, ciężko jest działać skutecznie. Dowodem czynnego zajęcia są, jak zaraz opowiemy, sprawozdania i wydane rozprawy.
Liczba członków towarzystwa, jest nieograniczona Statutem<ref>Reglement de la Societé Oddessienne d’histoire et d’antiquités Odessa 1842 8.<ref>. dzielą się oni na rzeczywistych (czynnych) honorowych i korrespondentów. Wybór ich czynią na posiedzeniu towarzystwa, za propozycją trzech członków czynnych. Kandydat winien pozyskać najmniéj dwie trzecie głosów za sobą. Członek co roku obowiązany jest złożyć rozprawę w przedmiocie starożytności lub historji. Członkowie założyciele mają dwa głosy. Oprócz korrespondentów i honorowych członków, są jeszcze emulatorowie, prezydent honorowy i t. d. Towarzystwo czynnego Prezydenta wybiéra z między siebie na lat trzy, Vice-Prezydenta na lat dwa. Sekretarza także na dwa lata. Bibliotekarza i Podskarbiego. Posiedzenia dzielą się na zwyczajne i nadzwyczajne, uroczyste.
Piérwsze wedle oznaczenia Prezydenta, co roku najmniej sześć razy odbywać się powinny. Na nich czytają rozprawy, sądzą o przedmiotach tyczących się starożytności, historji, i t. d. Artykuły mające się drukować, wybiérają się większością głosów. Towarzystwo w razie potrzeby, wysyła swych członków na miejsca, gdzie chce czynić poszukiwania. — Jego Cesarzewiczowska Mość Następca Tronu, przyjął stowarzyszenie to, pod swoją opiekę.
Wedle ostatniego sprawozdania uczynionego w r. 1842, po dzień 14. Listopada[70]. Towarzystwo składało się ze stu dwóch Członków, z tych honorowych dziewięciu, czynnych 61, Korrespondentów 29, emulatorów 3. W liczbie innych, liczą się za granicą mieszkający uczeni: Kopitar, Hauka, Karadzicz, Kollar, Gay, taurycki Mufty Seit-Dżemił Effendi. W ciągu ostatniego roku trzydzieści rozpraw przedstawionych zostało Towarzystwu. Z tych ważniejsze: Przekłady tatarskich i tureckich jerłyków przez Negri — O wschodnich monetach VIII, IX i X. w. przez Grygorjewa. — O obrzędach ślubnych w Bessarabji, Baljanowa. — Sprawozdanie z podróży po Słowiańszczyznie, Nadieżdina. — Dokumenta tyczące się rewolucji tureckiej w latach 1820—1829 (po francuzku) zebrane przez Jakoweńka. Seytja herodotowa, Nadieżdina. Tegoż rozbiór Scytji Lindnera. — Rozbiór podróży Köhla przez Kniażewicza. — Archeologja wołoska Giki — Biografja Blaramberga przez Zielenieckiego.
W ciągu roku wydrukowano piérwszy tom Mémoires, którego piérwszy oddział dopełniono. Towarzystwo, lokal dla siebie przeznaczony w gallerji murowanéj przy Bursie, ukończyło. Najwięcéj zajmującą z podróży odbytych przez członków; była bez wątpienia wycieczka Prof. Murzakiewicza na wyspe Fidonissji, której opis towarzystwo wkrótce ma ogłosić. O wyspie téj niżéj obszerniéj powiemy. Stan Biblioteki i Muzeum najlepiéj takie sprawozdanie objaśni — Liczono w nich xiąg 583 tomów, planów i kart 16, rysunków 43, jeden obraz; w Muzeum starożytności sztuk sto dziesięć, napisów greckich 12, rzymskich tylko jeden, posagów i posążków dwanaście, plaskorzeźb pięć, amfor i naczyń starożytnych dwadzieścia dziewięć, lamp ośm, gemm pięć, różnych odłamków trzydzieści kilka. Odcisków kamieni rzniętych (pierres gravées) z górą trzy tysiące. W Gabinecie monet dwa tysiące kilkaset starych i nowszych, złotych, dziesięć, srebrnych około czterechset, miedzianych i brązowych, dwa tysiące, ołowianych kilka.
Nie rozciągamy się dla braku miejsca nad uprzedniemi pracami Towarzystwa; z wydanych zaś kosztem jego rozpraw, wspomnimy tylko ważniejsze. — Opisanie kuficznych monet X wieku, znalezionych w riazańskiéj Gub. w r. 1859 — dopełnione przez Grigorjewa, uczonego młodego Orjentalistę. — Herodotowa Scytja Nadieżdina i opis Muzeum P. M. Murzakiewicza, Część 1. o położeniu miasta Uglicza. Pieresieczenia, przez Nadieżdina. Rzut oka na oczakowski okrąg w 1790—1840. latach przez A. Skalkowskiego.
Wejdźmy nareszcie do Muzeum, mieszczącego się we dwóch salach gallerji położonéj przy Bursie. Z tych piérwsza większa zakończona półkolem, ubrana w herby czterech wielkorządztw tutejszych, w trofea z chorągwi i buńczuków (siedem, danych przez Portę mołdawskiemu xięciu Suzzo, a przywiezionych przezeń w r. 1821 do Kiszeniewa, skąd dostały się tutaj), w portrety Generałów serbskich Chorwata i Szewicza, założycieli piérwszych osad w Nowo-Serbji. W pośrodku jest stół i siedzenia dla Towarzystwa. Nad krzesłem Prezesa zawieszony jest obraz olejny cerkiewny Bogarodzicy, kopja ze sławnego pokrowskiego (Pokrowa Bożéj Matieri) z Cerkwi pokrowskiéj w Siczy zaporożskiéj (gdzie teraz Siolo pokrowskie w Ekaterynostawskiém, blizko Niżu.) Na tym obrazie jest portret któregoś Koszowego zaporożskiego. Ozdoby malowane na murach sali, do koła gzémsu bieżące, dość pięknie wykonane, wzięte są z dawnych monet i naczyń, wyobrażają sceny z życia Scytów. Zdziwiło mnie, że nakrycie głowy scytyjskie, jak je tu wyobrażono, zupełnie podobne jest kształtem do czapki ludu litewskiego.
Od sieni już wszystko oznajmuje Muzeum — kilka starych posągów, z których jeden w rodzaju zwanych Babami, nieforemnych słowiańsko-wschodnich nad kurhanami stawianych (podobny do znajdującego się w Tulczynie) kilka nagrobków tatarskich i żydowskich tu stoi. W saméj sali otoczeni jesteśmy szczątkami staro-greckiemi, wprawdzie nie najpiękniejszéj epoki Snycerstwa, ale historycznie i artystycznie nawet, zajmującémi.
Za szkłem, w szufladach, rozłożone są monety różne i karty (chartes). Zbiór monet ruskich, (gdzie dwa ruble siekane) nie wielki jeszcze. Ze starych kart i rycin — Tabula Russica 1744, wyobrażająca piórem rysowany Monastér na górze Athos. Autograf mołdawski z r. 1405, serbski 1254, hebrajski IX wieku. Ten ostatni dla papiéru na którym pisany, nie zdał mi się na piérwszy rzut oka autentycznym.
W kilku w kształcie xiąg tekach, zawarta jest liczna Daktyllotheka (empreintes des pierres gravées) nabyta po Razumowskim. Zbiór ten wielki, dla saméj obszerności swojéj, na uwagę artystów zasługuje. Nie wiemy czy dołączone są do niego jakie objaśnienia i opisy.
Odłamków mniéj więcéj całkowitych posagów greckich, nagrobków, napisów, posążków, bronzów, wielka dosyć jest liczba; wszystkie odkopane w Bulgarji, Olbji, Tauryce, lub okolicach Odessy — Ogromna płaskorzeźba barbaro-scytyjska jakiegoś króla konno wyobrażająca, kamień grobowy Christa Prolomacha wystawujący we dwóch podziałach powrót jego do domu z wyprawy i smierć, zastanawiają. Z niektórych zabytków, których tu opisywać nie będę, zdjąłem rysunki. Z drobniejszych szczątków, są tu figurynki brązowe z Kerczu, złote ozdoby grobowe także ze staréj Pantikapaci, amfory, diolas, lampy różnych kształtów i dość grubéj roboty, łzawnice szklanne, rączki od Diotas z napisami, figurki małe gliniane, paciórki szklanne, żelezca od strzał, naczynia i t. d.
Płaskorzeźby w ogólności nie są, jakieśmy rzekli, z pięknych czasow Sztuki Greckiej, ale wszystkie napisami lub ksztalty nawet zajmujące, na wszystkich jest typ grecki, widny mimo niedbałéj exekucji grubego wyrobu i zniszczenia, jakim te pamiątki leżąc w ziemi, uległy. Jeden czy dwa kamienie noszą wyraźne napisy świadczące o związkach dawnych greckich tutejszych kolonji: czytamy na nich obok siebie imiona Olbji, Odyssos i t. d. Kapitele rzezane kolumn, odłamıki naczyń w rodzaju etruskich, małe bronzy różnych lat i wartości artystycznéj, składają resztę Muzeum. Są tu także dwa kamienie egyptskie, przysłane przez Clot-Bey’a.
Obok tych dawnych pomników, uderzyło mnie w kącie stojące, uszkodzone trochę marmurowe popiersie Zygmunta III, dosyć pięknéj roboty. Jakim szczególnym trafem ono się tu dostało? Na jednéj ze ścian piérwszéj sali, jest dobra i ciekawa rycina, wyobrażająca śmierć X. Potemkina.
Po piérwszem tém i pobieżnem tylko obejrzeniu głównych przedmiotów Muzeum, udaliśmy się z moim łaskawym przewodnikiem p. A. Skalkowskim do Biblioteki publicznéj, gdzie także znajdują się starożytności ze zbioru Blaramberga. Uczony P. M. Murzakiewicz, zajmujący się obecnie uporządkowaniem Biblioteki miejskiéj, którą objął w zupełnym nieładzie po Włochu Spada; przyjął nas uprzejmie i ukazał co było godném zastanowienia. Zbiór starożytności nabyty przez miasto po Blarambergu, a poźniéj pomnożony, przedstawia wiele rzeczy widzenia godnych; znajdują się tu całkowite lampy starożytne z łańcużkami i przetyczkami, statuetki z gliny wypalanéj. Kości słoniowéj, kamienie nagrobkowe greckie, kamienie egyptskie, polychromy, okryte napisami hieroglyficzneni, amfory, diotas i mnóstwo rączek z napisami, pochodzących z Olbji. Tu się przechowuje i zbiór monet po Blarambergu. Miasto poświęciwszy jednorazowie summę 25,000 rubli na zakład Biblioteki, corocznie przeznaczyło na ten cel jeszcze po 1500. r. Między osobliwościami nowożytnemi Gabinetu jest prosty lichtarz blaszany sławnego Filantropa Howarda.
Oprócz pochodzących z Olbji szczątków starożytnych, są tu i z Włoch przywiezione Etruski i posążki.
Szkoda, że oba zbiory Biblioteki i Muzeum połączyć się nie mogą; pożądaném by to było dla obu. Zapewne Towarzystwo pomyśli kiedy o nabyciu starożytności znajdujących się przy Bibliotece publicznéj.
Biblioteka uboga jeszcze w podróże i dzieła Słowiańszczyznę obchodzące, uboga w dzieła pomocnicze do nauki języków wschodnich; ma natomiast nabyte przez dawnego Bibliotekarza dzieła chińskie, będące tylko przedmiotem ciekawości. Jest nadzieją, że P. Murzakiewicz zajęty uporządkowaniem Biblioteki, zapewni jéj swojém staraniem postępy i zbogacenie na przyszłość. Nikt nad niego lepiéj nie potrafi, o ile środki pozwolą zbogacić tego zbioru.
Z xiąg ciekawych i rzadkich uważałem tylko, podróż Barbara edycji Alda i Ptolomeusza, edycji Serveta.
Biblioteka mieści się w wielkiéj dosyć sali, w gmachu nie daleko posągu X. Richelieu na Bulwarze (gdzie i inne miejskie dykasterje) lokal bardzo zdaje się być wygodny i na terazniejszy stan Biblioteki dostateczny — Z salą, łączy się Gabinet, a poprzedza ją przedsień.
Jak wszędzie, tak tu, formując Bibliotekę początkowo, plan jej naznaczyć wypadało. Niepodobieństwem jest myślić o wielkim encyklopedycznym zbiorze, gdy środków ku zgromadzeniu go braknie; natomiast pewne oddziały Biblioteki szczególną winny zwrócić uwagę. Takim powinienby być oddział Literatur słowiańskich, oddział podróży, krajoznawstwa i nauki języków wschodnich. Cudzoziemcy przybywający do Odessy, mogliby tu oswoić się nieco ze Słowiańszczyzną i lepiéj ją poznać.
J. G. Köhl (często cytowany turysta) odwiedzając tutejszą Bibliotekę i zbiór starożytności przy niéj znajdujący się, wspomina, nie wiem od kogo o tém usłyszawszy, o dwóch nogach, pochodzących jakoby od tronu królów scytyjskich — nie możemy domyślić się z czego powstał ten imaginacyjny tron. Dwie łapy kamienne znajdujące się tu, nie jednakowe, obłamane i zapewne różnego pochodzenia, muszą być szczątkiem jakiego Gryffa starożytnego z Tauryki. Radzibyśmy posłyszeć, jakim sposobem można dowieść, że to są nogi od tronu królow Scytji??
Tu miejsce mówiąc o uczonych badaczach, o dochowanych starożytnych wspomnieniach, powiedzieć nieco, o dawnych osadach greckich, nad brzegami morza czarnego; przedmiocie, niezmiernie zdaniem naszém zajmującym, a tém bardziej interessującym, że go ciągłe badania pracowitych szperaczy, dosyć już wyjaśniły. Historja Taurydy dawnością swą, nie ustępuje żadnéj innej, podania ściągające się do brzegów Euxynu, w dalekiéj i ciemnéj gasną starożytności. Dziewięć wieków exystowała Olbja u brzegów Dniepru i Bohu, a pamięci jéj już nié ma i ledwie ślady małe posady zostały.
Nie piérwszy to raz, życie się silne rozwija na tej ziemi; liczne handlowe osady greckie, poprzedziły nas tutaj; poprzedzili znacznie potém przybyli Genueńczycy i Weneci, nareszcie Tatarzy. Ale jako o jednéj z najdawniejszych i najznakomitszych, mówmy naprzód o Olbji.
Wiadomości nasze o téj osadzie z notat Blaramberga po większéj części, jako najbogatszego wyczerpnięte są źródła; dodaliśmy tylko do nich, co naprędce dało się uzupełniającego wynaleść.[71].
Monety i starożytności olbijskie, jakeśmy wyżéj powiedzieli, przeszły poźniéj częscią do Biblioteki publicznéj, częścią do Muzeum odesskiego. — Rękopisma także tego uczonego, są podobno własnością Towarzystwa starożytności.[72].
Olbia, Olvia, Olbiopolis, założona została u zbiegu rzek Dniepru i Bohu, nad wodami Borysthenesa, w VII wieku przed Chrystusem, przez Milezyjczyków (wychodźców z Miletu). Założenie téj emporji zaszło w czasie Monarchji Medów. Eusebius odnosi początek Olbji do drugiego roku 31 Olympjady, około 655 lat przed Chrystusem (na dziewiętnasty rok panowania Tulliusa Hostiliusa w Rzymie.)
Dano początkową nazwę Miletopolis, ale ta się nie utrzymała; poźniéj zwano ją na przemian Olbją lub miastem Borysthenitów, z powodu położenia u zbiegu rzek Borysthenesa i Hypanis, których połączone Limany, zlewają się z morzem nie daleko dawnego portu Olbji. Ślady ruin tego wielkiego niegdyś i handlowego miasta, dają się postrzegać teraz jeszcze na prawym brzegu Bohu, wedle najpowszechniejszego mniemania, będącego dawném Hyppanis. Ruiny te najbliżéj się dziś znajdują, od sioła zwanego ilińskie i porutin’a, w uroczysku zwaném Sto mogił. Nazwisko Olbiopolis, jedynie postrzegać się daje, na nielicznych monetach i napisach; najczęściej jednak nazwę tę skracano na Olbja. Całkowite nazwanie czyta się na medalach Autonomach, na cesarskich najczęściéj skrócona.
Herodot nie wspomina o Olbji, pisze tylko o mieście Borysthenitów, i o tém, jako Grecy tu osiedli, zowią sąsiednych Scythów, Borysthenitami, a sami siebie Olbjopolitami. Plinius zwie to miasto Olbiopolis; Olbją Pomponjus Mela i Strabo. Rozmaicie wyobrażany na monetach typ Apollina, wystawujących na odwrocie godła tego bóstwa: łuk, lirę, symbole właściwe, oznaczające pomyślność kolonji, kłosy znaczące zbiór obfity zbóż (o których dostatku pisze Herodot) i godła rybołowstwa — upoważniają domysły, że Apollo, opiekun Miletu, był tu także czczony czcią szczególną, pod nazwaniem — Olbio-Ergos, zkądinąd mu już właściwą, a oznaczającą twórcę szczęścia, albo dawcę bogactw. Coby mogło być powodem nazwania miejsca i przyjętego miana dla Emporji u Borysthenesu.
Wyborne urodzajne ziemie i połów ryb (bez kości, jak je mianuje Mela) usprawiedliwiałyby to Rybołowstwo i dziś jeszcze w Limanie bużnym, u slóp ruin Olbji, nie zaniedbane.[73]
Herodot zowie Seytami Georgjanami[74] czyli rolnikami, ludy zajmujące się uprawą roli, zamieszkujące okolicy dość obszerną, nad lewym brzegiem Dniepru. Ci Georgjanie zasilali swemi płody miasto Olbję.
Aroteres[75] Herodota czyli rolnicy, zamieszkujący część górną Dniestru, ożywiali handel Ophius’y, którą Plinius Zowie Tyras; a która wedle jéj położenia na prawym brzegu rzeki, mogła być terazniejszym Akkermanem; — i Nikonium, może gdzie dziś, niewłaściwie nazwany Owidiopol.
Za czasów herodotowych, miasto Olbja, już była w stanie kwitnącym, w wielkiéj pomyślności epoce; utrzymując się tak wedle wszelkiego podobieństwa przez kilka wieków aż do wielkiego najścia Daków, czyli Getów, którzy zniszczyli te okolice, wkrótce po panowaniu Mithrydata Eupatora i rozciągnęli spustoszenia wzdłuż Euxynu, aż do Apollonji w Tracji.
Królowie scytyjscy mieszkali wedle Herodota w krainie około Olbiopolis. Nieszczęśliwy Scytes, syn Greczynki z miasta Istrus[76] wedle niego pobudować kazał w Olbji gmach z białego kamienia, który wyznaczył na mieszkanie kobiécie Borysthenitce, zaślubionéj tutaj. Scyles stał się ofiarą swego przywiązania do Greków i wszystkiego co było greckiém; a wtajemniczenie go do Mysterji bachusowych, kosztowało mu tron i życie. Wypadek ten dziwnie przypomina śmierć mądrego Anacharsysa, Filozofa, który także był synem i bratem Królów scytyjskich jak Scyles, synem Greczynki; zdradzony gdy oddawał cześć i składał ofiarę Cybeli, przebity strzałą w lesie hylejskim, nie daleko terazniejszego Chersonu, z drugiéj strony Borysthenu — Na domiar podobieństwa, Scyles przez brata swego Króla Saulios, a Anacharsys, przez brata także Octomades’a, który po nim w Scytji panował, zabity został.
Poźniejsi pisarze od VII. do XI. wieku przed Erą naszą do Diona Chryzostoma, cytują tylko Olbją, opisując miasta nad morzem czarném położone, obszerniéj się nad nią, nie rozwodząc. Strabo zwie ją sławném targowiskiem, czyli wielkiem miastem handlowém.[77]
Za czasów tego Geografa, miasta Panti, Kapea, Phanagoria, i Dioscurias, były głównemi targami na niewolników. U Scythów jak u innych ludów koczujących, exystowała niewola. Wojując z ludami Kaukazu, z branców wojennych, czyniono niewolników. Główne punkta handlu niémi, były zbiegowiskami różnych ludów. Takiem być musiało i Olbiopolis. Targowisk podolnych, liczy Strabo do siedmiudziesiąt, do Dioscurias. (dziś Ischouria).
Handel zbożowy najzyskowniejszy, miał swoje składy w Olbji, zostającéj jak Teodozja z téj przyczyny w ciągłych stosunkach z Athenami, których niewdzięczna ziemia nic nie rodziła i wyżywić mieszkańców nie mogła.
Sciagani korzystnym handlem futer i skór, greccy kupcy, rozciągali potém handel swój, zapuszczając się w głąb kraju, w ziemię Budynów i Gelonów, kędy już także helleńscy kupcy osiedlali się w mieście z drzewa zbudowaném, drewniane też mającém Świątynie. Tam były składy futer, które odprzedawano Trakom i Melanchlenom; ludom wewnątrz Scytji zamieszkałym.
Przypuszczając wedle podań Herodota, zaprowadzenie karawan handlowych u ludów, znających wnętrze Azji, jako u Skolotów, i związki handlowe w odległych epokach, między mieszkańcami brzegów Euxynu i Indją, dokąd Hippomalgi czyli Nomady (Hamaxolii) szli z wozami; — karawany te nie daleko Olbji formujące się, musiały przechodzić lesistą część Hylei, po nad azowskiém morzem, do brzegów Tanais. Przeszedłszy rzekę u ujscia jéj, wchodziły na wielki step astrachański — przebywając potém, w kierunku północnym, kraje sarmackie, dochodzili do Budynów i Gelonów, gdzie odpoczywali we wspomnianych wyżéj miastach drewnianych. Niektórzy szli stąd w kierunku północo-wschodu i przebywali siedmio-ósmio dniowy step aż do Tyssagetów i Ircenów, nad granice Syberji, używając w drodze dla rozmówienia się z siedmią ludami, które spotykali, siedmiu tłumaczów. Przeszedłszy góry uralskie wchodzili w step Kirgizów i Kałmyków. Tu była, okolica Semipalatna, schronienie; którego mieszkańców, nazywano kapłanami argipeeńskiemi (Kałmucy).
Chociaż Herodot nie tłumaczy powodów tej tak długiéj wędrówki, zdaje się, że tam Karawany musiały się spotykać z innemi Karawanami Wschodu i mieniać towary. Zresztą nie ma wątpliwości, że Grecy znali dobrze Issedonów i Massagelów i ich miny złote.
Stosunki handlowe, mniéj więcéj dowiedzione, portów Enxynu z Baktrjaną i Indjami, przez Cyrus, Arax, morze kaspijskie i Oxus, poźniéj zawiązane, a do nas tu nie należące, wspomnimy tylko. Morze kaspijskie za czasów Herodota musiało już być przebywane, gdy ten pisarz, podając jego długość i szerokość, dzieli je na pewną liczbę dni żeglugi.
Stosunki Olbji z miastami i kolonjami greckiemi, Azji i Europy, dowodzą się monetami Aten, wyspy Eubei, Beotji, Macedonji, Tracji, Taurydy, Paflagonji, Pontu, znajdowanemi w ruinach Olbji, a nadewszystko w Limanie Bohu, gdy wiatry odnosząc wody rzeki ułatwiają poszukiwanie ich wieśniakom okolicznym, w mułach i glinie ziemi, osuniętéj z wysokości, na której stało miasto. Ziemia ta ciągle się obrywa i opada.
Psephisme czyli postanowienie (wyrok) przez radę i lud Olbiopolis uczynione, mocą którego przyznano złoty wieniec Archontowi Eponymowi Theoklesowi synowi Satyrusa, zmarłemu nim skończył urzędowanie; — cytuje miasto będące w stosunkach z Olbją, które zarówno chciało uczcić pamięć Theoklesa i wieniec mu podobny przyznało[78]. Napis ten wnioskując ze kształtu liter, pochodzi z piérwszego wieku przed Chrystusem, z czasów przed napadami Gotów, którzy wkrótce potém najechali Olbję i inne miasta nadeuxyńskie, aż do Apollonji.
Ten napis dowodzi, że stosunki ówczesne Olbji, były ograniczone do miast nad Propontidą i Euxynen, wyjąwszy metropolis Milet. Oto w jakim porządku cytuje miasta Psephisme: Heraklea, Tomi, Milet, Chersones, Nikomedja, Byzancium, Prusa, Istrus, Sinope, w końcu Pana, która zdaje się zależała od Byzancium, jeśli to nie omyłka pisarza ΠΑΝΩΝ zamiast ΤΙΑΝΩΝ co najpewniej być może.
W czasach Retora Djona, w okolicy Olbji zapewne na brzegu lewym Limanu dnieprowego, równie jak dziś znajdowało się wiele soli, którą kupowały narody barbarzyńskie, także Grecy i Scytowie mieszkający w Chersonezie tauryckim.
Ryby, które tak często trafiają się na monetach Olbji, musiały także stanowić ważny artykuł jéj handlu.
Wedle Diona Retora, Olbiopolici wcale się nie zajmowali Literaturą, żyjąc sami wśród dziczy, grecki ich nawet język był popsuty, co dowodzą napisy, będące mieszaniną różnych dyalektów. Używali Kalendarza ateńskiego, gdy w Pantikapei, macedoński był przyjęty. Czytali i kochali się w Homerze, uczyli się Platona, Swidas cytuje Polidoniusa z Olbiopolis, Sofistę, Historyka i Geografa, który kontynuował Polybiusa: Scholiasta Denisa Geografa czyli Periegela, przywodzi Menandra Borysthenitę.
Cynik Bion, naprzód uczeń Kralesa, potém Teofrasta Perypatetyka, był z miasta Borysthenitów, to jest Olbiopolis. Sektator bezbożnéj nauki Teodora, którego ohydne zasady roznosił, zostawił jednak maxymy niektóre wyborne, zachowane nam przez Diona Laërcjusa.
Olbiopolici niektórzy uczyli się na pamięć Iljady i śpiéwali ją idąc do boju, czcili nad innych Achillesa, wznosili mu świątynie, mieli igrzyska na część jego ustanowione i zwali go ΠΟΝΤΑΡΧΣ, czyli panem Pontu, składali mu ofiary: (ΧΑΡΙΣΤΗΡΙΑ, dowodem czego są dwa napisy z Gabinetu Blaramberga. —
Ze świątyń w Olbiopolis, różnym bóstwom poświęconych, jedna wzniesiona była Jupiterowi, i ta służyła za miejsce schadzki zgromadzeń, gdy się na narady zbierano w sprawach publicznych, pisze Dion Chryzostomus.
Obchodzenie swiąt dyonizjackich, czyli bachusowych, o których pisze Herodot, w miejscu opisującém śmierć Scylesa króla Scytów, dowodzi exystencji świątyni Bożka tego w Olbji. Cytują także Swiątynie Cerery na promontorium Hippolcon, niżéj Olbji, na przeciwnym brzegu Bohu. Ołtarz czyli trójnóg z czapkami Dioskurów na medalach tego miasta, dowodzi czci Kastora i Polluxa, albo może być tylko śladem stosunków Olbji z Dioskurias. Brama zwana wrotami Epidauru; zdaje się gdzieś w blizkości oznajmować świątynię Eskulapa, co mogłaby potwierdzać płaskorzeźba olbijska, wystawująca ofiarę temu Bożkowi czynioną.
Apollon Ithypore, czyli drogi prawéj, (atrybut Apollina Archegetesa założyciela i przewodzcy wszelkich kolonji u Greków) miał też świątynie w Olbji, któréj napis zachowany w Nikołajewie wspominający o odnowieniu; dowodzi exystencji.
Co się tyczy Sztuki, szczątki Architektury do nas doszłe, kilka płaskorzeźb i posągów obłamanych dosyć pięknego stylu, a bardziej jeszcze liczne roboty gliniane, których kawałki są czasem cudnie wypracowane; dowodzą, że Olbiopolici nie zostali w tyle od innych kolonji greckich w Azji i Europie, pod tym względem. Monety ich, po większéj części wytrzymują porównanie z monetami innych miast greckich. Co się tyczy robót glyptycznych, kornalina wystawująca w wyżłobieniu (en creux) Fortunę, gorsza jest w porównaniu, od robót garncarskich Olbji. Garncarze bowiem byli bardzo wprawni i umieli nie tylko wytworne dawać naczyniom kształty, ale i różnego koloru i rodzaju, pokosty, poléwy, emalje. Między niémi daje się spostrzegać podobna, do poléwy zwanej purpuriną.
O administracji Kolonji téj, nigdzie nic nie mamy pewnego, domyślać się tylko porzeba, z napisów Dekretów czyli Psephisme miasta, o sposobie zarządu. Dekreta te (postanowienia) wychodziły od Rady i Ludu (Η ΒΟVΛΕΚΑΙ Ο ΔΗΜΟΣ.)
Archontowie o których wspominają liczne szczątki inskrypcji, musieli być w liczbie pięciu, z tych piérwszy, dawał jako Eponymos, imię swoje fastom miasta. W napisach (ΕΠΙΓΡΑΜΜΑΤΑ) towarzyszących ofiarom (ex voto ΧΑΡΙCΤΗΠΙΑ ί ΑΝΑΘΗΜΑΤΑ) są częste wzmianki o Strategach (najczęściéj w liczbie pięciu, czteréj podlegali jednemu najwyższemu) czyniących ofiary Apollinowi opiekunowi; zapewne po jakim zwycięztwie (albo z innego jakiego powodu) ofiary te były: naszyjnik zloty, posąg zwycięzstwa takiż, albo na podstawie srebrnéj — Składały one dziękczynienie za pomyslność miasta i własne Strategów ocalenie. Ci Strategowie jak ich imię pokazuje, byli to naczelnicy wojenni; władza ich jednak zdaje się, rozciągała się do pewnych części administracji w czasie pokoju nawet.
Psephisme Olbiopolitów na cześć obywatela imieniem Protogenesa, daje datę czyli chronologiczny fakt, z czasu, kiedy ofiarnikami byli Herodos, potém Plistark. Mówi ono o Archontach, i o siedmiu mężach. (οι ΕΠΤΑ Septemoiri) składających jakąś Radę, nie wiadomo jednak jaką.
Zbiór rączek (anses) od Diotos, czyli Amfor odłamanych z napisami, które pozbiérał Blaramberg, daje wielką ilość imion Astynomów. Nie wiadomo o ile znaczeniu tego wyrazu, odpowiadała ich władza (ἅσν miasto νόμος prawo, rząd) i czy ich obowiązki podobne były do Astynemów ateńskich, którzy wyłącznie naglądali na muzykę i śpiewaczki, kobiéty grające na różnych instrumentach. Może być że mieli funkcje podobne do Edylów kurulskich w Rzymie.
Napis na tablicy marmurowéj znalezionéj w Olbji, przekonywa także o exystencji przełożonych nad targami publicznemi, czyli Agoranomów; którzy (w liczbie czterech) składali ofiarę Hermesowi czyli Merkuremu targowemu (ΗΡΜΕΙ ΑΓΟΡΑΙΩ) posąg srébrny zwycięztwa. Napisy innych psephismów (postanowień) dowodzą pięknych czynów Obywatelskich; Teoklesa, Herosona Protogenesa i objawiają o ofiarach tego ostatniego dla ojczyzny, a razem o wdzięczności Olbiopolitów i czci, jaką mieli dla dobroczyńców miasta. Wieniec złoty postanowiony dla innych, psephisme młodemu Dadusowi synowi Tumbagusa po jego śmierci, w chwili pogrzebu przez Radę i Lud Olbji; przekonywają jaką cenę przywiązywano do talentów i moralnych przymiotów, nawet w młodzieży; co z nich jeszcze użytku dla społeczeństwa, uczynić, czasu i zręczności nie miała.
Dekret Byzantinów, daje nam pochwały na jakie zasłużyli obywatele Olbji Ababus i Orontes syn jego, jest razem pamiątką czci, jaką im wyrządzili Byzantyjcy.
U Makrobiusa znajdujemy, że gdy jakiś Zopyrion obległ Olbję, mieszkancy otwarli swą xiegę obywateli i zapisali do niéj niewolników i obcych nawet przyjezdnych.
Psephysma Protogenesa mówi o zniszczeniu swiéżem barbarzyńców, i wytępieniu niewolników i obcych, nazwanych w napisie Mixellenas, którzy osiedleni byli na wysokościach blizkich Olbji i połączyli się dla obrony tego miasta, z jéj mieszkańcami, i obywatelami. Okolica ta już za czasów herodotowych zamieszkana była przez Greków obcych, którzy zmięszali się potém ze Scytami i pożenili z kobiétani tego narodu.
Po porcie Borysthenitów, powiada Herodot, piérwszy lud który spotykany, są Callipidi Greko-Scyci. Callipidi za czasów Pomponjusa Meli rozciągali się do rzeki Axias, (zdaje się Teligut dziś tylko Liman, jako i Berezan, który ma być Rhodanem v. Rhodus Pliniusa).
Obraz stanu biednéj, zniszczonéj Olbji, rozwalonych jéj murów obronnych i zupełnéj ruiny, w epoce napisu tego, całkowicie się zgadza z opisem Diona, i zdaje się nie wiele być poźniejszym od mowy jego. Betor ten w początku panowania Trajana, znalazł ulice Olbji rozwalone i rozsypane, mury nizkie i słabe, wieże daleko od mieszkań odsunięte, świątynie i gmachy z posągami potłuczonemi i popsutemi.
Napis na cześć Prologenesa syna Herosena, wzmiankuje o odbudowaniu kosztem jego dwóch wież, (których dziś widne jeszcze ruiny —) i części murów miasta. Posady tych dwóch wież nazwanych w napisie Cathetoor i Posios, nie dawno jeszcze exystowaly, ale chłopi kamienie z nich na swoje budowy pobrali i zostały tylko pagórki gruzu, jakby dwie mogiły. W okolicy saméj mnóstwo tumulus (mogił) dały temu uroczysku terazniejsze nazwanie Sto-mogil (Сто могилъ) Tenże napis wspomina bramy zwane Amaxitos (czyli wozowe) i Epidauru etc.
W mowie Diona Chryzostoma, noszącéj nazwę Oratio Borysthenica, którą poczyna od opisu podróży do Olbji czyli miasta Borysthenitów i przywoszi między innemi, szczegóły rozmowy swojéj z dwóma tamtejszymi mieszkańcami, z których jeden musiał być Strateges, Astynomos, lub innym jakim urzędnikiem; i drugim, któremu wielką powagę i wziętość u swoich przyznaje, zowiąc go Rhoson czyli Heroson. Oprócz napisu, w którym wspomniany jest Heroson (ΗΡΟΣΩΝ) Archont, Psephysma wzmiankowane czyni wiadomo o usługach Herosona ojca Protogenesa, pod względem spraw skarbu publicznego i innych. Przypuszczając że Heroson Diona i napisu, są jednym, (co być może) napis datowałby z panowania Antoninów. Antonius Pius wspomagał Borystenitów, tak, że z pomocą jego mogli uzyskać zwycięztwo nad nieprzyjaciółmi i wziąść od nich zakładników.
Julius Capitolinus, który o tém pisze: wzmiankuje tylko Tauro-Seytów, ale zdaje się, że Galato Skordyski pomięszani z innemi ludy barbarzyńskiemi zamieszkującemi Sarmację europejską, uczynili przymierze ze Scyrrami na zagładę Olbji. Podobno że sami Galaci, półwiekiem wprzód zrabowali miasto Istrus, założone razem z Olbją.
Psephysma nasze mówi o tém połączeniu Galatów ze Scyrrami, którego skutków lękali się już Olbiopolici. — Seyrrowie (ΣΚΙΡΟΙ) wedle Jornandesa należeli do plemienia Alanów. Te ludy, koczujące, nastąpiwszy w naszych południowych stronach, po Sarmatach Jazygach, którzy przeszli do terazniejszych Węgier za panowania Trajana; wypedzeni sami ztąd zostali przez Gotow, (którzy około końca III wieku po Chrystusie, budowali łodzie na Dniestrze i Dnieprze i niémi puszczali się na grabieże aż do Azji mniejszéj.) Odtąd nie ma już mowy nigdzie o miastach greckich Tyras i kolonji Borysthenitów; bo co pisze o Olbji Ammian Marcellin (wspominając i o Teodozji, jakby exystowała za jego czasów). Stephan byzantyjski, Prokop i Jornandes, jest oczéwiście przepisane tylko z dawniejszych.
Wedle chronologji Euzebiusa założenie Olbji, wypadłoby na drugi rok 51 Olympjady, to jest: 655 lat, przed Erą naszą. Z drugiéj strony, gdybyśmy przypuścili, że Seylax z Kariandu w swoim Peryplu nie mówi o Olbji, dla tego, że nie exystowała w czasie expedycji Darjusa do Scytji — trzebaby dowieść, że ten Scylax, autor podróży w koło znanego wówczas świata, był tymże, który żył za Darjusza syna Histaspa (co się nie godzi z rzeczami w Peryplu wzmiankowanémi, bo w nim mianuje Ateńczyka Callistratesa, który żył poźniéj po Darjuszu, mówi o Datonie w Tracji, zbudowanym przez niego w czasie wygnania pod panowaniem Darjusa Notha). Data więc piérwsza założenia Olbji, zda się pewniejsza.
Epokę upadku drugiego i ostatniego, to jest wyjścia ztąd Greków, okazują w pewien sposób monety, jakie się w Olbji znajdują (poźniejsze monety olbijskie, stają się imperjalnemi, począwszy od czasów Septima Severa) — kończą się one na Alexandrze Sewerze i Julji Mammea. Trwała więc Olbja IX wieków, a kwitła aż do najścia i zniszczenia Getów czyli Daków, w VI wieku po założeniu swojém. Potém znowu się w niéj Grecy osiedlili powtórnie, ale widać z Diona Chryzostoma i napisów, że nie dościgli już dawnego stanu świetności.
Psephysma Protogenesa wzmiankuje króla barbarzyńców Setafarna (CΑΙΤΑΦΑΡΝΟΣ) któremu dań płacili Olbiopolici; Dion mówi o Zameczku (zowie go Alector), klóry należeć miał do królowéj sarmackiéj. Zameczek ten musiał być położony (wedle opisu miejsc) gdzie Baterja Hassan-Paszy w Oczakowie.
Rzadki medal gabinetu Blaramberga dowodzi, że Król Scylurus, zwyciężony potém przez Diophantesa, dowodzcę Mitrydata, zmusił Olbiopolitów, bić monetę ze swym wizerunkiem.
Ze wszystkiego tego widzimy, czém była Olbja, i jakie jéj znaczenie w rzędzie kolonji brzegów morza czarnego — Bez wątpienia była ona główném targowiskiem, składała się z Greków i Greko-Scytów, osiadłych tu i nieco zbarbaryzowanych, a jednak tęskne oczy ku Matce ojczyznie zwracających, zachowujących jéj zwyczaje, jéj (choć połamany) język. Rządzona przez Archontów, Strategów, Astynomów, broniona w razie napadu przez wszystkich, nawet przez obcych, którym niebezpieczeństwo dawało prawo obywatelstwa, zniszczona wreszcie podwojnym zalewem Getów-Daków. W pomnikach Sztuki olbijskich, znać oddalenie od Grecji[79]. Garncarskie nawet roboty, które tak chwali Blaramberg, (może nawet za nadto) nie wiele się odznaczają. Juno, gliniany posążek w Bibliotece, exekucji wcale nie pięknéj, pomysłem tylko draperji zastanawia i układem ich.
Przebywszy rozmaite koleje, kolonja ta wreszcie znikła zalana ludami barbarzyńskiémi co ją otaczały. Zapewne w ostatnich czasach exystencji, zmniejszona ludność grecka, która dawniéj barbarzyńców ustraszała, zmniejszony handel, który szanować Olbiopolitów nakazywał dla własnego interessu; ułatwiły ostateczną zagubę osady.
Zrobim tu uwagę, mówiąc o Olbji, že w położeniu miejsc starożytnym znanych i przez nich opisywanych, że nawet na przestrzeni od Dniepru do Dniestru, którą my tutaj szczególnie na uwadze mamy; nié ma jeszcze nic pewnego i stałego w sposobie determinowania, gdzie leżały miasta i osady, jak które nazywano rzeki. Swiéżo P. Nadieżdin wywrócił powszechnie przyjęte mniemanie o Borysthenesie i Hippanisie.
Za Hippanis bierze on Teligół (soloua woda po turecku) a Boh właściwy dotąd zwany Hippanis, lącząc w jedno z Borysthenem; gdyż tak wedle P. N. uważać mieli te rzeki i nazywać starożytni.
Hyppothezy P. Nadieżdina bardzo uczonemi dowody poparte, nie zdają się nam jednak ostatecznie rzeczy rozstrzygać.
Gdy mowa o starożytnych osadach, weźmijmy jeszcze Perypl Arriana i wejrzyjmy na miejsca od Dniepru do Dniestru leżące[80] objaśniając, gdzie mianowicie nazwy starożytne i do czego stosowały się.
— „Od Eona pisze Arrian, do rzeki βορυςθεωης 15 stadjów. Przy Borysthenie, płynąc w górę, stoi miasto greckie Olbia. ὈΛβια.
Od Borysthenu do nie wielkiego, nie zaludnionego Ostrowu 60 stadjów. (Borysthen Insula, teraz Berczan, po turecku Ada. Grecy pontyjscy poświęcili go Achillesowi. Swiątynie i odłamki napisów świadczyły i świadczą o czci oddawanej Ακίλλει Πονταπκηί Tu znaleziony kamień o którym wyżéj cytowaliśmy zdanie Blaramberga; wnoszącego, że Berczan, należał do territorium Olbjopolitów).
„Ztąd do Ὀδησσὸς 80 stadji; w Odessos jest port dla okrętów. (Z tych zapewne słów, ktoś nieuważnie i prędko wniosł, że terazniejsza Odessa, była gdzie Arrian kładnie stare Odessos, ale miejsce to jest wyżéj. Tu opuścił Arrian wielki Liman, u zbiegu rzek Berczan i Sassyk, znajomy Plinjuszowi, pod nazwą sagarykskiego Zalewu. O Odessos pisze Plinius (X. IV. c. 26.) „daléj za Tyraz (Dniestr) jest Aksiaki, naród nazwany od rzeki, za nim rzeka Rodos, zalew sagarykski, port Ordessus“ Rzeka Aksiak stanowi dziś teligulski Liman, z którego lewej strony, był Odissos, czyli Ordessus, nie daleko wsi Koblewki o 45 werst od Odessy terazniejszéj. — Tu Arrian znowu wedle bezimiennego autora Peryplu, opuszcza o 160 sladjów od Odissos, grecką osadę Skopelos, która wychodzi na terazniejszą stację pocztową dofinowską od Odessy o 18 wiorst blizko ujścia Limanu, mały Adżalik.)
„Za Odyssos jest port Istrian (Ἰστριανῦν) do którego jest 250 sladji (To jest wlaściwie miejsce gdzie był Chadzi Bey, a potém stanęła Odessa. Ptolomeus mieści tu miasto dawne Fiska, Blaramberg i Stempkowski, widzą miejsce kotwicowe (anerage) dla greckich okrętów i zowią z Arrianem, portem Istrjan.)
„Za tém następuje port Isiakon (Ἰςιᾳκῶν) do niego 50 stad. (Arrian znowu tu opuscił Dniestr (Tyras — (Tyres Herodota) miasta tu stojące Nikonion, Ofiuzę vel Tyras (gdzie dziś Akkerman i Owidiopol), wsi, osady Ermonaxos i Neoptolema Basztę. O Nikonji i Ofijuzie ma Strabo (X. VII. 306) „płynąc w górę rzeką Tyras o 140 stadjów spotyka się miasta Nikoria na prawym, a Οσιεδα na lewym brzegu, ale mieszkańcy tutejsi liczą tylko od ujścia rzeki do miasta 120 stadjów. Gdzie Hikonja teraz zle nazwany Owidiopol, gdzie Ofjuza, Akkerman. Świadczy Seymnus Chius i Plinius (X. IV. c. 11.) Stefan byzantyjski, ze Ofjuza zwała się Tyras od rzeki tego imienia guzie i Herodot mieści Tyritów (X. IV c. 51.) To nazwanie spotyka się na monetach ΤΥΡΑΝΩΝ.
O wsi Ermonaxos i Neoptolema baszcie, pisze Strabo (X. VII. 506.) „przy ujściu rzeki Tyras jest Baszta którą zowią Neoptolema. (Ποργος νεοπτολεμε) i wieś Ermonaktos (κώνβ ερμώνακτος)
Tak biorąc tylko przestrzeń od Dniepru i Oczakowa, znajdujemy — Alector, gdzie Oczaków, Olbja, wyspę Borysten i Berczan; Odyssos, osadę Skopelos, Fiska, Nikonion, Ofiuzę v. Tyras, Ermonaxos i haszlę Neoptolema.
Iluż to przemianom uległy te miejsca, ile już ludów karmiły; ile razy puste i zaludniane na przemian, handlowe i barbarzyńskie, oświecone i dzikie. Jakże ta ziemia nié ma zajmować silnie każdego, kto ją dolknie stopą?
W Peryplu wydanym przez Jana Potockiego, opisanie tutejszych wybrzeży[81] począwszy od Mauro-Castro-Moncastro (Białogród-Akkerman) step między Dniestrem a Kagalnikiem zwano i pisanych na starych mappach Liginestra — La Ginestra — Langistra, Lasmestra, Lazinesta — Zinesta; zapewne od la Sinestra (lewa strona Dniestru, dalszy step — Flor d’Lisso — Flor de lix (wedle Potockiego między Kujalnikiem a Teligołem) daléj jeszcze Barbarese (Barbarexe) między Teligołem a Bohem — Grote de Toni, około Głubokiéj — Porto di Bovo i t. d. Perypl ten nic nas prawie o stanie kraju, w czasie gdy tu osady genueńskie zastąpiły greckice nie naucza, i zkądinąd także, mało bardzo o tém wiémy. Najlepszém w tym przedmiocie, co do Krymu mianowicie, dziełem, jest wydane przez tylekroć wspomnianego tu już Prof. Murzakiewicza — O osadach genueńskich w Krymie.[82].
Czém w ostatku stepy te i wybrzeże były za posiadania ich polsko-litewskiego, jużeśmy wyżéj nieco napomknęli. — To pewna, że Polska nie mogła skorzystać z kraju, który chwilowo tylko posiadła. Całe usiłowanie Rządu i prywatnych obywateli: Jazłowieckich, Koniecpolskich, Wiśniowieckich, rozbijało się o przeciw działające siły Turcji — Morze stało puste bez handlu; a jeśli Polacy wiedli swoją pszenicę do Cypru, to chyba za pozwoleniem i w czasie pokoju z Turcją. A Polska z Portą nigdy prawie w przyjaznych stosunkach lat kilku nie wytrwała, bo Tatarzy i Kozacy, byli szkopułem o który rozbijały się wszystkie traktaty. — Polska też zaprzątniona innemi sprawy; wiecznie w boju z sąsiadami, nie mogła nigdy zwrócić baczności na ważność posiadanéj ziemi i silnie się wzrostem jéj zaprzątnąć. Prywatni posiadający tu ziemie, mniéj jeszcze uczynić mogli, sami tu nie mieszkając. Tak posiadanie polsko-litewskie, nie wydało tu prawie owoców, nie odznaczyło się postępami i siłą organizującą. Głuche wzmianki o wysyłaniu pszenicy podolskiéj do Cypru, dowodzą tylko, że korzystano z chwil swobodniejszych: ale po zdobyciu Konstantynopola, położenie tych prowincji, coraz a coraz krytyczniejszém się stawało. Tatarzy niegdyś przez Olgerda wyciśnieni ze stepu za Dniestr i Dniepr, znowu potém na mało zaludniony step wciskać się zaczęli. — Napróżno w Daszkowie (Oczakowie) trzymano straże, próżno pilnowano się od Podola, zakreślano granice i sypano kopce. Tatarzy naprzód za opłatą ze stadami się wcisnąwszy, posypawszy mogiły, założywszy zimowiska w Bałkach, już ztąd wyparować się nie dali; a to powolne zdobycie, koleją czasu przeszło w posiadanie prawie bezsprzeczne. Jeszcze w XVI wieku Zygmunt I. dopominał się Oczakowa, rościli Koniecpolscy i Jazłowieccy pretensje do nadanych im ziem; ale wkrótce ze wzmagającą się zuchwałością tatarską ustąpić w milczeniu musieli, a bogdajby Tatarzy tylko spokojnie tam siedzieć chcieli, chętnieby im i stepu i morskich wyrzeczono się brzegów.
Była jednak chwila od XIV do XV w., w któréj step ten będący pod polskiém władaniem zakwitał. Koniecpolskich osady na sotnie liczyły wsi i miasta, Jazłowieccy W XV w. upierali się o Chadži Bey z przysypiskami i ze świadectw pisannych widno, że w chwili téj, która stanowila między Polską a Tatary — kto de facto step obejmie; Polska już się zabiérała zaludniać go, i byłaby zaludniła, gdyby nie tysiączne inne zajęcia rozprzęgające jéj siły, na wszystkie strony, wojny i ruchy.
Między przyczynami dla których Polska skorzystać z posiadania stepu i brzegów morza czarnego nie mogła, ani upewnić tu swego panowania; — należy dodać nieszczęsną formę rządu i zbyt wielką władzę i siły prywatnych ludzi, co często szli przeciw myśli jego. Step w ręku i posiadaniu możnych panów polskich, tém samém zależał najpiérwéj od nich; a jak skoro oni nie mogli lub nie chcieli utrzymywać się w nim przeciw Tatarom, ciągle wojując — musiał pójść w końcu w ręce Nogajów.
Tak się i stało nareszcie. W początkach XVII wieku, już nie myśląc o opłacie dani, Ordy nie pastwisk szukały w stepach między Dnieprem a Dniestrem, ale rozwinęły swoje zimowe auły po bałkach, zajęły kraj i spoglądały na Podole, na Ruś polską, bo im ztąd wygodnie na nie napadać było. — Ztąd trzema szlaki chodziły tatarskie zagony w Polskę i Litwę.
Trzy te szlaki napadów tatarskich, na Ukrainę i Podole, Ruś[83] były: kuczmański, czarny Szlak i tak zwany wołoski. Schodziły się one pode Lwów (Ili u Turków zwany) Kuczmański od Oczakowa (u Turków Dniepr i Oczaków zwał się Uzu) na Czapczakléj, Sawrań, Kodemę, przez Kuczmań rzekę do Bohu wpadającą, przez Szarawkę wiódł do Lwowa czarny od lasu czarnego w polach po lewéj stronie Dniepru, gdzie się Tatarzy przeprawiwszy przez Dniepr taili póki się zebrali wszyscy — na Tarhowisko, Tomahówkę, Czerkasy, Kaniów, Kijow, Cudniów, Połonne, Zastaw, Łuck, Sokal do Lwowa. Wołoski szlak ode Lwowa na Buczacz, Skałę, Zynków, przez stepy około źródeł Uszycy, Drwań i Ruszawę, przez Dniestr w Wołoszczyznę, (Bessarabją) Budżak. Sarnicki pisze, że ustanowiony był strażniki, co pilnował ukazania się Tatarów i dawał o nich znać Hetmanom polskim. Inni wzmiankują o wielkiej nawale ptaków, które ze stepów wygnane, ruszając się dawały znać o Tatarach na Podolu i Ukrainie. Piérwsze Kozactwo o którem wspominają dzieje polskie, zdaje się na odparcie Tatarów wyłącznie przeznaczone, między Oczakowem a Bialogrodem czatowało; pod Oczaków sam zapędzało się na karawany Tatarów i Turków zasiadając i one napadając.
Była chwila, że Polska może się pozbyć mogla na zawsze nie miłych i wiecznie grożących swą swawolą sąsiadów, gdy dla widoków polityki, sam Sułtan w r. 1532 wzywał króla Zygmunta I. do połączenia się z nim wspólnego przeciw Carzykowi perekopskiemu; o czém Król do panów Rad koronnych pisał listy, ale to na niczem spełzło[84]. Nie mamy tu potrzeby przypominać, że gdyby duch Witolda ożywiał jego następców, władza jaką on pomimo klęski odniesionéj nad Worsklą, uzyskać potrafił nad Tatarami; mogłaby ich utrzymać w podległości Polsce i Litwie, podległości, która exystowała do czasów Kazimierza Jagiellończyka, wedle świadectwa Chalcondylasa.
Beauplan w swym opisie Ukrainy, zostawił nam[85] nieco wiadomości o stanie stepu, którego historja nas zajmuje „Jezioro Teligul, powiada on, ma ośm mil długości, a szerokości siódmą lub ósmą część mili i Peresyp od natury tu wysypany na morskim brzegu, nie daje mu łączyć się z niém. Jezioro to tak obfite w rybę, że stojąca woda, śmierdzi od niéj nieznośnie.
„Jezioro Kujalnik, leży od morza nie dalej nad dwa tysiące kroków, także obfite w ryby jak i teligulskie. Rybacy przybywają tu daléj, niż o pięćdziesiąt mil, łowić karpie i szczupaki wielkości niezwykłej.“
„Białogród leży u Dniestru i t. d. Opisuje potém Kilję i Budżak. Beauplan zostawił nam także, najlepsze z owego czasu opisy Tatarów, ich sposobu życia, obyczajów, napadów; a chociaż znać w nim czas w którym pisał i właściwe mu przesądy, niemniej jednak opisanie Beauplana daje ważne i później potwierdzone o Nogajcach wieści.
„Tatarowie“ pisze on, „jak psy i inne zwierzęta, rodzą się slepi (mniemanie to już z pogardy poszło, już z maleńkich oczu tatarskich) wzrostu są mniéj niż średniego (najwyżsi z nich u nas byliby ludźmi zwykłego wzrostu); wszyscy w ogólności są zbudowani krępo i silnie, brzuch tłusty, plecy szerokie, szyja krótka, głowa ogromna, twarz prawie okrągła, łeb goły, oczy czarne i wązkie, nos krótki, gęba nie wielka, zęby białe jak kość słoniowa, płeć smagława, włos czarny jak smoła, a gruby jak na końskiéj grzywie; krócej mówiąc: rysy ich twarzy, wcale odmienne od naszych. Tatara poznasz na pierwsze wejrzenie ze wzrostu i powierzchowności — podobni są do Karaibów i Indjan żyjących w Ameryce przy Maranian. Wszyscy są żołniérzami tęgimi i odważnymi, przywykli od dzieciństwa gardzić trudem i niewygodą, od siedmiu lat porzucają swoje Kantary (jurty na dwóch kołach) spią pod gołem niebem, a jedzą tylko to, co ubiją strzałami, nie dostając nic od rodziców. Tak od dzieciństwa nauczywszy się strzelać celnie, we dwunastym roku, już ciągną w pole, przeciw nieprzyjacielowi. Tatarki codzień kąpią swe dzieci w słonéj wodzie, ażeby im skóra zgrubiała, i stała się nieczułą na chłód w przypadku przeprawy w zimie przez rzeki.
Tu mowa o dwóch pokoleniach Tatarów: Nogajach i Krymcach. Ostatni, jakeśmy mówili, mieszkają na półwyspie morza czarnego, znanéj pod nazwiskiem tauryckiéj Scytji.
Nogajcy dzielą się na większych i mniejszych Nogajców, i ci równie jak drudzy nie znają wygod życia społecznego, koczują miedzy Donem a Kubaniem; niektórzy uznają nad sobą władzę Chana krymskiego; drudzy podlegają Moskwie, inni są zupełnie niepodlegli. Nogajcy nie tak są szlachetni jak Krymcy, ale Krymcy nie tak odważni, jak Tatarowie budżaccy.
Odzież tatarską stanowią: kurtka bawełniana, koszula pokrywająca ciało na pół stopy niżéj pasa, szarawary czasem sukienne, częściéj pstre bawełniane. Możniejsi noszą pstry bawełniany kaftan, a na wierzch jego wdziewają kaſtan sukienny, podbity lisiem albo sobolem futrem; głowę pokrywają futrzaną czapką, bóty noszę czerwone safjanowe, ale bez ostróg. Prości Tatarowie narzucają na plecy kożuch barani, który zimą noszą szerścią wewnątrz, a latem na dészez szerscią na wierzch. Spotkawszy ich w tém odzieniu niespodzianie w polu, zlękniesz się myśląc, żeś przydybał białego niedzwiedzia, co się przypił do końskiego grzbietu. Tak samo używają oni czapek baranich.
Tatarowie uzbrojeni są szablą, łukiem i kołczanem z ośmnastu do dwudziestu strzał, u pasa wiszą: nóż, krzesiwo do robienia ognia, szydło i pięć lub sześć sążni rzemiennych sznurów, do wiązania jeńców. Każdy z nich ma norymberską bussolę (??) Dostatniejsi tylko noszą kołczugi, reszta idzie na wojnę, jak stoi. Są bardzo odważni, i zręczni na koniach, choć zle na nich siedzą, zginając kolana dla krótkich strzemion. Konny Tatarzyn podobny jest do małpy, siedzącéj na psie gończym. Z tém wszystkiém zręczność i zwinność Tatarów, są zadziwiające.
W całym pędzie biegnąc, przeskakują ze zmęczonego konia, na powodowego i tak uciekają od nieprzyjaciół. Koń nie czując na sobie jezdzca, natychmiast przebiega na prawo i równa się do linji, aby pan w przypadku potrzeby, mógł znowu wskoczyć na niego. Tak to ich konie panom służyć umieją. Tatarskie konie prócz tego znoszą prawie nie do uwierzenia trudy. Niezgrabne tylko i brzydkie na oko ich bachmaty (tak nazywają je Tatarzy) są w stanie przebiedz bez oddechu dwadzieścia lub trzydzieści mil. Gęsta grzywa i ogon zamiatają ziemię — Wszyscy w ogólności Tatarowie niższego stanu, nie wyjmując koczujących, karmią się nie chlebem, który tylko u nas będąc jedzą, lecz kobylem mięsem, przekładając je nad wołowe, i koziem a owczém, (baraniny nie znają).
Należy tu dodać, że Tatar zarzyna na pokarm, tylko chorego konia, który się już na nic nie przydał. Nawet gdy koń sam zdechnie z jakiejkolwiek choroby, Tatarzyn pewnie, nie wzdrygnie się zjeść padło. W czasie pochodów tenże pokarm mają, po dziesięciu się składając. Biorą oni konia wymęczonego i ubijają: jeśli mają mąkę, rozmieszają ją ręką z krwią końską (tak jak u nas na kiszki) potém kładną tę mięszaninę w kocioł, gotują i jedzą jak najwyborniejszy przysmak. Mięso rozrąbują na cztéry części, trzy ćwierci rozdaja, a jedną zadnią cwierć zostawują dla siebie. Rozerznąwszy część mięsistszą, na wielkie kawały; na cal lub półtora grube, kładną po jednym na grzbiet koński pod siodło i zaciągnąwszy mocno popręgi, pędzą się dwie lub trzy godziny, jadąc daléj z towarzyszami i potém zdejmują siodło, przewracają mięso, moczą w pianie, którą palcami zgarniają ze zmęczonych koni, aby mięso nie utraciło soczystości, i znowu siodłają konia, znowu jadą przez dwie lub trzy godziny; poczém wysmienita potrawa, dla nich gotowa.
Pozostałe części gotują w kotle z nie wielką ilością soli, nie szumując w przeciwnym bowiem razie, zdaniem Tatarów, mięso traci soczystość i pożywność. Oto czém się te narody karmią. Czystą wodę piją tylko wówczas, gdy na nią natrafią, co rzadko się zdarza; w zimie używają tylko sniegowéj. Murzowie to jest szlachta i inni zamożni Tatarowie, którzy mają klacze, piją kobyle mléko, zamiast wódki i wina. U nich nic nie przepada. Końskiem sadłem przyprawują jęczmienną, prosianą i hréczaną kaszę; ze skóry zręcznie plotą sznury, robią siodła, uzdy i nahajki, którémi w miejscu ostróg poganiają konie. Zostający w domu Tatarzy jedzą mięso owcze; kozlęce, kurze i inną żywność; swininy nie cierpiąc jak Żydzi. Z mąki gdy jej dostaną, pieką placuszki; ale najzwyczajniejszą ich potrawą, jest kasza jaglana, jęczmienna lub hreczana. Proso, jęczmień i hreczkę sieją sami, a inne ziarna, przywożą od sąsiadów. Owoców u nich mało, ale miodu dosyć, ten bardzo lubią; z niego przygotowują nie warzony napój, który robi mocne rznięcie w żołądku. Miejscy Tatarzy daleko są cywilizowańsi, pieką chleby podobne do naszych; warzą z jęczmienia hreczkę, gęstą jak mléko, napój upajający, piją i wódkę przywożoną z Konstantynopola.
Biédniejsi zamiast hreczki używają innego napoju; zmięszawszy w garnku krowie mléko z owczém i koziém, biją na masło, a maślankę rozlewają w naczynia i piją. Napój ten codzień się prawie robi, bo prędko kwaśnieje. Zresztą Tatarowie są dość trzezwi, soli używają mało, za to mocno korzeniami przyprawują jedzenie, osobliwie pieprzem. Prócz tego, jak mieszkańcy Madagaskaru, robią jeszcze napój następującym sposobem: gotują mięso z małą ilością soli, jak wyżéj rzekłem, nie szumuja; dodają do tego Szurb, a gdy zechcą pić, odegrzewają. Gdy myślą się uraczyć pieczenią, nasadzają całe jagnię na rożen i pieką je, potém rozecinają w kawałki, długości stopy, szerokie na cztéry cale.“
Jeszcze słowo z Beauplan’a, o napadach tatarskich na ziemie nieprzyjacielskie, ich grabieżach i zabiéranie w połon Chrześcijan.
„Odebrawszy od Sułtana rozkaz wtargnienia do Polski. Chan zbiéra do 80,000 jezdców, jeśli sam ma zamiar napaść ziemie nieprzyjacielskie, jeśli wysyła tylko Murzę, daje mu 40 do 50,000. Pochody ich zawsze się przedsiębiorą zimą, a zazwyczaj w początku Stycznia, żeby na drodze nie spotykać przeszkód, aby rzeki i błota nie utrudniały przepraw.
Przed poczęciem pochodu, robią przegląd wojska, które potém zaraz w drogę się wybiera. Należy wiedzieć, że chociaż Krym położony jest pod 46-47 stopniami szerokości, jednakże stepy na północ od niego, pokryte są śniegami całą zimę aż do Marca. To wygodne jest dla Tatarów, śmiało się bowiem puszczają w pochod z nie kutemi końmi, których kopyt śnieg broni, inaczéj rozbiłyby się o zamarzłą ziemię, co się przytrafia w czasie gołoledzi. Murzowie i bogatsi przywiązują rzemieniem do nóg koniom kawałki rogu krowiego, ale ta podkowa nie długo się trzyma i koń ją łatwo gubi. Dla tego Tatarzy boją się zim bezśnieżnych i gołoledzi, gdy i podkute konie ich, trudno wówczas iść mogą. Dzienna droga Tatarów nie wielka, najwięcéj zwyczajnie sześć mil francuzkich. Powoli idą ku granicy, rozrachowują czas i układają się tak, aby powrócić do Krymu przed puszczeniem rzek, bez szkody. Dla pokrycia ruchów swoich i uniknienia przed Kozakami, którzy czatują w stepie, równie gdy się zjawi nieprzyjaciel, robią trwogę. Tatarzy przechodzą stepy jarami, nocą, nie rozpalając w obozie ognia, a dla wieści i dostania języka wysyłają konnych, poruczając roztropniejszym i doświadczeńszym pojmać nieprzyjaciela. Front tatarskiego wojska, zajmując od 800 do tysiąca kroków, składa się ze stu jezdzców; to jest trzechset koni (każdy Tatar prowadzi z sobą dwa konie). Na 80,000 Tatarów, bywa około 200,000 koni, a wojsko to zalega blizko pięciu mil kraju. O trzy lub cztery mile od granicy, wypoczywają, dzielą wojsko na trzy oddziały. Dwa pozostają w tyle, jeden dzieląc się stopniowo na coraz mniejsze części, rozbiega się na wszystkie strony po wsiach i miasteczkach, na mil ośm i dziesięć otacza, zabiera co napadnie, bydło, konie, owce, ludzi, sprzęty bogatsze, nie zabijając tylko tych, co się bronią. Swinie w jedno miejsce spędzają i palą.
Tym czasem wielki, ze dwóch części złożony korpus wojska postępuje, mniejsze garstki zwracają się do niego, zajmują stanowiska, a świéże, wybiegają na rabunek. Unikają spotkania z wojskiem polskiém, które jest dla nich zawsze klęską, im chodzi nie o bitwę ale o rabunek. Nałupiwszy wracają w stepy, gdzie się znowu, zwłaszcza, jeśli pobici byli, szykują i porządkują. Dzielą tedy łupy. Beauplan narysował tu nie wielą słowy, okropny ten obraz niedoli i gwałtów, jakie się popełniają przy podziale; powtarzać go tu nie chcemy. Drobnych chłopców obrzezawszy bisurmanią. Jeńcy jedni do Krymu, drudzy do Stambułu, inni do Natolji wysłani. Często dwa tygodnie czasu wystarcza na zabranie 50,000 ludu. Zatém Tatarzy w mniejszéj liczbie czynią wycieczki, aby nie łatwo wytropieni zostali, używają owszem wszelkich dla zakrycia się sposobów. Dzielą wojsko swe o trzydzieści lub dwadzieścia mil od granicy na dziesięć oddziałów, wysyłają połowę, po tysiąc koni, ale nie daléj jak na milé, półtoréj, utrzymują czaty pilne dokoła. Wracają rożnémi drogami, dla nie zbłąkania się pilnując rzeczek i strumieni. Wycieczki te trwają krótko i nie posuwają się nad kilka mil w głąb kraju. Kozacy aby się ubiedz im nie dali, idą zwykle taborem, to jest: stawią dwa rzędy wozów, po dziesięć na czele i z tyłu zostawując, sami z rusznicami, kopjami, kosami, zamykają się we środku na ćwierć mili dokoła rozsyłając czaty. Skoro nieprzyjacielu znać dadzą do Taboru, ruszają, a cała wygrana zależy od tego, kto kogo niespodzianie zajdzie. Opis, jaki Beauplan daje napadu na tabory, do których Tatarzy nie zbliżając się, zdaleka tylko strzały puszczając, w pięciuset ludzi, sześciudziesiąt zamkniętych w taborze dobyć nie mogą — daje miarę odwagi ich i wprawy wojennej. Tatarom zawsze nie o zwycięzlwo i bój, ale o łup chodziło.
Chytrze umieli oni ślad swój w stepie ukrywać; dzielą się na kilka oddziałów i rozchodzą się w cztéry strony przeciwne, daléj postępując, każda znowu część dzieli się na cztéry, te jeszcze na cztéry i tak daléj, aż pozostanie tylko garstka kilkunastu. Garstki te potém kierując się w dobrze znanym stepie, zbiegają w jedno miejsce. Kozacy zaś ścigający, dla mnóstwa wybitych w różnych kierunkach dróżyn, dójść śladu nie mogą. Tym czasem Tatarzy spoczywają gdzie w Bałce, w paszę i wodę dostatniéj, a potém puszczają się w drogę znowu.
Sposób przebywania rzek a mianowicie Dniestru był taki. Konie ich wprawne są do pływania; wybierają brzegi, gdzie są przystępne i nie przepaściste; zbiérają potém trzcinę lub łozy, robią dwa pęki na trzy stopy długie, a na dziesięć do dwunastu cali grube. Te oddalone są od siebie na stopę i spojone dwoma drążkami. Jeden koniec powroza przywiązują do tych pęków, drugi do końskiego ogona, na tę tratew kładną kulbakę, łuk, kołczan, odzież przymocowują i z kańczukiem w ręku wchodzą do rzeki, trzymając się jedną ręką grzywy i cugli, drugą płynąc i popędzając konia. Tak się na drugi brzeg dostają. Tym sposobem niekiedy płyną szeregiem na pól mili szerokim. W wyprawach ich niekiedy znajdują się i kobiéty[86].
Z postronnych poźniejszych świadectw o Tatarach, wielce są ważne wiadomości, podane przez naocznego świadka Barona de Tott, który zwłaszcza sposób ich życia, obyczaje i t. d. wybornie opisał. Musimy tu dla dopełnienia obrazu, małych z niego udzielić wyciągów[87].
Oto naprzód opis stepów zajmowanych przez Nogajców, które Tott wielekroć przejechał z Chanem i Mirzami, już to polując na zające i kuropatwy, już towarzysząc Chanowi, na wyprawę pod Bałtę.
„Rowniny nogajskie,“ powiada on, „są tak płaskie i otwarte (mowa tu o Budżaku i jedyssańskim stepie, między Dnieprem a Dniestrem), iż nam się horyzont zdawał otwarty ze wszech stron. Nié ma tam żadnéj nierówności, żadnego nawet najmniejszego krzaczka, któryby widok urozmaicał; i przez cały dzień nie postrzegliśmy nic, chyba kilku Nogajców konno, których oko bystre moich Tatarów postrzegło już głowy, gdy wypukłość ziemi okrywała jeszcze resztę ciała — przejeżdżali się oni pojedyńczo. Byłem ciekawy wiedzieć, jaki mógł być cel ich przejazdki i dowiedziałem się, że ten narod, miany za włóczęgę dla tego, że mieszka pod namiotami, ma jednak swoje sadyby w parowach, na osiem, dziesięć sążni głębokich, które przerzynają równinę od północy ku południu i rozciągają się więcéj niż na 30 mil wzdłuż, a pół ćwierci mili w szérz. Strumienie płyną środkiem tych parowów (bałki) i kończą się w południowéj stronie w małych jeziorach, które łączą się z morzem czarném. Nad témi strumieniami stoją rzędem namioty Nogajców i szopy, w których ma schronienie bydło, tego pastérskiego narodu. Każdy właściciel ma swój znak osobny, który wypala żelazem na lędźwi koni, wołów i wielblądów, owce znaczone kolorami na wełnie, mają ciągle na oku i nie dają im się bardzo oddalać od mieszkań; inne zaś trzody złączone w kupy osobne, wyganiają na wiosnę w równiny i zostawują je tam, aż do zimy. Za zbliżeniem się dopiéro téj pory roku, zaganiają je nazad do szop swoich. To to było przyczyną, dla któréj owi Nogajcy jezdzili po polu, szukając trzód swoich, gdyśmy na nich trafili. Ale co jest w tém osobliwego, to to, że Tatarzyn, gdy wyjedzie szukać trzód w równinie, która od jednego parowu do drugiego, zawsze prawie ma dziesięć do dwunastu mil w szérz, a trzydzieści wzdłuż, — nie wié nigdy, w którą stronę ma się udać, i nie zastanawia się nawet nad tém, kładzie tylko worek jagieł prażonych, aby miał czém żyć przez miesiąc cały, zazwyczaj wystarcza mu na to, ośm do dziesięciu funtów jagieł. Gdy się w żywność opatrzy, wsiada na konia, jedzie i nie zastanawia się aż o zachodzie słońca, pęta konia, daje mu się paść, sam posila jagłami, zasypia, a gdy się obudzi, ze dniem jedzie daléj. W czasie drogi, uważa znaki różnych trzód i zjechawszy się z innymi Nogajcami, opowiada im, gdzie co widział, wzajemnie dowiadując się od nich, o trzodzie, któréj szuka.“
Jakie było ubóstwo, a raczéj dobrowolna prostota Tatarów, tenże Tott opowiada daléj: — „Wyjąwszy odzienie Sułtana Bessarabji i Mirzów (szlachtę) którzy choć nie bogaci, lubią jednak jakiś zbytek i wytworność, wszystkie sprzęty u Talarów, dogadzają tylko, saméj koniecznéj potrzebie. Okna nawet szklanne znajdują się tylko w mieszkaniu Xiązęcia wspomnionego; we wszystkich innych mieszkaniach na zimę wprawiają w okna ramy papiérowe, które wyjmują na lato, aby oddychać wolném powietrzem i mieć widok ustawiczny na morze czarne, które widać bardzo zdaleka.
„Byłem tak ostrożny,“ pisze daléj, „żem się zaopatrzył w chleb w Kiszelu. Jest to zbytek którego Nogajcy nie znają prawie, łakomstwo ich nie dopuszcza im także często karmić się mięsem, choć je bardzo lubią. Ciekawy byłem czém téż oni żyją i chciałem żeby mi przydali swoją najzwyczajniejszą potrawę, do tych, które dla mnie gotowano. Mirza, któremum się do mojéj ciekawości przyznał, uśmiéchnął się na to i wysłał jednego Tatara rozkazując aby zebrał wszystko, coby mogło zadość uczynić mojéj ciekawości. Człowiek ten powrócił wkrótce niosạc mały worek mąki z prosa prażonego, dwie kulki białe wielkości jajka, twarde jak kréda i tygiel żelazny. Przyprowadził także młodego Nogajca, dosyć licho ubranego, który uchodził za najlepszego kucharza w całej Ordzie. Uważałem pilnie, jak się do gotowania przybierał. Napelnił on naprzód garnek wodą, której mogło być pół garnca, wsypał potém weń około sześciu łótów mąki jaglanéj prażonéj, przystawił naczynie do ognia, dobył łopatki z zapasa; otarł ją o rękaw, mięszał na okół w jedną stronę póki nie zawrzało; naówczas wziął jedną z owych białych kulek (był to sér z mléka kobylego osolony i wysuszony) kazał ją pokruszyć na małe kawałki, włożył je w swoją potrawę, nie przestawał mięszać w tęż samą stronę, poléwka gęstniała, on mięszał daléj, do końca z natężeniem siły póki potrawa nie będzie tak gęsta jak chleb pieczony bez drożdży i wtedy wyjął łopatkę, włożył ją za pas, wywrócił garnek na rękę i podał mi wałek ciasta w listki do kupy zwinięty. Czém predzéj jadłém go i w samej rzeczy ta potrawa bardziej mi smakowała, niżelim się mógł spodziewać.
Skosztowalem także mléka kobylego, które byłoby mi się pewnie dobre zdało, gdyby nie uprzedzenie, od którego nie podobna mi się było obronić.
Baron de Tott, opisuje daléj, pożercze napady szarańczy w stepie, na pola prosa napadającéj; sposób łapania koni, za pomocą kija, na którego końcu jest kruczek ze sznura. Ten zarzucają na łeb koniowi, pędząc w pośrodek stadniny oklep konno, zakiełzawszy ledwie szkapę, kawałkiem przez pysk przesunionego powrozu.
Opis mieszkania Krim Geraja, Chana tatarskiego, dać może wyobrażenie innych sadyb i mieszkań nogajskich w stepie.
„Drewniane kratki, które się składają i rozkładają łatwo, służą zamiast muru okolnego, bywają one do półpiątéj stopy wysokie. Dwa końce téj kratki, oddalone od siebie na dwie stopy, dają wejście do Namiotu; dwadzieścia żerdek które się w górze jednym końcem schodzą do kupy, a drugim trzymają owéj kratki, są wiązaniem kopuły i utrzymują dach. Dach jest to kaptur z kuczbai lub pilści, od którego spuszczone kapy okrywają ogródkę z góry: dołem jest także okrycie z podobnéj materji. Pas przyciska dokoła to pokrycie, a trochę ziemi lub śniegu natłoczonego spodem, nie dopuszcza powietrzu przewiéwać dołem, co razem przytwierdza namioty bez żadnych sznurów i masztów. — Staranniejszéj budowy namioty, mają w górze koło, do niego przyczepiają się żerdki, otworem zaś wychodzi dym, i można bezpiecznie ogień zapalić. Taki był namiot Chana, że sześćdziesiąt osób mogło dokoła w nim usiąść wygodnie, okrążając ognisko. Wewnątrz oprócz obicia z materji czerwonéj miał do koła siedzenie. Dwanaście mniejszych namiotów otaczały xiążęcy, służyły one za schronienie dla dworu i służby —“
Oto jak opisuje de Tott, widok zgromadzonego wojska tatarskiego, gotującego się na wyprawę:
„Pagórek mały na któryśmy nazajutrz natrafili po drodze, podczas gdy wojsko wyciągnąwszy się na równinie postępowało w szyku; wzniecił w Krym Giraju ciekawość przypatrzenia się z niego wojsku swojemu. Kazał się tedy zatrzymać. Udałem się za nim na ten wzgórek, a kolor ciemny burek tatarskich przy białości śniegu, sprawiał że się nic przed okiem naszém nie ukryło. Można było rozeznać po sztandarach pułki różnych prowincji i uważałem, że choć bez rozkazu pewnego, wojsko to urządziło się samo dwadzieścia szeregów i wyciągnęło dosyć prosto. Każdy Sułtan Seraskier z małym swoim dworem formował małą kupę przed oddziałem. Środek piérwszego szeregu, gdzie się znajdował sam Chan, wystawiał korpus odsadzony dość liczny, którego rozporządzenie czyniło widok prawdziwie militarny. — Czterdzieści kompanji, każda od pięciudziesiąt konnych maszerowały naprzód dwiema kolumnami, mając we froncie po czterech ludzi, a z boku po dwadzieścia sztandarów. Już za nimi następował wielki koniuszy mając z sobą dwanaście koni powodowych i sanki nakryte, za któremi szła jazda, otaczająca Chana. Tu dopiéro jeden Emir niósł sztandar Proroka, obok którego były dwie chorągiewki zielone: w tyle powiéwały proporce Ihnat-Kozaków, którzy ze swemi rotami zamykali straż Chana.
„Nohajcy, dodaje Baron de Tott[88] nie znają u siebie tych różnic własności ziemskiéj (jakie zaprowadzone są w Krymie i Bessarabji) naród ten pastuszy, jedynie swym dobytkiem zaprzątniony, daje trzodom wolność bujania po stepach i wyrzniętych tylko granic od sąsiednych Ord przestrzega. Wszakże jeśli Mirzowie nohajscy mają wspolność gruntów ze swymi lennikami, jeśli nawet jakąś hańbę upatrują w zabawach rolniczych, nie przeto jednak mniéj znaczą. Schroniwszy się podczas zimy w doliny, w których ordami mieszkają, wybiéra każdy ze swego Aułu czynsz w bydle i wymierzonéj na nie żywności, a gdy przyjdzie wiosna i czas zasiewu, wynoszą się z rolnikami w stepy, obierają miejsca na role, dzielą je między swych gburów.“ Panszczyzna którą Tott upatrzył w Krymie, nieznana była Nohajcom.
Oto jeszcze wiadomości o Nogajcach ciekawsze może od poprzedzających, bo niewydane dotąd. Wyczerpnięte przez A. Skalkowskiego z zaporożskich Archiwów i przez tegoż nam udzielone.
Dnia 25 Marca 1755 roku, byli wysłani od Kosza zaporożskiego, dwaj Kozacy: Damjan Zawadowski i Łukjan Porochnia (poźniej ważny Starszyzna kozacki) z listem do nogajskiego Seraskiera Szechbaz-Giraj-Sułtana (nogajskim Seraskierem, per excellentiam zwał się tylko jedyssański.) Ci powracając z za Dniestru i będąc na wyżynach kujalnickich, u samego Kajmakana w nowo założoném siole zwaném palejowe jezioro, od osadniczego Wasila, dowiedzieli się: że kujalnicki i teligulski Murzowie z innymi Tatarami Nogajcami, między sobą sekretnie naradzają się i spikają na Sułtana swego Szechbaz-Giraj-Sułtana; że chcą poddać się Rossji, z przyczyny, że on wojując w ciężką zimę przeciw Czerkiessom, nie mało ludzi i koni potracił. Od znajdującego się zaś w Han-Kiszła-Sultana (budżackiego) przez tumacza jego Iwana Stefanowicza (Kozaka) słyszeli, że nowy Sułtan Osman wstępując na tron, wstawszy z siedzenia, obróciwszy się ku ruskiéj stronie, podniosł rękę w górę i wyjąwszy obosieczny miecz z pochew uderzył nim o ziemię; że rozkazał posłać we wszystkie kraje znakomitych, wysoko urodzonych posłów, a do Rossji prostych ludzi.“
Taka jest relacja kozacka. Wspomniony w niéj tłumacz Stefanowicz Kozak takie miał znaczenie u Tatarów, że ruscy wielkorządzcy posyłali doń z listami i podarkami, ilekroć odzywali się do Sułtanów.“
1753 r. kwietnia 15, General-Major Jan Hlebów, dowodzący twierdzą elizawetgradzką (dawniéj zwana twierdzą ś. Elżbiety) prosił Pułkownika buhhardowskiej Pałanki, o wysłanie dwóch Kozaków zaporożskich, dla przeprowadzenia do budżackiego Seraskiera Sułtana z listami, wyprawionych, husarskiego Wachmistrza Bazylego Grossuła i sotskiego Atamana Szerśfuka, do piérwszéj tatarskiéj straży. Ci Kozacy już byli wyznaczeni, ale tegoż dnia, objeżdczyk kauszańskiego Kajmakan Alabet-Murzy, objeżdczyk Ordy nogajskiej, Nakazny Murza, Mołokaj Murza, z trzydziestą innymi towarzyszami, przejechawszy na tę stronę rzeki Bohu, przeciw Gardu, objawili, że są objazdem tatarskim. Do nich tedy Wachmistrz począł mówić po nogajsku, prosząc, aby się spuścili niżéj i wzięli go z sobą; ale na to się nie zgodzili. Pułkownik posłał (Maxym Taran) na uczczenie ich po sąsiedzkiéj przyjaźni wódki, ryby pieczonéj i tytuniu. Poczém wzięli z sobą Wachmistrza i Atamana; ale Murza Mołohaj pytał Wachmistrza:
— Kto was chciał prowadzić do tatarskiéj straży?
Naczelnik odpowiedział, że dwóch Zaporożców i dwóch kompanijców (regularnych małoruskich Kozaków).
Na co Mołohaj klnąc zakrzyczał, że Zaporożców i kompanijców byliby wyrznęli i nazad nikogo nie puścili, a samego tylko Wachmistrza poprowadzili daléj bezpiecznie, że u nich są rozkazy, aby Zaporożców, skoro w granice tatarskie wkroczą, wyrzynać — Z tego można wnosić, iż gdyby Kozacy Wachmistrza przeprowadzali, byłaby ich w stepie budżackim wszystkich spotkała śmierć niechybna.“
Tegoż roku dnia 14 Lutego; kapral husarski Jan Chereskuł, od tegoż wielkorządzcy Hlebowa, do budżackiego Seraskier-Sułtana wysłany, tak opisywał podróż swoję: — „Wyjechawszy z danemi mu listami i minąwszy uroczysko Zaporożski Gard, przeprawiwszy się przez rzekę Boh, jawił się do tatarskiéj straży, od Gardy o trzydzieści wiorst, tu wziął przewodnika od dowodzącego Murzy, i puścił się stepem do miasteczka Bołkow (Bolta?) na czarne wody (Kara-su?) i Brosy(?) z najemnym z Bołkowa Tatarem, aż do Białogrodu. Tu jawił się do tureckiego Paszy, od niego zostawiwszy tu kompanijskich Kozaków swoich, odprawiony z jednym Turkiem, do budżackiego Seraskier-Sułtana do miasteczka Han-Kiszła, nie daleko jezior słonych przy Dunaju, od Białogrodu o 150 wiorst, nad morzem czarném. Przybywszy tu, pismo oddał; po przeczytaniu przez tłumacza, Seraskier począł Chereskuła pytać, o twierdzę ś. Elżbiety, jéj wielkość, ilość wojsk, a gdy Chereskuł odpowiedział, że twierdza nie wielka, a wojska trochę tylko dla straży, i dla utrzymania na wodzy złych ludzi, hajdamaków; Seraskier rzekł: „Szkoda, że twierdza na naszéj ziemi zbudowana, brak tylko żebyście i w Gardzie postawili twierdzę —“ Chereskuł na to odczwał się; — Że twierdza ś. Elżbiety nie blizko granicy, bo od niéj do Gardy, dopiéro czwartego dnia przyjechał. — Na drugi dzień Chereskuł z dwóma listami, jednym do seraskierskiego Bimbaszy, mieszkającego w Bolkowie od Gardu dni dwa drogi (w tym liście kazano mu dośledzić zabójstwa przez Tatarów dopełnionego na dwóch nowo-ruskich osadnikach;) drugim do Hlebowa, odprawiony nazad z jednym Murzą i dwunastą Tatarami. — Bimbasza ten (w Bałcie?) obiecał zabójstwa dośledzić, winnych połapać, a Chereskuła z listem i przewodnikami, do Gardu odesłał: — W drodze nic nie widział prócz koczujących Tatarów (budżackich) około Akkermanu; zbożowe magazyny dawne przeprowadzano wewnątrz miasta, słyszał i widział Tatarów wybierających się na Czerkiesów. Od pisarza przy budżackim Seraskier-Sułtanie, zwanego Iwan Stefanowicz, któremu postane były od Hlebowa „czerwonce“ słyszał, że torgowicki Gubernator Rusiecki nie dawno u nich był z wieściami i doniesieniami o stanie Nowo-Serbji, że do Nowo-Serbji posłany był pułk Dragonów; i przywiozł pisma od polskiego Rejmentarza. Co w tych listach było, pisarz nie wiedział, bo były po łacinie — Równie i Kommisarz humański, często o stanie kraju donosi — Tenże powiedział mu, że Chan wysłał szpiegiem do Nowo-Serbji przez Polskę tamecznego żyda, który ma przyjechać z Polski z towarami bawełnianemi i bakalja. Ubiera się po grecku i nazywa się Grekiem. Chereskuł słyszał od Chrześcijan w Budżaku i oczakowskim obwodzie, że Tatarzy bali się nowo-serbskich osad, i dla tego nawet niektórzy greccy Kupcy, myślą się wynosić do Rossji.[89].
Oto jest krótki rys wypadków z ostatnich czasów exystencji Tatarów w stepach tutejszych, wyjęty z artykułu P. Skalkowskiego.
W końcu Sierpnia 1769. r. Rumianców objął dowodztwo nad piérwszą armją czynną przeciw Turkom w Bessarabji i za Dunajem działająca, a na jego miejsce głównodowodzącym drugą armją, naznaczony został Generał en chef Hrabia Panin. Wojska jego rozłożone były w Nowo-Rossji i Obwodzie oczakowskim, czynnie działając naprzód przeciw krymskim wojskom które wtargnęły do Rossji, potém w Budżaku przeciw dniestrowym twierdzom Akkerman i Benderowi, ważnym naówczas punktom. Pod jego dowodztwem było i wojsko zaporożskie, w liczbie ośmiu tysięcy z górą ludzi, pod przewodnictwem koszowego i najwyższej starszyzny. Hr. Panin, pokonał większą część Ord krymskich nogajskich i wziął Bender. Gdy nadeszła zima, trzeba było zaprzestać dalszéj wojny. Tym czasem Hr. Panin otrzymywał zewsząd wieści o zniszczeniach przez Tatarów Nogajców poczynionych w Nowo-Rossji; takież skargi dochodziły od Zaporożców, na szkody poczynione w ich pałankach. Kozacy donosili o stanie Nogajców, ich krokach i zamiarach; z których jawnie się okazowało niebezpieczeństwo, jakiemu ulegała Nowo-Rossja od Tatarów. Podane projekta oddzielenia naprzód, następnie podbicia Tatarów nogajskich; to było piérwszym krokiem, na zniszczenie Chaństwa krymskiego. Poczęto za pomocą Kozaków starać się o oderwanie Talarów od Turcji. —
W czasie oblężenia Benderu 25 Lipca 1770 roku, przybył do Hr. Panina Nogajec Tikaj-Aga ze starszyzny Ordy jedysanskiej, z listem podpisanym przez pięciu Murzów głównych — Islem-Murze, Mamaj-Murzę, Timur-Sullana Murzę i Dinum — Chadži Murzę z jedysańskiéj ordy, a Dżam-Mambel Murzę od budżackiej (akkermańskiéj). W tym liście objawiali, gotowość do czynienia układów z Rossją. Otrzymano wkrótce i drugie pismo, na którém podpisani byli, oprócz tych pięciu, jeszcze dwudziestu siedmiu innych budżackich i dwudziestu jedysańskich Murzów.
Naznaczono termin układów, dla których zesłani.
Murza Bej-Oglu Mambet.
Osman-Szach-Oglu Machmet.
Tikaj-Aga. —
Czobak Aga
Mukaj Aga; a z akkermańskiej Ordy:
Chan Mambet Beik-Oglu, Dżam Mambet Murza.
Ala-Murzyk-Oglu Czobar Murza i Chadżrutun Chadżi.
Kurbak Ali Kiulbaszi.
Ciągnęły się umowy, gdy nadszedł trzeci list podpisany przez dziesięciu jedysańskiej a jedenastu budżackiéj starszyzny.
Tym czasem Bender został wzięty dnia 16 Września 1770 r. a kampanja skończona. Hr. Panin dla deputatów oddał z jeńców wojennych 809 ludzi, Nogajców płci obojéj, połapanych w Bessarabji. Do Tatarów posłany Radzca Piotr Weselicki, który poźniéj był rezydentem przy ostatnim Chanie krymskim.
Nakoniec Tatarzy poddali się Rossji. Uwiadomił o tém Panin, Gubernatora Nowo Rossji Wojkowa, że Tatarzy dla koczowania przeprawią się przez Dniestr i tymczasowie przebywać będą od Kamieńca po morze azowskie, w kraju dawnych ich koczowisk.
Xżę Prochorowski, dowodzący przednią stražą kazał przygotować kozakom ludzi, łodzie i promy, dla przeprawienia Tatarów. Oznajmiono także iż przeprawiać się mieli do Krymu przy Kizikermenie i w okolicach, pod dowodztwem naczelném Dżam-Mambet Murzy. Na miejsce główne przebywania wyznaczono im lewy brzeg niższego Dniepru (północną część wielkorządztwa tauryckiego) od Kozaków wyznaczono na przyjęcie i przeprowadzenic Tatarów Alexego Sukura z jedenastą łodziami i 165 ludźmi. Tatarzy przeprawiwszy się przez Dniestr, mieli iść przez piasczany Bród i most samarski. Prócz Murz i 809 ludzi wprzód wydanych deputatom w Benderze, weszło na nowe koczowisko 11,794 dusze. Dany list do Kozaków aby Tatarów wychodzących na pastwiska za linja perekopską nie uciskali. Po zawarciu Traktatu (1771) którym się ostatni Chan krymski poddał Rossji (Szehin-Giraj) Cesarzowa JM. pisala 1772 r. do Głównego Naczelnika Ordy nogajskiéj Džam-Mambet Beja i jedysańskich Murz, zostawując ich pod władzą wybranego Chana i obiecując zachować przy dawnych prawach, swobodach i zwyczajach. List ten pisany był przez odjeżdżających ze stolicy, posłów Ordy jedysańskiéj.
1774—1805 — Poddanie się Tatarów nogajskich pociągnęło za sobą opanowanie Krymu. Tatarzy wystraszeni zajęciem półwyspu, odpadli od wybranego przez Portę Chana Selim Gireja, który uciekł do Konstantynopola, i przyjęli za Chana Szohin Gireja syna Achmet-Gireja-Sułtana. Wybór ten przygotowany był przez Rossją — Zawarta umowa z Chanem, do któréj wyznaczeni od niego i Nogajców pełnomocnicy. Traktat ten podpisany w Karasubazar dnia 1 Listopada 1772. On był zasadą traktatu z Turcją zawartego w Kuczuk Kainardżi w r. 1774 10/21 Lipca — nim uznano niezależność Chaństwa krymskiego, od Porty ottomańskiéj. Twierdze krymskie w ręku tureckim zostające, oddano Rossji na zawsze, jako Kinburn, Kerez i Jeni-Kale, zapewniono swobodną żeglugę na Dnieprze, Donie i morzach azowskiém i czarném. —
Wypełnienie tego traktatu, tylą było najeżone trudnościami, że sprowadziło nową wojnę; nareszcie zniesienie Chaństwa całkowite, którego rządów słaby Chan utrzymać nie mógł, Nogajcy koczowali wówczas między Donem a Kubaniem, na starych koczowiskach kirgizkich i kubańskich Ord do roku 1783.
Po zajęciu Krymu, los ich się odmienił; projektowano przenieść koczowiska ich na północ, w stepy uralskie na koczowiska wielkiéj ordy Kozaków kirgizkich. Nogajcy bojąc się tego, nagle uciekli ku Kaukazowi. Potemkin widząc omyłkę swoję, udał się o pomoc i wpływ do jednego Murzy jedysańskiego Bajazet-Beja usiłując tych Tatarów nazad do Rossji wrócić. Za staraniem Bajazet Beja około tysiąca rodzin nogajskich powróciły (w czarnomorski kraj) Wkrótce za ich przykładem poszły jeszcze dwa tysiące familji. —
W 1790 r. wedle projektu Potemkina ażeby Tatarów Nogajców przeprowadzić na lewy brzeg mołocznych Wód (tauryck. Gub. Pow. melitopolski); — osadzono ich od ujścia rzeki Berdy do morza azowskiego na stepie pobrzeżnym, do ujścia Limanu czyli jeziora Mołocznego; a ztąd w górę lewą stroną rzeczki mléczne wody, po nad brzegami Kuru Dżujuszan i t. d. do wyżyn rzeki Tokmak. Tu było około 285,000. dziesięcin ziemi dobréj i 68,000 mniéj dobréj do uprawy gospodarskiéj, dla osadzenia ich.
W roku 1793 po wzięciu Anapy przez Hrab. Gudowicza, zabrano w okolicy do 1500 familji Tatarów nogajskich (4331 męzkiéj płci, a 5595 żeńskiéj) i tych odprawiono na mléczne wody. Takim sposobem wszystkich Nogajców w południowej Rossji zabranych, bylo w końcu XVIII w., do 4500 familji, a 14,000. dusz.
Naczelnikiem ich mianowany Nogajec Bajazet-Bej. (Radzca Dworu) W roku 1801. podał on od Tatarów Nogajców, do Cesarza Pawla I. prośbę:
— O oswobodzenie ich od podusznéj opłaty i rekruta, z obowiązkiem utrzymywania swoim kosztem tysiąca ludzi wojska na posługę cesarską; — o dozwolenie mu przypisania do swoich Nogajców dawniéj wyszłych a koczujących koło Kubania na kaukazkiéj linji i za granicą (w Turcji) — o nadanie im ziem. —
Na takową prośbę nastąpiła odpowiedź łagodna i rozkaz Wielkorządzcy Michelsonowi, aby się starał, przywieść ich z koczujących, do stanu osiadłych stale i rolą się zajmujących. — Poczęte między 1790 a 1796 rokiem starania, o przywiedzenie do skutku stałego ich osadzenia i przywiązania do zajęć rolniczych, trwały bezustannie.
W r. 1805 wielkorządzca chersoński Andrzej Rosenberg najmocniej się starał skłonić Nogajców, do obrania innego sposobu życia. Podał on ciekawą notę (1804 r.) o Nogajcach pozostałych Rządowi. Zapytano i śledzić kazano, czy rolnikami, czy Kozakami raczéj, mogli być Tatarzy. Pokazało się, że z poduszczeń tylko Bajazet-Beja Tatarowie rwali się do służby wojskowéj, ale na żądanie władzy, gotowi przenieść się gdzie im wskażą i zająć rolnictwem. Zdaje się, że jeden Bajazet-Bej, nie wiadomo w jakich widokach, starał się utrzymywać Tatarów w powołaniu wojskowém; ale wysłani umyślnie z poleceniami, przebiegli Auły i przekonali się, że łatwo było zmienić tryb życia Tatarów, do rolniczego ich skłaniając zajęcia. W tym czasie, jak się okazuje z doniesień wysłańców, Tatarzy wiedli jeszcze dawne koczujące życie, rozrzuceni po stepie, bydło ich tułało się bez schronienia; wpływ Bajazel-Beja na nich był bardzo wielki — Grabieże, kradzieże, dopełniały się gęsto w okolicy Koczowisk.
Nogajcy zażądali od Rządu, potwierdzenia praw w roku 1801 przez Cesarza Pawła im nadanych, razem z Kirgizami. — Kirgizy już byli osadzeni od Perekopu do brzegu Siwaszy; wprzód i oni koczowali w dziewięciu miejscach, na dwóchset kibitkach (dusz 1200).
Między Nogajcami, podług ówczesnych doniesień, było więcéj stu familji Murzów, żyjących w Aulach, bez różnicy, jak prosty lud. W jednych Aulach mniéj, w drugich było ich więcéj; czasem po jednemu, lub nawet żadnego, Nogajcy wcale ich nie szanowali, i nic nie byli obowiązani im dawać, chyba jeśli co chcieli z dobréj woli. Dla zebrania swoich zbóż, Murzowie gromadzili tłoki. Niektórzy Nogajcy, żywili ich i dawali siano i obrok dla koni. Spisano auły i ludność nogajską; w koczowiskach ich na mlécznych wodach, okazało się ogółem tylko 17,202 dusz. Cały zbiór roczny z roli wynosił 44,358 czetwerti.[90].
Dziesięcia Esaułów, tyluż pułkowych sotników i dziesięciu pułkowych chorążych, zgodziło się osiedlić stale i rolnictwem zająć, oprócz stronników Bajazet-Beja. Bajazet-Beja oddalono od koczowisk tatarskich, a naczelnikiem ich naznaczono Trewogina. Było to dnia 15 Listopada 1804 roku.
Przegląd poźniejszy koczowisk, okazał, że mało jeszcze zajmowali się rolnictwem i wiele bardzo ziemi pustowało. Prosili pomocy, obiecując szczerze się zająć gospodarstwem. Projektowano dla osiedlenia ich, postawić Meczety kosztem skarbu, pokopać studnie i t. p. tym zaś, coby się oświadczyli osiąść, dać wszelką pomoc. W ten sposób poczyniono rozporządzenia. W roku 1806 uczyniony popis ludności nogajskiej, okazał 8,504 dusz, mniéj o 918 dusz od r. 1804[91].
Ze spisu tego, stan Ord osiedlonych w Krymie widoczny.
W końcu 1806 roku nastąpiła wojna z Turcją; wojsko pod dowodztwem Generala Michelsona, weszło na Bessarabją. X. Richelieu, piętnastéj piechotnéj dywizji Dowodzca, posunął się ku Białogrodowi. —
Wybrani czteréj Kommissarze dla ułatwienia związków z Ordą budżacką i zawiązania stosunków z Tatarani — Begam-Aga, Uljel-Aga, Muszu Czelebiu Mrass Czelebia; i tłumacz Brygadjer Katarżi.
Oto jest doniesienie tego ostatniego.
17. Listopada stawiliśmy się przed benderskim trzybuńczucznym Paszą — Hassan-Paszą; objawiając mu życzenie Generała Meyendorfa, aby wojska nasze przyjęte były do twierdzy benderskiéj, bez oporu jego strony i ze strony wojsk tureckich znajdujących się w Benderze. Pytał o liczbę wojsk, które przeprawiły się za granicę. Mówiłem mu, že przeciw Chocimowi naznaczony oddział 30,000 ludzi, pod dowodztwem Jen. Majora Essena, na Mohilew 75,000 pod wodzą Gener. Jazdy Głównodowodzącego Armją Michelsona, na Dubossary 50,000 pod naczelnictwem Gen. Jazdy Barona Mejendorfa, a na Majak 30,000 pod Komendą xięcia Richelieu. Oprócz tego około 40,000 Kozaków i Kałmyków, 200 dział różnéj wielkości.
Hassan odpowiedział, że chociaż wie o przyjaznych stosunkach Turcji z Rossją i chciałby wpuścić przez Mołdawję wojska, i przyjąć je w Benderze, ale nie mając na to wyraźnego od Porty rozkazu, nie może na to pozwolić, mimo grożącéj mu liczby wojsk. Objawił nam, że zamknie bramy i będzie się bronić w Benderze. Ostatecznie więc Turcy nie dali nam zająć Benderu i życzyli iść wojskom mimo.“
P. Katarzi z wybranymi Nogajcami i P. Kotlarewskim, udali się do Ord budżackich. Znaleźli tłumnie zgromadzone na wieść o zbliżaniu się ruskiego wojska. Zgodzili się przyjąć wojska ruskie po przyjacielsku, i dali zakładników z każdej części koczowiska, to jest okręgu — Wszyscy budżaccy Tatarzy, prócz siedmiu osad pod Izmajłem lękających się Turków, poddali się Rossji.
Niżéj powiemy, jaki był stan budżackiéj Ordy.
W r. 1807. Murza budżacki Bey-Arelan pierwszy z tysiącem pięciuset familjami, oświadczył gotowość wyniesienia się ztąd do Krymu. Za jego przykładem poszli inni. Jedyssańcy też w liczbie 7,000. zgodzili się wyjść i osiedlić w Krymie — Cesarz JM. na żądanie Tatarów, naznaczył im dowodzcą Chadżi-Giréj Murzę.
1807. r. 16 Maja począł się przechód Tatarów za Dniestr na noworossyjską stronę, gdzie przez majakską przeprawę przeszło 1198 familji, to jest 2342 dusz męz. i 2568 žens. (4,909 Jedyssańców) — przez przeprawę w Parkanach (koło Benderu) 813 płci męz. a 681. żen. ogółem 1494. artabekskiego to jest budżackiego plemienia — ogółem 6404. dusz. Około 12 Września przybyli już nad Mleczne wody i tam przysięgę przed swoim Mułłą na wierność złożyli — Co się tyczy ich powodzenia w Krymie i dalszych dziejów, le już do nas nie należą.
Tak trwało do 1812, osadzanie Tatarów. W traktacie bukarestskim powiedziano (w punkcie 811,) że wolno ma być Talarom jedysańskim z Bessarabji do Rossji wyszłym, powrócić do Turcji, zastrzeżono tylko indemnizację kosztów poniesionych, na przeniesienie ich. W skutek tego 10. Września 1812 roku, przebywający w Nikołajewie Kapitan Pasza Seid Abdulłach-Pasza, uwiadomił xięcia Richelieu, że polecił spełnienie VII punktu Traktatu Kommissarzowi Porty, trzybuńczucznemu Paszy-Achmetowi. Achmet Pasza do Tatarów na Mleczne wody wysłał Dżan-Temir Beja, z zapytaniem, którzy zechcą powrócić do Turcji. Wyszło ich wówczas 3,000 ludzi w 1892 kibitkach, ze 100,000 bydła, dnia 7 Listopada 1812 r. Zima sroga napadła ich w drodze, tak; że z 25 na 26 Listopada tylko co wszyscy nie pomarzli, u Martwych wód. Ludzi i bydła zginęło mnóstwo. Dopiéro w r. 1813 w Styczniu, przeszli Dniestr i 9 Lutego zdani wystanemu od porty Kapidzi Baszy, Chadżi Osman Adze — Wyszło ich wtedy za granicę Murz i starszyzny 255, Mułłów 185, ludu 2861; ogółem 3199 dusz płci obojéj.
Taki był los ostateczny Tatarów i taki koniec ich potegi; długo straszni dla Polski, zwyciężeni sami przez się, rozbici, osłabli, opuścili wreszcie kraj zajmowany tak długo, tak, iż jedna w nim dusza nie została z dawnych mieszkańców. Jest to fakt historyczny dziwny i największego zastosowania godny. Z tego powodu niech nam wybaczono będzie żeśmy się nad nim obszerniéj zastanowić musieli. — Dopełniając obrazu tego, włączymy tu jeszcze wiadomość o stanie Tatarów w czasie zajęcia Krymu, jako należącą do naszego przedmiotu; biorąc za przewodnika P. A. A. Skalkowskiego.[92].
Chociaz granica Krymu opierała się na Dnieprze naprzeciw zaporożskich siół i grodków, step nogajski, koczowisko Ord podwładnych Chanom, było sieniami jego, i łączyło się z Krymem nieprzerwanemi węzły. W Krymie za Chanów było już gospodarstwo rolne, ogrody, winnice, sady oliwne, hodowla bydła i handel z Turcją i Zaporożcami; ale niémi zajmowali się najwięcéj Chrześcianie tu zamieszkali: Grecy, Ormianie i Żydzi a najmniéj Muzułmanie. Reszta ludności pilnowała wojennego rzemiosła, dyszała wojną.
W końcu XVIII w. między 1770 a 1780 laty, Chaństwo krymskie, składające się z tauryckiego półwyspu, prowincji Taman, części Kubanu, Czerkassji i koczujących w koło Krymu i Bessarabji Ord nogajskich; bylo poddane Turcji: służyło jéj za przednią czatę do najazdów na Ruś i Polsko — Chanowie mieli tytuł Chanów wielkich Ord krymskich, białogrodzkich, budżackich, nogajskich, czerkieskich i t. d.; ale już nie używali dawnego swego tytułu — Chanów wielkiéj Ordy i wielkiego Jurtu, kapczackiego stepu, krymskiego państwa licznych i niezliczonych Tatarów, licznych i niezliczonych Nogajców. — Z Krym Giréj Chanem zmarłym 1769 duch dawny Chanów następców Ali Czyngisa, umarł. Ostatnim czynem Krym Gireja był najazd na Nowo Serbją, któréj osad Turcja się lękała. To podbudzilo Rossją do zwrócenia uwagi na Chaństwo krymskie.
Zająwszy po pokoju w Kajnardżi zawartym 10. Lipca 1774. fortece — Kinburn, Kerez, Jeni-Kale, uczyniwszy drogę Dnieprem i Donem do Morza czarnego, oparłszy granice na Bohu, zostawiwszy tylko Turcji kęsek kraju, stepu teraz noworossyjskiego na Koczowisko Ord nogajskich, Rossja przystąpiła do spełnienia dawnych swych planów. Zamiarem jéj było, albo zupełnie zniszczyć Chaństwo Girejów, albo przynajmniej odwrócić niebezpieczeństwo zawsze od niego zagrażające, napadów i najazdów.
Porta zmuszona była uznać Taurydę, tak niezawisłą jak była przed wzięciem Kaffy przez Mahometa II. dozwalając jéj zostać pod opieką Rossji. (Traktat Kiuczuk-Kajnardżi) — Był to krok ważny. Tym czasem naród powstał przeciw Chana Szehin-Gireja, do czego Turcja pomogła swémi intrygi, Rossja starała się ukrócić bunt i oddać Chanowi rządy.
W roku 1774 31 Maja, Potemkinowi nadano wielkorządztwa noworossyjskie i azowskie. Począł on, nie wyjeżdżając ze stolicy, od zniszczenia Zaporoża, z niego zaraz i części Nowo-Rossji, tworząc Wielkorządztwo azowskie (pod Krymem) założył Cherson. Na miejscu Zaporoża stanęły osady grożące granicom Krymu, od Perewołocznéj do Limanu. Z dwóch stron od Hercza i Kinburn przechód na morze był swobodny; tę drogę obrał sobie Xżę Potemkin.
Przeszedł 1785 rok. Znowu w Tamanie bunt przeciw Rossji i Szehin-Gireja. To był znak do rozpoczęcia działań, i Xżę Potemkin rozkazał Gener. Porucznikowi Suworowowi i Michałowi Potemkinowi zająć Taman i ziemie kubańskie; — ale Balmenowi (który stał w Kizikermenie) wejść do Krymu, a Vice-Admirałowi Kłokaczewowi (dowodzącemu flotą na morzu azowskiém) zebrać okręty i wszystkiemi siłami (oprócz potrzebnych dla obserwacji w Kerczu) wejść do portu Achtiar (Sewastopol). Manifest 8 Kwietnia 1785 roku, ogłosił abdykację Chana i wzięcie pod berlo Rossji pólwyspy Krymu, wyspy Taman i całéj prowincji kubańskiéj. Turcja traktatem 10 Czerwca, przyznała to zajęcie. Jaki był stan Krymu w epoce zawojowania jego? to objaśnia P. A. Skalkowski w pracy, z któréj wyciąg dajemy. Materjałami do niej były — Sześć foljantów rozkazów Xcia Potemkina — część opisu tauryckiego obwodu, uczynionego w roku 1809. Opis Krymu Generała Poruczn. Barona Igelstroma w roku 1783.
Ostatni materjał, jest podstawą całéj rozprawy; dopełniając się innemi wzmiankowanemi.
Cały Krym w epoce zajęcia, dzielił się na sześć Kajmakaństw, czyli prowincji; które się zwały:

1. Bachcze-Saraj.
2. Ach-Meczet.
3. Kara-su-Bazar.
4. Kozłow. (Eupatorja).

5. Kefin (Teodozja).
6. Perekop.

Nogajskie stepy za Perekopem, choć należały do Chaństwa; ale koczujące ordy Tatarów i Kirgizów, nie składały prowincji. Dowodzili im Seraskierowie z rodu Girejów i Murzowie.
Kajmakaństwa dzieliły się na Kadałyki czyli Powiaty — W sześciu Kajmakaństwach, wszystkich wsi było 1474, w nich chat Tatarów i nie wiele Żydów, 14,323 (Karaimi byli i Rabbiniści)[93].
Po wielkiéj ztąd emigracji Chrześcijan, Greków i Ormian w roku 1779, zostały całe wsi pustkami, po miastach domy w rozwalinach. Takich wsi, będących już własnością Chanów, było więcéj pięciudziesiąt (52) a w nich pustek więcéj dwóch tysięcy (2,157).
Miasta: Ak-Meczet miało 308 domów, Bacheze-Saraj — 1432 i t. d., w ogóle cztéry tysiące kilkaset. Żydzi w jednym tylko Bachcze-Saraju jako stolicy nie mieszkali, ale aż w Czufut-Kale o dwie wiorsty — Greków i Ormianów, bylo po miastach górą półtora tysiąca domów. W Jeni-Bazar sami mieszkali Muzułmanie.
Oprócz Krymu koczujące Ordy za perekopską linją: Kirgizy i Nogajcy; rozdzielone były w dziewięciu miejscach[94]. Koczowiska te w stepie zbliżały się do Siwacza (Gniłe morze) dość daleko od terazniejszych osad nogajskich.
Ludność Krymu w 1785 wynosiła: Tatarów 54,956 — Żydów 1407 — Kirgizów 426. Ogółem 56,769 dusz. Tatarzy tutejsi dzielili się na Nogajców, Stepowych i Górali.
Nogajcy byli potomkami tego pokolenia Mongołów, które pod wodzą Czingis-Chana; najechało Ruś i Krym. Koczują oni na linji kaukazkiéj i nad Achtubą, w szałasach z drzewa i trzciny, obciągniętych wojłokiem, w poprzek trzy do czterech łokci mających. Te budy, gdy Orda przechodziła na inne miejsce, podejmowano i stawiano na wozach. Nie mieli oni między sobą Kniaziów (Bejów) tylko Murzów (szlachtę). Najznakomitsze rodziny były: Subau-Kazy i Jedy-Oglu — powierzchowność ich: wzrost średni, twarz kałmykowata, oczy małe, uszy wielkie, czarny włos, nos mały i spłaszczony. Nosili tułuby czyli kaftany sukienne, czapki różne (barankowe, małe Kabardynki) pokrywające głowę do uszu, zszyte z klinków. Dziewczęta czerkieskie czapki, zamężne zawitkę jak Czerkieski. Kobiéty swobodnie obcowały z mężczyznami. Żywią się kobylem mięsem i mlékiem; czego już Krymcy prawie nie używali.
Do zajęcia Krymu przez Rossją (jakeśmy wyżéj powiedzieli) nogajskie Ordy: kubańska, budżacka, jedysańska, jedyczkalska, džambujułucka, koczowały w stepach od Dunaja do Donu. Część ich osadzona w roku 1770 na równinach od Dniepru do Perekopu, ale do roku 1783, uciekli za Kuban. W roku 1790, Nogajcy znowu przeszli do Krymu i pod wodzą Bajazet-Beja, rozłożyli koczowiska nad mlecznemi wodami.
W latach 1804 — 1806, przyłączyli się do nich w większej liczbie jedno-plemienni. Piérwsze próby przywiązania ich do ziemi, rozdaniem gruntów, narzędzi rolniczych i t. p. uczynione, dosyć się powiodły. — Największe w tém zasługi położył Generał Rosenberg 1804. X. Richelieu 1806, z pomocą Hrabiego des Maison.
Drudzy Tatarowie byli krymscy w stepie aż po góry osiedli. W Perekopie zamieszkali zachowali wiele śladów mongolskiego pochodzenia. Zajmowali się chowem bydła. Budowali się, dla niedostatku kamienia, z cegły surówki, opalali Kiziakiem; daléj ku górom pomięszani z Turkami, mniéj kałmycko-mongolskiego pochodzenia zachowali cech.
Trzecie plemię tatarskie i mieszkańcy południonych dolin tauryckich gór, lud pomięszany z dawniéj zamieszkałymi w Krymie. Powierzchowność odmienna: brody gęstsze, jaśniejsze włosy — U Turków uważają się za potomków nie swego plemienia, ale za dawnych mieszkańców; zowią ich Tat. Różnią się od stepowych, ubiorem. Domy ich na wpół w górach, w pół z kamieni — dachy płaskie ziemią wybite, tak, że po nich przechadzać się można — pracowici, trudnią się ogrodnictwem, sieją len i tytuń.
Grecy krymscy częścią dawni tutejsi mieszkańcy, częścią pochodzący z Archypelagu Arnauci w Bałakławie (1783) i okolicach, kupcy i mieszczanie w Kerczu i Jeni-Kale (1775) — Piérwszych (Arnautów) używają do straży brzegów, aby do nich okręty mogące przynieść czumę; nie przybijały w czasie burzy lub dla wody.
Cyganów w r. 1790 było 3,200 ludzi. O wyjściu Tatarów z Krymu, po zajęciu go przez Rossją, Pallasa i innych podania, przesadzają, około tysiąca tylko rodzin, po większej części Mulłów wyszło do Taman i Turcji. Chrześcian w Krymie w r. 1783 było dwanaście tysięcy, a tak cała ludność Krymu około 1780 wynosiła 70,269, i na oboją płeć rachując około 140,000.
W 1783 r. było 40 Cerkwi całych, a trzydzieści kilka rozwalonych, i kilka Monastérów. W Massandra Hr. Worońcowa, został stary, nizki, mały murowany Monastér. w pięciu pokoleniach było 202 Murzów (szlachty). Dzielili się oni na dwie Klassy, na tych, co pochodzili od potomków zawojowanego w Krymie ludu, ktorzy się szlachectwa zasługami dobili i na zwyciężców. Chan był z familji Girejów, potomków Czyngis-Chana. Z téjże familji wybierani byli Kalhe i Nuradin Sulmanowie.
Z dawnych familji byli: Murzowie sziryńscy (mieli swego Kalhę wybiéranego ze starszych w rodzie.)
— Barun-Murzowie, Mansur Murzowic, Argia Murzowie i t. d. Z tych siedmiu familji niezawisłych od nikogo, członkowie nie wstępowali w służbę chańską, poddani ich tylko służyli Chanom. Dochody ich były: z ziemi własnéj i chowu stad, dziesięciny ze zbiorów zboża i od stad poddanych, opłaty (nie wielkie) od Greków, Ormjan i Żydów. Pobiérali także płacę od Chana, a zatém byli już choć nie służąc mu, w pewnéj od niego zawisłości.
Oprócz tych siedmiu, były i inne familje Murzów. Duchowieństwo bardzo liczne, trzymające się Meczetów i Tekie, to jest bożnic miejskich Medresów (szkółek duchownych) i Mekteb (szkół zwyczajnych.)
Wszystkich Meczetów w Krymie, było półtora z górą tysiąca, Tekie dwadzieścia kilka, Medresów 25, Mehteb 35. —
Mufti głowa duchowieństwa brał około czterech tysiący lewów (2400 rubli) w rok i Kazi-asker (Sędzia duchowny) główny tyleż. Przy Bujuk-dżami, to jest głównym Meczecie w Kaffie było: Jeden Chatib to jest główny Mułła, dwóch mniejszych Mułłów, czterech Muezzinów (wołających na modlitwę) jeden Kajium (stróż) Wszyscy brali po 120 r. na utrzymanie; a na Meczet 108, (w Kaffie) w Sudak’u tylko 35 r.
W bachcze-sarajskim Meczecie, jeden Chatib, dwóch Mułłów, sześciu Muezzinów, trzech Kajjum, jeden Mutefell (starosta), trzydziestu Dewrichun (codzienny lektor Alkoranu), dziesięciu Déwrichun czytających Alkoran, tylko w Ramazan, jeden Kursu-Szeih (kaznodzieja), jeden Kiutiub Chane Muchafysz (Starszy przełożony nad Biblioteką,) młodszy jeden Deresam (nauczyciel).
Inni duchowni mieli oprócz płacy, dochody z podarków przynoszonych przez Pielgrzymów, dawano im także dawniéj zboże w naturze i mięso, co się zwało Zikiał, to jest: sorokowina. Była to czterdziesta część zbioru. Gdy kto umarł bezpotomnie i Chan po nim dziedziczył, Duchowieństwo brało także czterdziestą część. Za Szchin-Gireja dochod ten upadł.
W Bachczi-Saraju, były trzy groby Chanów (Turbéj) a przy nich dwóch Turbedar, to jest stróży grobów. Groby te są po dziś dzień.
Przychody Chaństwa stanowiły:
Z perekopskich wrót, z jezior solnych i dochodu miejskiego, słonego jeziora Airczu, kozłowskiéj Tamozni, hałakławskiéj, jeziora w Sari-Kermen i t. d. 215,000 r. Z dzierżawy trunków w r. 1780, okolo 24,000. Z Rybołowstwa w Dnieprze 1000 opłaty, od żydowskich winogradów 1000, z opłaty od górali i t. d. w ogóle z główszczyzną od Żydów i Cyganów, podatkiem od bydła, pszczół, dochodem solnym, zyskiem na biciu monety i t. p. 345,612 r.
Wolno było wwozie do Krymu sukno i tkaniny jedwabne (ale nie wyszywane złotém i srébrem) futra, bawełnę, len, za opłatą od 2 do 10 procentów w naturze, na tamożni. Wino, wódki ruskie i francuzkie, piwo angielskie, za opłatą, miód, syrop cukrowy (hekmek) oliwę, kawe, herbate, tytunie, podobnież. Handel nie wielki z Rossją, Zaporożem, Turcją, na anatolskich statkach się odbywał. Główny dochod stanowiła sól. Wojsko utrzymywał i opłacał Chan, ale kraj obowiązany był dostarczać pewną liczbę żołniérzy. Nogajskie Ordy stawały całe do boju. Rozchody wynosiły około 230,936 lewów czyli 138,561 rubli.
Piérwszym po Chanie był Kałha-Sułtan następca tronu, chociaż prawo mianowania Chanów, było w ręku Sułtanów tureckich.
Drugim Nurreddin Sułtan, następca na przypadek śmierci lub oddalenia Kałhi. Oba wybierani byli z rodu Girejów, familji Chana.
Trzeciemi Sułtanowie z rodu Girejów. Służyli oni wojskowo przy Chanie i naznaczani bywali Seraskierami nogajskich Ord: budżackiéj, jedysańskiéj, jedyczkulskiéj, dżambujłuckiéj i kubańskiéj.
Czwartym z rzędu był Or-bej, dowodzca twierdzy Or-Kap (Perekop) z rodu Girejów.
Piątym chański Wezyr.
Szóstym Muſty — Kazy-Asker.
Siódmym wielki Aga (Minister Policji).
Ósmym wielki Kaznadar.
Dziewiątym, piérwszy Defterdar, (wielki Podskarbi).
Jedenastymi — Bejowie: szyriński, mansurski, szlachta, i t. d.
Niższe miejsca zajmowali: Nureddin (namiestnik W. Agi); Defterdarowic, Silichter (miecznik) Kintibi Diwan (Sekretarz Rady) — Ak-Madżi-Bej (Dozorca Haremu, ) Kajmakanowie, naczelnicy miast i Ord nogajskich, Murachasowie reprezentanci Murzów przy dworze Chana. Baszbuliuk-basza (naczelnik sztabu).
Najniższe: Kadi (Sędzia) Muszelim (Rządzey) Serdari, Dyzdari, pisarze Mennicy, Tamożni, pisarze Kajmakanów i t. d. — Utrzymanie žon i dworu Chana kosztowało 85, 336 rubli — Tak naprzykład Ułu-Chanowa brała 4680 r. Melek-Sułtan-Chanowa i Dżanet Sułtan-Chanowa tyleź i t. d.[95].
Pallas, który w latach 1793 i 1794. zwiedzał ordy Nogajców kubańskich[96]. pisze, że u nich był zwyczaj, iż złodziejowi wziętemu na uczynku gorącym, obcinano rękę i nogę a krewni obowiązani byli kipiącém mlékiem lub tłustością krew zatamować i wziąść go do siebie. Tenże[97] o resztach Nogajców między Berdą a Mołocznémi Wodami pisze, że mieli woły małe, konie mizerne, owce tłusto-ogoniaste. Trzy ich tu pokolenia cytuje — jedyssańskie, którego głową był (1793—1794) Bajazet-Bej od Rządu wyznaczony, nad Mołoczną obozujący. — Dżambujułuckie, (Ułus t. i.) nad Karsakiem, — jedyczkulskie nad Berdą. Liczy ich wszystkich do 5,000 Jedysańców 3,425, Jedyczkułców 533. Dzambujułuckich 1,103. Murzów, powiada on, są u nich dwie znakomitsze familje — Suban-Kasi i Edci-Oglu.
Chaty ich z pilsni, średnicy cztéry lub półpiąta łokcia, przewożące się całkiem na wozach. Ta Pallas czyni uwagę, że Pomponius Mela, mieści nad morzem azowskiém Scytów Hamaxobiów (mieszkających na wozach) — W chacie były klapy do wypuszczania dymu z niéj, za pomocą sznurka przytwierdzonego do klapy — Sciany obite matami z trzciny, drzewo używane na rusztowanie chat stare i liche. Ubiory ze skór baranich i sukna, czapki małe krągłe barankowe, u kobiét wysokie czerkieskie z zasłonami. Opłacają posagi za żony, ale ich nie zamykają jak na Wschodzie, żyją mięsem końskiém i mlékicm kobylém, i t. d.[98]
Po obiedzie u szanownego Dra. Siezieniewskiego, ożywionym miłą rozmową o wielkim naszym poecie, i młodszych jego latach, improwizacjach przy fajce i winie z oczyma w jeden punkt wlepionémi; jakby we snie magnetycznym i zapomnieniu całego świata (cytowano tu jego wiérsze żartobliwe, o dwunastu pracach pewnego P. A. —); poszedłem na Teatr francuzki — Les mémoires du Diable, przyjęte z wielkiemi oklaski. Potrzeba aktorom oddać sprawiedliwość, grali prawie wszyscy bardzo dobrze, ale nie tą nową metodą naturalności i prawdy, jakiéj przyjście przeczuwamy; któréj żądamy — starą tradycyjną, z przesadą właściwą jéj i pewnemi przyjętemi formuły, na wyrażenie pewnych stanów duszy i sytuacji. Sama sztuczka nie wiele warta; ale w grze było wiele życia; a w dramacie, wiele tych zużytych i pospolitych środków zrobienia wrażeń, które mimo swego zużycia, nigdy nie chybiają.




XXI.
20. Lipca. Teatr. Ulice Odessy dalsze i t. d.
20. Lipca.

Cały dzień zszedł mi na bieganinie, na odwiedzinach, przeglądaniu zebranych dla mnie przez P. Skalkowskiego, książek o Odessie i kraju tutejszym. Wieczorem byłem znowu w Teatrze, ale na ten raz trafiłem na Operę Donizettego Marino Faliero; w któréj Duet pierwszego Aktu między Berlendysą i Marini (dwa bassy) barkarola i finał trzeciego Aktu szczególnie mnie uderzyły.
Pomimo silnego wiatru, puściłem się ku kanatnéj Ulicy, dla odwiedzenia krewnych. Wielu z mieszkańców nawet Odessy, nie wié o kanatnéj Ulicy, a dorożkarz co mnie wiózł, sądząc że Kanatna wszędzie gdzie Kanaty (liny okrętowe) wiążą, zawiozł Bóg wie dokąd; musiałem aż wysiadłszy sam szukać napisu i jakoś mi się udało wynaleść, zapomnianą uliczkę.

W inszych miastach ulice oddalone od ruchu i życia miejskiego, od ogniska są ciasne i brudne. Tego nie znajdziesz w Odessie, która jest cała zbudowana wedle danego planu i podzielona w kwadraty (oprócz przedmieść) Wszędzie więc równie szerokie są ulice, z tą tylko różnicą, że nie brukowane jeszcze i puste; a otaczające domki, w miarę jak się oddalamy od Ulicy Richelieu będącéj najożywieńszą; od portu — ostawione są staremi nizkiémi budowami i wcale prawie puste. Gdzie niegdzie magazyn ogromny, z gankiem o wschodkach od ulicy, z długim szeregiem okien drewnianemi lub żelaznemi balasy obwarowanych, przerywa sznur domków i murków różnych kształtów porysowanych, nizkich, krytych, jeszcze dranicami lub tarcicami, co okazuje, że bardzo już dawno stanęły; murowanych z nie dobrze spojonych i nie ogładzonych kamieni, a przeto już ku schyłkowi się mających.
Gdzie niegdzie zieloya akacja, stojąca u drzwi domu, ocienia go trochę; tam i ówdzie szynczek z wywieszonym napisem: — {{c|CANTINA. znak jaki rzemieslniczy skromny, — jednostajność przerywają. Czumacy tłumami leżą u wrót Magazynów zbożowych.
Ale ku Kanatnéj, coraz a coraz mniéj ruchu i życia — We dwóch przecięciach ulic, jadąc w tę część miasta, postrzegłem wspaniałą Cerkiew ś. Michała a w drugiéj ogromny młyn murowany i dalekie plantacje akacji. W ulicach pusto było i cicho. — Dzieci biegały swobodnie nie lękając się roztratowania i puszczały białego Latawca nad głową moją. Nikt nie jechał, nikt nie szedł, choć to był już wieczór, nikt powietrzem chłodniejszém nie wyszedł odetchnąć na progu. Cisza ta tém bardziéj była uderzająca, że o kilkaset kroków daléj, zbytek życia i ruchu — a tu smętarne milczenie i martwe tylko żółte ściany, jak gdyby pustych domostw. Domy téj części miasta cale inną jakąś pierwiastkową, naiwną mają fizjonomję. Znać ani architekta nie było, gdy się budowały, ani czasu myślić o tém, żeby były ładne, pobudowały się na prędce, rozdzielając szerokiemi placami otoczone murami, dziś już się walącemi. Gdzie niegdzie na miejscu rozwalonéj, staréj, (to jest około pięciudziesiąt najdaléj lat mającéj) budowy, stawi się w mgnieniu oka, jak tu zwyczaj z ogromnych brył kamienia, wspanialszy daleko gmach. W kilka miesięcy, wyrasta z ziemi, podchodzi do góry, pokrywa się i nie długo czekając zamieszkuje. Spodziéwamy się jednak, że terazniejsze budowy, dłużéj nad pięćdziesiąt lat potrwają??




XXII.
21 Lipca. Stan Odessy pod względem handlowym, statystycznym, przemysłowym i t. d. w ostatnich latach
21. Lipca.


Wziąwszy codziennym zwyczajem, dwie nieuchronne morskie kąpiele, resztę dnia poświęciłem znowu poszukiwaniom i nauce. Oto jest skutek poszukiwań, który da lekki rys terazniejszego stanu Odessy. Poźniéj powiemy o historji miasta, co licząc dopiéro pięćdziesiąt lat bytu, już ma przecie historję, mogącą się na epoki rozłożyć i już esystencję swą dzieli na fazy postępu, doszedłszy dziś do bardzo wysokiego stopnia pomyślności, w któréj tylko trwania i stopniowego do czasu wzrostu, życzyć jéj należy. Prosimy tylko aby przebiegając ten rys stanu Odessy w r. 1840, nie zrażali się nasi czytelnicy, drobnemi szczegółami i cyframi.

Cyfry nie malują wprawdzie; ale poświęciwszy wielką część dziennika obrazkom, czujemy potrzebę uzupełnienia go; czémś od szkiców miejscowości posilniejszém, w przekonaniu, że nam to za złe wziętém być nie może.
Aż nadto podróżnych powierzchownie oglądając wszystko, wyręcza się humorem z obowiązku pracy; my choć trochę pracą chcemy zastąpić łatwą humorystykę dzisiejszych Turystów, i przetykamy jedno drugiém. Nasze podróżne notatki zdadzą się nie jednemu dziwną mięszaniną, ale kto wejdzie w położenie pisarza, co i malowaćby chciał i trochę nauczyć, wymówi go zapewne. Jedna część dzieła drugą objaśniając i dopełniając, obie mieniając się wzajemnie, czynią dla czytelników znośniejszemi. Zresztą plan na oko porządniejszy, doprowadziłby nas tylko do rozbicia xiążki, na dwie połowy, z których jednéj jako dodatku, niktby może tknąć nie chciał — a tak — ale dajmy temu pokój, a wracajmy do rzeczy.[99].
Odessa założona, w r. 1794 na nowo zdobytéj ziemi, nad morskim brzegiem, u dwóch rzek wielkich Bohu i Dniestru, sąsiadująca z bogatemi prowincjami zachodniémi, skorzystać umiała ze szczęśliwego położenia swojego. Exystencja i pomyslność Odessy zwracają szczególną wszystkich uwagę. Są co utrzymują, że miasto to, rychło powstałe, rychło też upaść może, nic mając sił własnych w sobie; P. Skalkowski stara się dowieść przeciwnie, że Odessa w saméj sobie znaleść może rękojmię przyszłości. Podstawą tego twierdzenia, są następujące daty.
Pomimo że przemysł rolniczy; w mieście handlowem głównéj roli grać nie może, jednakże i ten nie jest zupełnie zaniedbany, Ze 42,629 dziesięcin ziemi, pod okręgiem miejskim zajętych; rolnictwo uprawia około 14,000. Resztę zalega samo miasto, przedmieścia, sady i chutory, wygony i trzynaście wsi tu należących. Oto są zbiory z lat kilku.

W r. 1832. Siano zboża 5,339. czetw. — zebrano 12 601.
— — 1833. (nieurodzaj) 5,000. — — 3,990.
— — 1835. —   — 2,500. — — 8,900.
— — 1836. —   — 2,828. — — 12,790.

Ziemi gatunek gliniastéj, ciężkiéj, i częste posuchy, tamują wzrost rolniczego przemysłu; miasto zmuszone jest żyć kupném zbożem. W r. 1830. ustanowione Towarzystwo rolnicze południowéj Rossji, pod naczelnictwem Hr. Worońcowa, przyłożyło się wielce do rozwinienia gospodarstwa. — Zasługują na szczególną uwagę sady i chutory niektórych członków Towarzystwa, PP. Roubaud, Schmidta, Renaud, Chorwata, Sonntaga. Piérwszy tu ogród winogradowy założony w r. 1798, przez Majora greckiego Bataljonu Sporiti. Winograd przywieziony z Akkermanu.
W r. 1807 było już dziewięć winnic w r. 1812 osiemnaście w 1822 sto dziesięć, w 1852 trzysta dwadzieścia kilka w 1859 pięćset górą. Chociaż winnice przez dwie zimy 1837 i 38 wymarzły; liczą jednak teraz górą pięć miljonów winnych latorośli, sprowadzonych z Francji, Hiszpanji i z nad Renu. W r. 1827, dały one piętnaście tysięcy górą wiader wina, w 1832 białego 6675 a czerwonego 2867 w 1835. około trzydziestu tysięcy wiader.
Do dwóch tysięcy pudów winogradu przedaje się gronami. — Pędzono także wódkę z winogradu. Wino tutejsze podobne jest do mołdawskiego. Xiąże Gagarin i P. Roubaud, robili próby dobrego i mocnego wina. — Do Gospodarstwa okolic i miasta Odessy, należą ogrody owocowe, chów bydła, zasadzanie lasów, dochody z nabiału, mąki, krup i t. d. Ile winogradów tyle jest i owocowych sadów dających z owoców (oprócz warzywa) po kilka tysięcy rubli dochodu (2,000. Arguzina Cortazzi). Niektórzy gospodarze, odebrali nawet nagrody od rządu; drudzy zajmują się wyłącznie szkółkami drzew owocowych, lesnych i kwiatów (Louisville, Desmet. Herman, Nozzolini, Desavize etc.)
Ważny dochod stanowi woda słodka, niektóre studnie czynią po tysiącu rubli — Partje Czumaków płacą ją na noclegach, razem z wypasem, płacą rozwożący po mieście. Woda z fontann bowiem jest szkodliwa, a nie wszystkie domy mają Cysterny.
Z potrzebnych na utrzymanie miasta zapasów żywności, trzecią część dostarcza samo miasto.
Wyrobnicy dniowi, w liczbie około 10,000 dusz obojéj płci, zarabiają od półtora rubla, do 50 kopiejek, Kamieniarze, wydobywają kamień na gruntach miejskich, całe osady okoliczne z téj pracy się utrzymują; Chutory: usatowy, sucholimański, kujalnicki, żyją z niego. Mieszkańcy ich pod kujalnickim i chadżibejskim Limanami, wyrzynają pieczary całe, gdzie kamień piłują lub biją — Całe miasto z tego materjału powstalo. Przemysł ten z powodu mnożących się budowli, bardzo jest korzystny.
Słudzy (około 10,000) bardzo drogo są płatni; toż tak zwani Prykaszczyki, Mesureurs et cribleurs des blés, których do dwóchset się znajduje, ludzie pracujący w portach (nakładający pszenicę na łodzie) — Łodziarze w portach — stojący, przewożący towary na zagraniczne okręty; takich z większemi łodziami było 78, z mniejszeni barkami dwudziestu — Tu doliczyć należy doróżkarzy i bryczkarzy do dwóchset, furmanów i biudiużników (przewożących towary na wozach o dwóch kołach) — kilkuset; woziwodów rozwożących wodę z fontann Małéj i baszkowskiéj, z wodnéj Bałki i t. d.
Rzemieslników i fabrykantów nie braknie także Odessie; — znaczniejsze są fabryki mebli, modnych fraszek, fortepianów, makaronu, konfitur i t. d. Cechów dwadzieścia pięć ruskich, niemieckich i żydowskich, w nich razem majstrów i czeladników, około półczwarta tysiąca. Wyrabiają prócz tego liny okrętowe (w dość znacznéj ilości) cegłę, mydło, świéce, tytunie, i t. p.
W czasie zawojowania tego kraju (w 1789 1794.) wszyscy właściciele ziemi i rolnicy zachodnich prowincji i Nowo Rossji, wyjąwszy może Kryn i okolice Taganrogu, i Chersonu, wyprawiali swoje płody do Rygi i Gdańska, zkąd na powrót dostawali zagraniczne towary. Ważną wówczas rolę grały Brody i Berdyczew. Następnie otwarcie portu przy chadżibejskiej twierdzy, przykład Hr. Prota Potockiego i innych obywateli podolskich, wyprawujących karawany zbrojne do Odessy, pomimo strachu zadniestrowych Tatarów — podbudziły do zwrócenia tu handlu. Powiedzieliśmy wyżéj, jak się wzmagał i wzrastał handel Odessy.
W roku 1802 nadano przedłużenie terminu uwolnienia od podatków, większą ilość ziemi pod wygony, sady, ogrody, i dziesiątą część dochodów tamożni, na budowy miejskie. W roku 1803, zamiast dziesiątéj przeznaczono na ten cel piątą część.
Główne bankowe interessa tutejszych domów, są z Paryżem, Marsylją, Londynem, Wiedniem, Triestem, Liwurną, Konstantynopolen, rzadzéj z Amsterdamem i Genua, najrzadzéj z Hamburgiem. Wewnątrz kraju z Petersburgiem, Moskwą, Warszawą i Berdyczowem, summa obrotow bankowych, dochodzić może (1837 roku) do dziesięciu miljonów.
Wewnątrz miasta handel zamienny na produkta i konsumpcyjna wyprzedaż na stepie nie małą — od lat dziesięciu, domy wspanialsze się wzniosły, sposób życia się ulepszył, a zatém i potrzeby zwiększyły i sprzedaż towarów zbytkowych pomnożyła. Nie ma, czegoby w Odessie dostać nie można (wyjąwszy może nowych nót, książek, przedmiotów Sztuki i do Sztuki należących) angielskie wyroby są w największej liczbie.
Ludzie z handlu żyjący są: Kupcy trzech gild, Maklerowie birżowi i morscy, Notarjuszowie, szyprowie (okrętów tutejszych domów handlowych, jako Marazli, Janopulo, Mauro, i t. d.)
Odessa oprócz Cerkwi ruskich, greckiéj ormiańskiéj, Kościoł ma katolicki, ewangelicki, synagog kilka Rabinistów i Karaimów. W roku 1807 wystawiona soborna Cerkiew. Od 1837 roku, Katedra chersońskiego, tauryckiego Arcy-Biskupstwa i główne Seminarjun Nowo-Rossji, przeniesione do Odessy; założony Szpital miejski, żydowski, podróżnych, dom dla ubogich, żeńskie Towarzystwo Opieki biédnych. W roku 1804 fundowane handlowe Gymnazjum, w 1811 szlachecki Instytut dla chłopców i dziewcząt, w roku 1817 Lyceum nazwane imieniem X. Richelieu, które w 1835, otrzymało niektóre przywileje uniwersyteckie; ustanowione przy niém Gymnazjum, szkoła powiatowa i cztery parafjalne. — Oprócz nich są szkółki Greków, żydowskie płci obojéj, katolicka przy Kościele naszym i luterska, Instytut szlachecki panien, miejska szkoła panieńska pod opieką Najjaśniejszéj Pani, 2 mezkie i 6 żeńskich pensji; dóm siérot i szkoła siéroca, Sala Ochrrony; wszystkich zakładów naukowych i dobroczynnych dwadzieścia kilka, a uczących się przeszło dwa tysiące.
Od piérwszego Kwietnia 1820, począł wychodzić Messager de la Russie Méridionale w 1827. Odesski Kurjer w językach ruskim i francuzkim, od 1832, dwie osobne gazety, ruski — Wiestnik i francuzka Journal d’Odessa. — Oprócz tego wychodziły Almanachy, brosziury, przez Towarzystwo rolnicze wydawane i dodatki do Kurjera. Te przestały się ukazywać z wyjazdem Professora Rosberga wydawcy. Drukuja się też codziennie portuta po włosku, z wymienieniem przybywających i odplywających okrętów, wyrażeniem ich Kapitanów, towarów, wielkości, i t. d.
Ruch umysłowy w ostatnich latach ohjawił się zakładani: w 1830 Towarzystwa Gospodarstwa wiejskiego południowéj Rossji; w roku 1823 i 1835 założeniem Muzeum noworossyjskich starożytności i Publicznéj Biblioteki; sztucznych wód mineralnych (wedle metody Berzeliusa) w roku 1827 z projektu A. J. Fabre, Muzeum płodów naturalnych Noworossji, w roku 1838 projektem historycznego Archiwumi, w 1839 ustanowieniem Towarzystwa Historji i Starożytności, i t. d.
Od 1827. r. ciągle już drukować poczęto w Odessie, ulepszono Typografję miejską. Założone drukarnie, przy greckiej szkole dla xiąg greckich, i przy Sztabie Inspektora jazdy, osiedlonéj. Od 1836 do 1838, wydrukowano więcej niż ośmdziesiąt xiąg w językach: ruskim, francuzkim, łacińskim, włoskim. Około czterdziestu ludzi zajętych jest przy drukarniach. — Trzy Litografie, Lewszyna, Bigatti i Klenoffa pracują; wydane przez nie widoki i rysunki (oprócz litografowanych, przez Bassoli) nie wielkiego ukształcenia artystycznego dowodzą.
Muzyka tu daleko popularniejsza i powszechniéj od Malarstwa pojęta i ulubiona. Opera włoska utrzymuje się od 1812 r. na którą miasto daje 60,000 rubli rocznie. Aktorów jest około stu, pobierających od 9,000 do 1200 rubli. — Liczba fortepianów w mieście nie wyrachowana — Malarzy kilku (ale miernych) dekorator jeden (dobry) trzech snycerzy; cztéry xięgarnie: ruska, niemiecka i dwie francuzkie (w nowe xiążki nie bardzo bogate) — Oprócz tego stare xiążki po Bazarach i sklepach się przedają — W r. 1831 przywieziono na przedaż xiąg, do 25,000 tomów w 1835 30,000.
Biblioteka publiczna, którą dawniéj zarządzał Spada, teraz Prof. Murzakiewicz, poczęta w r. 1828, przez Głowę miasta Lewszyna, wydawcę tutejszego Kurjera. Gazeta z powodu wojny wschodniéj, miała wiele czytelników i znaczny dochód, tak, że uczyniła do 40,000. r. — Lewszyn uprosił u Hr. Worońcowa pozwolenie ofiarowania na Bibliotekę publiezna 20,000 rubli, a 10,000 na Typografję miejską; resztę oddał na różne dobre uczynki, druk pożytecznych xiąg i t. p.
Ludność miejska, rozmaicie się zmienia, powiększa i zmniejsza, z powodu przybyłych dla handlu i czasowo przemieszkujących[100] odłączywszy tych i wojskowych na 42,000 dziesięcin ziemi, wypada 85,000 ludności.
Ze statystycznych obrachunków P. Skalkowskiego pokazuje się, że od r. 1850. do 1840. przybyło ludności 21,880.
Kupiectwo (corps de commerce) stanowi massę nie jednorodną, i dotąd spoić się w całość nie mogącą, dla różności narodów, wyznań i obyczajów. „Co dziwnego,“ powiada cytowany, „że Karaim albo Sefer ormiański (bankier) nie umie się zbliżyć do brodatego ruskiego Kupca, albo wymuskanego negocjanta zachodniéj Europy, do bogatego Greka całe dni przesiadującego w Casino na podkurczonych nogach — Cudzoziemcy oprócz Słowian są tu: Grecy, Francuzi, Włosi, Niemcy, Anglicy, Karaimi, Hiszpanic, Hollendrzy, Belgowie, Turcy, Ormjanie, Duńczycy i Rumuni — Ze Statystyki jednak kupiectwa okazuje się, że ledwie szósta część kapitałów objawionych, jest cudzoziemska, a i ta coraz się zmniejsza — W ludności, którą za zbiegowisko różnych narodowości uważają powszechnie, właściwie cudzoziemska, jest tylko część dziesiąta.
Kupiectwo piérwszéj gildy, znacznie się umniejszyło, a to z powodu usunionych prerogalyw początkowo służących Kupcom, nadanych im dla zachęcenia; i całkowicie już wnoszącéj się opłaty od Gildy, która wprzód o połowę zmniejszoną była. — Z tego powodu kupcy pozapisywali się do drugiéj i trzeciéj gildy. W r. 1840 skończyły się czasy ulgi; obcym mniéj nad piérwszą gildę kapitału mającym, zabroniono wpisywać się i handlować, musiało więc nastąpić nieuchronne, choć zapewne chwilowe tylko kryzys. Żydzi kupcy od 1837 do 1842 — ponmożyli się.
Okrag miasta Odessy, obejmuje w sobie chutory, to jest osady: dalnicki, Tatarkę, Usatowe, Mały Kujalnik, wielką Fontannę czyli Monastér, krzywe Chutory, nierubajskie, fominowe, gnilakowe, chłodne, sucholimańskie i burłackie.
Opatrują Odessę w żywność, prócz okolic, Noworossja, Krym i Bessarabja — Ztąd mianowicie i z Turcji, dostarczają drzewa opałowego.
Epoki ważne dla handlu, są chwilami największego życia w Odessie. Czasem w Marcu przybywa nagłe po sto razem okrętów, a naówczas w porcie, w mieście, ruch panuje największy; pakunki na Tamożniach, ścisk na rogatkach, ulice pełne, snują się kupcy, maklerowie, krążą wozy, wrzawa, zgiełk.
Toż, gdy dobra poczta zwiastuje nieurodzaj w dalekim kraju — każdy śpieszy kupować, ładować, wyprawiać. Drugą chwilą ważną, jest Wrzesień, po zbiorze zbóż gdy tłumy Czumaków ściągają się do Odessy, leżą obozami dokoła magazynów i o niczém nie słychać, nic nie widać, prócz pszenicy i Czumaków.
W ostatnich czasach ogromnych prac kosztem skarbu w portach dokonano, w kwarantannie i na wybrzeżach i bałkach porobione móle kamienne formują port bezpieczny jeden; nowy poczęty, dla utrzymania portów w należytéj głębokości zabezpieczenia od nanoszonych piasków — Czoła obu molów najeżone są baterjami, na przypadek wojny.
Ogromne wschody wiodące z Bulwaru ku morzu, ukończone zostały i wyłożone kamieniem przywiezionym z Triestu. Jedna z arkad pod temi olbrzymiemi wschody, służy za przejazd od kwarantannowego portu, do praktycznego. Góra osadzona drzewy z krzewami dla ozdoby.
Wybrukowanie grzezistéj i utrudniającéj komunikację i przewóz towarów Bałki, czyli wąwozu, do kwarantanny wiodącej w r. 1840; przez Generała Achlestyszewa, aresztantani dokonane, liczyć się powinno, do najużyteczniejszych dla Odessy prac.
Wystawienie kwadratu sklepów za teatrem, zwanych Palais-Royal, ozdabią tę część miasta i ułatwia nabycie towarów, które we 44 Magazynach są skupione. Dokoła bieży asfaltowy trotuar, a środek zajmuje ogródek. — Wkrótce miasto ma być oświecone gazem, wedle projektu i planu architekta Lyceum Richelieu P. Falka. Cztéry parochody angielskie ciągłą utrzymują komunikację z Krymem i Konstantynopolem.
Życie w Odessie ani opisaném, ani osądzoném absolutnie być nie może, każdy tu bowiem żyje jak mu się podoba, i jak mu najwygodniéj. Nikt się do drugich nie stosuje, chyba o tyle o ile mu z tém miléj, i lepiéj. W lecie gorąco jest nieznośne, w zimie burze i wichry uprzykrzone, a domy nie tynkowane i nie szczélne, nie wiele od chłodu chronią. Przyzwyczajonemu wszakże do klimatu i do tych warunków bytu, wyśmienicie i z gorącem i z zimnem żyć można, jak wszędzie, a może lepiéj niż gdzie indziéj, bo swobodniéj. Zebranie tu różnych narodowości i zwyczajów sprawia, że każdy wedle upodobania żyć może, nie stosując się do drugich, a nikt mu tego za złe nie poczytuje, jak nie mają za złe ubrania narodowego Grekom i Turkom. Zima, w czasie któréj sami są tu mieszkańcy Odessy i obywatele blizkiego kraju, przechodzi wesoło na tańcach w sali bursowéj, Balach i Koncertach.
Bal w wigilię Nowego Roku, jest jednym z najwytworniejszych. Dzień ś. Jerzego Grecy przepędzają na swoich chutorach. Inne dni poświęcone przejazdkom i zabawon, są 24 Czerwca na ś. Jana Chrzciciela, na 1 Maja i na Ś. Trójcę.




XXIII.
22. Lipca. Domy w Odessie — Dom P. Naryszkina
23. Lipca. Założenie Twierdzy przy chadżi-bejskiej przystani w roku 1765.
24. Lipca. Widok morza.
25. Lipca. Nowe znajomości, poszukiwania, i t. d.
22. Lipca.

Dziś chodziłem wedle zwyczaju podróżnych, obejrzeć jeden z najpiękniejszych domów tutejszych; o piękne tu wcale nie trudno, wszyscy bowiem posiadacze domów, tak wytwornie przy łatwości nabycia ozdób i wszelkich zbytkowych sprzętów je urządzają, że każdy dom, zwłaszcza z przedniejszych, wart jest oglądania. Rzadko w stolicach, taki przepych — w czasie kąpieli, znaczna bardzo część domu najmuje się i to powraca z czasem nakłady; a na zimę znowu przybywające tu rodziny z Rossji, Bessarabji, Multan, drogo płacą za wygodne i pięknie urządzone mieszkania. Domy tutejsze są nie na krajowéj, ale na zagranicznéj stopie wytworu. Łatwo o takie, w których sali jadalnéj krzesełka same i stoły, kilka tysiçey rubli kosztują; w innych wszystkie meble sprowadzane z Paryża, fortepiany angielskie — Trudnoby się tego spodziéwać w mieście zajętém handlem i z handlu żyjącém, ale tak jest. — Dwa są w Odessie fortepiany Erarda; a jeden z nich u Bankiera Izraelity. — W proporcja przepysznych znaczniejszych domów, idą mniejsze, najmniéj do wytworności pretensji mające, a jednak wcale smakownie ubrane w mahonie, laki, zwierciadła, chińszczyzny, porcellany francuzkie i bronzy. Ile mi się tylko zdarzyło widzieć różnych domów w Odessie, na rozmaitych ulicach, w różnych zakątach, wszędzie znalazłem przepych wielki, zbyteczny, szkodliwy nawet i nie potrzebny.
Ale bo też tu życie nie na skalę innych miast naszych, pieniądz nabywa się dosyć łatwo, ceni się mniéj a znaczenie rubla (assygnacjami) jest stosunkowo odpowiedne naszemu w domu u nas złotemu polskiemu. Słudzy są płatni bardzo drogo, dla powszechnie dającego się czuć ich braku — pobiérają od 150 do 600 rubli i więcéj — wszystko tedy w miarę. Zagadką tylko jest życie urzędników nie więcéj płatnych niż gdzie indziéj, a utrzymywać się zmuszonych wedle miejscowych warunków. Dodajmy, że nigdzie urzędnicy niżsi i wyżsi nie są bezinteresowniejsi.
Domy mieszczan i Kupców są wszystkie prawie niezmiernie smakownie urządzone. Te które odwiedzałem szukając mieszkania, zadziwiły mię nawet wytworen, ozdobnością. Najmniéj piękne, jeszczeby u nas uszły za najwytworniejsze. Styl budowli (zwłaszcza nowszych) piękny, prosty, smakowny; wnętrza mu zupełnie odpowiadają. Jednym z najexcentryczniejszych, jest gotycki, roskoszny domek, stojący nie daleko balki, którą się jedzie do kąpieli, należy on do Xiężnéj Kantakuzenowéj (z domu Renaud), drugi podobnyż gotycki, na Peresypie; innych wiele po mieście rozsypanych. Omijam szczegóły, które zajmować nie mogą, wejdźmy tylko do jednego z domów, uważanych, za najpiękniejszy po pałacu worońcowskim; położonego na Bulwarze (jak wszystkie piękniejsze budowy) — domu Marji Naryszkinowéj (z domu X. Czetwertyńskiéj) Powierzchowność jego skromna nie zastanawia wcale, niklby się pod nią nie domyślił zbytku, zamkniętego tak niepozornemi drzwiami, nie odróżniającémi się od innych na Bulwarze — Wewnętrzne urządzenie zadziwia z dziedzińca dość ciemnego i ciasnego, podwójne z włoskiego marmuru białego wschody wiodą do górnych apartamentów. Wchodzi się przez salę billarową przedzieloną kilką kolumnami o kapitelach verde anticho, na dwie części.
Wśród tych kolumn stoi podtrzymywana przez bronzową figurę ogromna czasza malachitowa. W téj części pokoju, do któréj się następnie przechodzi, ozdobionéj portretami X. Naryszkina i Xiężnéj z dziecięciem, konin ładny marmurowy, konsole pokryte kamieniami malachitowemi, meble sliczne i kształtne — Portrety swą wartością artystyczną, dystynkcji apartamentu wcale nie zdają się odpowiadać, zwłaszcza portret xięcia.
Następująca wielka sala, jasniejąca białością i złotem przepyszna, zajmuje całą domu szerokość. Lustra, kandelabry, Konsole, krzesła, wszystko z bronzu złoconego, naczynia i kominki z alabastru i marmuru białego. Jest to najwytworniejszy salon w całym domu, nie wielkim, ale ze starannością największą urządzonym. Z téj sali wchodzi się do mniejszéj podłużnéj, którą otacza w górze gallerja zamykająca biblioteczkę. Wejście na nią po krętych, ciasnych i niewygodnych wschodkach. Tu na kominie i stoliku kilka pięknych statuetek bronzowych, główek, grup. — Jest tu i wzór maleńki z kości słoniowéj, pomnika dla Minina i Pożarskiego, wystawionego. Osobna galerja za tą salą położona, zawiera głowy, popiersia i posążki marmurowe dawne, kopje z dawnych i nowe, w przewożeniu wielce uszkodzone, bardzo jednak zastanawiające i jedyny tego rodzaju zbiorek w Odessie stanowiące. Druga podobna galerja przeznaczona na obrazy, dotąd nie rozwieszone, w pośrodku stojące — Znać z nich artystyczny gust właścicielki. — Ze stu około sztuk jest kilka, może kilkanaście ładnych, a kilkadziesiąt dość ciekawych. Są tu, jeżeli mamy wierzyć nadpisom na ramach — Łukasza z Leidy (małego formatu zmartwychwstanie) Jean’a de Bruges, ładny nie wielki obrazek, i kilka jeszcze pierwiastkowéj szkoły niemieckiéj — piękny Palamedes jeden, kilka starych włoskich, kilka pejzażów dobrych, jedna bardzo piękna Madona — ale za to kopji nie mających wartości i bazgranin dość dużo, dla powiększenia liczby wtłoczonych.
Na dole w apartamencie pani, portrety: Katarzyny Cesarzowéj, Alexandra, Pawła i biusta tychże — kilka familijnych także portretów. Jest tu i piano Erarda, którego nam jednak (z resztą bardzo sprawiedliwie) otworzyć nie chciano.
23. Lipca. Ranek spędziłem znowu u Pana Skalkowskiego, na przeglądaniu z nim ciekawych aktów zaporożskiego Archiwum i innych w jego ręku znajdujących się dokumentów. Oglądałem tu rozmaite pieczęcie kozackich Pałanek, wyobrażające albo konnego Kozaka z kilką literami dokoła, wyrażającémi palankę, albo (na większych) Kozaka w polsko-kozaczém ubraniu pieszo, stojącego z rusznicą i całém uzbrojeniem. Archiwa kozackie, bogaty plon dla historji ostatnich czasów obiecujące, tém się szczególnie odznaczają, że w nich zawiera się niezmierna liczba prostych a pełnych kolorytu relacji ustnych. Oprócz bowiem rozkazów (Ordynansów) rozporządzeń i t. p., pełno jest sprawozdań wysłańców, w różne strony rozsyłanych na zwiady, których opowiadania słowo w słowo spisywano potém, gdy za powrotem sprawy z czynności zdawali.
Tego rodzaju dwa czy trzy dokumenty, wyżej mówiąc o Bałcie i Tatarach przywodziliśmy. Tu dołączamy jeszcze jeden mający interess miejscowy odesski, o założeniu przez Turków twierdzy w Chadżi-Beju, wynaleziony w czasie naszego pobytu przez P. Skalkowskiego i nam przez niego łaskawie udzielony (19 Lipca). — Oto ciekawy ten dokument w wierném tłumaczeniu.[101].
1765 roku wojska zaporożskiego Sędzia wojskowy Paweł Hołowaty (gdyż naówczas nie było koszowego w Siczy, jeździł on do stolicy za sprawami Zaporoża) w tajemném doniesieniu Hr. Rumiańcowi podanym 30 Czerwca 1765 roku — świadczy, jak następuje:
Posyłany od Kosza Wojska zaporożskicgo za Boh rzekę do Kauszan do Chana krymskiego Selim-Gireja z listami, wojskowy tutejszy tłumacz, Konstanty Iwanow, dzisiaj powróciwszy ze zwiadów, stawił się w Koszu i objawił co następuje: że jadąc do kauszan, dowiedziawszy się na pewne, iż Chana krymskiego tam nié ma, oddał listy na trzecim Kujalniku leżącym nie daleko Dniestru, jedyssańskiéj Ordy Seraskierowi Sułtanowi Adil-Girejowi, synowi Selim-Gireja Chana — który tam miał stanowisko. A od będących przy nim tłumaczów, dowiedział się że Chan krymski, w samym końcu przeszłego miesiąca Maja, pojechał do Carogrodu lądem, z nie wielkim dworem, za rozkazem Porty, z którym przysłany był umyślnie Kapidżi Pasza. I z nim Chan pojechał, ale go wkrótce spodziewają się na powrót. Opowiedzieli mu także ci tłumacze, że myslą, czy nie będzie przysłany od Porty inny Chan, to nie wiadomo, dla czego byłby wezwany terazniejszy. Z Kujalnika zaś Iwanow powracając z listami odpowiedzi od Sułtana, przejechał do Oczakowa, we wszystkich tatarskich koczowiskach i nigdzie w tamtych stronach, wojennego nowego przyboru i ludu i przygotowań nie widząc. Za Oczakowem zaś ku Białogrodowi o 50 werst od Oczakowa, nad morzem, budują twierdze, której imię dano:
Jeni-dunia (sie) t. j. Nowy świat. Wprzód zaś była tam wioska i nazywała się Kużdabéj (Chadżibéj) Ta zaś twierdza poczęła się budować tego roku na wiosnę a budują ją Wołochy; na którą kamień ze stepu od rzeczek i bałek okolicznych zwożą. Także od przybyłych w Oczakowie, z Krymu Greków i ze Stambułu na statkach Reizów (Reiz-reis-Szyper, Kapitan, dowodzca okrętu) dla ciekawości dowiedział się; że Turcy z Gruzińcami mają spór i dla tego wielkie wojsko tureckie wyprawione do Anatolji przez Porte i nie dawno, przed czlerdziestą dniami zamiast tureckich leżących nad brzegami morza czarnego, z Warny dwa, z Pirgusa (Burgaz) trzy okręty wojenne, a na nich wojska Arnautów i Bośniaków do dwunastu tysiący wyprawioGruzińcy i kusatbasy (Kizilbaszi) wzięli jakoby nie dawno dziewięciu tureckich paszów, z wielkiem wojskiem w niewolę, a, że Gruziócy w potyczkach nad Turkami biora górę, jeden z będących przy Stanicy sułtanskiej w Kujalniku, w wielkiem mnóstwie Murzów pytał nawet Iwanowa. — Słychać, że w Gruzji jest posiłkowe wojsko ruskie, bo gdyby go tam nie było, Gruzińcyby się nieoparli sile wojsk tureckich, a Iwanów odpowiedział mu: że wszystkie wojska ruskie, leżą rozłożone w Rossji, i nigdzie za granicę się nie poruszały. A nie słychać w jedysańskiej Ordzie, którą on przez wszystkie prawie jéj Auły przejechał do Oczakowa, także i w Oczakowie i nigdzie w tamtéj stronie, niebezpiecznéj choroby, o której nic nawet nie mówią, wszędzie spokojnie i zdrowo.“ —
24 Lipca. Przepędziłem nad xiążkami ucząc się Historji Krymu i Noworossji. Tegoż dnia poznałem się z Professorem Linowskim, autorem rozprawy o bessarabskich miejscowych prawach, z której przywiedziemy nieco niżéj, mówiąc o Bessarabji. — poznałem także miłego i uczonego P. E. Jacobi.
Wieczorem morze ukazało mi się znowu dotąd z niewidzianą przeze mnie fizjonomją — oświecał je xiężyc, a pod jego światłem drżącem, fantastycznie malowały się stojące w porcie okręty. O! ileż to różnych obrazów w jednym morza kawałku — Ląd, nigdy, ani tyle, ani tak dziwnie mienić się nie może. Ktoby pod względem malowniczym tylko uważał morze, mógłby xiążkę o niém napisać, a tysiąc obrazów stworzyć. Nie dziwi mnie wcale, że nagle tylko morze malując P. Gudin, tak rozmaitym być umie i tyle tworzy.
25. Lipca. Była Niedziela, zacząłem naturalnie od kościoła. Udałem potém do General Gubernatora Naczelnika miasta, Achlestyszewa, który uprzejmém przyjęciem i miłą rozmową, zajął krótką chwilę odwiedzin. Towarzysz mój powiedział Generałowi, że będę pisał o Odessie i dodał — prośmy, niech o nas dobrze pisze — Niech tylko pisze prawdę, odpowiedział General — i miał zupełną słuszność, Odessa nic lęka się prawdy, a żądać może tylko, aby jéj oddano sprawiedliwość.
Tegoż dnia poznałem się z tutejszym Professorem wschodnich języków, uczonym, wielkich nadziei młodzieńcem, P. Grigorjewem, który wydał: Opis monet kuficznych, wyżéj przez nas wspomniany. Jest on uczniem Instytutu petersburskiego i naszego ziomka P. Sękowskiego, którego z wielką czcią wspomina. Mówił mi P. Grigorjew, że w Odessie zakład Instytutu wschodnich języków, nigdy wielkich korzyści dać nie może, dla małych tu i rzadkich bardzo stosunków ze Wschodem. W istocie ledwie jednego czy dwóch Turków, w ciągu kilku miesięcy zdarzy się widzieć w Odessie.
Dészcz, który nas złapał na Bulwarze, rozpędził i do domów zagnał. — Chmury zaciągały niebo, xiężyc skrył się za niemi, a niepojęte morze, znowu nowe przy burzy i błyskawicach, oświecone niémi stanęło. —
Przymuszony pozostać w domu, wieczór poświęciłem xiążkom znowu, mianowicie tutaj, a tutejszym kraju wydanym. Są one w tak wielkiej liczbie i dowodzą tak silnego zajęcia umysłowego, naukowego, że Odessa w tym względzie, może między miastami ruskiémi, dzisiaj pierwszeństwo trzyna. Ten ruch i życie, w znacznéj części popędowi danemu przez dwa towarzystwa Starożytności i Gospodarstwa południowego, Rossji, przyznać należy; wszakże ruch ten w pięćdziesiąt-letniem mieście, wielce zastanawia. Prac własciwie literackich, mało wychodzi — historycznych i historyczno-statystycznych najwięcéj; także w przedmiotach nauk przyrodzonych, prawa i t. d. Maleńkich brosziur o Odessie, o kraju, rozpraw o starożytnościach, historycznych śledzeń mnóstwo; każde wydarzenie ważniejsze, ma historyka jednego przynajmniéj, czasem dwóch i więcéj. Tak nieszczęśliwa Czuma, najdokładniéj historyczno-medycznie opisaną została, i t. p. Nic lepiéj nie dowodzi i uznania swéj własnéj ważności i zamiłowania w umysłowéj pracy niepospolitego. Drukarnie są w ciągłym ruchu. Nie będziemy tu wykazywać stanu Literalury, który czytelnik znajdzie wyłuszczony starannie i Athenaeum[102] dodamy, że z Professorów Lyceum i innych Zakładów naukowych, z ludzi jakkolwiek dotykających nauki, mało jest, coby w swoim przedmiocie nie wydali książek. Nie podobna nie dziwić się razem i nie pochwalać.




XXIV.
26. Lipca. Tamożnia. Zabudowania Kwarantanny. — Magazyny. Parlatorio. Czumny Kwartał. Jak się odbywa Kwarantanna i oczyszczają towary? — Czuma w roku 1812, 1829 i 1837 w Odessie i t. d.
26. Lipca.

Z przewodnikiem moim, łaskawym P. Skalkowskim i Drem Karolem Kaczkowskim przedsięwzięliśmy obejrzeć Kwarantannę i wyznaczywszy sobie dzień, pośpieszyliśmy zebrać się rano, ażeby nam w téj wycieczce słoneczna nie dokuczała śpiekota; jam jednak wprzód pobiegł do morza, aby nie opuścić kąpieli.
Kwarantanna tutejsza, instytucja stojąca na straży nieustannéj, przeciw chorobie okropnéj mogącéj wkroczyć tędy do kraju, doprowadzona w skutek udoskonaleń stopniowych do wysokiego rzędu tego rodzaju Zakładów, Znawcy poczytują ja, za daleko wyższy, od wszystkich znanych w Europie tego rodzaju Zakładów. Utrzymywana z wielką pracą i kosztem i staraniem ciągłém, nieustannie się ulepsza; a pomimo zaspokajającego ze wszech miar jéj stanu, wysłano i teraz Kommissję do Syrji, dla wyprobowania, sposobu oczyszczania towarów i rzeczy za pomocą podniesionego do wysokiego stopnia, ciepła. Kommissja ta; która szukała choroby w interessie ludzkości i nauki, powróciła właśnie w czasie mojego pobytu do Odessy, przekonawszy się, że oczyszczanie ciepłem, jest zupełnie dostateczne, z wielu względów tańsze i łatwiejsze, od dawnego za pomocą gazów i wyziewów różnych, wody i kwasów.
Na brzegach morza czarnego, Kwarantanna oddawna ustanowioną została, ale nie od razu stanęła na takim, na jakim dzisiaj jest stopniu. Reuilly w 1803 roku wspomina o nędznym jéj stanie, gdyż naówczas składały ją nieco murow kamiennych, magazyzynów z drewnianémi okiennicami, i nagiéj góry do któréj była przyparta. Jednak już w latach 1798 dnia 8 Maja i 1800 7 Lipca, piérwsze urządzenia i Ustawy wydane zostały, urzędnicy wyznaczeni do Kwarantanny w Odessie, Dubossarach, Kozłowie, Sewastopolu, Kerczu i Bugazie.[103].
Autor rozprawy o handlu i żegludze na morzu czarném[104] 1805 roku, powiada, że Kwarantanna tutejsza urządzona była na wzór marsylskiéj. Sicard w 1812 uważał ją jeszcze za bardzo niedostateczną i postępy dopiéro notował. J. Castelnau maluje Kwarantannę, jako skutecznie ulepszoną dopiéro, razem z innémi tutaj zakłady, w roku 1803. Przed 1803, powiada on, budowy jéj stały po większej części w ruinach, Kazarmy bez dachu, drzwi i okien, zbudowane z drobnych kamyczków gliny i błota. Naczelnik miasta Lewszyn, zwiedziwszy najlepsze tego rodzaju Zakłady w Europie, najwięcéj się przyczynił do udoskonalenia kwarantanny odesskiéj[105]. Tak z postępów w postępy doszła ona do tego, czém jest dzisiaj i zasługuje na uwagę podróżnego pod wszystkiemi względy. Köhl, który nie jednokrotnie w swéj podróży dał dowody uprzedzenia i złéj woli, oddaje jéj sprawiedliwość i rozciąga się z jéj opisem. Zdaje się nam, że co wolno było cudzoziemcowi i nam zapewne dozwoloném będzie — Opiszemy więc wycieczkę naszą.
Ranek, chociaż gorący dzień zwiastowal, ale go chłodził wietrzyk powiewający od morza jeszcze, po nocnéj śrogiéj burzy, która nas kilka godzin w nocy trzymała rozbudzonych bijąc do okien z szumem potokami dészczu. Ranek jasny był i pogodny. Zeszliśmy górą od Bursy, mimo domu Xcia Gagarina Naczelnika kwarantanny, na wzgórzu panującém nad morzem; — na tak zwaną Kwarantanny Bałkę, to jest wąwoz czy rozgół, wiodący do portu kwarantanny, gdzie nie dawnemi jeszcze czasy topiły się za lada dészczem furmanki; a dziś za staraniem Generała Achlestyszewa, wybrukowano doskonale granitowym kamieniem sprowadzonym z Malty — daléj na Strada Polacca (Ulicę polską) do portu idącą, którą się sunie tysiące powózek próżnych i obładowanych pszenicą, węglem, cukrem i t. d. z kwarantanny wychodzącemi wszelkiego rodzaju towarami. Ruch tu panuje nieustanny, zgiełk ciągły: — ale nie ruch to wytworny miasta samego, tylko zajęcie się handlowe, niespokojne, lękające się utracić drogiéj chwili dnia. Wozy się toczą pośpiesznie, ludzie krzyczą, morze szumi, a nad głowami wyiskrzone słońce piecze; wiatr silny wieje niosąc pyły na piersi — Pod namiotami rozciągnioncmi po stronach, przy budynkach; przedają dla robotników w porcie napoje, owoce, chleby, żywność wszelką. — Krzyżują się wszelkiego stanu i narodów ludzie, idący do portu; na łodzie, do kwarantanny, do Magazynów zbożowych. Grecy, Turcy, Ruscy, Żołniérze, Czumacy ukraińscy, żydzi.
Minąwszy pięknéj budowy, niemniéj otoczony ruchem, Tamożnią morską, stojącą po nad groblą (jettée) idącą w morze ku portowi Kwarantanny; weszliśmy w ulicę wysadzoną akacjami przez bramę, do porządnie wybrukowanego piérwszego oddziału kwarantanny. Kwarantanna razem wzięta, jest prawie całém miasteczkiem oddzielném, do wielkiego przytuloném miasta. U dołu, po pod górą, nad samym brzegiem morskim we właściwéj kwarantannie, są domy, traktjery, kaplice angielskich protestantów i katolików, sklepy i t. p. Wszystko to prawie w morzu już nad samém wybrzeżem, po nad którém rozciąga się długa baterja broniąca portu kwarantanny. Ogromne statki przypierają tu do samych grobli dla reparacji i ładunku.
W piérwszym kwartale, w ogromnych linjach Magazynów, porządnie murowanych, złożone są towary piérwszéj Klassy, które czumy nie przyjmują i nie przenoszą zarazy. Tu z jednéj strony przyjmują od morza, Oczyszczają starannie z włókien nici, worków, sznurków i wszystkiego coby chorobę przeprowadzić mogło, a potém obmywszy wodą, lub tak jak są — oddają na drugą stronę, handlowi. Każdy z tych magazynów, jak wszystkie budowy w kwarantannie, jest przedzielony na dwoje wzdłuż, a dwie te jego połowy, przegradza linja neutralna. Po oczyszczeniu dopiero wyrzucają towary za tę linję do tak zwanej kwarantanny praktycznej. W tym pierwszym oddziale złożone są bakalje, węgiel ziemny, rzeczy wszelkie nie potrzebujące oczyszczenia, lub oczyszczające się dostatecznie wodą morską. Spotykaliśmy tu furmanki ładowne wielkiemi dylami mahoni, ołowiem, weglem. — Wszędzie porządek i czystość największa, a ruch nieustanny.
Przez drugie wrota wstąpiliśmy do drugiego Kwartału, gdzie w pięknie ocienioném podwórku, nad samém morzem, leży tak zwane Parlatorio. Tu jest dóm Dyrektora Kwarantanny i tu zasiada codzień Kommissja, a na wysokim maszcie, w czasie gdy rozpoczyna swe czynności, wywieszają wielką czerwoną flagę. Parlatorium jest to galerja nad morzem w arkady gotyckie, ocieniona akacjami. W każdéj arkadzie drewniane balaski od góry do dołu, od strony morza i od strony lądu; we środku aby nic przerzucić nie można było gęsta siatka dróciana. Tu od morza z okrętów zostających w Kwarantannie przybijają łódki, z drugiéj strony przychodzą z miasta osoby pragnące się widzieć z nic mającémi jeszcze prawa wejść do środka przez te kraty rozmawiają z sobą. Listy z miasta idące rzucają się w opieczętowany i zamknięty drewniany lufcik, listy z portu w osobném biórze oczyszczają, kolą lub rozpieczętowują, okurzają nad wyziewami soli, manganezu i opiłków, a potem dopiero na miasto rozdają. Tuśmy już w biórze listów, postrzegli z drugiéj strony za siatką i kratą żołniérzy z wnętrza kwarantanny, z odznaczająceni ich czerwonemi rękawami sukni. Urzędnicy (Kommissarze) mają na ubraniu ponsowe szarfy z prawego ramienia na lewe.
W Parlatorio zastaliśmy kilka osób przez kraty rozmawiających, kilka innych oczekując zapewne na przybycie z okrętów, znajomych lub potrzebnych, przechadzało się pod drzewami. Może z powodu rannéj dość godziny, osób tu było nie wiele, ruch mały.
Grzeczny i pełen uprzejmości Dyrektor kwarantanny, daléj nas przeprowadzał, pokazywał wszystko i objaśniał sam, przewodnicząc wycieczce po jego państwie. Weszliśmy w oddział drugi, gdzie się już znajdują towary, złożone także w ogromnych Magazynach, na dwie jak tamte, części przedzielonych, potrzebujące oczyszczenia za pomocą pary: te się po oczyszczeniu przewietrzają, a dopiéro po pewnym przeciągu czasu wydają na stronę praktyczną. Składy wszystkie, mieszkania, magazyny, wszędzie są przecięte wzdłuż linją neutralną i kratami. Najtrudniejszą do oczyszczenia, bo najlatwiéj zarazę przyjmującą, jest bawełna w balach przywożona, którą właśnie widzieliśmy już wydawaną do użycia. Bawełna rozdrabiać się musi na drobne części i dopiéro oczyszczać, aby pierwiastek puryfikujący, przeszedł ją wszędzie i przejął całkowicie. Za przybyciem Dyrektora, uderzono we dzwonek i przez otwarte drzwi na korytarz dzielący kwarantannę od części praktycznéj, ujrzeliśmy przygotowane paki, do których oczyszczania przybiérano się. Dozwolono nam tylko zdaleka zajrzeć do kwarantanny, ale wchodzić, nikomu daléj nad część praktyczną, nie wolno. Paki przychodzące pod pieczęcią Konsulów ruskich, nie ulegają kwarantannie, oddzielają się tylko z płótna i sznurów i wypuszczają do praktyki.
Wdzierając się pod górę, którą szeroka droga prowadzi do trzeciego kwartału — podróżnych, szliśmy za Dyrektorem, dla obejrzenia co pozostawało najciekawszego może, Góra stroma, naga i miejscami poobrywana.
Znowu przez trzecią bramę, weszliśmy na obszérne podwórze, obsadzone tu i ówdzie akacjami; po lewej jego stronie poczynają się cele podróżnych, a przed każdą z nich oddzieloną drogą neutralną od praktycznéj części, jest parlatorium, obwarowane kratką drewnianą z dwóch stron. Tu z sobą rozmawiaé mogą, ci, co już wysiadują kwarantannę i ci co do nich przychodzą z miasta. Na prawo stoją dawne domki i budowy podobne opuszczone, dziś służące za mieszkanie straży wojskowéj. — Doszliśmy z Dyrektorem do drzwi, z których drugiéj strony pokazał się w ezerwonój szarfie Kommissarz. Z jego raportu dowiedzieliśmy się, że było 91 osób kwarantannę wysiadujących. Tu pokazano nam już, w samej kwarantannie pokoje, gdzie przebywała Hr. Worońcowa i zostawiła na pamiątkę pobytu chwilowego, piękną, szytą na kanwie poduszkę. W tym apartamencie odbywają kwarantannę Ambassadorowie i inne znakomitsze osoby. Opowiadano nam tu o Ambassadorze angielskim — Sir, — jego obejściu i niegrzeczności, które nie dowodzą wcale wyższego ukształcenia i poloru. Pobyt jego tutaj, był męką dla wszystkich.
Nie daleko ztąd, jest już ostatni kwartał, Część czumna, gdzieśmy także zajrzéć mogli, z powodu, że chorych i podejrzanych nawet, wcale natenczas nie było — Wchodzi się przez nowe wrota w obmurowany dziedziniec, wysokim zewsząd obwiedziony parkanem, murami, fossą: po drodze wysypanej małemi kamykami i żwirem. Nad samém morzem widać wznoszący się bastjon; widok stąd na port i morze prześliczny, ale smutny. U stop naszych w rozdole lekko wgłębionym, na zielonej darni, był smętarz czumnych i tych co umiérają w Kwarantannie. Kilka Krzyżyków i biała kolumna P. Julien, nie dawno tu zmarłego, świecą zdaleka, na ziemi porytéj mogiłami — daléj widać oba porty i szérokie jasne morze. Od smętarza i dziedzińca znowu mur wysoki dzieli własciwy kwartał czumny, w którego obszernym dziedzińcu, są domki i zabudowania na dwie części podzielone — w lewo zaczumionych prawdziwie, na prawo podejrzanych o zarazę. Tuż są kuchnie i wszystkie potrzebne budowy. U samych wrót przy wejściu wznosi się wysoko maszt, z którego dają sygnały flagami, gdy czego z kwartału potrzebują — doktora, lekarstwa, żywności i t. p. Z drugiej strony, stół wielki, na którym kładną żywność dla czumnych; wielkie widły żelazne do wyrzucania ciał umarłych, zapowietrzonych i ich rzeczy. — miejsce to u wrót gdzie żywność podają, szerokim placem oddziela się jeszcze od samych pomieszkań. Teraz pusto tu było i cicho, ale strach jeszcze pozostał i krążył zda się nad pustką — Ile tu okropnych scen odegrało się, ile może niespodzianych radości — dla małéj liczby ocalonych.
Ludzie posługujący w Kwarantannie, a osobliwie w Kwartale czumnym w czasie zarazy, zowią się Mortusami, chociaż podobno najmniéj umierają, gdy tylko zachowają się ostrożnie, nie zrzucają rękawic i cératowych swoich, oliwą napuszczanych ubiorów. Opowiadano nam tu jednak o dziecięciu zaczumioném, około którego nie ostrożnie chodząc, cztérech ludzi umarło zarażonych — dziécię wyżyło i żyje — Jest coś przejmującego, przykrego w widoku ostatniego Kwartału, począwszy od zagrody smętarz zamykającej — Góra pusta, bez drzew, mury szare z dachy czerwonemi, budowy puste, poschła murawa na mogiłach, zdaleka morze bez końca!
Ileż to starań, zabiegów, troskliwości drobnostkowéj, baczności ciągłéj potrzeba, aby téj klęski nie wpuścić do kraju.
Cztérech doktorów przywiązanych jest do Kwarantanny. Jeden z nich ciągle w niéj zamknięty, a zmieniają się co trzy miesiące. Trzy miesiące tu siedzieć, patrzać na miasto i nie módz wyjść do swoich, wielka zaiste ofiara.
Ażeby wytłumaczyć dokładniéj urządzenie Kwarantanny, dodać potrzeba, że ludzie z okrętów nie chcących komunikować się z miastem samém, zostających tylko czas jakiś w porcie, mają na dole w Kwarantannie miejsce, gdzie swobodnie przesiadują, mieszkają, modlą się (jest to bowiem całe miasteczko) nie wchodząc do właściwego miasta; ztamtąd odjeżdżają nazad, jeśli czternastu dni w kwarantannie nie przebędą nie dostawszy się do Odessy, którą tylko widzieć mogą zdaleka. W parlatorio mogą tylko zobaczyć się z osobami znajomemi lub potrzebnemi; a gdy żądają wejść do miasta, natenczas odbywają ścisłą już Kwarantanne, bez któréj nikogo nie wpuszczają.
Köhl opisując w swojéj podróży odwiedziny w kwarantannie; dosyć obszernie[106] przyznaje ten zakład, za jeden z najlepszych w swoim rodzaju, powiada on, że każdy okręt skądkolwiek przybywający, naprzód w przystani zatrzymuje się, przed tak zwaną Brandwachtą. Posyłają do niego officera od kwarantanny, dla rozpoznania i dania raportu o nim. Jeżeli okaże się, że przychodzi wprost z jakiego portu ruskiego, natychmiast wpuszczony bywa do portu praktycznego. Jeśli z Bosforu, pozostaje dni czternaście, licząc od daty opuszczenia Bosſoru, na kotwicy w przystani obserwowany, nie komunikując się z kwarantanną nawet, ani przez ludzi, ani wyładowując towary, ponieważ zaś sama przystań odesska, zwłaszcza w jesieni nie bardzo jest bezpieczna; wydzielają na te dni czternaście obserwacji część portu kwarantanny. — Dzień zaś wyjścia z Bosforu oprzysięga cały ekwipaž okrętowy; składając przysięgę i na to że od wyjścia z Bosforu, nie przybijał do żadnego z portów turcekich i Azji mniejszéj. Dają mu potém straż i tak pozostaje obserwowany przez dni czternaście. Po upływie tego czasu, który służy do przekonania się, że objawionej choroby nie ma na okręcie; wchodzi dopiéro statek do kwarantanny właściwej en pratique, wyładowuje towary do Magazynów dla oczyszczenia, a ludzie jego, mogą rozpocząć kwarantannę. Tu podróżni resztę dni czterdziestu wysiadują w celach; o których mówiliśmy, lub komunikują się tylko z miastem, przez kratę parlatorium, jeśli kwarantanny siedzieć nic chcą. Towary nie przenoszące zarazy są: Bakalje (cukier, kawa) zboże, drzewo, płyny i t. d. zarazę przyjmujące — skóry, bawełna, płótna i nici. Opisaliśmy jak z niémi w Magazynach do oczyszczania służących postępują. Wiele ułatwienia obiecuje w tym względzie, nowy sposób — oczyszczania przez ogrzewanie; nie wiémy tylko, czy się do wszystkiego bez zepsucia da zastosować. To co powiada Köhl o Mortusach, że oni się wybierają z sądzonych na Syberję, że chodzą w czarnych skórach odziani i w kajdanach zupełny fałsz — Ludzie ci, nie wybierają się oddawna z osądzonych, są najęci i płatni, dobrowolnie ofiarując się do usług przy kwarantannie, dla zarobku, nie noszą kajdan, bo tu i skazani nawet na roboty w porcie więźniowie, nie są zakowani. — Jest to fantastyczny dodatek autora, dla ubrania obrazka.
Z Kwarantanny powracając, udałem się do portu Kwarantanny, gdzie ruch i żywe zajęcie, jak zawsze, znalazłem. Ogromne numerowane łodzie, z wierzchu całkiem pokryte, z dwóma tylko otworami, osmoloném płótném zawieszonemi, ładowały się pośpiesznie pszenicą. — Ludzie biegali z worami na plecach, zrzucali je i zaraz po nowe wracali. — Tak nasypane łodzie, ciągną się już bez ludzi, sznurami, do okrętów w kwarantannie stojących i tam wyładowują. Tym sposobem nié ma żadnéj komunikacji między częścią praktyczną portu, a okrętami stojącemi w porcie — Smolne, okryte płótnami smolonémi, ciągnione na osmolonych linach łodzie, sprowadzić zarazy, gdyby nawet na okrętach była, nie mogą.
Gdyśmy tu byli — ciągnąc za sobą szklistą brózdę po morzu i wstęgę dymu czarnego z komina buchającą, przypłynął z Konstantynopola statek parowy, jeden ze czterech, które Rząd w Anglji zakupił, dla regularnych komunikacji na morzu czarném z Konstantynopolem i Krymem. Widok z portu na bałkę, którą idzie tak zwana strada pollaca, na piętrzące się miasto, na bulwar — wcale piękny; ale nie najpiękniejszy jednak z tylu różnych, które tu mamy do wyboru.
Tu miejsce, gdyśmy mówili o staraniach czynionych dla ochronienia miasta i kraju od Czumy, powiedzieć jeszcze nieco o czumie w Odessie; gdyż mimo téj troskliwości, okropna zaraza kilkakroć już wkradała się i potrzeba było całéj czujności Naczelników, całego poświęcenia się użytych ku temu osób, aby nie wpuścić klęski daléj i nie dać jéj się rozszérzyć.
Jedną z najstraszniejszych i najpiérwszą była Czuma 1812 roku, która, jakby pomocnica wojsk Napoleona, wpadła na nie znające jéj dotąd miasto. Wkrótce po zawartym pokoju z Portą[107], gdy stosunki z krajem zadniestrowym i Turcją otwarły się, a okręty muzułmańskie poczęły zawijać do portów morza czarnego, w początku Sierpnia, do niesiono Xięciu Richelieu, że w Odessie niezwykła objawiła się śmiertelność — prędko odkryła się smutna prawda. Sierpnia 26, Mauromichali Naczelnik policji, dostał polecenie wezwania lekarzy, aby się przekonali co to była za choroba, jaki rodzaj zarazy. — Nastąpiło to z powodu wieści, że w Teatrze, gdzie mieszkali aktorowie, na rynkach i po różnych miejscach, zachorowało nagle i umarło ośm osób, z jednéj i jednostajnie objawiającéj się jakiéjś choroby. Lekarz główny Kwarantanny Rizenko, piérwszy wyrzekł straszne słowo: Czuma! — a mimo sporów o to, wielkie i tém większe było podobieństwo, że ta choroba właśnie panowała w Stambule, za Dunajem i za Kubaniem.
Xiąże Richelieu wątpił jeszcze, ale okazało się, że choroba istotnie już była w mieście i tak sroga, że od 26 do 30 Sierpnia umarło już trzydzieści osób, a od 1 do 12 Września po dwadzieścia codzień ginęło, ze wszelkiemi znakami zarazy, nie licząc w to małéj liczby chorych i starców, naturalną śmiercią schodzących. Richelieu lękał się smutnéj prawdy objawić, ale złe nadto było widoczném i ukryć je dłużéj nie podobna. Urzędownie nakoniec ogłoszono o Czumie, zalecono ściśle przestrzegać przepisów Kwarantanny, otoczono linją kwarantannowej straży, całą za-bohską część chersońskiéj Gubernji (oczakowski Obwód) a Odessę w szczególności, tak, że stąd nikt już wypuszczonym być nie mógł, jako z miejsca podejrzanego (contumaces) nie odbywszy najściślejszéj Kwarantanny. Natychmiast kraj ten, ze 100,000 mieszkańców złożony, między Bohem, Dniestrem, Kodymą i Podolem, odłączony został od wszelkich związków z sąsiednemi prowincjami i stał się jedną wielką Kwarantanną.
Naczelnicy morscy, wyprawili strojne Barkasy za Boh, dla nie dopuszczania rybołostwa, i urządzenia przepraw przeciw Mikołajewa w Korenicha, z zachowaniem przepisów Kwarantanny. Podobne straże urządzono także, na Bohu przeciw Wozneseńska, w Hołcie i Bałcie blizko wsi, gdzie Czuma objawiła się wprzód jeszcze, niż w Odessie.
Nastąpiło to z przyczyny, że miasto zostało dopiero zamknięte d. 13 Września, ale zaraza już wyniesiona była z Odessy i rozeszła się po sąsiednym kraju. W Odessie od 20 Września do 18 Października umarło z zarazy 958 osób, a podejrzanych było 200.
Wszystkie porty morza czarnego prócz Odessy i Teodozji zamknięto dla okrętów przychodzących ze Stambułu, gdzie straszliwa Czuma panowała.
W tych trudnych okolicznościach, objawił się heroiczny charakter Michała Kirjakowa, który poświęcając siebie i familję swoję, zamknięty z zarażonymi, oddał się cały ratowaniu ich. Przedsięwzięte przez niego środki wspolnie z kilką innemi osobami, przyłożyły się najsilniéj do ocalenia miasta, od ostatecznéj zagłady.
W Teodozji panowała tak straszliwa Czuma jak w Odessie. Tu już (w Odessie) liczba ofiar od początku do końca Października doszła do 1,200, a 16 Listopada, do 1720, końca już widać nie było. Cale prawie miasto zostawało w podejrzeniu, a niepodobieństwo zaparcia wszelkich wewnątrz kommunikacji, rozszerzało chorobę. Nakoniec ustanowiono powszechną kwarantannę — Spalono wszystkie ziemlanki, w których była zaraza, w tak zwanych Bałkach Kwarantanny i wojennej, załoga wyprowadzona za miasto, w obóz obwarowany, a wielu osobom, dozwolono także w otoczonych zamieszkać chutorach. Cała Odessa w Kwarantannie objawiona; poczęło się to dnia 22 Listopada i ciągnęło 46 dni. Domy od domów nawet pooddzielano na dni trzydzieści, a potém gdzie się okazała zaraza, jeszcze trzymano pod strażą.
Oprócz starań nieskończonych, koszta były ogromne, bo trzy czwarte ludności karmić było potrzeba.
Xiąże Richelieu narażając się sam objeżdżał i oglądał wszystko, nie zważając na niebezpieczeństwo, porę i złe drogi; cały kraj staraniem swém okrywając. Każda wieś, miejsce, słoboda, gdzie się tylko okazała Czuma, zostały z osobna otoczone. Niedostatek żywności z powodu przerwanych stosunków, wkrótce się objawił, głód poczynał grozić; taki, że X. Richelieu prosił o pozwolenie użycia pszenicy złożonej w Magazynach handlowych. W smutnym tym stanie, skończył się dla Odessy rok 1812.
Trwało przerwanie wszelkich komunikacji do 13 Lutego 1813 roku, i dopiero wówczas Kwarantannę zdjęto, miasto otworzono. Epidemja dotknęła oprócz Odessy, Tyraspol i Olwiopol, cztery kolonje, czterdzieści dziewięć wsi i pięć Kwarantann chersońskich. W saméj Odessie, zmarło obojéj płci 2,655 osób, a w ogóle w kraju całym, około 5,000.
Castelnau[108] opisuje jak świadek naoczny smutny stan Odessy, w czasie Czumy. Podaje on także wiadomość, jak się tu zaraza dostała. Dymitr Czerepa, Grek, syn Atanazego, wyszedłszy z Kwarantanny, zamieszkał w domu Atanazego Poliso Bakali krewnego swego. Po kilku dniach Czerepa ojciec wyszedł z Kwarantanny i zastał już syna umiérającego. Konstanty Adamiew, krewny Poliso, umarł 19 Sierpnia, brat jego Spiro wyszedł z domu i umarł 15 t. m. Nikt w Odessie, nie domyślał się jeszeze Czumy.
12 Sierpnia 1812 roku, Tancerka odesskiego Teatru, umarła po 36 godzinach słabości, oznaki jej choroby, nie zostały uznane za Czumę; we trzy dni umarła druga, a trzecia zasłabła. Richelieu przybywszy z Krymu, miał odjeżdżać do wojska, ale się wstrzymał, bo go zatrwożyła śmierć dwóch kobiet przy Teatrze i jednego aktora. Zaczęto pilnie dośledzać, zamknięto Teatr, Kościoły, Sądownictwa, Tamożnie 26 Sierpnia. Oto jak Castelnau opisuje stan miasta w téj smutnéj chwili.[109].
Tu się przedstawia okropny, rozdzierający obraz — ulice puste, cisza głucha, zastąpiła tę żywą czynność, tak konieczną i ciągłą w mieście handlowém; — bojaźliwi lękają się oddychać powietrzem, zapalają ognie u drzwi domów, palą rozmaite kadzidła, jakby zaraza była w powietrzu, we wszystkich dziedzińcach rozwieszone suknie, w oknach, na balkonach — W każdéj ulicy stoi po dwóch konnych, przejeżdżają się wolno, ze stron przeciwnych i strzega. Ci, którzy mają bilety wyjścia, spotkawszy się nie mówią do siebie chyba zdaleka i ostrożnie; listy, które roznoszą, wtykają po okadzeniu na kij rozłupany w jednym końcu — Nie biorą ich do rąk, póki nie okadzą znowu — Wszystkie oznaki powierzchowne przyjaźni ustały, każdy się drugiego lęka, uważa go troskliwie, boi się wypytywać, lękając się dowiedzieć o śmierci krewnego, przyjaciela — wszystko przenosi w duszę nieustannie powtarzające się przykre i bolesne wrażenie.
Widok ten okropny, urozmaica się tylko coraz straszniejszemi rysy. Wóz, na którym powiewa chorągiewka czerwona, oznajmuje zarażonych, których wywożą wozy z czarnemi flagami oznaczają trupów zmarłych z Czumy, wiezionych na smętarz — ludzie okryci cératami lub osmoloném płótnem, natarci oliwą, obwarowani tysiącznemi sposoby, wiodą te wozy. Ich strój ciemny, czarny, obrzydliwy, dodaje nowéj barwy temu obrazowi zniszczenia. —“
Taka była klęska 1812 roku. Po niéj powtórzyła się jeszcze w roku 1829, nakoniec znowu raz ostatni dotknęła Odessę w 1837 roku.[110].
W roku 1837 dnia 22 Września, do odesskiej przystani zawinął chersoński statek — Samson i zarzucił Kotwicę w oddaleniu niejakiem od Brandwachty. Szyper (naczelnik) Akim Alexiejew, objawił zesłanym urzędnikom Kwarantanny, że przed dwóma tygodniami, będąc w tureckiém miasteczku Isaczku, schwycił zarazę, przez żonę Helenę, która zachorowawszy, gdy już Samson odpływał, zmarła w czasie żeglugi i siódmy już dzień; zwłoki jéj leżały w Kajucie. Opatrzono ciało, pokazały się na niém znaki sine, ale że one mogły pochodzić z pobicia, do którego sam mąż się przyznawał, mówiąc, że ją parę razy uderzył za to, że chodziła na brzeg do znajoméj sobie kobiéty, nie uważano na nie.
Myśl, że swój pobój, mógł dla uniewinnienia się mąż składać na Czumę, ze strachu aby nie był karany za niego, wpłynęła silnie na sąd o ciele umarłéj, Medyków wezwanych. Jednak ludzie na statku będący nie dotykali ciała i wynieść je nawet w Odessie ze statku nie chcieli. Pochowano zmarłą, wyniesioną przez odważniejszego Szeremetjewa na smętarz Kwarantanny. Statek pozostał tylko w podejrzeniu, a część ekwipażu, zajęła się przewożeniem ciężarów z piérwszego Kwartału Kwarantanny praktycznéj. Do 6 Pazdziernika nic się nie okazało. Zachorowało dwóch majtków, a ludzi wszystkich zaraz przeprowadzono do Kwartału czumnych.
Nie daleko dworku, z którego ciężary wywożono, mieszkał Nadzorca Iwan Isajew z zółniérzami Kwarantanny i Podoficerami. Nie wiadomo jak — zapewne przez odzież Mortusów co grzebali Helenę, dostała się tu Czuma d. 7 Pazdziernika i żona Isajewa zachorowała, a 10. t. m. umarła. Ciało miało znaki zarazy, ale ich jeszcze za Czumę nie wzięto. Z początku otoczony został domek, ale wkrótce uwolniony od straży, a ciało pochowane uroczyście, ze wszelkiemi obrzędami publicznemi. Isajew miał z tego powoda u siebie wiele gości, rozdał im część odzienia i obówia żony, futerko, półbóciki i chustka, poszły w troje rąk, — i przeniosły z sobą Czumę. Szczęściem zaraza, która nie wiedzieć jak wyszła z Kwarantanny, dostała się do ludzi ciągle pracujących i to na odkrytém powietrzu.
Isajew umarł d. 20 Pazdziernika — nie uznano jeszcze Czumy, ale nagłą śmierć jego różnie tłumaczono. Przypomniano sobie jednak, że 19 zachorowało dwóch w Kwarantannie ludzi i odprawiono ich do Lazaretu. Opatrzono dóm Isajewa, znaleziono w nim mnóstwo podejrzanych. W towarnéj Kwarantannie, posługacz także jeden podejrzany się znalazł.
Następnych dni — straszliwa prawda coraz się jawniéj okazywać zaczęła, wiedziano, że Czuma rozszérza się przez ludzi w Kwarantannie pracujących i mieszkających w Nowéj Słobódce Rozkidajłówce i na przedmieściu Mołdawance. Po domach tych ludzi, 22 i 24, odkryto mnóstwo osób, ze znakami zarazy. Czumny Kwartał był pełen. Naczelnik miasta Lewszyn, kazał otoczyć podejrzane domy, wezwał mieszczan dla narady i rozporządził wszystkiém. Otoczono całą Kwarantannę, a 22, miasto już uznano zapowietrzoném. Tym czasem doszła wieść o Czumie do Hr. Worońcowa, który bawił natenczas w Krymie; natychmiast chciał on wracać do Odessy, ale okazało się, że statek parowy Piotr W. który tu przybył, nie był także od podejrzenia wolny, bo z jego ekwipażu jeden człowiek na Czumę zachorował i pozostał w Odessie. Hrabia więc pojechał lądem i stanął w Odessie d. 25 Pazdziernika. Natychmiast najstaranniéj poczęto się zatrudniać miastem — podzielono je na Kwartały, domy osobno pootaczano, wyznaczono kommisarzy, lekarzy; słowem: uczyniono co tylko doświadczenie i troskliwość radziła ale nie przyszło to bez wielkich poświęceń i trudności. Hrabia Worońców przez cały ten czas krytyczny był na stanowisku swojém: codziennie na posiedzenia Kommissji zjeżdżał do Bursy. Zamknięto Kościoły, ustanowiono przedaże żywności osobne, poczęto otaczać Kwartały miasta zarażone, w które chustki i rzeczy pierwszéj ofiary, rozniosły Czumę. Lud, który rzadko pojmuje tego rozdzaju ostrożności, zamiast współdziałania, prawie się opierał skutecznie przedsiębranym środkom: z największą więc przyszło działać trudnością; a jednak z pożądanym skutkiem; gdyż na ten raz ofiary w miarę niebezpieczeństwa wcale nie były liczne i choroba nie wyszła za miasto. Odessa cała zamknięta została w Kwarantannie i za rogatki nic nie wychodziło prócz pieniędzy oczyszczonych octem, i chleba pieczonego po ostygnieniu. Targi pod nadzorem policji otwarte były od wschodu słońca do dziesiątéj godziny. Codzień konmissja zbiérała się pod prezydencją Hr. Worońcowa o 11 godzinie. Do przyjazdu Hrabiego z Krymu, pięć domów w mieście i pięć na przedmieściu otoczonych już było. Dwdziestego siódmego okazała się choroba w mieście, w domu pokrowskiéj Cerkwi, gdzie ją zaniosła chustka. Trwało to do 24 Lutego — ośmdziesiąt dni do ostatecznego oczyszczenia miasta, które po nabożeństwie dziękczynném otwarto nareszcie.
Zachorowało w tym przeciągu czasu osob 123, wyzdrowiało tylko 17 umarło 108[111]
Dr. Andrzejewski podaje za znaki Czumy objawiającej się, upojenie jakieś, odurzenie, ruchy krzywe, wzrok obłąkany, kolor twarzy zółto ciemny, czerwony, plamisty, szum w głowie, tępienie zmysłów, senność — potém, opuchnienie na szyi białawe, rosnące szybko, bolące, narywające, gorączkę, guzy w pachwinach, karbunkuły i t. d. Bardzo mało osób z téj choroby wychodzi, daleko większa część zarażonych umiéra. O sposobach ratowania Czumnych, są artykuły tegoż Dra Andrzejewskiego w odesskiéj Gazecie.
Smiesznie to zapewne będzie, gdy się tu wdamy w przypuszczenia, w materji nam obcéj; jak wiele jeduak innych zarazliwych słabości, Czuma zdaje się nam być zpowodowaną, niewidzialnemi żyjątkami. One to tak niszczący wpływ wywierają na ciało ludzkie; tém straszliwsze, że niewidzialne, nie dały się jeszcze dociec nauce, ale przez analogię sądząc i z symptomatów słabości wnosząc, zarówno Syphilis jak Czumę i wiele innych chorób mybyśmy uznali skutkiem niewidzialnych Akarusów. — Kiedyś może badania odważnych lekarzy, sprawdzą to, dziś zuchwałe zapewne przypuszczenie.




XXV.
27. Lipca. Okolice miasta — Fizjonomja różnych części miasta — Przedmieścia i Rynki — Step za miastem. Ogród botaniczny — drzewa w stepie — lasy i przyszłość ich w stepie. Chutory Safonowa — Renaud, i t. d.
28. Lipca. — 29. Lipca. Starożytności — Bal.
30. Lipca. Biblioteka publiczna — Anegdota o Benderze — Teatr — Wyjazd na Bessarabję i t. d. i t. d.
27. Lipca.

Dzień po burzy pozawczorajszéj, jeszcze chłodny, z wiatrem przejmującym, gwałtownym — ostatnia wieczorna kąpiel, tak mnie ostudziła, żem się nie odważył już zrana dla wiatru i chłodu pójść do morza. Ranek przebyłem w domu; miałem też przyjemność widzieć u siebie kilka osób, z któremi mile na gadaninie pół-naukowej, pół wesołéj, przepędziłem tych kilka godzin. Godziny tak lecą! Po obiedzie wyjechaliśmy z kochanym moim przewodnikiem na chutory, za miasto, gdzie dotąd jeszcze nie byłem.
W miarę jak się oddala od właściwego miasta (chociaż Chutory liczą się jeszcze w okręgu jego) ku tak zwanym Chutorom[112] zmienia się zupełnie jego fizionomja i przygotowywa nas nieznacznie do przejścia na wiejską prawie ciszę. Coraz puściéj, domy choć zawsze porządne, ale coraz niższe, spokojnie w szerokich ulicach wiatr się przechadza pod boki z pyłem wziąwszy, gdzie nie gdzie tylko zastanowi nowy wznoszący się piątrowy budynek — coraz mniéj wytwornych magazynów galanterji, rzadka Cantina, szynczek, szyld szewiecki.
Tu za to gęsciéj niż w środku miasta, magazyny zbożowe kilkopiątrowe lub tylko o jedném piętrze, które odrębną fizjonomję nadają ulicom i przyczyniają się niekiedy do pozornego opustoszenia; bo prócz kilku chwil przywózki i wywózki, milczenie i cisza, tam, gdzie te wielkie składy zboża zalegają długie linje, wystawując na ulice swoje okna kraciaste i ganeczki.
Magazyny zbożowe rozsypane po całém mieście, są jedną z właściwości Odessy; spotykasz je obok najwytworniejszych domów; oprócz Bulwaru i części ulicy Richelieu, wszędzie ich pełno. Niektóre (np. dawniéj Sobańskich) wyglądają jak pałace, inne jak przepyszne domy, inne jak bardzo porządne kamienice. Są one wszelkiej wielkości i formy, a od czasu jak wzbroniono stawienie ganków zalegających część ulicy, odznaczają się tylko swemi pustemi oknami. Czasem pod témi magazynami zalega tłum czumackich wozów, potem znowu cisza i spokoj; ludzi tylko kilku, przeryzowuje zboża, otworzy okiennice i pójdzie. Dziwiło mnie, że pomimo tak znacznej ludności żydowskiej, na przedmieściach mało bardzo spotykałem Żydów, więcej daleko powózek burłackich, wiozących kamień tłuczony, węgiel i t. p. Ulice jednak, po większej części (oprócz portu i kilku środkowych) były puste, coraz a coraz bardziej, twarzą swą, mimo regularności budowli, oznajmujące, kończące się miasto. Mijaliśmy szeroką jadąc drogą, w prawo ciągnące się jeszcze daleko ulice, proste, długie, na których końcach i środkach błyszczały kopuły sobornéj, greckiéj, michajlowskiéj Cerkwi, mijaliśmy balkony kamienie pozawieszane na różnych wysokościach, aż nareszcie w lewo ukazał się w kształcie Zameczku, z basztami wystawiony Ostróg; na prawo jakiś czarny zasmolony budynek, dawniéj Tamożnia; daléj za nim w głębi smętarz z zielonym dachem Kaplicy, a przed nami odkrył się obszerny plac otoczony bulwarami osadzonemi akacją, która zielonym wiankiem dokoła całe opasuje miasto, przecina je w różnych kierunkach i zasiewa zielonością step, w którym rozsypane są Chutory.
Na obszernym przed nami placu — rynku, stały wozy z drzewem, węglem, różnym materjałem drewnym i t. p. Wysokie z drzewa i słomy szałasy, pokrywały różne tu sprzedające się zapasy żywności; aż ogromne sterty fantastycznych kształtów i mury z czarnych cegieł Kiziaku powznoszone — zamykały oddalenie. Przed każdym z takich toków Kiziaku, siedzieli — mężczyzni i kobiéty sprzedające je. Jest to opał uboższéj, większéj części miasta, która ani węgla, ani drzewa nié ma za co kupić.
Zaraz za tym rynkiem, począł się ten wielki w stepie ogród, pokrajany akacjowemi ulicami prześlicznemi, choć je nizko podrosłe drzewa ocieniają — pozastawiany świecącemi z za zielonych drzew pałacykami, domkami, łąkami, basztany, — składający Chutory. Chutory dzielą się ze swego położenia, na dwie klassy, na chutory stepowe (de la plaine) i nadmorskie — Ostatnie, są najpiękniejsze.
Przejeżdżaliśmy naprzód kilka piérwszych, począwszy od ogromnego tak zwanego Ogrodu botanicznego, niezmierną przestrzeń ziemi, szkółkami dębów, akacji, klonów, topoli, zajmującego. Nawet kilka sosen chérla tu, na tak nie stosownej dla nich, czarno-gliniastéj ziemi stepowéj. U wejścia do ogrodu botanicznego jest piękny domek szwajcarsko-hollenderskim (prawdziwie nie wiém jakim) zbudowany smakiem, który ztąd ładnie wygląda.
Tak tu łatwo o piękne budowle! Nie wiem czemu, chociaż te same materjały się znajdują w wielu innych miejscach, tu jednak najsmakowitsze budowy — we środku lasku zwanego ogrodem botanicznym, poprzerzynanego ulicami i ścieżkami, a zajmujące go nie wiém wiele tysięcy dziesięcin ziemi — są domki dla ludzi posługujących, dla Dyrektora, Kawiarnia nawet. Ogród to publiczny.
Utrzymania jego pochwalić nie podobna; zastałem go w stanie widocznego opuszczenia. Podróżny Köhl, którego szczególne widać stosunki wiązały z Dyrektorem Zakładu tego, Nordmannem, zbytecznie tu się znowu rozciągnął z pochwałami, wcale nie zasłużonemi.[113].
Powiada że ogrod ma zawiérać nie mniej nad cztéry miljony drzew różnych lat, a wedle niego z pół miljona w jednéj zimie on, przez wielkie mrozy zginęło. Myśmy także postrzegali wielkie zniszczenie, ale czy to zima, czy po prostu zaniedbanie było temu przyczyną, nie wiém. Köhl, powiada daléj, że plantacje w stepie, cierpią niezmiernie od posuch, braku rosy w jesieni, od braku wody w blizkości (co słuszna) od srogich zim i burz zimowych, a nareszcie od wielce szkodliwych pokładów ziemi wapiennych, które w całym stepie, leżą zaraz pod humusem. Humus jednak od łokcia do półtora zajmuje wedle tegoż P. Köhla, a dopóki korzenie drzew w nim rosną, póty drzewa idą dobrze, gdy dojdą do pokładów wapiennych, zaczynają schnąć, chorzéć i przestają wzrastać, a nareszcie giną. — Co daléj pisze Köhl, že najstarsze drzewa (jak jemu powiadano) w Odessie, mają tylko po lat dwadzieścia ośm; jest przesadzoném i niedokładném. Koło Małéj Fontanki są drzewa dość stare z tureckich jeszcze czasów; podobne im, wybornie rosnące widziałem na wzgórzach w chutorze Razumowskiego i Richelieu (naczelnika miasta.) Przecież nie wszystkie rodzaje drzew puszczają korzenie w głąb, a są niektóre, co się rozściełają po ziemi, lub nie głęboko wszedłszy.
P. Köhl utrzymuje absolutnie, że step dla wyżej wyjaśnionych przyczyn, nigdy zadrzewić się nie da, a nawet uważa, że step ten nigdy lesnym nie był; bo — (dodaje) lasy nad-dniestrowe i nad-dnieprowe nigdzie i teraz na krok w step nie wychodzą, co pokazuje, że step i dawniej zawsze był nagi. — Gdyby tak nawet być miało, to nie dowodzi, żeby przy staraniu nie mógł drzew stosownych do natury swéj ziemi wydawać.
Co się tyczy wszystkich twierdzeń w tym przedmiocie P. Köhla, jakkolwiek głębokie mogą być jego wiadomości specjalne w tej gałęzi; nie trzymamy z nim wcale i wolimy mieć nadzieję, że się step da zasadzić. Już akacje, topole, wierzby i tamarysy, wybornie się udają, może poźniéj znajdzie się więcéj podobnych drzew i krzewów, co się zaaklimatować dadzą. Tu miejsce napomknąć nieco, o usiłowaniach sadownictwa i lesnictwa miejscowych i przytoczyć niektóre szczegóły w tym przedmiocie, czerpane ze źródeł autentyczniejczych od P. Köhla.[114].
Step tutejszy, powiada M. Kirjakow, składa się z obszérnéj równiny, przeciętéj licznemi jarami (bałki) ciągnącemi się po większéj części z północy na południe, do których przytykają, przerzynając je, bałki poprzeczne w różnych kierunkach. Trzy rzeki większe: Dniepr, Dniestr i w pośrodku Boh, z rzeczkami w nie wpadającemi, znajdują się w systemacie wodnym stepu tego. Rzeki i bałki pokazują biegiem swym, pochylenie stepu ku południu, to jest ku morzu. Wyższe części stepu tego z pobiegu Taśminy, Wysi, Sienuchy i Dniestru, pokryte są zaroślami, między którémi dąb panuje. Granicą wegetacji dębowej na południu jest pokład granitowy, leżący nad Bohem i Dnieprem, formujący porohy na tych rzekach i pokład będący wedle Geologów, przedłużeniem gór karpatskich. Za tym pokładem poczyna się step, gdzie już nie spotykamy granitu. W tych częściach, to jest około Chersonu, Odessy i Ananiewa, dąb nigdzie nie rośnie dziko, jeden tylko i to rzadko napotykamy dziko rosnący brzost (wiąz — ulmus campestris) W alexandryjskim, wyższéj części bobrynieckiego i części tyraspolskiego Powiatów, klimat jest wyborny, lasy już osłaniają od wiatrów. W tyraspolskim las opasuje Dniestr i idzie po nad jego brzegami, ciągnąc się na południe daléj, niż we wschodniej części prowincji. Dębu tu najwięcej, także lipy, klonów, grabów zmięszanych z osiną, sosen nie ma zupełnie. Zarosłe między Kryłowem a Alexandrją, Elizawetgradem, Nowo-Mirgrodem i Nowo-Archangielskiem są resztą ogromnych lasów, których ostatkami są tak zwane Czarny Las i Czuma. Wytrzebienie tu lasów pociągnęło za sobą skutki, dla klimatu szkodliwe.
W stepie powinienby być, wedle szerokości jeograficznéj, klimat południowéj Europy, tym czasem średnia temperatura Odessy ma tylko stopni 8 a letnia od zimowéj ogromnie się różni. Skwar dochodzi do 30 w cieniu, a zimno do 23° — rzadko jednak. Dészczu spada na 13 cali fran. Mała ilość lasów jest przyczyną i téj zmienności i nierówności i zniżeń temperatury. Ziemia twarda, głęboko potrzebuje być wzruszana do sadzenia. Są nawet ślady, że tu exystowały lasy. P. M. Kirjakow wspomina o lasku brzostowym w Chersońskiém, nad rzeczką Hromokleją, blizko połączenia się jéj z Ingułem, gdzie znaleziony i pyrus malus sylvestris, dziko rosnący. Lasek ten wązko się ciągnie nad Hromokleją. Wsród bałek i nad rzeczkami, jako nad Bohem, w skałach, rosną brzosty krzakowate. Delamarre w końcu XVIII w. podróżujący, tu nie widział jednak, od Benderu do Chersonu ani jednego drzeweczka.
Zwrócono teraz wszelkie usiłowania, na zaprowadzenie drzew — niektóre widocznie się poszczęściły. Od 1792 r. po zajęciu ziemi od Turcji za Bohem, przyswojono tu zupełnie robinia pseudo-acacia i licium barbarum (ткена); a wedle autora łatwoby mogły rosnąć głogi (xiategus oxyacantha) i ligustrum vulgare. Kirjaków proponował akklimatować drzewa rosnące w Ameryce północnej, jako do klimatu i położenia najstosowniejsze.
Wiele już jednak uczyniono sainą tylko oswajając akację, która choć dotąd nie dorasta wielkich rozmiarów, uprzyjemnia swą. zielonością ulice, bulwary i okolice Odessy.
Taką to właśnie ulicą szeroką, po której brzegach zasiewają się same, gęsto wyrastające akacje, jechaliśmy dalej oglądać Chutory, zajmujące ogromne przestrzenie, razem z plantacjami, basztanami, winnicami i t. p. ogrodami dostarczającemi miastu część potrzebnego warzywa, ogrodowiny i owoców. Począwszy od maleńkich domków do pałacyków, wszystkiego tu pełno. Najpierwszy spotkaliśmy Chutor Safonowa z gotyckim pięknego smaku wysokim domem, belwederem, oranżerjami — Zdaleka wydał mi się opuszczony i niedbale utrzymany. Daléj Maurocordato, Papudowa i innych. Wszystko to są Chutory stepowe. Zaszliśmy w ogródek pięknej Villi Papudowa, która wyjąwszy wegetację, przypomina włoskie male Ville. W ogródku całym z akacji, stoją białe marmurowe posążki i roskoszny, czysty domek, ostawiony kwiatami w marmurowych białych wazonach, otacza winnica i sad owocowy. Cicho, pusto tu było, ale miło i swobodnie; powietrze stepu i morza ogniste, żywo cisnęło się do piersi, która mu wystarczyć nie mogła, dysząc pod jego napływem.
Z małego Belwederu, widok był na dalekie morze. — Łódka z rozwitym nad głową białym żaglem, sunęła się po niém nieznacznie — ono siniało daleko i szumiało i połyskiwało.
O cudne, cudne niorze! ani się niém nasycić, ani go zapomnieć, a pokochawszy je, jak wszystko co się bardzo kocha, najczęściéj trzeba porzucić. — Porzucić prędzéj, niżby się chciało. Zeszliśmy z Belwederu i jechali daléj — Obejrzawszy kilka chutorów stepowych, zawsze pałacyki tylko w zielonych akacjowych ogrodach, którym do zupełnéj piękności brak tylko starszych i wspanialszych drzew; zwróciliśmy ku morzu, do chutoru Renaud, sławnego ze swej piękności; gdzie Cesarzowa JMość, jakiś czas przemieszkiwała. Należy on teraz do Xięcia Kantakuzena, ożenionego z panną Renaud.
Chutor Renaud leży nad samém morzem. Zastanowiliśmy się na wzgórzu, które strome, wysokie, poobrywane, spuszcza się ku morzu, jak ostatni ku niemu od ziemi wschód. Tu krętą drożyną puściliśmy się już pieszo pomało wydeptanéj ścieżce. Byliśmy już w ogródku, osłonionym z północy-zachodu, górą, i rozsunionym po nad samym morskim brzegiem. Obejrzeliśmy go już wprzód à vol d’oiseau z góry, z jego drzewy i dachami wystających budowli. Po za zielonością, świeciło, jasnialo, sliczne ukochane morze: cudne morze, które w tej chwili całe zakwitało białą pianą i wzburzone wiatrem coś nam niepojętego szeptało.
Chutor Renaud, najsławniejszy w Odessie ze swego położenia, byłby i jest literalnie niczém, bez brzegu morskiego, do którego przypiéra. Lasek akacji w którym kilka poplątanych ścieżek, domek stary i nie ładny, ale ogródek ozdobny kamiennemi ławki, posążkami, urnami (mocno popsutemi przez niedozór) altankami kilką, ptaszarnią, fontannką, stawkiem błotnistym wody słodkiéj, która stąd ścicka do morza. — Kropla czysta w gorzko-słone przepaści — oto wszystko!
W całym tym ogródku, który urok, jakiby mieć mógł, przez zaniedbanie traci, najcudowniejsze miejsce, to mała zatoczka (erique) gdzie morze obrywając wzgórze skaliste, w dziwnie fantastyczne kształty, poszarpało miękki kamień i bije ciągle, kończąc powoli swoje dzieło zniszczenia. Niektóre obłamki kamieni podziurawionych, poczerniałych od ciągle bijącej w nie fali, stérczą już w morzu na włosku się ledwie trzymając brzegu — inne już od niego odskoczyły i woda je odsłania lub falą zalewa. Obok na piasku drobniejsze szczątki obrywu leżą i nastawiają się bałwanom; — a fala na nie wyrzuca ku brzegowi resztki gdzieś w Krymie i Stambule zatopionych naczyń, obłamki dachówek i rozmaite okruchy, co długo spoczywały w morzu, posuwały się po dnie, aż na świat znowu, na obcym brzegu wyjrzały.
Co to za śliczne ze swemi obrywami, zatoką i dalekim na morze widokien z góry — miejsce! Co za piękny, czegoś smutny, a roskoszny widok — u stop twoich te malowniczo porozrywane wzgórza i skały, czerwonawe, żółtawe i szarawe, o które pieniąc się woda roztrąca; daléj morze nieskończone, przed tobą wysoka góra; a między nią a tobą ogródek zielony. I odchodziłem i powracałem. Mnie, com w życiu oczyma ciała widział tak mało, tak się to wydawało malowne, tak cudnie piękne! Daléj w ogródku już mnie nic tak nie zdziwiło, nie zachwyciło. Stawek wody zgniłéj, blizko wysepki, choć go woda źródlana przecieka, wcale nie ładny — ścieżki, mostki, posążki, piedestały, wydały się bardzo nikczemnemi, po tym cudnym morskim brzegu, którego widok długo mi zostanie pamiętny — Wszystko to małe, doczesne, stare i zgrzybiałe, a tamto wieczne, odwieczne a młode! — Jakby tu miło było siedzieć, dumać, czytać, malować, i patrzać długo a długo, choćby całe życie na morze. Dziecinném się wydaje wszystko co robi człowiek, przy tém co zrobił Bóg; tak się wydaje ogródek — przy morzu. Powietrze zbyt dla osłabionego ostre i wiatr silny od morza zabijający mi oddech, pojący jak wino, odbierający sił resztę, zmusił do powrotu — wracając jeszcze spojrzałem na poobrywany brzeg morza, na cypel ten żółty, na fale białawe i pomyślałem w duchu: przyjdę tu jeszcze — przyjdę.
Wracaliśmy nazad trochę inną drogą, aby zajrzeć do Chutoru najbliższego miasta, położonego też za czumnym Kwartałem — Langeron’a; jak chutor Renaud, u stop góry, na morskim zbudowanego brzegu. Stąd widziałem tylko dach pięknego domku i las akacji, kilka domóstw po bokach. Nie wiém czemu daleko mi się tu prozaiczniéj wydało, choć z tego punktu widać bardzo daleko na morze, i jeden za drugim zielone Chutory, powykręcane obrywy nadbrzeżne, a na prawo miasto w panoramie ogromnéj i prawdziwie zachwycającéj. Widok stąd na Odessę, daje najlepsze ogromu tego, tak nowego miasta, wyobrażenie. Wspaniale piętrzą się różno-farbne dachy, ściany, balkony, mury, mury i mury, a wszystko to tak świeże i białe i czyste, a tak wielkie; najeżone gmachami, kopułami, kolumnami, krzyżami, masztami; wesołe, śmiejące się, prawdziwie jakby pod pendzlem Canalettego wyrosłe; dziecko dnia wczorajszego, dyszące do jutra piersią całą, nadziei pełną.
Szczególne miasto. Jedne domy pięćdziesiąt zaledwie lat mające już znikły, wśród coraz wyżéj, wspanialéj, ogromniéj wznoszących się, pnących do góry nowych gmachów, drugie w ruinach (tych mało) inne jeszcze się budują z czarodziejskim pośpiechem, inne dokonane już a nie zamieszkane jeszcze, inne zbudowane, zasiedlone, a nie potynkowane całkowicie. Tym dodają kolumny, tamtym dorzucają skrzydła, galerje, inne rozciągają w głąb, w szérz, w górę. Domy te wszystkie stawią się po większéj części wyborną Architekturą, bez wysokich dachów, co je prawie zawsze szpecą, z płaskiemi terassy służącemi do cystern — pokryte blachą wyglądają ozdobnie, świéżo, wesoło i przystają doskonale, do ogólnej fizjonomji miasta, w którego żyłach płynie zda się roztopiony, wrzący metal.
Na wjezdzie do miasta postrzegłem długie i liczne budowy nakształt magazynów, była to fabryka lin okrętowych (kanatów, torderie) dowodzą one jak ten przemysł tu ważną gra rolę, kiedy jedynie dla niego budują się takie gmachy. Najstarsze już poczerniały i nizko, poziomo wyglądają przy nowych, coraz świéższych, wyższych, większych i już zajętych. Przejeżdżaliśmy mimo pięknego wiatraku hollenderskiego i mnóstwa pełnych ruchu kletek; aż stanęliśmy, przeciw Cerkwi Archistratego Michała.
Powierzchowność jéj, zwłaszcza zdala, wspaniała, ogromna kopuła wznosi się nad gmachem, w któréj wnętrzu dwadzieścia kilka kolumn umieszczono; — środek Cerkwi tymczasowo tylko przybrany, nié ma co nawet mówić o nim. Za Cerkwią buduje się piękny nie dokończony jeszcze Monastér dziewiczy, będący już na dokonaniu. W piérwszym planie Cerkwi były dwie wielkie gallerje, z obu jéj boków, których potém zaniechano, szkoda, byłyby wiele piękności i spaniałości dodały budowie.
Oglądałem tu ogromne dzwony z tureckich dział odlane, na które Cesarz JMość darował 1,500 pudów spiżu. Jeden największy waży 620, drugi 400 pudów, inne mniejsze; lane są kosztem mieszczan Odessy, przez Wierowkina.
Przebiegłszy kilka ulic, gdzie jeszcze domy, choć bardzo porządne, ale mniejsze i z wiejskim pozorem; znalezliśmy się w gwarze i ruchu ogniska miejskiego.
Cena domów w Odessie, pomimo łatwość ci nabycia materjałów i prędkości budowy z wielkich brył składanéj — jest dość wysoka. Dom mały bez piętra, od 15 do 20,000 rubli, większe na ulicach znaczniejszych, kosztują od 100,000 do dwóchkroć i więcéj.
28. Lipca. Dzień prawie cały zszedł nad xiążkami. Pokazywano mi rękopism, własność Konsula tureckiego Corsi, na pargaminie starym pisany, małego formatu, zdaje się etyopski. — P. Apryłów przysłał mi swoję bulgarską Jutrzenkę, którą z prawdziwą przyjąlem wdzięcznością, jako miłą od szanownego starca pamiątkę — Wieczorem patrzałem długo z baikonu na morze oświecone xiężycem. Ktoż to opisze? kto odmaluje morze, nad którém wisi noc z xiężycem i majestatyczna cisza.? Człowiek tak drży przed tym widokiem, jak przed każdem innem silném wrażeniem — tłumne myśli cisną mu się do głowy a sprawy sobie z nich zdać nie umie?
I są tak biédni, co nigdy na boży świat nie popatrzą nawet, aby się nim cieszyć i roskoszować!!.

29. Lipca. Znowum przesiedział część dnia w domu, nad xiążkami, nad historją Amazonek, Scylów, Taurów i t. d. — Xiążki są martwe przy żywéj naturze, ale gdyby xiążek nie było, wieleby rzeczy w naturze, z uroku swego straciło; bo wiele dodaje wartości uroku — pamiątka. — Anglicy kopali w Indjach, gdzieś tam na territorium któregoś z tych Królików, co ich powoli Kompanja indyjska spożywa, aby się sama przy życiu utrzymała. Jeden Królik na obiad, drugi na wieczerzę. — Kopali tedy Anglicy i wykopali, dużo monet starych. Ucieszyli się wielce zdobyczą, a cieszyli tak głośno, że się o radości ów nie zjedzony jeszcze Królik dowiedział, a mierząc zdobycz oznakami radości, zapragnął widzieć plon Anglików. Przyniesiono mu wór przegniłéj miedzi, na której ledwie były ślady jakichś tam znaków, wór blaszek bez żadnéj istotnéj wartości.
— I jakąż to może mieć cenę! — spytał ów Królik.
— Starożytności — rzekł Anglik.
Król potrząsł głową i wziąwszy w rękę garść ziemi z pod siebie.
— Wszakže to jeszcze starsze, — odezwał się — czemuż do tego żadnéj nie przywiązujecie wartości? — Dowcipna odpowiedź dzikiego, który się jednak widać nie domyslał jeszcze, że i garść ziemi może mieć wysoki szacunek.
Gdyby na nią padla łza czyja, stanęła stopa, wsiąkła krew, zmięszał się z nią popiół, zakopało wspomnienie — i ta garść ziemi wartośćby miała wysoką — Dla Anglików zaś, ziemia i bez tego, jest rzeczą szacowną ale nie garściami brana, milami i krajami.
Wieczorem słuchałem śpiéwu — a samą noc spędziłem — zgadnijcie? — Na Balu — Tak na Balu w sali bursowéj danym na korzyść ubogich, przepysznie oświeconéj, w któréj 400 osób kręciło się przy dzwięku muzyki, a każda z tych osób, wyobrażała jałmużnę. Co za rozmaitość oblicza, wyrazów, charakterów, rysów, twarzy; co mężczyzn, co kobiét brzydkich, poczwarnych i pięknych, co charakterystycznych zjawisk!
Jedna naprzykład — Esmeralda (dla czego nazywano ją Esmeraldą nie wiém) — brwi, oczy, włosy kruczo-czarne, (tak czarne jakby malowane) wiśniowe żywe usta, rumiane jegody, suknia ciemno-czerwona, we włosach sztylet złoty — uderzała strojem dziwnie do fizjonomji przypadającym. Może wieczorne złudzenie dodawalo jéj świeżości i wdzięku. Druga — była to Polka, siedziała w kątku, czarno ubrana, z brylantowym krzyżem na szyi, łańcuchem od lornetki w ręku. Téj ubior czarny, dodawał wyrazu — Piérwsza była ogniście żywa, druga mimo usmiéchu zimno — surowa, a obie piękne. Szkoda, że wiele w obu złudzenia. Za temi następowały mirjady dziwnych, brzydkich, krzywych, okropnie tłustych, strasznie czarnych — Większość, powiedzmy prawdę — była uroczyście brzydka. A mężczyzni! co za brody excentryczne, brodki, wąsy, wąsiska, co za stroje, fraki! Że też nié ma ułomności, glupstwa, dziwactwa, z którémby człowiek na plac dla popisu nie wyjechał — Najodważniejsze głupstwa, zdają się być najpożądańsze — Większą część nocy spędziłem na pytaniach: Kto to taki? Co to za pani? Kto ten jegomość?  —
Potém, na rozmowie z P. Murzakiewiczem o Olbji, Kerczu, rzadkich medalach i t. p. z P. Kaczkowskim o Krymie i t.p. —
Co ludzi, co szumu, co fałszu, co wesołości udanych! I wszyscy idą na bal aż do krzywych i ułomnych kobiét, aż do starych drzémiących mężczyzn! — Wielka to jałmużna! jałmużna miłości własnéj.
Dwie młode panienki, córki Snycerza Verneti, exekwowały solowy taniec hiszpański — okryto je oklaskami jak w teatrze — Na balu? — Był to bal dla ubogich — E sempre bene.
30. Lipca. Przeglądałem na z P. Murzakiewiczem Starożytności Biblioteki publicznéj, własność miasta, potém Muzeum starożytności Towarzystwa.
O tych zbiorach mówiliśmy już wyżéj. Biblioteczny zajmuje wszystkie co otrzymał po Blarambergu mianowicie.
W Muzeum starożytności ze żmijowego Ostrowu, wynalezione na miejscu przez P. Murzakiewicza, zasługują na uwagę; także ułamki kamieni, (jeden z napisem Achillesowi przez Olbiopolitan) barbarzyńska płaskorzeźba, jak się domyślają, któregoś króla Scytów (bez napisu) nagrobek Christa Protomacha i drugi z całą figurą w niszy — ozdoby złote z Kerczu, bronzy małe ze żmijowego Ostrowu, z Pantikapei, Olbji, Aten, Azji mniejszéj, Miletu. — W sieniach posąg jakiegoś Cesarza rzymskiego poźniejszych czasów darowany przez Stempkowskiego — etc. etc.
Zrana byłem u Generała Gubernatora zastępującego to miejsce pod niebytność Hr. Worońcowa. P. I. Fiedorowa, który dowiedziawszy się, że chcę być w Białogrodzie i części Bessarabji, z niezwyczajną uprzejmością namówił mnie i zachęcił, abym posunął wycieczkę do Kiszeniewa przez Bender i Warnicę i przez kraj, gdzie sam P. I. Fiedorów, tyle uczynił przez czas swoich rządów, że go od dawnéj Bessarabji, poznać trudno.
Dałem się namówić łatwo i projekt wycieczki, do jutra tylko odłożyłem, łaskawy P. A. Skalkowski, przyrzekł mi towarzyszyć — Mógłżem mieć lepszego przewodnika i tłumacza w kraju, którego historja tyle winna badaniom niezmordowanym P. Skalkowskiego?
Opowiadano mi, że jeden szwedzki Generał, przybył tu nie dawno dla widzenia Benderu, miejsca pamiętnego pobytem i szalonemi wybryki Karola XII. Rozpatrzywszy się w Benderze, pojechał do Warnicy, na miejsce sławnej potyczki z Tatarami i Turkami, to obejrzawszy zamyślił się, — nareszcie plunął i pojechał. Przyjechać umyślnie, aby plunąć na miejsce, gdzie Karol XII najdziwaczniejszą odegrał scenę, mógł tylko Szwed, którego bolało zapewne, że tyle odwagi, siły, życia, wyszafowano bez przyczyny, potrzeby i skutku.
Wieczór spędziłem w Teatrze, grano: Oscar ou le mari qui trompe sa femME — wesołe francuzkie głupstwo P. Scribe, niezmordowanego librecisty i wodewilisty. — Wracając zatrzymałem się na bulwarze cudownej przypatrzyć się nocy — xiężyc świecił nad morzem i w mglistém jego świetle, fantastycznie rosły budowy, okręty, drzewa. Cisza była uroczysta — chciałem pozostać choćby noc całą, nad brzegiem morskim, ale pilno było wybierać się na jutrzejszą przejazdkę, popakować książki, ołówki, papiéry — spodziéwam się widzieć kraj zupełnie dla mnie nowy; nowy dla wielu bardzo, bo ktoż kiedy umyślnie jechał na step bessarabski?? Posady starego Nikonium, Ofiuzy, twierdza akkermańska a na genueńskich szczątkach założona. Bender, Warnica, Kiszeniew, nagrodzą mi spodziéwam się nie wielki trud i nie zawiodą ciekawości, z jaką ku nim pośpieszam.

Koniec Tomu druglego.

XXVI.
31. Lipca. Wyjazd z Odessy. Mołdawanka. Okolice Odessy. Step. Dalny. Libenthal. Mirage. Owidiopol. Limany i Dniestr. Żegluga Dniestrowa. Statek parowy Worońców. Port. Przebycie Limanu. Akkerman. Zamek. Starożytności. Miasto. Nocna wycieczka. Łaźnia paszów, Zamek po nocy. Rozmowa. Teraźniejszy stan Akkermanu. Historja. Wspomnienia.
1. Sierpnia Ruiny Łaźni. Zamek. Ogląd. Baszty. Cerkiew Grecka. Cmentarz. Ś. Jan nowy. Krynica Ś. Paraskowij. Tureckie miasto. Ulice. Cerkiew Ormiańska. Winnice u Słowian. Winnice tutejsze. Wyjazd do Kisziniewa. Budowy w Stepie. Step. Mogiły. Bessarabja. Historja. Domysły. Wał Trajana. Wspomnienia dawne. Budżak. Tatarowie. Kurhany. Łotosy.
31 Lipca.


O godzinie pół do dziesiątéj byliśmy gotowi do drogi. Dzień po kilku chmurnych i wietrznych, pogodny był i jasny, choć wietrzny jeszcze; ale słońce już przypiekało z jednej, gdy wiatr powiewał z drugiéj strony. — Wyjechaliśmy dążąc na Tyraspolską Tamożnię przez przedmieście Mołdawankę, które, jakeśmy wyżéj mówili, tyle ucierpiało w r. 1837 od Czumy.

Powoli miasto przed nami uciekało, rozsuwało się, mieniło i przygotowywało nas już do widoku Stepów i Chutorów popowych. Domy na przedmieściu Mołdawance znacznie niższe, gdzieniegdzie budowy stare i rozbite, czekają blizkiego zawalenia, aby na tém miejscu zmartwychwstały noweni i wspanialszemi. Mnóstwo młynów wietrznych, których Odessa kilkaset liczy, ukazały się nam na wzgórku. Znowu całe ich czarne stado, machające skrzydły, jakby się zrywało do lotu. Mijaliśmy Cerkiew, potém Chutor Razumowskich wyjrzał z drzew dziwaczną budową nareście minąwszy (dawniéj) bulwar dzielący miasto od przedmieścia, przebywszy uliczki zaludnione przybywającymi od Bessarabij furmankami z rozmaitą żywnością, wozami sąsiednich kolonistów bulgarskich i niemieckich — dojechaliśmy do Tyraspolskiéj Tamożni, na któréj najdelikatniejszą wytrzymawszy rewizja, ruszyliśmy daléj w step, zaraz za rogatką rzucili pocztową drogę Tyraspolską, i w lewo do Owidiopola posunęli.
Step to jeszcze, nie całkiem na stepu nazwisko zasługuje; ciągle po bałkach daléj, bliżéj, gdzie tylko rozdół, ukazują się chutory, kolonje, chatki, domki, topolowe wysady, akacje i basztany zasadzone ogrodowiną, warzywem, drzewy owocowemi. Step to, ale ożywiony jeszcze sąsiedztwem miasta ludnego, i choć rozproszonemi plantacjami. To co widać dokoła, należy jeszcze do Odessy, i liczy się w jéj okrąg.
Przebywamy dawne czerty obszerniejszego Porto-franco, dziś opuszczone i już na Step wybiegłe; droga sunie się nie zupełnie płaszczyzną równą, ale wzgórkowatym i bałkami przerzynanym krajem. W dali na lewo, widać część suchego Limanu, Cerkiew na Tatarce, drzewa. Na Stepie trawa wyschła, a po niej uwija się, poskakuje mnóstwo różowych koników, nakształt małéj szarańczy.
W jednéj maleńkiéj Bulgarskiéj osadzie, nad drogą leżącéj, przypatrzyliśmy się, jaka to praca utrzymać Basztan tutejszy, któren potrzeba cały, w czasie posuchy podléwać. Urządzone do tego są sludnie, z wiaderkami małemi na sznurach po kole idącemi; z nich wylewa się woda w rynwy roznoszące ją po rówczakach i brózdach dzielących na drobne kwatery, cały ogródek. Koń z zawiązanemi oczyma, obraca koło studni, szeroko ocembrowanéj kamieniem. Na chutorach tych wszędzie przy wodocieczy jest trochę drzew, najczęściéj topoli i akacij. Brzoskwinie i winograd rosną po polach, jak u nas krzaki tarniny i ostu; do winogradu nawet nie używają ani kołków, ani kratki (treille).
Kolonja zwana Dalny, czyli Dalne Chutory będąca jeszcze w obrębie miasta, choć już od niego o werst 15, zapewne tak od oddalenia nazwana; wielka i dosyć porządua z Cerkwią nową, leży w bałce i po stepie rozsypana. Nic szczególnego.
Dojechaliśmy wkrótce do Kolonij Libenthal, niemieckiéj jak się łatwo domyślić z nazwiska, założonéj w r. 1804; przy swym cudzoziemskim pozorze, mającéj minę staréj osady; całéj w sadach, styrtach, ogrodach, ostawionéj porządnemi domkami o dachach wysokich, z szerokiemi akacją sadzonemi ulicami, i murkami zamiast plotów z drobnego tutejszego kamienia. Zowie się ona u mieszkańców Gross Libenthal, a po rusku Bolszaja Wakerża. Pozór ma dostatku i zamożności miłej, porządna, czysta; a razem nacjonalną, odrębną fizys. Wszystko niemieckie, ubiory mieszkańców, mowa, aż do budowy domków i sposobu uszykowania ich, aż do tego publicznego ogródka w pośrodku, gdzie się zbierają na piwo i fajki. Poźniéj może powiémy co Kohl, jako niemiec z niemcami bliżéj będący, o tych kolonjach pisze, mogąc je i mając czas poznać od nas dokładniéj. Tu o nich tylko wspominamy. Fizjognomja Gross Libenthal, osobliwsza; składa ją mnóstwo żółtych styrt, szarych dachów, zielonych drzew, ze wszystkiego najwięcéj podobno styrt i słomy.
Minęliśmy przejeżdżając młócących w stepie końmi niemców, a po drodze spotykali ciagle, zbożem wysoko ładowne furmanki. Za Libenthal prawdziwszy step się poczyna, nad nim tylko niebo; — na nim tylko daleko od siebie odrzucone, tam i sam leżące mogiły; jastrzębie cicho krążą w powietrzu, po suchych trawach skaczą czerwone koniki — pył, pył — pustynia.
Ciągle od Odessy począwszy zwodziły nas — mirage, które kłamaną wodą oblewały step dokoła. Gdzie spojrzeć, wszędzie widać było porozlewane wody, exystujące tylko w gorące dnie lata dla oczu podróżnych. Można tu zrobić sobie wyobrażenie, czém jest mirage w stepie gorętszéj krainy; gdy tu ten fenomen tak zwodniczy i tak pospolity. Jechaliśmy stepem dziś długo; nie widząc Owidiopola, do którego jednak licząc wersty, widocznie zbliżać się już powinniśmy byli. Pokazał się tylko jasny, promieńmi słońca wyiskrzony Liman Dniestrowy — nic więcéj.
Aż — u nóg naszych, nagle wyskoczyła z ziemi wieża Cerkwi, rozsunął się Liman caly, za nim daleko cóś czerniejącego na górze za ogromnym rozlewem, szérokiem jak morze. Ta czarniejąca dal — to stary Tyras i Ofiuza, Moncastro, Białogród, Akkerman —; ta wieżyca z pod nóg naszych wyrosła, to dawne Nikonion, Tureckie Chadżi-Dere — Owidiopol dzisiejszy, forteczka, a teraz maleńka mieścina u stóp wzgórza nadmorskiego, u samego brzegu Limanu rozrzucona, uboga, mizerna, bez życia. Jedna w niéj Cerkiew murowana, kilkadziesiąt domków, wiele ziemlanek, wiele kletek z daszkami wystającemi, zakrywającemi od upału, trochę drzew. I tu postrzegliśmy żydów — gdzież bo ich u nas nié ma?
Széroką, ogromną, až nazbyt przestronną, a zupełnie pustą ulicą, zakręciliśmy się w lewo po nad samym Limanem, do porządnego pocztowego domu, tuż przy porcie stojącego. Blizko jest i tu Cerkiew, któréj wieża pierwsza nam oznajmiła Owidiopol, źle nazwany imieniem Owidiusza. — Na wzgórku opodal resztki twierdzy ruskiéj dziś opuszczonéj, która z zajęciem Bessarabij i Białogrodu, całą swą ważność straciła i zmarła razem z miasteczkiem. Dopóki Dniestr stanowił rossyjską granicę, Owidiopol zabiérał się do prawdy zostać miastem i miastem ze swego położenia ważném, ale to trwało tylko chwilę. Nazwanie miejsca, po zajęciu zaraz, z pośpiechu niewłaściwie zupełnie nadano, tak, jak Odessie, Chersonowi i t. p. P. Nadeżdin[115] dowodzi, że Owidjusz zesłany był do Tonu, i że tu nawet nigdy nie był, nie widział nigdy tego brzegu, co teraz imie jego nosi.
Ale nam się zdaje, że w tém trochę się myli, a przynajmniéj nazbyt absolutnie wyrokuje. Pozwalamy na to, że Owidjusz nie mieszkał tu nigdy, ale rzymski policyjny nadzór nie był tak srogi, żeby mu przejażdzki zabranial; mógł bardzo znajdować się i tutaj, a że Tyras Dniestr, był mu osobiście znajomy, dowodzi w pieśniach jego, téj rzeki wspomnienie. Nie mieliśmy równie jak P. Nadeżdin ani czasu, ani ochoty iśdź oglądać rozwaliny fortecy; woleliśmy po nieznośnym skwarze odpocząć w domu pocztowym, jedynéj tu wcale porządnéj budowie, któréj okna otwarte wychodziły na port Limanu; z nich słuchać szumu fali bijącéj tak blizko o brzegi. Ja zająłem się rysowaniem dla pamiątki widoków nie bardzo wprawdzie malowniczych starego Nikonion, forteczki, portu i rozrzuconéj po wzgórzach mieściny.
Była tu niegdyś i kwarantanna dziś rozrzucona, którą szczęśliwszy od nas P. Kohl, zarówno z fortecą oglądał. Opisuje on to wszystko z ciekawym dodatkiem o złapanéj olbrzymiéj tarantuli czegośmy mu nie zazdrościli.
Staliśmy półczwartéj godziny w smutnym Owidiopolu, oczekując na skwarze okrutnym przybycia parochodu, mającego nas przez Liman dniestrowy przewieść do Białogrodu. Widać już było dawno czarniejący na Limanie statek, ale jakże wlokł się powoli! Zjedliśmy, wypili co mieli, sto razy wychodzili, spoglądali, nie doczekali, aż bardzo nie prędko.
A gdy jesteśmy u Limanu i u Dniestru, i czekamy na ten nie przybywający jak na złość parochód, który nas trzyma w Owidiopolu, mówmy więc o Limanach i Dniestrze — a naprzód o piérwszych.
Szczególnym fenomenem, wszystkie rzeki wpadające do morza czarnego, mają przy ujściach swych tak zwane od przekręconego wyrazu greckiego limne (jezioro) Limany. Są te po większéj części słone jeziora od morza. Tém nazwiskiem zowią tu także nie tylko szérokie rzek ujścia, ale wszelkie jeziora słone, w pobliżu morza znajdujące się. Tych Limanów i Limaników mnóstwo tu niesłychane [116]. Bliższe morza są całkiem słone, i zwykle przedzielone od niego, tak zwanemi percsypami, to jest wązkiemi ławami piasku; taki jest peresyp pod Odessą i inne. Peresypy widocznie czas nagromadza i tworzy, a jeziora dziś od morza oddzielone niemi, stanowiły dawniej część jego, zatoki, które poźniéj za opadnieniem wód zamknęły się peresypami. Limany do których dziś już żadne rzeki nie wchodzą, wedle wszelkiego podobieństwa, służyły także rzekom dziś wyschłym za ujścia, ślady ich nawet pozostały w długich suchych bałkach, które i dziś napełnia na wiosnę potokami przebiegająca woda. Takie były Aksiak, Oſjuza i inne rzeczułki scytyjskie, których dziś napróżnoby tu szukać, bo wyschły. Dniestrowy Liman podlega tym samym prawom co inne. Teraz przy jego ujściu w morze, które się po turecku zowie Bugas (gardło) znajduje się już uformowany Peresyp. Exystować on dawniéj (przynajmniéj takim jakim jest) nie mógł: raz, że o nim żaden z pisarzy starożytnych nie wspomina; powtóre, že Liman i Białogród liczyły się za jeden z nayznakomitszych portów morza czarnego do XV. wieku, a dziś ledwie małe łódki wcisnąć się tu mogą, przez tak zwane gardła.
Z Limanu w morze, upływa Dniestr dwoma otwory, peresyp uformowany przecinającemi. Prawy zowie się stambulskiém gardłem lub właściwym Bugasem, szeroki na 150 sążni, głęboki na 26 stóp; lewy (Oczakowskie gardło) mniejszy, szeroki na 70 sążni, głęboki na 15 do 8 stóp tylko[117] Między niemi wyrosł peresy, wysepką piasczystą, na trzy i trzy ćwierci wersty długi, a pół wersty széroki, zupełna ława piasku.
Obok Limanu dniestrowego, jest drugi zwany budżackim, niechybnie dawniéj jedną z nim całość składający: dziś także przesypany, który niekiedy tak blizko dotyka dniestrowego, że rybacy łowiący tu rybę kefal zwaną, przerzynają rówczaki z jednego do drugiego, aby na nich sieci swe zastawiać. Daléj jeszcze jest Liman kimbetski, podobno także dawniéj całość jedną z dniestrowym składający — wedle wyrażenia cytowanego podróżnika morską paszczęką, Dniestr pochłonywającą. — Tenże utrzymuje, że w dawniejszych czasach nie exystowały peresypy w Dniestrze, już to, że nikt o nich nie wspomina, już, iż żegluga, port dawniéj sławny[118] białogrodzki, dowodzą innego stanu rzeki. Teraźniejszy Liman dniestrowy, prawie jest słodki, z powodu peresypu i wód rzecznych, (jednakże zależy to i od wiatru). Miejscowi utrzymują, że główny bieg Dniestru w Limanie idzie zachodnim bessarabskim brzegiem, do którego systemu należy i stambulskie gardło. Tam też i Liman najgłębszy? we środku mieliśny gęste, mielizny miejscami nawet puszczać się zaczęła trzcina. Zimą cały ten ogromny rozlew zamarza, tak, że przezeń jeżdżą z brzegu jednego na drugi; ale lód nigdy nie bywa gruby, i nieustannie się rozpada. Gdzie się széroko roztrzaśnie, odważni miejscowi rzucają deski, i przejeżdzają po takich improwizowanych mostach; lub co najczęściéj rozpędziwszy konie, powiada P. Nadeżdin, przeskakują rozpadliny. Poczta naówczas chodzi na Tyraspol i Bender, robiąc zamiast 45, werst 217.
Jakim jest wielki Liman dniestrowy, takiémi są wszystkie inne w ogólności, na mniejszą skalę, każdy ma wązki swój peresyp, w nim gardło rzeczułki, jeśli go rzeczka przerzyna. Taki jest malenieczki Limanik przy Limanie dniestrowym w Owidiopolu, o którym wspomina Kohl i inne.
Słówko jeszcze teraz o Dniestrze samym. — Herodot wspomina go pod imieniem Tyres[119] P. Nadeżdin,[120] szczątkiem nazwy Tyras, Tyres, poczytuje nazwanie miejscowe, turecko-tatarskie Dniestru: Turła; którego dzwięki nie bez przyczyny upatruje w teraźniejszém imieniu i nazwie Dana-stris.
O Dniestrze wspomina Owidiusz, który chociaż iu pewnie nie mieszkał, przecięż nad brzegami jego być musiał, bo charakteryzował wody jego, lepiéj od Herodota, co podobno wcale nie widział Dniestru, i dla tego krótko się i szczupło o nim wyraża
Owidiusz opisuje go:

Et nullo tardior amne Tyras.

Tyras, zowią go też, Pliniusz, Strabo, Ptolomeusz,[121] Scylax karyadeński w Peryplu[122], témże imieniem zowie, mieszcząc tu z przekręconą nazwą — Nikonium — Pod nazwiskiem Danastris, spotyka się dopiero w Ammianie Marcellinie (w. IV. po Chrystusie). — Ten powiada, że gdy piérwszy raz Hunnowie wpadli do Europy, dwaj wodzowie Gotów, nazwiskiem Allateus i Safrax, unosząc z sobą małego króla Wideryka, cautius descendentes all amnem Dunastrum pervenerunt, inter Istrum (Dunaj) et Borysthenem (Dniepr) per camporum ampla spatia diffluentem. O Dunastrze Jornandes w V. w. i Konstanty Porfyrogenita wspominają. (Naruszewicz T. I. str. 8. wyd. lipskie).
Dniestr, wedle naszego Długosza wypływa z pod góry Beskid (sic) i doliny zwanéj Husta Połonina, blizko Zamku Sobień, w miejscu zwaném Dębowica od wielkiego Dębu, z pod którego ciec miały, wedle tegoż, Dniestr, San i Tysia, idzie przez Halickie, Podole i Bracławskie. — Lewa jego strona, zowie się w części Pohereżem. Rzeka ta, łatwoby byé spławną mogła, całą bowiem przeszkodą, są małe Katarakty (porohy) pod Jampolem, które albo obiedz kanałem, albo zniszczyćby można[123]. Za panowania Zygmunta Augusta, Commendoni Kardynał zwiedzał te Katarakty, i pisał projekt handlowy, o którym było wyżéj.
Teraz, niedawnemi czasy, czyniono i czynią próby spławu Dniestrem; ale powolnie i cząstkowo — Żegluga po téj rzece, jest jeszcze do wyprobowania, życzenia i dokonania; szczęśliwy co ją swojém imieniem dla dobra powszechnego, coś ważąc — otworzy.
Gamba[124], wspomina o próbach czynionych przez X. de Nassau-Siegen, który starał się swoim przykładem drugich do tego zachęcić.
W r. 1789 puścił się on Dniestrem, zwiedził go i kazał sondować, w podróży odbytéj z X. Gaspari. W latach 1803 i 1804 na nowo obejrzano rzekę, zrobiono kartę jéj. — Gdy Xże Richelieu został naczelkiem Nowo-Rossji, zachęcał do czynienia prób nowych. Statek, którego na ten cel użyto, miał 120 stóp długości, a 40 szérokości, opatrzony w maszt i żagle, naksztalt chodzących po Labie (Elbie). Wyszedłszy d. 25 Kwietnia (z wielką wodą wiosenna) 1804 r. z Rozwadowa, o mil pięć ode Lwowa, odkąd Dniestr poczyna być żeglownym, przybył d. 29 do Zaleszczyk, i tam stał do d. 10 Maja, dla zebrania ładunku drzewa i innych towarów. We dwa dni potém przybył do Isakowca, naprzeciw Chocima (naówczas tureckiego). Wziął tu pasporta i dopełnił ładunku. Przebywając potém Mohilew (Hr. Potockiego), gdzie dość znaczny był handel z Mołdawją, przyszedł bez wypadku do Jampola. Tu wziął Stérników dla Katarakt, między któremi są tylko wązkie przejścia, i bieg rzeki bardzo szybki, przebyto je szczęśliwie; dostał się statek do Czekinówki i Dubossar. W Okolicy Dubossar wspomina Gamba o Winnicach, które wedle podań; sięgały czasów rzymskich.
31 Maja, statek zatrzymał się w Benderze przeszedł przez Słobodzie, skąd krętym biegiem Dniestr ku morzu czarnemu dąży, kr