Dobra nauczka. Ilko Szwabiuk/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Abgar Sołtan
Tytuł Dobra nauczka. Ilko Szwabiuk
Data wydania 1896
Wydawnictwo Jakubowski i Zadurowicz
Drukarz Wł. Łoziński
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ABGAR-SOŁTAN




DOBRA NAUCZKA

NOWELA



ILKO SZWABIUK

OBRAZEK Z ŻYCIA LUDU HUCULSKIEGO W GALICYI





LWÓW.

Jakubowski & Zadurowicz.
1896.




Z drukarni Wł. Łozińskiego.






ILKO SZWABIUK

Obrazek z życia ludu huculskiego w Galicyi.


I.

— Żołnierz! Zołnierz! — zawołały dzieci, bawiące się przed karczmą w Jaworniku i przestraszone zbiły się w gromadkę.
I miały się czego przestraszyć, widok, który przedstawił się ich oczom, był niezwyczajny; takiego żołnierza, jak ten, który ukazał się teraz na zawrocie drogi, prowadzącej z Żabiego, nie widziały jeszcze nigdy.... Prawda, że często zjawiali się tu żołnierze, wracający z wojska do domu, ale ci byli zazwyczaj inni; byli zawsze obdarci, odziani w szary potargany płaszcz i błękitne łatami okryte pantalony, sznurowane ich trzewiki nosiły na sobie ślady dalekiej pieszej wędrówki.... Ten zaś, który dziś przechodził, był wspaniale ubrany; jasno błękitna ułanka ozdobiona żółtymi jedwabnymi sznurami i srebrnymi guzikami mogła wzbudzić podziw i głęboki szacunek w bardziej nawet obytych ze światem umysłach, niż je miały małe huculęta, igrające na placu przed karczmą w Jaworniku; czerwone spodnie i lśniące buty z ostrogami dopełniały stroju wracającego do rodziny wojaka.
Szedł ten żołnierz z fantazyą wielką, która przedstawiała się tem, że nucił jakiegoś zawadyackiego krakowiaka, po zawadyacku, na bakier nasunął czerwoną myckę i po zawadyacku wymachiwał krótką trzciną niesioną w ręku.... I ładny był to ułan.... Młodość i zdrowie biły od niego; wzrostem gonny jak buk w karpackim ostępie i jak on krzepki; twarz biała i rumiana, wąsy i brwi jasne, aż białe prawie, tylko oczy miał czarne jak węgiel i oczy te niezwykłe robiły twarz tę jeszcze ładniejszą.... niezwyczajną.
— Oj dana! moja dana!.. wyspiewywał ułan i w takt uderzał trzciną po błyszczącej, lakierowanej cholewie; a gdy chciał bardziej takt piosnki uwydatnić, to wybijał obcasami hołubca, aż iskry się z ostróg sypały, a brzęk szedł taki, że aż echo z gór odpowiadało.
Zanim doszedł do bramy karczemnej, ujrzał, że napełniła się ona ludźmi wylęgłymi z wnętrza. Dzieci dały znać do środka o ukazaniu się niezwykłego zjawiska, więc naród ciekawy wybiegł, aby mu się przypatrzeć. Dziewki i mołodyce z uwielbieniem i niemym podziwem spoglądały na wspaniałego żołnierza; starzy huculi z ciekawością, zmięszaną z pewnem niedowierzaniem, a nawet pogardą.... parobcy z zazdrością .... Jaskrawe barwy munduru olśniewały tych na wpół dzikich synów wierzchołków i połonin karpackich.
Najstarszy z parobków, prowodyr Semań Ruńko, przyłożył dłonie do oczu, zakrywając się w ten sposób przed jarkimi promieniami słońca i patrzył, patrzył na przybywającego wędrowca, patrzył, aż wreszcie klasnął w dłonie i zawołał radośnie:
— To Ilko! Jej Bohu Ilko! Ilko Szwabiuk wraca z hułanów!...
Żołnierz już był pomiędzy nimi. Hardo, zaledwie widocznie skłonił głową przed starymi gazdami i rzucił im na powitanie: — Jak się macie ludzie! Serdecznie uścisnął się za ręce z parobkami; a na dziewki i mołodyce rzucił płomienne spojrzenie i zawadyacko przy tem podkręcił jasny wąs.
— Zkąd Bóg prowadzi! — pytali wszyscy parobcy razem.
— Z daleka, braty, z daleka!... aż z za Krakowa, het aż z mazurskiej ziemi!... Tam nasz pierwszy, cesarski pułk stał, tam my z żółtej rzeki, co ją Wisłą nazywają, konie nasze poili....
— Długoż ty ztamtąd szedł? — pytali znowu.
— Szedł, szedł!... cha! cha! cha! — rozśmiał się ułan. — Ta ktoby teraz szedł? Tambyś musiał iść chyba rok cały i nie zaszedłbyś.... Ktoby tam szedł? Mnie maszyna parowa aż do samej Kołomyi dowiozła.... a ztamtąd do Żabiego forszpany....[1] dopiero z Żabiego aż tu piechotą....
— Maszyna parowa!... — zawołali parobcy z podziwieniem i strachem jakimś przesadnym, a dziewki i kobiety żegnać się pobożnie zaczęły....
— A tyż Ilku nie bał się nieczystą siłą jechać! — zawołała Anna Dudiakowa, dawna chwilowa kochanka Szwabiuka, jeszcze z przed wojskowych czasów. — Nie strach ci było duszy zagubić, czartowi w jego dłonie się popaść....
— Nie bój się Anika! — zawołał żołnierz i schwyciwszy wpół hożą mołodycę, pocałował ją w usta. — Nie bój się, czart do cesarskiego ułana nie ma przystępu!...
— Czy czart ma do ciebie prawo, czy nie — krzyknęła, wyrywając się kobieta — to ty nie masz prawa do mnie!... zasię ci!... Nie widzisz, że mam chustkę na głowie, a w chałupie męża.... Zasię ci!... Patrzcie go jaki mi żołnierz..... Patrzcie!
— Bóg z tobą babo! Bóg z tobą! — rzekł śmiejąc się Ilko i cofnął się pomiędzy parobków — Zaczekaj! Ot tobie komedya!... Poczekaj no, poczekaj — dodał, zwracając się znowu do obrażonej kobiety — będziesz też mnie ciągnęła, będziesz maniła, będziesz na pierogi, na wódkę paloną na miód a wino słodkie zapraszała... ale nie pójdę.... siedź z mężem nie czesanym i nie mytym, siedź z durnym....
— Bracie Ilio, chodź na czarkę! — przerwał mu Semań biorąc go za ramię. — Pluń na baby! Dość jest tego szczęścia.... Ot głupia ceremonija się ją wzięła! Chodź bracie na powitanie, stukniemy po kwaterce!
Weszli do izby szynkowej.
Rudy Judka aż w ręce klasnął, ujrzawszy ułana.
— Oto stary wójt się ucieszą — wołał wydając przytem ustami jakieś dziwne odgłosy, podobne do cmokania, czy mlaskania. — Oto się Wojtko uradują.... Małke... hej!.. bucher!.. hej!... a chodźcie no tu zobaczyć.... Pan Eliasz, wójta Szwabiuka Końskiego syn z wojska wraca! Kikste bucher, aż blask od niego bije!... a wachmaister a oficir!... Chodźcie się popatrzyć.
— Nie zawracaj żydowinie głowę, zostaw twoje bachory — zawołał zniecierpliwiony Semań — a dawaj nam po kwaterce od razu, bo trzeba uczcić takiego pobratyma... — No, duchem!...
— Zaraz!... zaraz!... Nu Małke kimże!... — krzyczał żyd na przemiany to do parobka, to do żony i drżącą ręką napełniał blaszane kwaterki.
— Stary mój zdrów, żydzie? — zapytał ułan.
— Jak smereka w borze! Zdrów nieuroku jak byk najmocniejszy.... Zdrów i bogaty! Zdrów bogaty i szanowany!... Starosta nasz jaśnie wielmożny z Kossowa, nie zna nikogo na te góry tylko jodnego starego Wojciecha Końskiego, on jasnemu staroście pierwsze oczko w głowie.
— Hm! hm! — mruczał coś ułan. Nagle spytał znowu żyda: — Cóż, stary żałował, że mnie nie było w domu.
— Żałował! Jak nie żałować za takim synem... — odparł Judka — ale zawsze mówił, że miło jego duszy, że syn jego Cesarzowi naszemu panu służy.
— Za twoje zdrowie Ilku! — przerwał żydowi Semań i wypił blaszankę wódki pochylając przy tem głowę w stronę ułana.
— Za wasze zdrowie wraże łeginiu![2] Niech nam powrócą nasze dawne czasy! — wołał Ilko i spełnił podaną mu miarkę do dna. — Och! jaka śmierdząca! — dodał po chwili, krzywiąc się i spluwając — w Krakowie mieście i na Podgórzu lepszą wódkę dają .... Szachrujesz żydzie ludzi.
— Żeby mnie tak grom pobił! Żebym się z mojej Małki pociechy i wnuków nie doczekał, jak to nie najlepsza węgierska siwucha! Ej panie oficyr nie godzi się na taką wódkę narzekać — bronił się żyd.
Pochlebstwo trafiło do celu; ułan na dźwięk oficerskiego tytułu rozchmurzył twarz, uśmiechnął się nawet do żyda i podał blaszankę, żeby mu ją na nowo napełniono.
Rozpoczęła się pijatyka na dobre. Parobcy rozsiedli się na ławach w koło stołu pili śmierdzącą wódkę z takim zapałem, jak by to był najwytworniejszy napitek; żyd dolewał i cmokał z radości; kobiety, dziewczęta i starsi gazdowie usunęli się w drugi koniec izby szynkowej i tam z cicha rozmawiali. Wkrótce trunek zaszumiał w głowach łeginiów; posypały się żarty, dowcipy i opowiadania, wreszcie rozochoceni parobcy zaczęli spiewać. Ułan zrazu im wtórował, po drugiej jednak, czy trzeciej piosnce huculskiej, stuknął niecierpliwie dłonią w stół i zawołał:

— Co wy będziecie pobratymy zawodzić te huculskie, dziadowskie pieśni, przy których płakać się tylko chce... Czekajcie ja wam zaspiewam wesołą... ułańską pieśń. — I wnet zaczął silnym głosem śpiewać:

Sam się cisar dziwował
Z kim on będzie wojował...
Mam córeczki tylko dwie
Dam na wojnę obydwie!

Dziwna, nieznana, hulacka jakaś, zawadyacka nuta pieśni porwała na wpół już pijanych parobków, w szał ich jakiś wprawiła; choć prawie nie rozumieli słów, spiewali jednak chórem za ułanem... Pieśń brzmiała coraz potężnej:

Ty córeczko najstarsza
Ty od wojny najdalsza..
Ja do wojny nie pójdę
Ja wojować nie będę
Bo ja serca miękiego
Nie zabiję nikiego.

— Hu! ha! — krzyknęli razem i powtórzyli:

Nie zabiję nikiego!

Dziewki i mołodyce zwabione wesoła nutą pieśni zaczęły się gromadzić w około spiewających; Anikę opuściły skrupuły i zachęcona czarką wódki, podaną jej przez ułana, usiadła obok niego na ławie i nie wzdragała się nawet tem, że silne ramię w błękitny rękaw strojne, opasało jej kibić... Nie wzdragały się i inne, czerwone chusty pomięszały się z czarnymi, piórami ozdobionymi krisaniami...[3] Nowa, nieznana nuta krew barzyła, płomienie jakieś w piersiach nieciła. Ułan spiewał dalej:

Ty córeczko najmłodsza
Ty do wojny najbliższa...
Oh! ja tatu ja pójdę
Ja wojować wam będę,
Bo ja serca twardego
Ja zabiję każdego.

Nagle ułan przerwał spiewanie; uczuł że go ktoś za rękaw od mundura pociąga, zwrócił się więc w tę stronę i aż się wzdrygnął. Stała przed nim stara, zgarbiona, o pomarszczonej, jak ziemia czarnej twarzy cyganka, Rina.... Oczy jej połyskiwały dziwnym blaskiem, który objawiał radość; zaschnięte suche wargi do uśmiechu się wykrzywiły, ukazując kilka pożółkłych zębów.
— Witaj sokole mój! — wołała stara — witaj bohatyrski synu, wojciechowy jedynaku! Za tobą orliku stara Rina oczy wypłakała! Za tobą wzdłuż całej naszej rzeki dziewki i mołodyce z żalu schną....
— Odczep się babo! — zawołał ułan opryskliwie.
Ona jednak nie odchodziła tylko nachylając mu się do ucha szepnęła:
— Dam znać Mariczce, żeś w nasz kraj wrócił... Choć ona teraz Semaniukowa, choć ona ślubem waszym oddana temu opryszkowi Andryjowi.... to ona zawsze jeszcze twoja; schnie i smuci się przy nielubie, a wieczorami we wrotach stoi i oczy szafirowe wypatruje czy ty sokole nie wracam... Powiem jej, że ty do niej zagościsz.
— Pójdź precz babo! Precz czarownico! Masz tu odczepnego!... — i rzucił cygance kilka srebrnych pieniążków, sam zaś zaczął spiewać dalej, jednak jakoś smutniej i tęskniej:

Jak jej włosy wcinali —
Wszystkie panny płakali;
Jak jej konia siodłali —
Ojciec, matka płakali;
Jak, na konia siadała —
Z tym się światem żegnała!...

Wrażliwe dusze młodych hucułów opanowała od razu dziwna jakaś tęskota i odbiła się w nucie pieśni; cały chór żałośnie kilka razy powtarzał:
Z tym się światem żegnała! żegnała!...
Anika opierając swą piękną głowę na ramieniu ułana, szepnęła:
— Ilku! Ty za Mariką banujesz....[4] Ona tobie najmilsza lubaska....[5] Ty mnie nie lubisz, nigdyś mnie nie lubił.
Wzdrygnął się ułan na te słowa pięknej hucułki; dreszcz jakiś przebiegł mu po całem ciele, gorączkowym ruchem, niby odgarniając jakąś zmorę, machnął ręką i wnet objął siedzącą obok niego kobietę w pół i zaczął ją gwałtownie, namiętnie całować.
— Nie! nie! — szeptał jej do ucha. — Nie! nie chcę Maryki, ona straszna, ona nawiedzona, ona czarować umie! Nie! nie! Tyś mi najmilsza lubaska, tyś jak ptak wesoła, jak promień słonka jasna.
— Dalej Ilku! dalej! Kończ pieśń! — wołali chórem parobcy. — Zostaw Anikę! Do domu ją poprowadzisz... Spiewaj! spiewaj!...
Ułan na wezwanie przestał szeptać, spojrzał w koło, wychylił świeżo nalaną czarkę i znowu zawadyacko i wesoło śpiewał dalej.

Jak do wojny wstąpiła
Tysiąc muża zabiła....
Sam si cysar dywował
Co za husar wojował?...
Oj! nie husar — husarka.
Cisarskaja panianka!

Wszyscy obecni zaczęli uderzać rękoma po stole w tak pieśni i powtarzali długo:

Oj! nie husar — husarka
Cisarskaja — panianka!...
Cisarskaja. — panianka!...

— A widział ty ją Ilku, wraży łeginiu? — zapytał drzącym głosem Maksym Merdiuk, sławny z tego, że sam umiał pieśni różne układać. Czy ty ją widział tę husarkę?... Hej! hej! Żebym ją zobaczył; na jej złotą zbroję się popatrzył, w jej promienne oczy zajrzał, to dość by mi życia było... Sam bym pod kopyta jej konia bystrego się rzucił... Niech by mnie złotemi podkowami podeptał... Nie chciałbym żyć więcej.
— Durnyś ty Maksym! durny! — odpowiedział, śmiejąc się wesoło ułan. Takiej teraz już nie ma; to pieśń o dawnych husarkach; teraz one w złotych pałacach siedzą, z grafami i jednorołami rozmawiają i na złotej kądzieli srebrną przędzę snują.... Wiatr na nie nie wieje, ni słonko nie świeci, z tęczy mają tkane suknie, a jak narodowi ich pokazują to tylko w kryształowej karecie, jak ptaka jakiego zamorskiego.
— A widział ty taką? — powtarzał uparcie pytanie Maksym.
— Czemu nie! — odrzekł dumnie żołnierz. — Tamtego roku cesarski syn przywoził swoją żonę, cesarską synową do swojego miasta Krakowa i całemu narodowi pokazywał; nasz pułk wach paradę im robił... Jak szła siadać do karyty to tak na nią się patrzyłem, jak na Anikę.... Białaż ona biała... i bardzo delikatna.
— A nie ukląkł ty przed nią!
— Nie! Nie można! Tylko szablami prezentowaliśmy przed nią, a pan Ober-leitnant[6] krzyczeli: habt acht! t. zn. żeby się na nią ułany patrzyli... i jak który do domu wróci, żeby wiedział jak ludziom o niej opowiadać.
— Oj! Ilku, Ilku! czemuż mnie do ułanów nie wzięli, żebym ją był zobaczył, to bym przed nią był na ziemię upadł: kraj jej złotej sukni całował... Choć by mnie mieli potem stracić za to.... Niech bym i umarł, żeby ją tylko widzieć.
— Durnym się rodziłeś i durnym umrzesz! — zakonkludował ułan, całując swą sąsiadk. Ja wolę Anikę! Co by ci przyszło z tego, żebyś cesarską synowę zobaczył? Z mraki ona i z pajęczyny, a blask od niej taki blady, jak z próchna w noc ciemną.... Ja wolę Anikę!...
W tej chwili rozległy się tony muzyki. Oleksa Sawicz rozochocony przybyciem Ilka i wesołością panującą w karczmie, pobiegł do domu po skrzypce; po drodze zwerbował cygana Szandora z cymbałami; mały synek Szandora, Kierosz, przyniósł bębenek i kapela była gotowa. Ułan pierwszy wziął w taniec Anikę, za nimi posypały się inne pary i aż ściany karczmy trzęsły się od prysiudów i hołubców, aż szyby w małych okienkach drżały.
— Żydzie! Hej Judko! — wołał rozochocony ułan — dawaj narodowi chrześciańskiemu wódki i wina wbród! Kto co wypije, wiele czyja łaska! Niech wiedzą, że wójta syn, że Ilko hułan wraca do domu.... Zapłacę! — tu uderzył butnie po kieszeniach czerwonych spodni. Zapłacę sam!... A jakby pieniędzy mi nie stało. — to stary ojciec zapłaci! Nie pożałuje na taką okazyę... stać go na to, żeby dziesięciu takich jak ty kupił!... Nalewaj! Nalewaj!...
Hulanka szła dalej; wino i wódka się lały... W kącie tylko starzy gazdowie[7] szeptali coś sobie z cicha.
— Nie będzie miał stary kudłaty rizuń, Szwabiuk przeklęty pociechy z syna — mówił stary Sawa do Kornija. Co nie to nie! Roztraci on i te czerwońce, gdzieś tam po dworach zrabowane; roztraci i te ogrody i te połoniny od biednych hucułów za lichwę zagrabione; roztraci i te owce, woły, a konie co się po połoninach tych pasą... Zobaczycie kumie, że roztraci.... W tym parobku hulacka, huculska krew, po matce, mało, że włosy i wąsy ma jasne mazurskie.
— Prawda wasza, kumie Sawo! — odpowiadał, potrząsając smutnie głową Kornij — Jaki on syn? Stary czeka go już drugi tydzień; bab nasprowadzał całą kupę, żeby czarowały, żeby mu mówiły, dlaczego syna dotąd nie ma: a on tu z leginiami wódkę pije, z cudzą mołodycą w taniec idzie, lubaskie głupstwa do ucha jej szepcze.... Taki czas, że nie warto się syna dochować! Na pijmy się kumie po czarce wódki! Napijmy się za wójtowe pieniądze!
— Krwawicę cudzą będziesz pił kumie Korniju — odrzekł Sawa i gorzko się uśmiechnął.
— Eh! chyba swoją własną i twoją i nas wszystkich — zachęcał Kornij. — Co ojciec udarł z narodu, to syn żydom wróci! Niech choć człowiek do syta się napije za własną krzywdę.
— Grajcie obertasa! — zawołał nagle ułan, stając przed muzykantami.
— Nie umiemy! — odpowiedzieli razem.
— Naści wam srebrnych łewów[8] garść — rzekł, dobywając z kieszeni kilka srebrnych dużych monet. — Uczcie się! słuchajcie!... Świstać wam będę, grajcie!
I zaczął wyświstywać skoczną nutę mazurskiego ludowego tańca. Cygan się nachylił, słuchał uważnie i wnet w takt świstania wygrywał tę samą nutę na swym brzękliwym instrumencie; Oleksa bez trudu wtórować mu zaczął na skrzypcach. Muzyka była gotowa, pary poszły w nowy taniec.... Tylko muzyka i sam taniec były jakieś dziksze, namiętniejsze, niż tam nad Wisłoką i Dunajcem.
O północy przechodzący żandarm rozpędził całą kompanię. Ułan pożegnał się z towarzyszami, odsalutował po wojskowemu przed żandarmem i.... poprowadził rozszalałą trunkiem i tańcem Anikę — do domu.
Gdy znaleźli się na płaju[9] prowadzącym do zagrody Dudiaka, o jakie dwieście metrów po nad karczmą, Anika zarzuciła ręce na szyję ułana i całując go szeptała.
— Chodź, chodź! Ilku mój słodki... lubasie[10] mój jedyny! Chodź! mego nie ma w chacie, ze spławem, z derabę[11] poszedł do Kut.... Chodź! chodź! Ty mój! Tyś nie Mariki!...
Ułan odpowiedział jej — pocałunkiem.




II.

Na wschodnim krańcu czarnohorskich stoków stała obszerna sadyba Andrija Demaniuka. Była ona tam przyczepiona do szarej, piaskowej skały, odosobniona i nieprzystępna jak gniazdo orle. O sto sążni poniżej chaty piął się płaj prowadzący na przełącz, który rozciąga się pomiędzy gruniami[12] Pop-Iwanem i Smotreżem i ciągnący się dalej... hen w węgierskie ziemie. Budynki wszystkie, wbrew zwyczajowi huculskiemu Andrij z szarego piaskowca pomurował, tak że zdala zdawały się być tylko częścią skały piętrzącej się po wyżej — chata tylko mieszkalna była z kiedryny[13] zbudowana, z wielkich, potężnych tramów w zrąb kładzionych.
Na drugi dzień po uczcie, wyprawionej w karczmie przez Ilka Szwabiuka, Andrijewa młoda żona — piękna Marika obudziła się przed wschodem słońca.... Zerwała się zaraz z pościeli i wybiegła przed chatę.... Właściwie nie miała po co się spieszyć.... Stada bydła i owiec już od dwóch tygodni pasły się na połoninach, strzeżone przez licznych bowharów[14] owczarzy; kilka pozostałych przy chacie krów już od godziny wydoiły służebne dziewki i wygnały na bujną paszę po niżej chaty.... Mogła była spać spokojnie bohatyrska[15] gazdynia.... Mogła, a jednak nie spała.... Nuda ją jakaś gnębiła, pierś młodą toczyła, sen od powiek odganiała.
Wybiegła jakby strachem jakim gnana, wybiegła nie oglądając się nawet po za siebie.... Sam w chacie na pościeli leżał jej mąż, chrapał jak niedźwiedź w legowisku.
— Mąż! mąż! — zawołała z cicha i boleśnie załamała ręce; oparła głowę o zimne kamienie otaczającego obejście muru i szlochać z cicha zaczęła.
Po chwili oczy zapłakane podniosła i spojrzała przed siebie. Tysiąc razy już może widziała wschodzące z poza górskich szczytów słońce, a jednak dziś po raz może pierwszy zaczęła się uważnie przypatrywać wspaniałemu zjawisku.
Dziwne, różowe, jasne płomienie gorzały na wschodniej stronie nieba, nasycając wilgotne górskie powietrze jakby płynem jakimś złoto-purpurowym.... Kamieniste szczyty Roztiezki i sąsiednich gór zdawały się płonąć i żarzyć niby jakieś olbrzymie piece wapniarskie, lub węglarki rozpalone do czerwoności.... Cienie na zachodnim stoku przeciwległych gór usuwały się zwolna; czerwony odcień przybierał coraz to jaśniejsze, bardziej przejrzyste tony, wreszcie kula złota ukazała się z poza kamienistego wierzchołka Roztiezki.
Kobieta patrząca na to tak zwyczajne, a mimo to tak wspaniałe zjawisko, pochyliła białe czoło, mimowolnie przeżegnała się i poczęła szeptać bezmyślnie słowa modlitwy. Nie modliła się jednak do Boga.... Nie! Te na wpół dzikie dzieci gór nie mają jasnego pojęcia o Bogu; na pozór powierzchownie są chrześcianami, chodzą do świątyń chrześciańskich i duchowieństwu składają dziesięciny; w duszy ich jednak panuje chaos wierzeń i pojęć; dawne wspomnienia pogańskie i obrzędy chrześciańskie zlały się w jakąś dziwną, fatalistyczną religię, która do dziś nie znalazła godnego siebie badacza.
Gdy skończyła szeptać słowa pacierza, Marika Semaniukowa spuściła oczy w dół, promienie słoneczne coraz jaskrawsze nie pozwalały już spoglądać w słońce; spuściła oczy i spojrzała w doliny.... Tam noc prawie jeszcze panowała; Czeremosz otulony płaszczem mgły białej, ukryty przed ciekawem ludzkiem okiem szumiał w wąskiem korycie, szemrał jakoś złowrogo i gniewliwie.... Nie żył jeszcze.... tylko do życia się budził i mruczał w śnie pogrążony.... Cisza zresztą w dolinie panowała wielka, niezmierzona, snadź ludzie tam mieszkający, snadź nawet psy ich mieszkań strzegący spali jeszcze.... Od ciszy tej dziwnie odbijał gwar panujący w górnych okolicach; na połoninach dzwoniły już i klekotały liczne stada bydła; rogi i trębity[16] pasterskie odzywały się po połoninach.... a orzeł siwy, olbrzym czarnohorski, wyleciał już z kamienistego gniazda i krążył po nad mgły nadrzeczne upatrując żeru łatwego.
Marika patrzyła na królewskiego ptaka; patrzyła na dalekie połoniny, na których pasły się ogromne stada jej męża, patrzyła na zamczyste budynki i kute bramy, obejścia.... i wspomnienia jakieś dawne, marzenia jakieś nieuchwytne duszę jej opanowały.
Dziwne to wspomnienia: Dwa lata temu była jeszcze jedynaczką u ubogiej wdowy.... Matka jej, stara Martynicha, miała tylko małą pochyłą chatynę nad brzegiem Czeremoszu, szmatek jałowego ogrodu i jedną starą krowinę.... A jednak Marika czuła się szczęśliwą, stokroć szczęśliwszą, niż teraz, gdy jest najbogatszą gazdynią nad brzegami czarnego Czeremoszu.... Czuła się szczęśliwą, bo uwielbiali ją wszyscy, wszyscy leginie głowy przed nią chylili i głośno jej mówili: że ona najpiękniejsza pomiędzy wszystkiem huculskiemi dziewkami. Od chwili, gdy skończyła piętnaście lat, od tej pamiętnej jesieni drzwi się niskiej chatynki nie zamykały, od synów najbogatszych gazdów swatowie przychodzili i z ręcznikami haftowanymi, z kogutami czerwonymi szli i do nóg się starej neńce[17], siwej Martynisze kłaniali i o jej donię[18] o przepiękną Marikę prosili....
Ona sama nie chciała, matce się sprzeciwiała, swatów z harbuzem odprawiała.
— Czas mi jeszcze neńko stara! mówiła do matki — czas! czas! Niech waszą starość opieką otoczę, niech was przypilnuję jak oka własnego!
Nie chciała, bo od tego, co jej był miły, swatów nie było.
Spotkała go raz była na leśnym płazu, spotkała tego Ilka Szwabiukowego i jego czarne, dziwne oczy zatonęły w jej błękitnych źrenicach i od oczu tych młodego bohatyrskiego łeginia ognie dziwnie żarzące w piersi jej zapłonęły.... Pamięta wtenczas, kiedy go spotkała, niosła wielką wiązkę gałęzi na opał do domu; on ją pozdrowił po chrześciańsku i ciężar z jej ramion zdjął i za nią aż do chaty zaniósł. Później coraz częściej go spotykała, sama go już szukała, on igrał z nią, jak orzeł z gołębiem bezsilnym.... — Igrał!... igrał! — szepnęła, zaciskając usta, a twarz jej piękna zbladła tak, ze stała się równie biała jak jej koszula z cienkiego w mieście kupowanego płótna, w ciemnych, szafirowych oczach łza zaświeciła, a ręce małe i białe złożyła na bujnej piersi, niby bicie serca hamując.
— Ja mu wierzyłam — szepnęła boleśnie. — Ja wierzyłam jemu... Szwabiukowi... synowi rizunia i czarownika... Szwabiukowi! Szwabiukowi!...
— Przez chwilę chciała wrócić do chaty, gwałtem przerwać bolesne wspomnienia, cisnące się do mózgu.... Nie mogła! Sił jej zabrakło, jak podcięta oparła się o szare głazy muru i snuła dalsze wspomnienia; widziadła jakieś straszne otoczyły ją dokoła.
— Hańba! hańba! — szeptała blademi ustami i widziała gdyby na jawie: jak on, jej kochanek, zadość uczyniwszy swej namiętności, rzucił ją dla innej, dla pustej Aniki, która przed nim już miała pół kopy lubasów.... Wzdrygnęła się nagle, jakby na gada jadowitego nastąpiła: to przed oczyma jej duszy przesunęła się zmarszczona żółta twarz Riny Cyganki.... Ta stara wiedźma duszę jej na wieki zgubiła, przed hańbą, przed obmową ludzką ją osłoniła, ślady błędu i winy ukryła.... ale duszę jej zagubiła, dyabłu w moc oddała; w grzech śmiertelny, nieodpuszczony wtrąciła.
— Neniuż moja! Matko rodzona! — zawołała szlochając już głośno Marika — tyś jedna tylko całą prawdę wiedziała, tyś przez nią do grobu, pod zimną ziemię, pod murawę zieloną poszła.
— Nie płacz gołąbko liliowa! Rąk białych nie łam! — rozległ się głos jakiś tuż obok niej i postać starej wiedźmy, jak z pod ziemi wyrosła, stanęła przed Mariką. — Pokój niech będzie z tobą światła bohaterko! — mówiła cyganka dalej, krzywiąc twarz do przyjemnego uśmiechu — komu się radować i weselić jak nie tobie Semaniukowa gazdynio.
Marika jakiś czas stała jakby skamieniała, z ust jej zbielałych nie mogło się żadne słowo przecisnąć; po chwili dopiero zdołała zapanować nad ogarniającem ją przerażeniem i z lękiem przesądnym i wyciągnąwszy ręce przed siebie, niby broniąc się i osłaniając przed wiedźmą, zawołała rozpaczliwym głosem:
— Precz! precz gadzino! precz wilczyco! znowuś przyszła znęcać się nademną, znowuś przyszła krew mi z serca wysysać.... Znowu chcesz, żebym dla ciebie robiła się złodziejką, żebym szła z mężowskiej skrzyni czerwońce kraść i tobie dawać.... Nie! nie pójdę! — wołała a na jej twarzy widniały rozpacz straszna i dzika rezygnacya. — Idź! idź do niego, idź do Semaniuka, starego opryszka, powiedz mu wszystko, powiedz mu żem była lubaską Szwabiukową, żem przy twojej pomocy dziecko straciła, żem go kradła, żem jego zrabowane złoto tobie wiedźmo dawała.... Idź powiedz mu wszystko!... Ja sama mu powiem, ludziom wszystkim rozpowiem, do Kossowa do sądu pójdę i sprawiedliwości nad swojem nędznem ciałem zażądam.... Bo świat mi czarny i to słonko czarne!... Tyś mnie na ziemi w piekło wtrąciła!...
Wszystko to mówiła gwałtownie, coraz to bardziej zapalając się, nie zważała na nieme prośby i znaki Cyganki, przy ostatnich dopiero słowach tchu jej zabrakło, przerwała więc mowę i opuściła głowę na piersi, spoglądając dzikim wzrokiem na Rinę.
— Pokój niech będzie z tobą zazuloż ty moja, najpiękniejsza z najpiękniejszych! — zawołała cyganka korzystając z chwilowego milczenia Mariki. — Nie bój się, nie po czerwońce przychodzę! Nie! Jest już w naszych górach taki co da mi tyle złota wiele zechcę.... Mariko gołąbko, wesołą wieść ci przynoszę: twój sokół, twój lubas powrócił, z cesarskich hułanow powrócił zdrów i cały, aż łuna od niego bije.... Mariko, wczoraj u Judki w karczmie nad sinym brodem, widziałam Ilka Szwabiuka.
Na dzwięk tych słów dziwna zmiana zaszła w całej postaci Mariki: omdlałość i zmęczenie jakieś opuściły ją od razu, oczy jej szafirowe zaświeciły strasznym jakimś blaskiem, przybierając aż granatowe odcienie i mieniąc się przytem stalowym połyskiem; twarz tylko zbladła jeszcze bardziej, a różowe zazwyczaj wargi posiniały prawie.
— Niech się nie waży! — zowołała porywczo, zaciskając pięście i podsuwając je do twarzy cyganki. — Niech mi się nie waży ten.... ten.... Szwabiuk w drogę mi wchodzić! Niech się nie waży!... Ja ślubna!... Rozumiesz mnie wiedźmo — ja ślubna — ślubna żona Andrija Semaniuka.... Powiedz mu: że jak on mi na oczy się będzie nawijać to Andrij.... Ty wiesz co Andrij.... Jemu to nie nowina. On wie co krew.... ha! ha! ha! On wie! i ja jego żona także wiem!... ha! ha! ha!... Djabeł sto par chodaków schodził, żeby nas złączyć.... Teraz wiesz Rino!... powiedz mu!
— Gołąbkoż ty moja — szeptała cyganka przerywając słowa rozgniewanej kobiety — urok na ciebie ktoś rzucił. Pek ta cur na ciebie! Za co się na swoją sługę najpokorniejszą gniewasz?... On wrócił — prawda! ale on ci twego życia nie zamąci, między żonę a męża niezgody nie rzuci; on wie gdzie go przyhołubią, on już wczoraj z karczmy Anikę do domu poprowadził; on wie że Dudiak mu żony nie pożałuje.... hi! hi! kołaczem białym i winem słodkiem go przyjmie.
Semaniukowa słów tych słuchała z trudnem do zrozumienia uczuciem, wywarły one na nią dziwne wrażenie: Gdyby Ilko wróciwszy z wojska czołgał się jej u kolan i zmiłowania prosił, była by go z pogardą odtrąciła; teraz gdy dowiedziała się, że jest znowu kochankiem Aniki uczuła w sercu ból jakiś i zazdrość niepojętą i myśl zemsty w duszy jej kiełkować zaczęła.
— Anika! Znowu Anika! — szepnęła bezwiednie prawie i ręką mimowolnie poprawiła czarne sploty włosów, które się z pod czerwonej wzorzystej chustki wysunęły. — Anika — dodała po chwili — taka a taka, ladaco umyślnie na niego w karczmie czekała....
— Kto ją tam wie czy umyślnie czy przypadkiem — podchwyciła cyganka uśmiechając się nieznacznie, — to tylko wiem, że on ją do domu poprowadził, a tobie śliczna Mariko w drogę nie wejdzie....
— Nie wejdzie! Oh! nie wejdzie — szepnęła jak echo młoda kobieta i pogrążyła się w głęboką zadumę, Cyganka także milczała i wpatrywała się bacznie w grę twarzy Mariki; radowała się swem dziełem; czuła że celu dopięła, że w duszy namiętnej kobiety roznieciła nowy pożar; nie dbała oto jakie on rozmiary przybierze, jakie spustoszenia sprawi.... nie, ona tylko wiedziała, że skorzystać z tego potrafi.
Nagle Semaniukowa, jakby ze snu jakiego przykrego zbudzona, oczy dłonią przetarła, popatrzyła na pokornie schyloną przed nią Rinę i zerwawszy z szyi najgrubszy sznur korali, przy którym był zawieszony duży podwójny dukat węgierski, wręczyła go starej mówiąc:
— Masz tu Rina! Teraz idź! idź! I Semaniukowi na oczy się nie nawijaj.... A jak coś.... o nim.... wiesz o nim o.... Szwabiuku nowego się dowiesz, to daj mi znać.... No idź! idź! — i odtrąciła niecierpliwie cygankę, usiłującą pocałować ją w rękę. Odwróciła się raptownie i weszła do wnętrza chaty.
Z obszernej sieni na lewo było wejście do ogromnej izby czeladnej; Marika skierowała się na prawo i weszła do świetlicy, po za którą był jeszcze alkierz, w którym gospodarstwo sypiali... Szła jak odurzona mocnym trunkiem, twarz jej pałała płomiennym rumieńcem, a w całym organizmie uczuwała przejmujące, niby chorobliwe dreszcze... Na odgłos jej kroków spiący dotychczas mąż obudził się i spojrzawszy na nią zapytał:
— Dawno wstałaś Mariko?
— Nie! nie dawno! odrzekła.
Głos jej drżał dziwnie, pierś się wznosiła gwałtownie, a oczami starała się uniknąć spojrzeń Semaniuka. On odczuł nienaturalne brzmienie jej głosu i popatrzył na nią bacznie, po chwili zrywając się z pościeli zapytał z wyraźnym niepokojem:
— Co ci jest Mariko? Tyś chora! albo cię kto przestraszył.
— Nie! nie! Andriju! — odrzekła pospiesznie opanowując wzruszenie. Zdrowa jestem, tylko chłód poranny mnie owiał... dreszcz mną wstrząsnął.
Mówiąc to chwyciła z ławy ciepły kieptar[19] i pospiesznie się weń odziała....
— Słuchaj! — zawołał mąż troskliwie — powiedz jeżeli ty chora, to ci sprowadzę wszystkich wróżbitów, wszystkie baby... może ci radę dadzą.... Sprowadzę ci Rinę cygankę może uroki ci odpędzi... Słuchaj! powiedz Mariko! Grosza na wróżby nie pożałuję.
— Nie! Mówię wam gazdo — odrzekła z wyraźną niecierpliwością — że nic mi nie jest; wiatr górny mnie owiał i zimno mi się zrobiło... Zresztą — dodała po chwili — gdyby mi nie było lepiej, to za Riną poszlę.
On słuchając tych słów, ubierał się pospiesznie.... Z wielkiej glinianej misy czerpał wodę, umył nią twarz i ręce, później ubrał szerokie szafirowe szarawary, na nogi obuł sznurowane łapcie, przepasał się szerokim bronzami nabijanym, skórzanym pasem, na ramiona zarzucił czarną gunię.... i był gotów.
— Chciałem dziś na połoniny pojechać — rzekł uspokojonym już trochę głosem — do czeladzi i chudoby się dowiedzieć.... boję się jednak tak cię zostawić... słabą.
— Jedźcie! jedźcie Andriju! — zawołała pospiesznie, a w głosie jej zabrzmiała radość. Mnie nic nie będzie, zdrowam chwała Bogu!... A do czeladzi dowiedzieć się trzeba, już drugi tydzień jak trzody wypędzili na połoniny, a słychu o nich nie ma....
Mówiąc to, zbliżyła się do pieca, gdzie przy ogniu stało kilka garnków i z jednego nabrała duży kawał kukurudzianej mamałygi, a okrasiwszy ją rozgrzaną słoniną i bryndzą postawiła na stole, zapraszając męża do jedzenia. Andrij przeżegnawszy się trzy razy przed wiszącymi na ścianach świetlicy obrazami, zasiadł do jedzenia, nie miał jednak tego dnia swego zwykłego apetytu; na pięknej twarzy smagłej niepokój jakiś się malował, oczami siwemi przenikliwemi wodził za żoną, która stała zadumana jakoś dziwnie, ze złożonemi na piersiach rękoma, zapatrzona przez małe okienko, hen w dal w sine niebo, wznoszące się nad bukowińskiemi i siedmiogrodzkiemi górami.
— Marika! co ci jest kobieto! — zawołał znowu, wstając raptownie z ławy. Powiedz! tyś chora?
— Nie! nie! — odrzekła uparcie — Jedźcie do chudoby nie bójcie się o mnie.... Zaraz idę konia wam osiodłać. — I wyszła pospiesznie.
Mąż został w chacie, odmawiając po cichu modlitwę przed obrazami. Modlił się stojąc i teraz, gdy tak stał wyprostowany, można było przypatrzeć się dokładnie jego postaci.... Rosły był i barczysty jak świerk karpacki, pół wieku przeżytego nie zostawiło prawie śladu na jego ciele, tylko tu i owdzie w gęstych, czarnych włosach świeciła pojedyńcza nitka biała; wąs długi, sumiasty i orli nos robiły go podobnym do junaków zadunajskich.... To też nie obcy mu oni byli, po kilkakroć po między nimi gościł.... gdy mu było za ciasno, za duszno, umykał za Dunaj i znał Bałkan tak jak swoje rodzone góry.... Ludzie opowiadali sobie po cichu, że nie jedną on duszę na tamten świat wyprawił, że nie jeden wór złota z za Dunaj do swej chaty przyniósł.... Miał już dwóch dorosłych synów z pierwszej żony, ale ci gdzieś po szerokim świecie błądzili, krew opryszkowska, junacka w nich kipiała.... On sam dwa lata temu drugi raz się ożenił ze śliczną Mariką.... sierotą bezdomną.... Czar jakiś na niego rzuciła — mawiali z cicha ludzie — bo od tego czasu stał się innym człowiekiem, żony, domu i gospodarstwa pilnuje, nawet grosza na cerkiew nie żałował.
Andrij skończył się modlić, przeżegnał się pobożnie i wyszedł na podwórze. Przed drzwiami chaty stał już mały, mocny, o suchych nogach i małej głowie, siwy mierzyn, osiodłany i przyprowadzony tu przez Marikę. Gazda opatrzył sam siodło i popręgi, zatknął nabijany bogato bronzami toporczyk za pas, uścisnął żonę i siadł na konia.
— Mariko duszo! — zawołał raz jeszcze zatrzymując się już we wrotach — jak by ci było gorzej, to daj mi znać.... Masz tu dwóch najmytów.... jednego możesz pchnąć do mnie a drugiego do Riny....
— Bądźcie spokojni Andriju! Nic mi nie będzie.... Jedźcie z dobrą myślą.... Niech was Bóg prowadzi!
Wróciła do chaty, próbowała zająć się czemkolwiek, ale robota z rąk się jej usuwała, a ona dumała.... o Szwabiuku znienawidzonym i jego czarnych oczach, które czarować umieją.
— Czem on mnie mógł odurzyć? — myślała — taki pusty wiatr, taki głupi, tylko hulanka a swawola mu w głowie....
Odpowiedzi nie mogła znaleść, tylko czuła, że i teraz jeszcze mógł by ją durzyć. Nienawidziła go srodze, a zobaczyć go pragnęła.... Rozmyślając o nim, usiadła przed małem zwierciadełkiem, które jej mąż z Kut był przywiózł i pilnie poczęła się przypatrywać swej twarzy: w miarę przypatrywania się wyraz jakiegoś zadowolenia wypiętnował się na jej twarzy, uśmiechnęła się przez pół radośnie, przez pół szydersko i szepnęła sama do siebie:
— Wróci on! oh! wróci.... Wtenczas!




III.

Wojciech Koński przywędrował był w góry należące do państwa: „Zabie“, w tym strasznym roku kiedy to po raz pierwszy w podkarpackiej ziemi zaczęły gnić kartofle, kiedy na Mazurach głód panował straszny i na ludzi rozbestwionych mór przyszedł okrótny; kiedy ci, co na wiosnę panów swych zarzynali w jesieni i w zimie sami jak muchy marli; przyszedł wynędzniały i bardziej do mary cmentarnej niż do człowieka podobny. Odkarmił się jednak prędko.... Przyniósł był bowiem z sobą jakieś sekretne papiery, z którymi stawił się u mandatora[20]; ten papiery odczytał, Wojciechowi kazał dać jeść i pić do woli i trzymał go w mandatorskim dworcu, aż póki się ciepło nie zrobiło....
Hucułom nowy ten przybysz nie podobał się, choć był młody, silny i rosły, ale jakiś nieprzyjemy, oczy miał bowiem zielone, przejrzyste jak u żaby, a włosy i wąsy jasne, w czerwone aż wpadające.... Zwyczajem huculskim przezwali go Szwabiukiem, tak jak każdego obcego przybysza, po cichu jednak nazywali go i rizuniem bo paszkary mandatorskie rozpuścili pomiędzy ludźmi wieść, że Wojciech z tych to chłopów co panów swych na Mazurach rznęli.... Mało sobie z tego gadania Wojciech robił.... Odkarmiał się u mandatora, jadł i pił jak koń i sekretną służbę puszkarską robił. Gdy się odżywił dobrze a dnie już zaczęły się już były cieplejsze, znikł był na kilka miesięcy.... Z wędrówki wrócił z pieniędzmi wielkimi i zaraz sadybę nad rzeką po nieboszczyku Józku Mądraku zakupił i zrobił się od razu zamożnym gazdą.
Później nastały straszne czasy; naród chrześciański w całem cesarskiem państwie się buntował.... Jak bunt się szerzył to Wojciech zapadał gdzieś jak pod ziemią, jak cesarscy byli górą, to znowu się zjawiał i przy wojsku i komisarzach się mieszał i służby im różne robił. Lubili go też za to i starosta i komisarze i mandatar, umiał on z tego korzystać; jak burza przeminęła i pozostało wiele gruntów pustych po tych co gdzieś w zawierusze poginęli lub za Dunaj poszli, to on grunta te i połoniny i ogrody za byle co od mandatara pokupował i stał się najbogatszym gazdą na dwadzieścia mil w około.
I tego mu było mało, skupił i dusił grosz, aż ludzie zaczęli szeptać, że duszę dyabłu za pieniądze zaprzedał. Z żydami się zwąchał, na lichwę srogą gazdom pieniądze pożyczał, a później, gdy nie oddawali, grabił co mógł: krowy, owce, konie, sadyby.
Gdy już strasznie się zbogacił, wówczas przyszła na niego dziwna choroba.... raz miłował się na umor w biednej dziewczynie, córce ubogiego gazdy z putiłowskich, wołoskich gór; zrazu dziewki dać nie chcieli za starszego, bo już miał wtenczas po za trzydzieści, ale on gadać sobie tego nie dał, choć dziewka płakała i ręce łamała, wziął ją, wziął przemocą prawie; ci co te czasy pamiętają, mówią, że zapłacił tysiąc łewów w srebrze rodzicom swej żony.... Nie długo się nią cieszył; roku nie dożyła, przy pierwszem dziecku umarła.... Szwabiuk potem zdziczał do reszty, stał się jak wilk drapieżny, tylko synka jedynego hołubił i patrzył w duże, czarne oczy, które dziecko odziedziczyło po matce.... Siedział w domu i grosz zbierał dla syna.
Raz tylko na dłużej ruszył się z domu.... Było to wtenczas, kiedy niemieckich komisarzy wypędzono, a ludzie zaczęli gadać, że znowu pańskie rządy wracają.... Wojciech zebrał się wtenczas i mówią, że aż do Lwowa jeździł; że ze starostą nowym w Kossowie i z gubernatorem we Lwowie gadał....
Gdy w rok później kossowski starosta objeżdżał podległe mu góry, to nocował w chacie Wojciecha, i później głośno ludziom powiedział, że to co na Wojciecha wygadywano, jest kłamstwo, że on najporządniejszy człowiek na wszystkie te góry; i kazał go wybrać na wójta.... Wójtem on dziś, przed starostą i żandarmami głowę już siwą chyli. Syna zaś własnego, do cesarskiego wojska dał, choć mógł go jako jedynaka zatrzymać.
— Niech idzie służyć Cesarzowi najjaśniejszemu — mówił Wojciech przed ludźmi i starostą, gdy syna dawał — niech służy tak jak ja służyłem, niech między mieszczanami, między panami rozumu się uczy, aby go miał jak wróci do domu i na gospodarstwie moim osiądzie!...
Pomimo że tak przed ludźmi mówił, jednak za synem żałował i choć dopiero drugi rok minął od kiedy Ilko poszedł, to dłużej nie mógł już wytrzymać i Chaima faktora do Krakowa posłał, żeby z doktorami wojskowymi pogadał, zapłacił wiele zechcą, żeby tylko syna mu do domu puścili.... Chaim wrócił bez pieniędzy, ale z dobrą wieścią: że Ilko za kilka dni po nim przyjedzie.... tymczasem już drugi tydzień od powrotu Chaima minął, a syna jak niema tak niema. Od kilku dni niepokój jakiś dręczył bogatego wójta, godzinami całemi stał we wrotach obejścia i przymglonym wzrokiem wpatrywał się na drogę wiodącą z Żabiego, na próżno — syn nie nadchodził.
Tego samego poranku, kiedy Rina cyganka przyniosła Marice wieść o powrocie młodego Szwabiuka, Wojciech uczuwał najsroższy niepokój. Przed wschodem słońca zerwał się z pościeli i łaził po całem obejściu łając czeladź i gderząc bez ustanku. Nie wiedział sam co począć: czy czekać cierpliwie, czy wysyłać kogo za synem, czy jechać samemu? Godziny poranne mijały, a on nie zdecydował się na nic stanowczego. Gdy tak zadumany stał przy wrotach, nagle bury psisko „hauczyk“ zaszczekał głośno, a później zaczął wyć przeraźliwie; wstrząsnął się stary, dreszcz jakiś go przeszedł i z przesadną obawą wyglądnął na drogę. O kilkanaście zaledwie kroków od wrót szła stara cyganka Rina i ujrzawszy wójta, zaczęła mu dawać rękoma jakieś radosne znaki porozumienia.
— Czart cię nosi stara wiedźmo! — zawołał do niej z gniewem wójt — doczekasz się tego czarownico, że cię żandarmom wydam i....
— Żandarmom mnie nie wydasz braciszku — odrzekła śmiejąc się ironicznie cyganka — kruk krukowi oka nie wykole.
— Jaki ja ci brat? Gdzie wronie do kruka! Znam nie jedną twoją sprawkę i jak mi tylko po nad rzeką między ludźmi będziesz się wałęsać, to oddam cię żandarmom — wołał, wpadając w srogi gniew. — Znam twoje roboty!...
— No jeśli znasz to dobrze, to nie za jedną powinieneś mi być wdzięczny.... Ha! co?.. Za Marikę? ha! — i śmiała się wiedźma obrzydliwie.... Po chwili podeszła do samych wrót i oparłszy się na kiju, przechyliła całą swą zgarbioną postać naprzód i zawołała głośno: — Hej kumie Wojtku! Hej Szwabiuku bogaczu sławny i wójcie możny! Każ-no zabić wołu i barana, bo wielką radość mieć będziesz.
— Jaką radość? — zapytał i drżeć cały począł.
— Widzisz kumie, ja nie taka jak ty, stara Rina dobrem za złe płaci.... Ciesz się nietoperzu bracie, twój szczeniuk z cesarskcih hułanów powrócił.
— Gdzie? Kiedy? To nie może być.... do ojca by przyszedł.
— Cha! Cha! Cha! Do ojca? — śmiała się cyganka — także miałby się do kogo spieszyć! hi! hi! Do lubaski mu spieszniej, ciebie stary nietoperzu będzie miał do woli. Do lubaski! do lubaski!
— Przez dyabła rogatego! gadajże rozumnie wiedźmo! — zawołał stary. — Gdzie on? Gdzie Eliasz?...
— U Aniki Dudiakowej! U Aniki! braciszku — mówiła śmiejąc się ciągle. — W karczmie u Judki rudego wczoraj bal sprawił parobkom, a ztamtąd poprowadził Anikę do domu.... Poprowadził biedaczkę samotnicę, męża nie ma w domu to on ją zabawiał.... Dobre ma serce twój szczeniak Wojciechu.... oh dobre!...
Przy słowach cyganki twarz starego Wojciecha rozchmurzać się zaczęła, oczy mu jaśniej zaświeciły, wreszcie zawołał:
— Powiedz prawdę dyablico! Powiedz prawdę: czy on w rzeczy samej już przyszedł?
— Tak jak teraz słońce świeci, tak jak teraz dzień jasny! Każ braciszku wołu rznąć, bo tylko co go nie widać.... Od północy do teraz dość miał czasu nacieszyć się lubaską.... Tylko co go nie widać.... A ot! patrz! patrz kumie! Tam na prawo na krętym płaju miga sina kurtka i czerwona czapka.... To on! Patrz jaki jasny idzie w słonecznym blasku.
Wójt nie odpowiadał, tylko przesłoniwszy oczy dłonią wpatrywał się we wskazane przez cygankę miejsce. Wreszcie dłonie od czoła usunął, z niezwyczajną w jego wieku szybkością przez wrota przesadził i zaczął biedz ku ścieżynie, ciągnącej się od połonin.
— Hej! Czekajno braciszku, czekaj kumie! — wołała biegnąc za nim cyganka. Daj co Rinie za wiadomość! Daj co za nowinę!
Wojciech sięgnął do pasa i znalazłszy tam srebrnego guldena cisnął go cygance, sam zaś pobiegł naprzeciw syna, który już wychodził ze świerkowych zarośli.
— Będziesz miał z niego pociechę, oh! będziesz miał — szeptała stara ze złością, chowając talara do małej skórzanej torebki — będziesz miał skąpcze! będziesz miał czartowski kumie! będziesz miał rezuniu!... Rina ci się postara, żebyś się wnuków dochował. I śmiała się głosem puhacza.
Tymczasem ojciec spotkał się z synem.
Ułan ujrzawszy zadyszanego, potem okrytego starca, stanął i z pewną bojaźnią i uszanowaniem, odkrywszy głowę, w rękę go pocałował, — Ilku! Synu! — zawołał stary ściskając go. Czyś ty miał sumienie do baby iść nim się z ojcem przywitać?
— Eh! wielka sztuka! — odrzekł syn prostując się i powracając do swej zwykłej zawadyackiej miny — z wami ojcze to i po dniu się przywitam.... a z Aniką.... to lepiej w nocy. Ha! ha! ha! Ona po nocy milsza i ładniejsza. I śmiał się z lekceważeniem.
— Ej! chłopcze.... Ej! synu — odrzekł cicho, z dziwnym jakimś smutkiem stary — Zginiesz marnie przez te baby... Zginiesz!...
Syn popatrzył nań z niekłamanem zadziwieniem i zatrzymując się na chwilkę zapytał:
— Co?... Jak ojciec mówi?... Taż ty sam stary naraiłeś mi tę Anikę.... Zapomniałeś jak cię błagałem, jak u nóg ci się włóczyłem, żebyś mi pozwolił swatać[21] wdowią córkę, Marikę... Śmiałeś się ze mnie, mówiłeś żem głupi, świat sobie jedną babą zawiązywać.... A teraz łajcie! Za co? Zato, żem jedną noc później do chaty przyszedł... Ona nie pierwsza i nie ostatnia!... Kiedy sercu nie dogodziłem niech choć ciału dogodzę!...
Mówił, zapalając się coraz bardziej, na twarzy płonął mu silny rumieniec, a czarne oczy tak pałały, że zdawało się, iż skry się z nich sypią. Na twarzy starego malował się strach jakiś i wahanie i dziwna niepewność; gdy syn przerwał na chwilę słowa dla nabrania oddechu, stary szepnął:
— Pewno! pewno chłopcze!... Bronić ci nie bronię!... Tylko widzisz, żebyś się znowu nie zadurzył w jakiej.... a ja bym chciał gdzieś po ludzku cię ożenić.... Chciałbym wnuków się doczekać — szepnął ciszej jeszcze.
— Jak czas przyjdzie to się ożenię z kim każecie! — odrzekł syn. Teraz wolę mi dajcie! Posłuchałem was, grzech na sumienie wziąłem i dziewczynie życie zmarnowałem.... Co mi teraz? Co? Niech choć życia użyję za wasz grosz! Wnuków!... Wnuków ci się chce stary! Po Podgórzu ich szukaj! I szedł dalej milcząc już, tylko śmiał się sucho, bezdźwięcznie.
I stary zamilkł, pospieszając za synem, dopiero nieopodal od wrót obejścia znowu zapytał:
— Którędyś jechał? — Od Kołomyi eizenbanem.... stamtąd przez Kossów do Żabiego forszpanem.... no, a z Żabiego piechotą.... Poszlijcie kogo do Mendla w Żabiu... po moje tertiło!...[22]
— A u starosty w Kossowie czyś się meldował?
— Byłem, ale starosty samego nie zastałem; dałem reńskiego staremu kanceliście Knopfowi to i zapisał mój abszyt do meldunkowej książki.
— Źle! źle, żeś u samego starosty nie był! — mruczał stary. Musisz jeszcze pojechać! Mnie życia nie długo, trzeba, żeby cię starosta znał... żeby wiedział o tobie, jak umrę, żeby ciebie kazał na wójta wybrać, nie tego opryszka Semaniuka, co go szelmy hucuły na mego następcę rychtują.
— Oh! Coś nowego! — zawołał ułan i rozśmiał się wesoło. Ty ojcze jeszcze mnie przeżyjesz.... Mnie hulanka teraz po głowie nie wójtostwo.... Gdzie mnie tam jeszcze o tem myśleć.
— Myśl! Ja ci mówię myśl synu! — przerwał mu stary i znowu wstrząsnął się cały. Widzisz! — dodał uśmiechając się smutnie — śmierć mi w oczy zagląda.... Ah! a czasem... czasem... straszne mam sny... straszne... czerwone... br! br! — i zakrył oczy dłonią i już do samej chaty nie rzekł ani słowa.
Wieczorem tego dnia, na dziedzińcu Szwabiukowej chaty, grała muzyka, a młodzież z najdalszych nawet sadyb, położonych nad czarnym Czeremoszem zbiegła się na tańce i poczęstunek. Stary wójt wbrew swemu zwyczajowi był wesoły i dziwnie uprzejmy dla wszystkich, dziewczętom i mołodycom komplimenty prawił; Anikę Dudiakową w chacie, na ławie, na głównem miejscu posadził i wina jej nalewał; z gazdami i parobkami rozmawiał długo i grzecznie.... Ujął też za serce dobroduszny lud do tego stopnia, że gdy zmierzchło się, to parobcy głośno krzyczeć zaczęli, że do śmierci innych rządów nie chcą tylko Szwabiukowych.
— Jak stary zaniemoże — wołali do Ilka — to ciebie na wójta wybierzemy i tak już będzie, dopóki ród twój będzie żyć w tych górach.
Na uczcie tej była cała prawie ludność, należąca do gminy podległej władzy starego Szwabiuka, nawet stary dobrodziej, proboszcz zjawił się na chwilę i siedział na tem samem miejscu, na którem prezydowała nie dawno Anika, tylko jednego Andrija Semaniuka i jego pięknej żony nie było.
— Stary opryszek jak niedźwiedź w jamie siedzi! — szeptali półgłosem dobrze już podochoceni gazdowie — nie łaskaw zejść w dolinę nad rzekę z narodem chrześciańskim, z gazdami-sąsiadami poweselić się trochę.
— Dajcie mu pokój! — odpowiadał Szwabiuk — po świecie on szerokim brodził, życie tajone prowadził.... nie rad się z wójtem a może i żandarmami spotykać.... Oh! nie rad.... Ja mu daję spokój.... choć! choć. Tu uśmiechał się tajemniczo i szedł dalej, a pozostali huculi szeptali:
— Nasz wójt na tego opryszka, musi coś wiedzieć.... Oh! musi. Tylko nie powie.... nam nie powie, chyba samemu staroście w Kossowie jak pora ta i godzina nadejdzie.
Pomysł fety wydanej na przyjście syna był genialny. Popularność Szwabiuka wzrosła do niebywałych przed tem nigdy rozmiarów; między na wpół dzikimi hucułami „papką i czapką“ jednał on serca, tak samo jak pośród karmazynowej braci szlachty. W kilka dni później głośno już ludzie mówili sobie:
— Coż, że stary był ciężki a srogi dla narodu? Ale on za to przyjmować umie uczciwie.... A już jego syn to całkiem nasz, z matki huculska krew w nim płynie, serce ma z wosku a słowa z miodu.... Hulaka to hulaka! ale przez to hucuł sprawiedliwy.
Nie nudził się Ilko w ojcowskiej chacie. Co prawda nie wiele w niej przesiadywał. Jego przybycie dało hasło do rozpoczęcia okresu hulanki, hulanki strasznej, nieokiełzanej, hulanki takiej jakiej nie znają inne słowiańskie plemiona; chyba tylko pomiędzy zaporożcami w ubiegłych wiekach, lub pośród hajduków bałkańskich zabawy tego rodzaju kwitły. Dziwne to huculskie plemię: rysami twarzy i budową ciała różne od rasy słowiańskiej, tylko mową i tą miękością gołębią w życiu rodzinnem przypomina swych pobratymców z równin i lasów; podniecone jednak trunkiem lub namiętnością od razu zaznacza swą odrębność. Zemsta osobista i nieposzanowanie węzłów małżeńskich — oto dwa kardynalne rysy plemienia huculskiego, to dwie największe wady.
Młody ułan stał się jawnym kochankiem.... lubasem, jak huculi mówią, Aniki Dudiakowej.... Mąż jej nic nie miał przeciw temu, uważał wójtowego syna za przyjaciela, pił z nim razem, razem chodził zasiadać na niedźwiedzia, lub strzelać kozły w kameralnych kniejach.... A wtedy zaś, gdy dla zarobku szedł ze spławem drzewa w dół rzeki, powierzał mu żonę w opiekę i pozwalał, by z nim chodziła na muzykę do karczmy lub na okazyę do sąsiadów....
I nikt się temu nie dziwił?... Nie!... Był jeden człowiek, który inne miał zdanie. Raz Dudiak podchmielony wracał do domu zostawiwszy zonę w karczmie pod opieką Szwabiuka. Na drodze spotkał Andrija Semeniuka, skłonił mu się uniżenie jak bohatyrowi należy i chciał minąć.... Andrij jednak stanął mu na drodze i pierwszy przemówił:
— He! Hryńku Dudiaku, gazdo i pobratymie!... wódkiś się napił do syta, a gdzieżeś to żonę zostawił?
— Żonę? hi! hi! — zaśmiał się głupkowato pijany góral — żona tańcuje tam z cesarskim hułanem, z wójtowym synem.... Co ci do tego gazdo Andriju? — dodał po chwili, podpierając się w boki i przybierając zawadyacką minę....
— Mnie? pewno że nic! — odrzekł Andrij — ale z ciebie ludzie się śmieją.... Mówią, żeś za wódkę i pieniądze żonę Szwabiukowi sprzedał.... Rozpusta to i hańba, ślub brałeś!...
— Co ci do tego? — zawołał porywczo Hryńko, chwytając za toporek — będziesz gadał jak do twojej mołodycy zacznie chodzić.... Tyś stary, grzybie.... on młody.... zobaczysz!....
Na suchej, niby rzeźbionej twarzy Andrija, mignęła błyskawica gniewu, potężną dłonią chwycił z rąk pijanego górala toporek i złamawszy go jak pręcik cisnął za rozścielający się tuż obok parów.... Później rzekł mu przyciszonym, ale drżącym z gniewu głosem:
— Głupiś! głupiś Hryńku.... Głupszy i podlejszy niż najpodlejszy mój byk!... Gdyby nie to, to ubiłbym cię jak psa.... Moja żona, zawołał, zapalając się i nie hamując już głosu — moja żona jest uczciwa gazdynia i zasię do niej takim hultajom jak Szwabiuk!... Rozumiesz! Zasię! Jakby się odważył na nią oczy podnieść to.... to.... ubiłbym jak psa wściekłego.... Rozumiesz! Powiedz mu to!
Hryń uciekł i dopiero, gdy był ze sto sążni ponad Andrijem, zawołał:
— Zobaczymy!




IV.

Po tej rozmowie Andrij wzburzony, rozszalały wracał do domu.
Więcej niż dwa razy starszy ożenił się z dziewiętnasto-letnią Mariką; kochał ją po swojemu dziko i namiętnie.... Poetyczna, samowolna dusza opryszka dała się unieść, nasycić miłością do cudownie pięknej kobiety. Żeniąc się nie rozumował, nie zastanawiał się nad niczem; dziś rozwaga, zbudzona słowami na pół pijanego, upodlonego hucuła, dziwne mu myśli nasuwała. Straszną gorycz uczuł w sercu na samą myśl — prawdopodobieństwa zdrady ze strony ukochanej żony, kurczowo ściskał niesiony kris[23] w dłoni.
Nagle stanął, ujrzał na dwieście może kroków krążącego, na łup polującego jastrząbka, w jednej chwili podniósł strzelbę do ramienia, strzał padł, kula trafiła w cel i drapieżny ptak, zataczając w powietrzu wielkie kręgi, martwy padł w dziki parów. Po tym strzale, twarz Andrija rozpogodziła się nagle.
— Tak i jemuby było! — szepnął przez zęby i ruszył spieszniej do domu.
W drzwiach chaty ujrzał żonę, która usłyszawszy strzał i ujrzawszy z daleka nadchodzącego męża, wyszła na jego spotkanie. Marika była blada i mizerna; szafirowe jej oczy były okrążone ciemną, granatową obwódką, która jeszcze podnosiła dziwną białość jej twarzy. Andrij popatrzył na nią badawczo i przenikliwie i po raz pierwszy może ujrzał jej bladość, wypieczone na policzkach rumieńce i wargi spieczone.
— Na miłość Boga, co ci jest kobieto? — zawołał ściskając ją. — Ona popatrzyła nań ze ździwieniem; czuła; że coś niezwyczajnego spotkać go musiało, nigdy w ten sposób z nią się nie witał, nie ściskał jej tak gwałtownie i namiętnie.
— Mariko tyś ciągle chora! — wołał głosem, w którym dźwięczała obawa i troskliwość. — Chcesz czy nie chcesz, a ja ci sprowadzę wróżbitów i znachorów z całego świata, po Ilonkę cygankę sławną w siedmiogrodzkie góry poszlę, niech cię ratuje.... Mariko!...
— Nie obawiajcie się Andriju! Nic mi nie jest i nie będzie — odrzekła ze zdziwieniem nań patrząc. — Ot lepiej powiedzcie mnie — dodała po chwili z pewnem wahaniem — co wam się zdarzyło? Ja wiem, ja czuję, że coś niemiłego was spotkało.
— Eh! głupstwo! — zawołał mąż uśmiechając się z przymusem. — Durnia tego, gałgana tego, Hryńka Dudiaka spotkałem, no i wyłajałem go za to, że pozwala swej żonie zakałę gromadzie robić, że pozwala jej publicznie z tym ladaco Szwabiukiem po karczmach się włóczyć... On coś odpowiedział....
Marika przy tych słowach męża to bladła, to ponsowiała, oddychała pospiesznie, a pierś jej podnosiła się gwałtownie, oczami jakby zawisła na ustach męża.
— A on co? — zapytała bez tchu prawie.
— Ah! Co taki dureń wie? — odrzekł niechętnie Andrij. — Zwyczajnie bydło... Powiedział, żebym swojej żony, nie jego, pilnował. Powiedział, że Szwabiuk do ciebie w zaloty posunie.
— Zasię mu! — zawołała ze straszną gwałtownością kobieta, a w głosie jej zadźwięczało coś niby zgrzyt żelaza po szkle.... Twarz jej zbladła nagle jeszcze bardziej, trupio prawie, całe ciało zesztywniało, a ręce wyciągnęła przed siebie jakby do obrony przed grożącem jej niebezpieczeństwem.
— Mariko, dziecko! — krzyknął przestraszony Andrij.
— Zasię mu! Zasię do mnie — wołała kobieta spazmatycznie, łkając to śmiejąc się na przemiany. — Zasię do gazdyni! Zasię do Semaniukowej żony!... Andriju, mężu mój ślubny, przysięgnij mi: że zabijesz go jak psa wściekłego, jeżeli poważy się na mnie oczy podnieść.... Zabić! zabić! Niech.... gi....nie!
Głosu jej zabrakło, śmiech ją zdławił, chwyciła się obu rękoma za piersi i jak martwa padła na stojącą przy drzwiach ławę.
Przestraszony mąż zaniósł ją na rękach do chaty i rozesłał wszystkich najmitów[24] szukać po górach za Riką cyganką.
Zanim cygankę odnaleziono i sprowadzono Marika, przyszła do siebie. Zamknęła się jednak w alkierzu i nie chciała odpowiadać na zapytania zaniepokojonego męża. Sama nie wiedziała, co jej jest, czuła jednak, że dziwne jakieś rzeczy w duszy się jej działy, dziwne a straszne.
Od powrotu Ilka cyganka wieści jej o nim przynosiła. Zrazu zdawało się jej, że ją to cieszy, iż on zapomniał o niej i za Aniką się włóczy. Coraz częściej jednak myślała o nim, o tym niewinnym.... W sercu jej rosły i potężniały różne uczucia naraz: nienawiść do wiarołomcy i chęć zemsty, zazdrość drapieżna.... i miłość, miłość jakaś dzika, nieokiełzana... Uczuwała czasem szaloną chęć uściskania tego pustego łeginia o dziwnych, cudnych, czarnych oczach, pragnęła uścisnąć go tak, żeby w szale i upojeniu on skonał w jej objęciach.... a ona przy jego trupie...
Żegnała się i modliła, na ofiary słała do sąsiednich cerkwi i skitów[25] dla odpędzenia pokusy — nic nie pomagało; czarne oczy i piękna twarz okolona jasnym włosem wracała jej przed wzrok duszy uparcie.
Sprowadzała wróżki i znachorów, kazała zdejmować uroki — i to nie pomagało, czarne oczy ciągle ją prześladowały.
Ni snu, ni czuwania spokojnego nie miała; noce spędzała wijąc się na pościeli; dnie trawiła w nudzie strasznej, nie do zniesienia.
Wyschła i zmizerniała straszliwie; oczy tylko szafirowe płonęły blaskiem dziwnym, nie ziemskim, żądza trawiąca ciało i duszę blask ten podnosiła.
Dom i mąż stali się dla niej nieznośnymi. Każdy uścisk męża palił ją, dotknięcia jego ręki stawały się dla niej równie bolesne jak dotknięcie rozpalonego żelaza; pieszczota — torturą.... A jednak i na myśl samą o Szwabiuku wzdragała się cała i śmierci mu życzyła i potępienia wiecznego i ognia piekielnego. Czuła, że on przyczyną jej męczarni, ze on życie jej zatruł swym oddechem zakażonym, swą pieszczotą lekkomyślną, a tak słodką.
Gdy cyganka nadeszła, Marika natychmiast ją wpuściła i znowu drzwi zaryglowała. Na uspakajające słowa Riny Andrij opuścił świetlicę i wyszedł obejrzeć gospodarstwo, korzystając z tego cyganka do Mariki szeptać zaczęła:
— Już prędko będzie koniec twej niedoli, gołąbko moja słodka.... Sokół twój tamtą wronę porzuci, znudziła go, znudziła.... Gdzie jej sokoła hołubić.
— Milcz stara! — wołała niecierpliwie broniąca się przed pokusą kobieta, jednak słuchała dalej.
— Wczoraj, wczoraj w nocy — ciągnęła dalej cyganka, nie zważając na słowa Mariki — bili się w karczmie, a później on ją na płaju pijanią zostawił.... Dziś rano spotkał mnie przed karczmą Judki i pytał mnie o ciebie zazulo ty moja złocista.... Mówił, że stary życie mu spaskudził, bo swatać mu ciebie nie pozwolił... Mówił, że choć raz jeszcze w życiu chciałby cię zobaczyć, twoją liliową twarz pocałować.
— Zasię mu! — zawołała kobieta wybuchając znowu kurczowem łkaniem — powiedz mu — mówiła przez zły — niech się nie waży.... bo.... bo Semaniuk jak psa go zastrzeli.
— Eh! Ułana cesarskiego nie zastrzeli — przerwała machając lekceważąco ręką cyganka — zresztą czy on ma zaraz wiedzieć o tem, on po połoninach, po miastach zwija, do Węgier gdzieś jeździ, czasem całymi dniami, całymi tygodniami w domu go nie ma. Czy jemu zaraz wszystko wiedzieć?
— Teraz ciągle w domu siedzi — odrzekła niby namyślając się, czy wahając Marika.
— Sposób i na niego znaleźć można, żebyś ty tylko zazulo zechciała.
— Nie! Nie kuś mnie szatanico — zawołała porywczo — nie kuś mnie, bo nieszczęście jakieś sprowadzisz.... I tak już dość.... Krew! krew! — zawołała zasłaniając oczy — czerwono!... I znowu zesztywniała.
Z trudnością cyganka ją docuciła.
Gdy Andrij powrócił do chaty i począł pytać Rinę: o przyczynę niezdrowia żony.
— W niewoli ją trzymasz! — odrzekła mu cyganka porywczo. — Młodą żonę wziąłeś, a każesz jej jak starej chaty tylko pilnować. Świata, ni ludzi nie widzi biedaczka! Na muzyce nie była od kiedy za mąż poszła.
— A czy ja jej bronię! odrzekł niecierpliwie. — Słowa mi nigdy nie powiedziała.
— Eh! Ona nie taka, żeby się sama zabawy dopraszała — mówiła stara dalej — wy sami gazdo ją namówcie.... Ona nie wie, co jej brakuje.... Puśćcie ją raz, drugi na zabawę, zobaczycie zaraz jak jej liczko poróżowieje.... Młodość młodością.... a ona taka, że wam wstydu nie zrobi!... Ona nie taka jak Anika Dudiakowa.
— Pewno, że nie taka! — zawołał Andrij — dla tego nie bronię jej. Niech idzie! Niech idzie kiedy zechce — i skierował się do alkierza.
— Czekajcie! — szepnęła cyganka i chwytając go za rękaw guni. — Teraz jej nie mówcie nic! Tem coście jej o Szwabiuku powiedzieli, wzburzyliście w niej krew tak, że z żółcią się pomieszała, a jakbyście jej teraz mówili o muzyce to ona na przekorę powie: że nie pójdzie! Czekajcie aż uspokoi się krew, aż żółć odejdzie.
Andrij słuchał we wszystkiem teraz rad cyganki, obawa o zdrowie Mariki zmuszała go do tego. Stara Rina na dobre rozgospodarowała się w Semaniukowej chacie; pod pozorem, że czuwa nad Mariką, i dnie i noce spędzała stara wiedźma w sadybie Andrija. Czasami tylko znikała na kilka godzin, później, wróciwszy, szeptała coś z cicha Marice, a od wieści tych krew gwałtownie nabiegała do mózgu rozstrojonej nerwowo kobiety, pulsa jej biły gwałtownie, a w piersi żal jakiś uczuwała, żądza jakaś paląca w ciele się jej gnieździła.
Dnie teraz były cudnie piękne, słoneczne ale — jak na czerwiec w górach — przedwcześnie upalne. Wietrzyk żaden nie poruszał rozpalonego powietrza, a jakieś mgły i opary, z topniejących po szczytach i parowach śniegów sprawiały: że powietrze to upajało i odurzało. Upałem przedwczesnym pobudzona wegetacya rozwinęła się bujnie połoniny i pastwiska na stokach gór ukryły się dywanami różnobarwnych kwiatów, a woń ich mieszając się z zapachem wydzielającym się z lasów szpilkowych, nasycała całą atmosferę, dziwnie działającym na nerwy aromatem. Tchnienie miłości, lubieżnej i zmysłowej wraz z wdychanem powietrzem wpływało w krew ludzką.
Marika pobudzana jeszcze namowami cyganki, poddawać się zaczęła z lubością temu tchnieniu, tym szeptom rozkoszy dyszącej przyrody. Opanowała ją niby senność jakaś pełna marzeń i widziadeł rozkosznych.... Siły ją opuszczały, traciła ochotę i możność do dalszej walki i skrupuły rozpływały się w woni kwiatów karpackich.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

I z Ilkiem niezwyczajne rzeczy się działy.
Młody, zuchowaty i zawadyacki ułan wpadł w ostatnich czasach w jakąś niezwykłą melancholię. Z Aniką zerwał zupełnie, od dwóch tygodni ani jednej pohulanki towarzyszom nie wyprawił, z domu znikał i dniami całymi błądził gdzieś po górach. Rina cyganka często nawiedzała wójtowe obejście i na uboczu, pod starem wiśniowem drzewem szeptała z młodym ułanem.
— We łzach gołąbka twoja tonie — mówiła mu cyganka — dawne kochanie zagościło znowu do jej serca.... Ciężkie życie jej z nielubem.... Za tobą Ilku sokole tęskni, za tobą płacze!
— Oh! Ona mnie kochać już nie może — odpowiadał chłopak, smutnie spoglądając w około. Za srogo ją skrzywdziłem.... Żeby jakie kochanie — to zgaśnie od takiej krzywdy.... Zgaśnie! W nienawiść się zamieni!
— Zrazu tak! Przeklinała cię, nienawidziła — pocieszała strapionego parobka stara cyganka. — Teraz już wie.... ja jej powiedziałam, że nie twoja wola a wina była, że to stary Szwabiuk umyślnie cię do wojska dał.
— A Anika co? — wołał łamiąc dłonie Ilko. — Przecież o Anice ona wie.
— A onaż sama z żalu zamąż nie poszła? co? — tłómaczyła dalej. — Żal miary nie ma! W żalu człowiek zabić może. Nie sumuj Ilku, oczu czarnych nie wypłakuj! Ona będzie twoja, bo ja tak chcę. Rina stara tak chce!
I mówiła prawdę. Chciała w rzeczy samej, żeby Marika znowu stała się lubaską Szwabiukowego syna, byłoby to bowiem niewyczerpane źródło dochodu dla niej, dla Riny. Namowami swojemi rozdmuchała stara wiedźma w tych dwóch dawniej kochających się sercach, żądzę posiadania się znowu. W piersi Mariki był to ponury, złowrogi płomień, wydający czarne, duszące i odurzające dymy; nieszczęśliwa kobieta sama nie wiedziała czego pragnie i gdzie dąży, obłok pożądliwości oczy jej przesłonił i szła na oślep... ku przepaści!
Ilko nie doświadczał tak strasznych tortur, miał inną, pogodniejszą, weselszą naturę nadwiślańskich mieszkańców, tylko w małej części zabarwioną huculskim sentymentalizmem.... Brał życie z bardziej powierzchownej strony.... Anika go nudziła, Semaniukową kochał dawniej, teraz wrócił by z ochotą do dawnej kochanki.... Wróciłby, coś mu jednak szeptało w duszy, coś przestrzegało — mimo zapewnień Riny — że w sercu Mariki nienawiść zmięszała się z dawną miłością i kto, wie czy jej nie zagłuszyła zupełnie. Były chwile, że obawiał się zemsty, nie długo jednak one trwały. Uśmiechał się po nich lekceważąco ufny w swą piękność i siłę swych muszkułów. Nie była to miłość duchowa — tylko żądza lekkomyślnego chłopaka, pragnącego zyskać nową kochankę na miejsce dawnej, która mu zbrzydła.
Ilko zaczął krążyć godzinami wokoło chaty Semaniuka.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Taktyka Riny wydała bujne plony. Pewnej soboty zapowiedział Andrij, mającej się tego dnia prawie zupełnie dobrze, Marice: że nazajutrz rusza ze stadem opasowych skopów do Kut, a jeżeli tam nie sprzeda na wtorkowym jarmarku, to popędzi stado aż do Śniatyna, na targ czwartkowy.

— Nie zostawiajcie mnie samej! — zawołała drżącym głosem przerażona kobieta. Nuda mnie bez was zabije!
— Nie wydziwiaj kobieto! — odparł wesoło mąż, rad z tej oznaki przywiązania. Ot jutro niedziela, muzyka będzie na bazarze w Jaworniku.... Jedź, zabaw się, potańcz! Tak jak inne robią! Niech ludzie nie mówią: że przez starego męża twój młody wiek przepada.
— Jakże to? tak bez was? — pytała dalej wahającym głosem i czuła, że całe jej ciało przechodził prąd jakiś dziwny, niby strumienie kipiątku strasznego, a jednak rozkosznego.
— A bezemnie! Któraż mołodyca u nas ciągnie męża za sobą na muzykę?... Ty możesz jechać sama choćby do Szigetu, albo Kołomyi.... ludzie znają mnie i moją rękę! nikt ci krzywdy nie zrobi!... Tyś bezpieczna!
Słuchała słów męża, nie rozumiała jednak ich znaczenia, nie słyszała ich nawet. Upojenie i szał jakiś lubieżny opanowywał każdy jej nerw po kolei, sciskał dziwnie jej serce i wzrok mgłą słodką przesłaniał.
— Sam tego chce! Stary dziad sam mnie tamtemu w ręce wpycha — usprawiedliwiała się w myśli. A jednak: nic z tego! Zasię mu do mnie! — broniła się w myśli resztkami woli. Choć ten mi obrzydliwy — to i tamtego nienawidzę.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Mimo tych skrupułów spóźnionych, tego wieczoru jeszcze Rina cyganka doniosła Ilkowi: że Marika będzie jutro sama na muzyce w jawornickim bazarze.




V.

„Bazarem jawornickim“ nazywa lud huculski karczmę, należącą do zarządu dóbr państwowych w Jaworniku. Karczma ta obszerna i porządnie zbudowana, stoi obok nowej drogi, wijącej się po nad korytem Czeremoszu, a prowadzącej z Żabiego do zakładu kąpielowego w Burkucie.
Owej niedzieli, kiedy Andrij Semaniuk wybrał się z owcami na targ do Kut, od południa już gwarno było „na bazarze.“ Ludzie którzy zeszli się byli na nabożeństwo do jawornickiej cerkiewki, po „służbie Bożej“ tłumnie zebrali się na odpoczynek... w karczmie. Całe podsienie zapchane było wierzchowymi i pociągowymi końmi; nie wszystkie jednak znalazły tam przytułek, kilkanaście tych krępych, małych, lecz ogromnie pewnych i silnych koników stało uwiązanych do żerdzi otaczających bazar. W izbie szynkowej na poczesnem miejscu, pod cesarskim portretem, siedział cygan Szandor ze swym synkiem Kieroszem i obaj spoglądali wzrokiem pełnym jakiejś melancholijnej ironii na hucułów, ściągających się coraz tłumniej na zabawę i traktament. Oleksa Sawycz skrzypek-samouczek, siedział obok cyganów w kącie izby i machinalnie wodził smyczkiem po strunach; przyciszone dźwięki wydobywające się z pierwotnego instrumentu, były jakieś smętne i ponure, przywodziły na pamięć gwizdy i jęki wichrów górnych, szalejących pomiędzy szczytami, po równinach połonin.... Oleksa, niepodniecony trunkiem i hulaszezem towarzystwem łeginiów, był zawsze smutny i grać wesoło nie umiał — tylko do tańca.
Pewne wrażenie i ożywienie wywołał przyjazd Ilka Szwabiuka.... Przyjechał on — jak na bogackiego syna przystało — strojnie i hucznie. Kilkunastu łeginiów z niższego biegu rzeki, sąsiadów i przyjaciół towarzyszyło wójtowemu synowi. Przystrojony już po huculsku, w haftowanej koszuli, przepasanej szerokim na pół łokcia pasem, w kapeluszu strojnym w pawie pióra, z toporkiem w ręku, a pistoletami za pasem, siedział na karym koniku, który był i większy i piękniejszy od wierzchowców otaczających go towarzyszy. Obok Ilka jechał Semań Ruńka, w ubraniu może jeszcze strojniejszem, tylko na dużo lichszym, starym, dereszowatym koniu. Po za tymi dwoma przewódcami cisnęło się kilkunastu innych jeźdźców, którzy spychali jeden drugiego z drogi, potrącali się, byleby być bliżej dwóch prowodyrów.
Gospodarz bazaru, mały garbaty żydek, wybiegł na powitanie wójtowego syna i sam mu potrzymał konia przy zsiadanuu, później wypchnąwszy na plac przed karczmą kilka nędzniejszych koników, karego Szwabinkowego wierzchowca ulokował na ich miejscu i rzucił mu obfitą wiązkę siana za drabinę.
Zebrani parobcy okrzykiem radości witali nowoprzybyłych, i z miejsca zachęcali do rozpoczęcia pohulanki; żyd gospodarz z pewną ostentacyą ulokował za szynkwasem pełną, nie nadpoczętą beczułkę węgierskiego wina.... Usposobienie jednak Szwabiuka było dziś niezwykłe jakieś: pić nie chciał, na żarty dziewcząt i mołodyc nie odpowiadał nawet, milcząco przecisnął się przez tłum, zalegający izbę szynkową i ulokował się obok Oleksy.
Zamyślony muzyk kiwnął mu głową na powitanie, nie przerywając swej melancholijnej improwizacyi. Ilko słuchał i zamyślał się coraz smutniej. Nagle, uderzając Oleksę po ramieniu zawołał:
— Bracie Sawiczu, zagraj mi tak, żeby smutek mnie opuścił, żeby mi krew po dawnemu w żyłach popłynęła, żebym się mógł zaśmiać wesoło.... Zagraj mi tak, a sprowadzę ci takie skrzypce, jakich jeszcze w górach nikt nie widział.... dam ci takie na jakich dla magnackich córek grają, kiedy się im na taniec zechce iść.... Słyszysz?... No graj, graj Sawicz!...
Z początku, przy słowach Ilka, oczy muzykanta zaiskrzyły się pożądliwie, po chwilowym jednak namyśle blask oczu zgasł znowu i Oleksa szepnął smutno:
— Nie mam ja siły grać tak! Gdybym umiał, to nasamprzód sobie bym zagrał.... Smutek i nuda obsiadły twoją duszę, a na to żadne granie nie pomoże!... Nie pomoże! Oh nie!
Zamilkł i znowu dały się słyszeć tęskne przyciszone tony. Oleksa, od czasu kiedy napróżno ubiegał się o łaskę pięknej Mariki, gdy była jeszcze niezamężną, zapomniał grać wesoło; smutne tylko melodye ze strun jego skrzypiec wypływały... Czasem tylko, gdy na pocieszenie wódki się do syta opił — to dawne wesołe czasy przypominał sobie i wesołe tony ludziom na pastwę rzucał. Niestety, co raz częściej tego narkotyku używał.... Tak często, że go już ludzie nazywali: Oleksą muzyką, lub Oleksą... pijakiem.
Około trzeciej godziny z południa, gdy już zabawa szła ochoczo, gdy już muzyka rzępoliła od ucha, a co gorętsi parobcy wybijali prysiudy, rozległ się nagle szum jakiś przed bazarem.
— Patrzcie! patrzcie braty! wołał Semań Ruńka, przerywając taniec. — Niech mnie zwierz rozszarpie, jeżeli to nieprawda!... Patrzcie! Cud się stał, Marika Semaniukowa ze swoją cyganką tu jedzie....
Wrażenie wywołane temi słowami było wielkie.... Muzyka grać przestała, taniec przerwano, a młodzież cała cisnęła się do rogu karczmy, aby ztamtąd spojrzeć na przybywającą. Ilko Szwabiuk cisnął się między pierwszymi, rozpychał parobków, potrącał dziewczęta, wreszcie znalazł się na przodzie, mógł patrzeć.... I zobaczył: Na ślicznym, karym koniu, siedząc po męsku, jechała Marika.... Upał dnia i zmęczenie zarumieniły jej twarz, tak, że ślady bladości znikły zupełnie; była tak piękna, jak dawniej, piękniejsza nawet może, bo twarz jej wyszczuplała, a przez to profil stał się ostrzejszy, usta delikatnie zarysowane, a oczy bardziej wyraziste i głębiej osadzone. Kary konik na widok takiego tłumu koni i ludzi uszy wzniósł w górę i z widocznym strachem spoglądał wokoło, widocznem było, że miał ochotę spłoszyć się i umknąć w bok; silna jednak ręka wprawnej mołodycy trzymała go na wodzy; szedł więc prychając trwożliwie, szyję zgiął, głowę pochylił ku szerokiej piersi i żuł zajadle wędzidło, tocząc przytem z pyska białą pianę, spadającą mu wielkimi kawałami na piersi i nogi.
Zanim stanęła przed bramą karczmy, rozległ się gwar i hałas, a po nad nią wzbił się jeden okrzyk, wzniesiony przez parobków:
— Witaj nam piękna Mariko!... Witaj Semaniukowa gazdyni! Witaj najpiękniejsza!...
Ona już stała pośród tego tłumu, serce jej biło, krew do głowy uderzała.... Przypomniała sobie dawne dzieje.... I dawniej przyjmowano ją z takim zapałem, przyjmowano ją, choć przychodziła na zabawy pieszo, a nie przyjeżdżała na drogocennym wierzchowcu, choć miała na sobie skromne odzienie, a nie korale i dukacze[26] ocenione na z górą tysiąc reńskich....
Ilko pierwszy podbiegł, aby jej pomódz z konia zsiąść. Kobieta wzdrygnęła się w pierwszej chwili, on oczy spuścił zawstydzony, po chwili jednak spojrzeli na siebie znowu.... i zapomnieli o świecie całym, ona oparła mu rękę na ramieniu, on ujął ją w pół wiotkiej kibici i przyciskając do wzburzonej piersi postawił obok siebie na ziemi.... Płomień przygasły, lecz tlejący zawsze w ich sercach, buchnął z całą siłą.... Marika nie czyniła mu najmniejszych wyrzutów, witała go tak, jak gdyby wczoraj się z nim rozstała, on musiał użyć całej siły panowania nad sobą, ażeby jej tu, wobec wszystkich ludzi, publicznie przed bazarem — nie pocałować w koralowe usta.
— Cyganka zaprowadziła konie do stajni, zabawa rozpoczęła się na nowo z jeszcze większem ożywieniem. Ilko Szwabiuk tańczył bez przestanku z Mariką. Pojętna tancerka w moment nauczyła się modnego już ówczas „obertasa“; skoczna muzyka upajała ją jeszcze bardziej, krew warem krążyła.... W upojeniu przytulała się do rosłego tancerza i zapominała o świecie całym.
Od czasu do czasu, przychodziły na nią chwile rozwagi.... Odsuwała się wówczas od Ilka i zastanawiała się, do czego ją to zapomnienie doprowadzić może.... Nie długo jednak chwile te trwały, szał był mocniejszy, oddawała mu się znowu zupełnie i opuściwszy się bezwładnie prawie w silne ramiona tancerza, mknęła dalej....
— Niech czart wszystko porwie! — szeptała w duszy. — Co mi tam! Raz matka rodziła, raz umrzeć muszę!
I tańczyła z taką zapamiętałością, że wszyscy obecni zwrócili na nią uwagę.
— Patrzcie! patrzcie! — szeptały starsze baby. — Jak ta Semaniukowa mołodyca ze Szwabiukowym łeginiem wywija. Dawne czasy przypomniała, dawne kochanie jej w głowie, dawnego lubasa do serca tuli.
Oleksa patrzył i serce mu się krajało i pił blaszankę wódki po blaszance i grał tak, że aż cyganie się dziwili i z niedowierzaniem nań spoglądali.... Skoczna nuta obertasa przybierała jakieś szatańskie, piekielne tony, wesołość tryskająca z tej muzyki nie była zdrową, ludzką wesołością, przypominała ów szał, który ogarnia skazanych na śmierć.
— Bracie Olekso — zapytał stary Szandor — gdzieś się tak grać nauczył?... Co to za granie? Mnie się zdaje, że w piekle tak grać musieli, kiedy żenił się stary belzebub.
— Być może! — odrzekł na wpół już pijany chłopak — Tak! tak grać dziś należy, bo to także czartowe wesele — i bryznął w uszy słuchaczy strasznym, zgrzytliwym dysonansem.
Około szóstej, gdy promienie słoneczne padały już wskośnie, muskając w swym pochodzie szczyty Pop Iwana — Marika tak uczuła się zmęczona, że dalej tańczyć nie mogła. Ilko i cyganka Rina odprowadzili ją do żydowskiego alkierza.
— Słuchaj wraży łeginiu — zawołała Marika, znalazłszy się za drzwiami alkierza. — Niech wszystko przepada!... Co mi tam!... Teraz idź sobie i za mną nie patrz nawet.... A.... a.... nim księżyc zejdzie.... bądź koło „puszkarskich skał“ tam opodal od „smotreżowego płaju“.... tam czekać cię będę... No idź! Idź już!
I odpychała go od siebie, nic to jednak nie pomagało, bo on ją przyciskał do piersi i usta jej całował.
— No idź już sobie, bo mnie więcej nie zobaczysz! Śmierć sobie zrobię, a twoją już nie będę.... No idź! idź!
Puścił i słowa nie rzekłszy, wyszedł z alkierza do szynkownej izby.
W kwadrans później Marika w towarzystwie Riny wyjechała stępo z karczmy, kierując się w dół rzeki ku swej sadybie.
Z jej wyjazdem zabawa nie ustała; rozhulani parobcy i dziewki tańczyli dalej zapamiętale; Oleksa popijał wódkę i grał zajadle.... Ilko jeden nie tańczył już, tylko opatrywał swego wierzchowca, przyciągał popręgi, wreszcie siadł na konia i zwracając na siebie ogólną uwagę i żegnając się prawie ze wszystkimi, wyjechał na drogę i skierował konia w górę biegu rzeki, ku węgierskiej granicy.
— Czemu nas opuszczasz? Którędy jedziesz? — wołali za nim parobcy.
— Muszę! — odpowiedział stanowczo — jutro jarmark w Kereszmezo, jadę dla starego kupić byczków na połoniny.... na węgierskiej stronie taniej.... I tak boję się, że będzie za późno, bowhary nasi jeszcze rano ruszyli.
Przy ostatnich słowach machnął na pożegnanie kapeluszem, zebrał konia wędzidłem i ruszył z miejsca galopem. Długo jeszcze migał się koń i jeździec na kręto wijącej się drożynie; przez luki pomiędzy budynkami na leżącymi do „kameralnej ekonomii“ widzieć można było pędzącego cwałem karego mierzyna i pochylonego po nad jego szyją rosłego jeźdzca; długo jeszcze tętent podków, uderzających o skalistą drogę mięszał się z dziką muzyką dwóch cyganów i pijanego już zupełnie Oleksy.
Jeździec popędził przed siebie, nie oglądając się. Przez kilka kilometrów równej, po nad rzeką wijącej się drogi nie wstrzymywał zupełnie ognistego wierzchowca; dopiero przed mostem, gdzie droga wiodąca do Burkutu przechodzi na lewy brzeg Czeremoszu — wstrzymał konia i opuszczając szeroką drogę skierował się na prawo; stępo przejechał obok zabudowań stojącej tu kolonii i wyjechał na drogę wiodącą do tartaków i zbiorników wody, sztucznych stawów, w których zatrzymują wodę, ażeby później puszczona, niosła na swym grzbiecie w dół, ku morzu Czarnemu, ciężkie tramy i świerki masztowe.
Opodal od stawu stoi chatka niemca strażnika.... tam Ilko zatrzymał się, z konia zsiadł i oddał go pod opiekę niemca, który wyszedł go przywitać.
— Na węgierską stronę muszę się dziś jeszcze dostać — rzekł do strażnika — ścieżki przykre i koń zawadzać mi będzie, zatrzymajcie go u siebie, jutro po niego przyjdę....
I nie wdając się w dalszą rozmowę, ruszył stromą ścieżką w górę. Nim słońce zaszło zupełnie, znalazł się na przełęczy pomiędzy Pop-Iwanem a Smotreżem na szerokim udeptanym płaju, po którym idą wszystkie karawany do Węgier. Tam jednak nie skierował się na południe, tylko zawrócił na małą ścieżynę wijącą się pomiędzy kosodrzewiną w dół stromych Smotrożowych stoków.
Noc się robić zaczęła, ciemność go otaczała, jaśniały jeszcze tylko dwa wyniosłe szczyty, a z poza przełęczy niby odblask łuny jakiejś, niby płomienie karmazynowe buchały z węgierskiej strony.... To blask zachodu złocił karpackie szczyty.
Młody hucuł szedł pospiesznie nie zważając na to, że ostry drobny żwir obuwie mu uszkadzał, nogi już nawet kaleczył.... Ścieżka stawała się coraz węższa, tak, że z trudnością zaledwie zdołał się przedzierać przez splecione gałęzie tej dziwnej rośliny, która ma giętkość węża w połączeniu z mocą świerków niebotycznych.... Nie zważał jednak na nic, krokiem ze ścieżyny nie zboczył, choć czuł, że z guni strzępki zostawały na gałęziach kosodrzewiny, a z łokci i ramion krew się ciepła sączyła.... Nie zważał on na to; namiętność go gnała....
Wreszcie wydobył się z pasu kosodrzewin.... Znalazł się na szerszej drodze, przeszedł strumyczek i zapuścił się w czarny świerkowy bór.... Już wkrótce znajdzie się u celu.... Serce raźniej mu uderzyło, zaczął mimo ciemnicy strasznej iść spieszniej, za kilka minut drzewa zrzadły, przed oczyma Ilka, przyzwyczajonemi do ciemnicy boru błysnął brzask jakiś jaśniejszy.... Stanął na chwilę, aby się zoryentować. Poznał miejsce wyraźnie.... Tak to tu! Nie zbłądził. Ujrzał przed sobą polanę w lesie, a na niej kamieni kilka, wąskich a wysokich, pionowo w górę strzelających. Brzask różowy na wschodzie, po nad szczytem Roztieżki rodzący się, pozwalał mu rozeznać dokładnie kontury i położenie miejscowości. — Tak to „puszkarskie skały“; w miejscowości tej przed laty rozegrał się jeden z tych dramatów, w które obfituje tradycya huculskiego ludu.... Znaleziono tu ongi sześć trupów puszkarzy mandatarskich... Kto ich pozabijał? W walce z kim życie oddali? — Śledztwo sądowe nie wykryło; tradycya ludowa utworzyła sobie na ten temat — kilka legend.
Ilko postąpił śmiało naprzód. Gdy znalazł się pomiędzy skałami, postać jakaś słuszna i wiotka podniosła się ze złomu skały, zbliżyła się do niego zarzuciła mu ręce na szyję i powitała namiętnym pocałunkiem....
Słowami nie wiele mówili do siebie, utonęli w rozkosznem upojeniu, które sprawiło, że oboje zapomnieli o całym otaczającym ich świecie.... Noc ta pogrążyła piękną Marikę w szale bolesnym, lecz tak upajającym, że boleść nawet staje się najwyższą rozkoszą.
— Co mi tam! co mi tam! — szeptała i wilgotnemi ustami całowała twarz i oczy parobka. ............

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Świt nadchodzącego poranku oprzytomnił kochanków.
Ilko usiadł na kamieniu i opuścił głowę na piersi, senne oczy kleiły się, spać mu się chciało.
Ona stała wyprostowana i sztywna niby jedna z otaczających ją skał, niby ich siostra rodzona. Spoglądała to na brzask rodzący się, to na tego usypiającego parobka. Wstręt jakiś nieopisany uczuła nasamprzód do siebie, później do niego, do wszystkiego na świecie... Kamienie i drzewa otaczające, wydawały jej się ohydnymi, brzask wschodu wstrętnym, szum Czeremoszu bezwstydnym.... Zaspokojona żądza cielesna opuściła ją zupełnie i wydała na pastwę wyrzutów sumienia i tortur duchowych.. Omal, że rąk własnych nie gryzła, tak się jej wstrętnem zdawało ciało własne. Spojrzała znowu na tego, który ją po raz wtóry w życiu z drogi obowiązku sprowadził.... I zaśmiała się ironicznie, konwulsyjnie.
Ilko siedział na złomie skały, otulił się poszarpaną we wczorajszej podróży gunią, głowę oparł o omszony kamień i usypiał.... Twarz miał zmęczoną, oczy zapadłe; a krew skrzepła na rękach i nogach sprawiała, że podobny był do włóczęgi jakiegoś. Toporek wysunął mu się z ręki i leżał tuż obok.
— Tfu! I jest przez kogo duszę gubić — pomyślała z goryczą. To nie on mnie opętał! Nie! To szatan przez niego!... Szatan! W nim jest czart! W starym rzezunie jest czart....
— Czart! czart! — szeptała, poruszając nieznacznie wargami, a słowo to miało dla niej dziwny jakiś, niewytłómaczony urok; lubowała się dźwiękiem tego strasznego imienia. Oczy jej przeniosły się z twarzy śpiącego łeginia na obok leżący toporek — i jak od iskry jednej wybucha mina, tak błyszczący ten przedmiot rozpłomienił w duszy Mariki pożar straszliwy; pożar, na który materyał palny był zdawna przygotowany.
— Zabiję go! — pomyślała i chciała ująć za rękojeść toporka. Zabiję go i krzywdę swą, hańbę swą zmażę! — myślała dalej, a przed oczami wyobraźni przesuwać się zaczęły następstwa tego czynu: Izba sądowa... kat... szubienica wysoka.... Wzdrygnęła się i rękę cofnęła — lecz myśl raz zrodzona nie zginęła, pozostała w mózgu jako rana straszliwie piekąca, nie dająca na chwilę spokoju.
— Cudzemi rękoma się zemszczę! — rzekła sama do siebie i znowu się zaśmiała, tym razem tak głośno, że aż echo z pomiędzy skał śmiech ten dziwny powtórzyło, a Ilko obudził się i oczy przetarł.
— Zazulo moja! — rzekł przetarłszy oczy i chcąc ją znowu wziąć w ramiona.
— Dość! dzień biały! Idź już — zawołała — cofając się ze wstrętem, którego ukryć nie była w stanie.
— Mariko, duszo, jutro tu wyjdź! wyjdź wcześniej! — mówił Ilko wstając i zbierając porozrzucane po ziemi pistolety i toporek.
— Będę! — odrzekła krótko, lecz jakoś tak złowrogo, że nawet Ilka uderzył dziwny dźwięk jej głosu.
— Co ci Mariko? — spytał....
— Nic! Idź już! Jutro wieczorem wyjdę. Przyjdź! — i zniknęła w sąsiedniej gęstwinie.
Ilko wrócił do stróża po konia.




VI.

Pospiesznymi, ale chwiejnymi krokami wróciła Marika do chaty.
Nikogo ze sług tam nie było tylko w alkierzu na pościeli spała Rina cyganka. Obudzona wejściem Mariki, spojrzała na nią i śmiejąc się wesoło zawołała:
— Cóż gołąbko, słodką noc miałaś? Miodem serceś nakarmiła?
Zapytana stała jak widmo blada, krwi pozbawione usta jej drżały; z oczu dziwnie rozwartych obłęd przezierał.
— Cóż wdzięcznaś Rinie za lubasa? — pytała stara dalej.
— Masz czegoś chciała! Masz dyablico! Ciesz się! — zawołała kobieta opierając się o ścianę — Marika Semaniukowa bez czci i bez sławy — wołała zapalając się coraz namiętniej. — Masz czegoś chciała szatańska córko! Mogą mnie teraz palcami pokazywać! Mogą za mną wołać: „Marika lubaska Szwabiukowego syna!“
— Nie pierwszaś i nie ostatnia! — szepnęła stara i przestraszona brzmieniem głosu i postawą młodej kobiety, zerwała się z łóżka i podbiegła do niej. — Co ci jest gołąbko! — zapytała ujmując jej rękę.
— Nic! nic! — zawołała Marika i wyrwała dłoń z rąk cyganki. — Nic mi nie brakuje! Nic! Mam czego chciałam.... Mam kochanka! Mam lubasa! Miałam go dziś, będę mieć jutro, będę go miała jak długo zechcę.
— Mleka się gorącego napij — rzekła z troskliwością Rina — chłód nocy cię objął dreszcze tobą trzęsą.
— Idź ugotuj! — odparła obojętnie i nie mówiąc ani słowa więcej, usiadła na pościeli.
Pogrążyła się w strasznem, krwawem dumaniu — układała plany zemsty.... Zemsty, która stała się dla niej teraz najsłodszem marzeniem, potrzebą wykrzywionej, chorej duszy.... Z rozkoszą i lubością snuła krwawe kombinacye; przed oczami chorobliwie podnieconej wyobraźni przesuwały się różne obrazy, a w każdym z nich widziała tę samą głowę, tę samą twarz, którą dzisiejszej nocy okrywała pocałunkami — zbryzgane krwią; te czarne, czaru pełne oczy — zamarłe i martwem białkiem świecące.
Los młodego Ilka rozstrzygał się w tej chwili; gorączkowo podniecony mózg kobiety wydał już wyrok.... Za rozkosz i chwilę szału miał piękny ułan zapłacić — życiem. I nic go już nie zdoła uratować, bo namiętna dusza rozszalałej kobiety nie cofnie się przed niczem.
— Cyganka może mi przeszkodzić — pomyślała i posmutniała na chwilę, lecz wnet piekielny uśmiech zaigrał znowu na spiekłych ustach i zrodziła się myśl nowa: — Wyszlę ją zaraz, dziś jeszcze do Węgier, w Siedmiogrodzkie góry po jej kumę sławną Ilonkę.... Nie przeszkodzi mi! Nie!
W tej chwili Rina wniosła garnuszek buchającego gęstą parą mleka.
— Rino! — zawołała żywo Marika — czarów wielkich potrzebuję.... Czarów takich, że ty sama im nie podołasz.... Idź zaraz w góry siedmiogrodzkiej ziemi i znajdź mi sławną twą siostrę Ilonkę czarownicę, wracaj z nią tu.... Pieniędzy wam nie pożałuję, srebrem, złotem obsypię, tylko żebyście mi zczarowały tak jak chcę.
— Po co ci Ilonki? — odparła niechętnie cyganka. — Ja sama zczarować mogę co zechcesz....
— Nie! Nie! Ilonki chcę, bo ty słaba do takich czarów.... Nie bój się — dodała po chwili — i tobie hojnie zapłacę.... I... Szwabiuk pieniędzy da.... Ilonkę sprowadź, bo bez niej nawet gadać z tobą nie będę.
— Kiedy ci się tak zachciało zazulo, to już pójdę, ale to z tydzień minie nim ja z Ilonką tu wrócę.
— Będę czekać — urwała krótko Marika. — Teraz idź zaraz.... A po drodze wstąp do Ilka i powiedz mu, że jak dobry zmrok zapadnie, będę znowu czekać go przy „puszkarskieh skałach.“
W pół godziny później stara cyganka, z węzełkiem na plecach i opierając się na kiju schodziła ścieżką, prowadzącą od sadyby Semaniukowej na dół za koryto Czeremoszu.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Marika została sama.
Obłęd przesłaniający jej wzrok ustąpił zupełnie; patrzyła przed siebie, w oczach jej szafirowych lśnił niby blask jakiś metalowy, zimny i ostry, podobny do połysku dobrze polerowanej szabli. Chwilę jeszcze po odejściu cyganki siedziała nieruchomo, wzburzenie jednak, tak widoczne pierwej na jej twarzy ustąpiło, piękne lica uspokoiły się, zmartwiały prawie, znać walka wewnętrzna skończyła się, a jej miejsce zajęło stanowcze jakieś postanowienie.
Gdy przez małe okienko świetlicy nie można już było dojrzeć zgarbionej postaci cyganki, gdy Rina znikła po za gęstemi zaroślami młodej jedliny, młoda hucułka wyszła pospiesznie do stajni, tam osiodłała sama konia, opatrzyła własnoręcznie drzwi chaty i wrota obejścia, siadła na karego i wyjechała w góry, w kierunku mężowskich połonin.
W godzinę poźniej siwy Matwij, najstarszy bowhar Andrija, z podziwieniem i czcią wielką witał młodą gazdynię, która w czasie nieobecności męża przyjechała odwiedzić jego dobytek.... Troskliwość ta podobała się bardzo Matwijowi.
— Niech was Bóg błogosławi piękna gazdyni — mówił przytrzymując jej konia — za to żeście przypomnieli sobie o chudobie własnej....
— Nie za tem ja Matwiju przyjechała — odrzekła Marika, stanąwszy na ziemi. — Inna sprawa mnie tu przygnała. Męża w domu nie ma, a tu....
— Cóż się stało? — zapytał przerywając jej z nieudaną troskliwością bowhar.
— Stało się coś takiego, że tylko jemu samemu mogę powiedzieć! — zawołała zaciskając pięści. — Wy Matwiju najwierniejszy jego sługa i towarzysz, wy znaleść go potraficie.... Jedźcież do niego i powiedzcie mu, że jak do środy do wieczora nie wróci, to żony już nie znajdzie żywą.... Rozumiecie.... Mówić nic nie będę.... on sam się domyśli.
— Co się stało? Co się stało? — pytał strapiony Matwij.
— Nic się nie stało! — odparła niecierpliwie tupiąc nogą, ale stać się może, jak on nie wróci.... Ot mój koń, pewny jest i szybki, siadaj stary na niego i jedź do miasta Kut z wieścią do naszego gazdy.
Matwij nie długo się do drogi sposobił, wziął w torbę zapas chleba i bryndzy. Marika dała mu kilka sztuk srebrnej monety, siadł na karego mierzyna i wkrótce znikł na krętej górskiej ścieżynie. Komendę nad czeladzią objął młodszy bowhar Iwan.
Dla oka ludzkiego Marika około godziny zabawiła przy stadach, rozmawiała z pasterzami, rzuciła okiem na jagnięta i cielęta, które już tu, na połoninach się porodziły.... Gdyby jednak baczne oko na nią patrzyło, to dostrzegłoby, że oględziny te odbywała ona bez wszelkiej uwagi, machinalnie, bezmyślnie.... Myśl jej błądziła gdzieś daleko i uwagę całą za sobą pociągała.... To też czem prędzej ukończyła ceremoniał urzędowych oględzin i piechotą skierowała się ku sadybie.
Miała przed sobą półtora godziny drogi, dziś jednak droga ta zajęła jej ze trzy godziny. Szła jak lunatyczka, nie patrzyła przed siebie, utykała na korzeniach drzew i kamieniach. Od czasu do czasu siadała na przydrożnych skałach i zatapiała się w głębokiej zadumie. Najwyraźniej myśl jej pracowała; nie znać było wahania, tylko zdawać się mogło, że młoda kobieta wysila wszelkie władze umysłu nad ułożeniem jakiegoś planu. — Tak było w rzeczy samej, układała plan zemsty nad Szwabiukiem.
Myśli te pochłonęły jej dzień cały. Wróciwszy do chaty, usiadła na ławie i snuła najrozmaitsze kombinacye. I aż żachnęła się, gdy ujrzała w koło siebie mrok, gdy przekonała się, że długi letni dzień już minął, że wieczór nadchodzi i.... Ilko będzie ją znowu czekać koło „skał puszkarskich....“ Nie długo się namyślała. Rzuciła okiem na wygasły komin i dopiero teraz przypomniała sobie, że dziś nic w ustach nie miała, nie czuła jednak głodu; myśl, trawiąca cały jej organizm, starczyła jej za pokarm i napój. Uśmiechnęła się tylko boleśnie, wzięła ze ściany jeden z mężowskich, bogato w bronzy zdobnych toporków, wyszła z chaty, pozamykała drzwi i wrota i skierowała się ku „puszkarskim skałom“.
Ilko przed zachodem słońca jeszcze przyszedł na umówione miejsce schadzki; czekał, niecierpliwiąc się i spoglądając na ścieżkę, wiodącą od chaty Semaniukowej. Kiedy Marika nadeszła, mrok już był taki, że widzieć jej prawie nie mógł, tylko cień jakiś, przesuwający się pomiędzy zarośla i szmer cichy, trudny do pochwycenia, zapowiedział mu przybycie kochanki. Zerwał się pospiesznie i podbiegł kilka kroków ku niej.
— Mariko złota! — szepnął, starając się ująć ją w objęcia.
— Zostaw mnie! — rzekła kobieta, odpychając jego ręce. — Zostaw!
— Dla czego? — zapytał zdziwionym głosem. — Przecież mnie kochasz, przecież do mnie wyszłaś tu gołąbko i ponowił usiłowania w celu uściskania jej.
Ona jednak pod dotknięciem jego dłoni wstrząsnęła się cała i odskoczywszy kilka kroków w bok, zawołała rozpaczliwie:
— Zostaw mnie! — potem mówiła wzburzonym głosem: — Pfe! Ohyda, szkarada! Dwóch mężów mieć nie mogę! Nie mogę! Rozumiesz mnie? Nie mogę! On we czwartek, w piątek, najdalej w sobotę wróci.... i ściskać mnie będzie także i całować.... i będę musiała.... będę musiała do niego należeć.... Bo! bo!... Czy ty mnie rozumiesz?... Ja będę musiała znosić jego pocałunki i pieszczoty.... Ty! Ty Ilku Szwabiuku.... czy ty to rozumiesz?
On stał ogłuszony potokiem jej słów, zamyślony, nie wiedząc, co ma jej odpowiedzieć.
— Cóż? Inaczej być nie może! — przerwał jej po chwili.
— I tak być nie może! — zawołała z rozpaczliwą stanowczością. — Ja do dwóch chłopów należeć nie mogę!... Prędzej śmierć! Rozumiesz śmierć! Jeżelim ci miła.... to.... to spiesz zaraz.... zaraz w nocy do Kossowa do starosty cesarskiego, wyrób pass[27] na nas oboje i uciekniemy!.. Uciekajmy w świat daleki!... Uciekajmy w wołoskie kraje, wszędzie pójdę za tobą, żebym tylko jego więcej nie widziała.
— Zastanów się Mariko — błagał ją parobek — passu ja tak prędko nie dostanę, choć abszyt[28] mam ale może w cudzy kraj passu mi nie dadzą, może starego pytać zechcą.... Zresztą z czem pojedziemy?... Pieniędzy gdzie wezmę?
— Podłyś! — zawołała kobieta doprowadzona do wściekłości prawie. Podłyś! — wołała, a oczy jej aż w ciemności zaświeciły fosforycznym blaskiem. Dwa razy podszedłeś mnie, dwa razyś duszę moją w grzechu, a ciało w ohydzie ponurzał, a teraz.... teraz boisz się, boisz się grzechu.... Stary twój ma pieniędzy jak lodu w zimie.... Weź! weź! Czart czy tak czy tak zabierze jego duszę.... Weź srebra, weź złota, zapłać w becyrku[29] i wracaj, będę twoja na śmierć i życie....
— Możesz i tak być moja! — szepnął chwytając ją przemocą.
— Pójdź precz! — zawołała wyrywając mu się z dziwną siłą. Powiadam ci, albo w nocy ze środy na czwartek przyjdziesz z passem, przyjdziesz do mojej chaty.... to pójdę za tobą i będę twoja, albo zrobię sobie śmierć, ale przed tem wszystko Semaniukowi opowiem.... A wtenczas nie żyć ci na świecie.... Wybieraj łeginiu!
On stał zadumany, wahający się.... Czuł, że kobieta ta kusi go do czynu szalonego, a jednak żądza jakaś niezwalczona nakazywała mu robić, to, co ona mu robić każe.... Blask jej oczu świecących wśród ciemności nocy, poruszał w nim najdrobniejsze nerwy.... w tej chwili poznał, że niema już dla niego życia bez niej.... A ojciec? — pomyślał i zawahał się znowu na chwilę.
Ona snać odczuła, że zrodziła się w jego duszy jakaś wątpliwość i stłumić ją postanowiła. Przysunęła się więc do niego i ruchem pieszczotliwym, lecz równocześnie drapieżnym, kocim, objęła go za szyję i głowę jego przycisnęła do piersi. Ręce jej były zimne jak lód, a z ust rozpalonych wiał gorączkowy oddech.
— Ilku! Lubasie mój Ilku! — szepnęła. Idz po pass! Idź!... Jak znajdziemy się na obcej ziemi, daleko od niego, od nieluba.... wynagrodzę ci to, wynagrodzę pieszczotą.... wynagrodzę pocałunkami — i całowała spiekłemi ustami jego czarne oczy. Będę twoją na zawsze!... na zawsze!... Rozumiesz ty to słowo?
Wreszcie odskoczyła znowu i rozkazującym tonem zawołała:
— No idź już! We środę w nocy, po pierwszych kurach czekać cię będę!... Nikt nam nie przeszkodzi.... Psy nawet posną tej nocy na wieki! No idź.
On jeszcze raz pochwycił ją w ramiona, jeszcze raz przycisnął pałającą twarz do jej jak marmur białej, lecz i tak samo zimnej piersi.... I poszedł.
Ona została wśród sterczących skał, a gdy ucichł odgłos kroków parobka, rozśmiała się złowrogo, drapieżnie, rozśmiała się tak, że wielki puhacz w gąszczy leśnej odpowiedział jej.... myśląc, że to kochanka tak go wabi do siebie.




VII.

We środę z południa jeszcze krwawa łuna nad czarnohorskim pasmem płonąca, świadczyła, iż słońce tylko co za szczyty zapadło, gdy Marika, siedząca na ławie przed chatą usłyszała gwałtowny tętent galopującego konia.
Serce jej bić gwałtownie zaczęło, pot zimny wystąpił na czoło, z trudnością powstała z ławki i zbliżyła się do wrot....
Słuch jej nie omylił.... Ujrzała teraz wyraźnie silną i rozrosłą postać Andrzeja, pochyloną nad szyją pędzącego cwałem konia.... Gnał po krętej górskiej ścieżynie, głazy i ziemia sypały się z pod kopyt konia.... on jeden tylko między wszystkimi hucułami wzdłuż brzegów Czeremoszu, mógł tak nieopatrznie pędzić po nad przepaścią, on jeden tylko miał tak twarde serce i duszę tak nieulęknioną.
— Temu ręka nie zadrzy! — szepnęła w duszy i zatopiła oczy w postaci dzielnego jeźdzca.
Za chwilę osadził konia przed wrotami i pospiesznie zeskoczył z siodła. Kary mierzyn na litość zasługiwał. Ze spienionych boków lał się pot zmieszany z krwią, widoczne były ślady strasznego drucianego nahaja, łopatki i brzuch miał pokrajane jak razami ostrego noża; z pokaleczonych, podrapanych nóg spływały gęste krople krwi; oddechu schwycić nie mógł, a oczy krwią mu zabiegły.... Gdy jeździec zeskoczył z wierzchowca, to koń tylko jęknął i jak martwy powalił się na ziemię....
— Biedny koń! — zawołała mimowolnie Marika.
— Nic mu nie będzie! — zawołał z lekceważeniem Andrij — jutro rano wstanie, a na połoninie za dwa tygodnie wróci do sił. Powiedz co się stało?
— Zaraz! — odrzekła krótko i wziąwszy go za rękaw od wiszącej guni wiodła za sobą do izby.
— Co się stało? — powtórzył hucuł pytanie, skoro się przed obrazami przeżegnał. — Dlaczegoś mnie tak na gwałt wzywała?
Marika stała blada i sztywna; przez chwilę mignęło w jej oczach wahanie jakieś, chwilka wątpliwości, w oczach zjawił się czulszy wyraz; znikł jednak wnet i ustąpił miejsca owemu metalicznemu połyskowi.
— Andriju Semaniuku! — zawołała — złą radę daliście swej żonie.... Na bazarze w niedzielę Szwabiuka syn zalecał się do mnie jak do jakiej bezdomnej.... W nocy tu przyłaził, ledwiem go się pozbyła.... I dziś tu przyjdzie!... Dziś tu będzie!.... Przekazywał przez „durnego Mykołę“.... Dla tego dałam wam znać.... Brońcie czci waszej żony.... własnej czci waszej....
Mówiła to bez najmniejszego drżenia głosu, bez zarumienienia się nawet.
On patrzył na nią badawczym wzrokiem, pragnął aż w głąb duszy jej zajrzeć; dusza ta jednak była zamknięta, niedostępna; nie dowiedział się nic więcej — oprócz tego co mu jej słowa mówiły.
— Dałaś mu przyczynę? — zapytał nagle.
— Nie krzywdź mnie! — zawołała porywczo. — Nie dałam nigdy nikomu przyczyny do tego, żeby mnie pohańbił.... I tobie nie!
Zmarszczyło się na te słowa czoło Semaniuka, z oczu strzeliły straszne płomienie, zagryzając usta zapytał:
— Jakże on przekazywał?...
— Durny Mykoła był tu dziś rano i prosił: „nagotujcie gazdyni, gołąbków[30], nagotujcie pierogów, postawcie na stół chleba białego i wina słodkiego, bo światłego gościa będziecie mieli.... Jak kury zapieją przyjdzie was pocieszać w samotności....
— Pocieszę ja go! — zawołał Andrzej przerywając słowa żony. Czekaj na niego! Puść go do chaty.... Pogadam ja z nim sam.... Pocieszę ja go po naszemu.... Szwabska podła krew.... Dam mu cudzą żonę zaczepiać....
Zamilkł na chwilę, podszedł do ściany i zaczął wybierać pomiędzy toporkami.... Wreszcie wybrał jeden, machnął nim kilka razy, położył go na stole, sam zaś usiadł obok na ławie i podparłszy głowę pięścią, spoglądał na kręcącą się po izbie żonę.
I ona milczała. Zaczerpnęła z garnka stojącego przy żarze strawy i nalawszy ją na misę postawiła przed mężem. Andrzej wziął kilka łyżek do ust, mimo zmęczenia jednak nie miał widocznie apetytu, bo wnet odsunął misę i dalej patrzył na żonę. Wzrok ten badawczy zawadzał jej, słowem jednak nie zdradziła tego, dołożyła tylko drew do pieca i usiadła pod oknem.
Jasny płomień oświecił wnet obszerne wnętrze izby, ślizgał się na obrazach świętych, przybranych w posrebrzane i pozłacane blachy, migotał po toporkach i strzelbach ozdobnych w bogate bronzowe inkrustacye.... Milczenia nikt nie przerywał.... Kot tylko czarny, olbrzymi, wysunął się z pod komina i mrucząc z cicha podszedł do Mariki i otarł się jej o nogi. Odtrąciła go niecierpliwie. Odszedł i siadł obok Andrija na stole, pomrukując złowrogo.
Czas wlókł się okropnie długo; Marice zdawało się, że wiek cały minął już od przyjazdu męża; nigdy w życiu przedtem tak straszliwie długich godzin nie przeżyła. Ogarnęło ją jakieś straszne odrętwienie; jakaś martwota duchowa i bezmyślność chorobliwa.... Wszystkie wrażenia w życiu doznawane skłębiły się w chaos jakiś dziwaczny, i chaos ten otoczył ją zewsząd, napełniał ją całą.... Czuła wszystkiego po troszę, nic jednak dokładnie.... Zdawało się jej, że wie, iż stanie się coś strasznego; tak ją jednak siły opuściły, że niezdolną była nawet palcem ruszyć na zażegnanie tej okropności.... Wreszcie sama nie wiedziała: czy za jej wolą, czy bez niej stanie się ta rzecz okropna.... Podobna była swą bezsilnością do kilkodniowego dziecka, lub człowieka wielką gorączką zmożonego.
Od czasu do czasu rzucała trwożne spojrzenia w stronę męża. Siedział tam zawsze niby martwy, topor błyskał obok prawej ręki, a tuż koło topora siedział czarny kot i mył się łapką: mrucząc gniewliwie. W migotliwych blaskach dopalającego się ogniska, widniała sucha, ogorzała twarz podstarzałego opryszka, a z twarzy tej brązowej błysnęły czasem złowrogo białka dużych wyrazistych oczu.
Nagle Marika uczuła zimny dreszcz przejmujący od razu całe jej ciało.... Młody kogucik, ochrypłym głosem pierwszy dał hasło.... Wnet po nim ozwały się inne — koncert się zaczął — godzina straszna, godzina duchów się zbliżała.
W kilka minut później przyciszone, niby lękliwe pukanie do okna dało się słyszeć. Marika zerwała się, jakby siłą jakąś odrzucona od ławy.... Pobladła i trząść się zaczęła jak w febrze.... Na kominie wielka kłoda rozpadła się na kilka kawałów i buchnął jasny płomień oświetlający wnętrze izby.
— Puść go! — ozwał się przyciszony, lecz rozkazujący i do głębi węzłów nerwowych trafiający głos Andrija.
Ona stała po środku izby zmartwiała zupełnie. Nie miała siły wykonać rozkazu męża.... Nie mogła już i tamtego przestrzedz.... Z dziwną niemocą słyszała jak drzwi od dziedzińca się otworzyły i on wszedł do izby.... Pociemniało jej w oczach, omal nie upadła na ziemię, aż musiała się oprzeć o przypiecek....
Ilko stał przed nią, piękny i wesoły, w świetnym, błyszczącym mundurze cesarskiego ułana; stał i wyciągał obie ręce ku niej....
— Chodź! — zawołał na nią tylko patrząc. — Wszystko gotowe, będziesz moja!
W tej chwili Andrij z toporem w ręku rzucił się jak żbik naprzód i stanął pomiędzy ułanem a drzwiami, zagradzając mu drogę do odwrotu.
— Złodzieju! — wrzasnął tak, że aż obrazy na ścianach zadrżały, kot umknął pod ławę, a płomień w kominie zamigotał. — Złodzieju! chciałeś ukraść cudzą żonę, tak jak twój ojciec pokradł cudze grunta i ogrody. — I podniósł topór w górę.
— Ona moja! Pierwej była moją niż twoją! — odpowiedział ułan sięgając po zawieszony u boku rewolwer.
Nie zdołał go jednak pochwycić, topór jak błyskawica mignął w powietrzu, uderzył w czerwoną myckę ułana, krew i mózg bryznęły na ściany izby, na żarzące się węgle w kominie, na twarz przerażonej kobiety.... Żar zaskwierczał, kobieta jęknęła boleśnie, a Ilko Szwabiuk jak podcięty świerk karpacki, zwalił się na ziemię.
Stało się! W duszy Mariki przeciągnięta struna jakaś pękła i wydając zgrzyt okropny zadźwięczała po raz ostatni.... Bezsilność opuściła ją, jak tygrysica zraniona rzuciła się do ciała zabitego kochanka, twarz swą krwią jego zmazała i zaczęła całować stygnące usta i gasnące oczy.
— On prawdę powiedział! — krzyknęła rozpaczliwie. — On był mój! mój lubas!... Jam do niego należała pierwej nim ciebie zbóju poznałam.... On był mój!... mój!... mój!... — i cisnęła głowę do piersi w której serce już bić przestało.
— Wiedziałem o tem! — ozwał się z głuchym śmiechem rozwścieczony opryszek.
I topor błysnął po raz wtóry w powietrzu i martwe ciało Mariki spoczęło obok trupa kochanka....
Zabójca, po dokonaniu podwójnej zbrodni, usiadł na ławie, jakby pragnął odpoczynku.... Czyn spełniony i sąsiedztwo pomordowanych ofiar nie przerażały go zbytecznie i zachowywał się tak, jakby nie po raz pierwszy w życiu funkcyę taką spełniał....
Posiedział trochę, odsapnął jak by po ciężkiej pracy, później wstał, poprawił ognisko, dorzucił drew i zabrał się do oglądania zabitych przez siebie istot.... Twarz mu się przy tem zajęciu krzywiła ironicznym uśmiechem.
— Cudzej ci się zachciało — szepnął przez zęby potrącając trupa ułana. — Masz za swoje!
Mówiąc to nachylił się nad trupem, porozpinał guziki munduru i z kieszeni na piersiach wyjął pulares.... Znalazł tam dwa tysiące reńskich stuguldenowymi banknotami i świeżo wydany pasport.... Popatrzył na zdobycz z przyjemnością, pieniądze przeliczywszy schował do żelaznej skrzyni, na pasport popatrzył raz jeszcze, znał się z takimi papierami, nie raz brał je z becyrku dla siebie i towarzyszy.
— Ot tobie podróż z cudzą żoną! — zawołał i cisnął książeczkę w płonące ognisko.
Później ciała pomordowanych powynosił, pozakopywał w zaroślach, ślady krwi w chacie pozacierał i spać się położył jak po pracy ciężkiej.

∗             ∗

Na drugi dzień jak grom rozlegała się po dolinie Czeremoszu wieść: że Szwabiuka syn okradł ojca i wraz z żoną Semaniuka, piękną Mariką uciekł gdzieś w cudze kraje.
Stary wójt wpadł w szał jakiś: latał i zwijał się jak oparzony, wypytywał żandarmów, pojechał do starostwa. Tam dowiedział się, że przekupiony i podpojony przez Ilka stary kancelista Knopf pasport mu na wyjazd za granicę wystawił i podsunął niepostrzeżenie staroście do podpisu.... Pasport był — jak z rewersu się przekonano — wystawiony na imię Ilka Końskiego i jego żony Maryi.... Kancelista Knopf stracił miejsce i poszedł na pół roku do więzienia; nie uspokoiło to starego wójta, szał jego wzmagał się z dniem każdym, pił na zabój i obłęd jakiś chwytał go od trunku.... Przyszły później jakieś majaczenia gorączkowe.... Grunta i połoniny za byle co żydom sprzedawał, a pieniądze zbierał i trząsł się nad nimi.... Tylko Rina cyganka dostęp do starego miała, jeść mu gotowała i w napadach jego pielęgnowała....
Z czasem doszło do tego, iż niechciał wierzyć, iż syn jego z cudzą żoną uciekł.... Siadywał we wrotach chaty lub na ławie przed karczmą i wołał rozdzierającym głosem:
— Ciarachy się pomściły!... Krew pańska bez pomsty nie przepadnie.... Za krew przelaną.... za dziateczki pomordowane, za wielmożne dziedziczki pohańbione, pański Bóg się pomścił na Wojciechu.... Hu! hu!... I cysarz słaby przeciw niego, przeciw tego Boga pańskiego.... Hu! hu! I starosta słaby, i żandarmy bez mocy... Hu! hu!.. Synkuż ty mój, Iliaszu dziecko zasługuj się tam w niebie ciarachom zasługuj, żeby nie znęcali się nad tobą za winy twego ojca.... Hu! hu!... Krew! krew! krew! czerwona!
Huculi słuchali mało zrozumiałych słów i śmieli się, wzruszając ramionami.
Do pół roku po zniknięciu Ilka stary Szwabiuk wysprzedał prawie wszystkie grunta, tylko chatę nad rzeką zostawił sobie i w niej przechowywał pieniądze ze sprzedaży ziemi zyskane. Cyganka jeść mu gotowała i ona jedna nieustannie w chacie przebywała.
Pewnego poranku znaleziono w chacie trupa tylko. Ktoś zabił starego, a pieniądze i cyganka znikły.
W tydzień później udało się żandarmom wyśledzić Rinę. Wzięta na konfesatę wyznała, że Szwabiuka zamordowali: Andrij Semaniuk i dwóch jego synów, którzy wrócili z gór bałkańskich.............

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Przed sądem w Kołomyi stawiono zabójców. Stary opryszek widząc, że się tym razem od stryczka nie wykręci, zapragnął zaimponować licznie zebranym słuchaczom.... Opowiedział przebieg całego życia.... Skrzętnie stenografujący tę dziwną i straszną spowiedź reporter dziennikarski, zapisał trzydzieści siedm zbrodni zabójstwa, popełnionych przez tego dobrodusznego na pozór człowieka.
W skutek wyroku śmierci, wydanego przez ławę przysięgłych.... ojca i trzech synów powieszono w murach kołomyjskiego więzienia....





DOBRA NAUCZKA

(Nowela).


I

— Dziń!… Dziń!… dziń!
Przeciągle i długo rozlegał się dźwięk szkolnej „sygnaturki“ zawieszonej w parterowym korytarzu stanisławowskiego gimnazyum.
Stary Jan, tercyan, dobitnie i wyraźnie podawał swym młodym przyjaciołom uczniom — radośną wiadomość, że na dziś wszystkie lekcye ukończone. Jak pod wpływem ciepłego, jasnego promienia słońca, ze wszystkich „oczek“ w pasiece wylatuje mnóstwo pszczół — tak na głos przeciągły Janowego dzwonka wysypał się z drzwi każdej klasy rój ucieszonych, uśmiechniętych chłopaków.
W tłumie tym, cisnącym się do wyjścia i kłębiącym się niby stado jagniąt, mieściło się w miniaturze całe społeczeństwo; różnorodne charaktery, mające w przyszłości zająć godne siebie stanowiska, były już tam gotowe, wyrobione, brakowało im tylko tego ostatniego „dotknięcia mistrza“, które na człowieka kładzie nie szkoła lecz świat i robi go — skończonym.... Byli tam przyszli artyści, uczeni, posłowie, żołnierze, zdrajcy, a nawet oszuści i inni zbrodniarze.... I cel swego życia miał już każdy z nich wytknięty i do niego dążył, wyglądając ze wszystkich stron sprzyjających okoliczności.
W największym ścisku, w samych drzwiach, górując pół ciałem po nad kłąbkiem „szkrabów“ z pierwszej klasy i siłą torując sobie drogę naprzód stanął Włodzio Dobiecki, największy elegant z szóstej klasy i zwracając się do jednego ze swych kolegów, który pozostał w tyle, zawołał:
— Adaś! Chodź, mam ci coś ważnego powiedzieć.
Nawoływany w ten sposób chłopak, szczupły, lecz dobrze wyrośnięty blondynek o rumianej twarzyczce i błękitnych niby kwiat niezapominajki oczach i śmiejących się różowych ustach odparł wesoło:
— Nie mogę! Tak mi szkraby nogi poplątały, że jadę na nich jak na osłach....
— Kopnij jednego, drugiego nogą, to ci się rozstąpią!
Zawołał porywczo Dobiecki i w jego ciemnem piwnem oku błysnęły złote iskierki gniewu, a białe wysokie i piękne czoło sfałdowało się podłużną zmarszczką gniewu.
— Co ci to szkrabstwo winno? — zawołał, śmiejąc się Adaś kiedy zbliżając się do kolegi, niesiony prawie falą wyciskających się przez wchodowe drzwi pierwszeklaśników.
Nagle obaj wylecieli jak z procy, każdy w inną stronę, utykając na sypiących się jak jabłka z drzewa malców.
— A to ci łaźnia.... Całym się spocił....
Przemówił pierwszy Kierdej ocierając z pyłu kapelusz, który mu z głowy zleciał, w chwili gdy wyciśnięto go z drzwi.
Dobiecki zanim odpowiedział to poprawił starannie modny, granatowy paletot, który w ścisku podjechał mu do góry i tedy dopiero — pewny, że ubranie jego leży bez zarzutu - zawołał:
— Drańcie ! Po co to do gimnazyum chodzi? Same szewskie syny....
Słowa te nierozważnie głośno wypowiedziane mogły doprowadzić do awantury, bo obywatele pierwszej klasy zajadle bronili zazwyczaj swego honoru, to tez zaraz mały, ryży, o stojących do góry, niby kolec jeża włosach Pach, syn majstra szewskiego staną przed Włodziem w wyzywającej postawie zawołał głośno:
Syntaksista.... małpa czysta!
Inni gromadząc się koło niego powtarzali chórem:
— Małpa czysta! Małpa czysta!...
Dobiecki już się był zamierzył chcąc uderzyć pierwszego, owego rudego, piegowatego chłopaka, gdy uczuł, że go nagle Adaś z całej siły chwycił za rękę i przemocą odprowadził.
Zanim Włodzimierz zoryentował się, co się z nim stało, już byli o kilkanaście kroków od zgrai malców, a ogólny krzyk i gwar panujący na placu przed gimnazyum, zagłuszył zupełnie tryumfalny wrzask piarwszo-klaśników:
.... Syntaksista, małpo czysta!!
— Coś mi miał ważnego powiedzieć? — pytał Adaś kolegę i wziąwszy go pod ramię, odprowadzał coraz dalej od rozkrzyczanej kupy malców.
— Eh!... Później ci powiem — wołał niecierpliwie Dobiecki, starając się wyrwać z pod ręki kolegi — a tym śmierdziuchom muszę skórę złoić.
— Daj spokój! Czy nam wypada na ulicy tłuc się z parwistami?
— Może masz racyę — szepnął, odsapując ciężko Włodzio — ale ja tego rudego dyabła złapię jeszcze kiedyś!... Nie ujdzie mu na sucho!...
Gdy to mówił, minęli właśnie róg pojezuickiego kościoła i znaleźli się przed samym odwachem, gdzie wyelegantowany i żółtą szarfą przepasany oficer piechoty, z za krat przypatrywał się pięknym stanisławowskim żydówkom, odbywającym gromadną przechadzkę po chodniku, wiodącym z rynku do „brukowanej“ ulicy.
Włodzio z zazdrością spojrzał na złocisty kask oficera i fantastycznie zawiązaną szarfę, później pożerającem spojrzeniem obrzucił kilka najbliższych córek Izraela i przybierając kpiącą minę, której nauczył się od starszego dependenta w kancelaryi swego ojca — pana Millera, zapytał kolegę:
— Cóż tam z twoim panieństwem?
Zapytany w ten sposób Adaś oblał się tak gwałtownym rumieńcem, że można się było obawiać, że krew przebije mu skórę na twarzy i tryśnie strumieniami na przechodniów. Zakłopotanie jego było tak silne, że długo biedak musiał się męczyć, zanim wyksztusił niewyraźną odpowiedź:
— Nie... ro...zu....miem, o co się pytasz.
— Cha! cha! cha! — zaśmiał się zjadliwie Włodzio — rozumiesz bratku, tylko gadać się wstydzisz.
Servus! Do widzenia! — zawołał nagle Adaś, wyciągając do kolegi i przyjaciela dłoń na pożegnanie. — Spieszę do domu, mam się na jutro z greki przygotować.
— Cha! cha! cha! Greką chcesz się wykręcić.... Czekaj, pójdziemy przez Tyśmienicką, to później odprowadzę cię do cioci na Zabłotowską.
Szli kilkanaście kroków obok siebie milcząc. Wreszcie Dobiecki znowu zaczął pytać:
— Cóż kochasz się znowu w jakiejś konwiktowej synogarlicy? Powiedz mi otwarcie, przecież jesteśmy najlepsi przyjaciele.
Adaś milczał zawzięcie, ale z twarzy jego poznać było można, że słowa kolegi robiły mu wielką przykrość; w oczach widocznym się stawał wyraz zniecierpliwienia, prawie gniewu.
Musiał ten odcień dostrzedz i Dobiecki, bo nagle zmienił ton i zamiast kpiąco, przemówił czule i serdecznie:
— Nie gniewaj się na mnie! Wiesz, że cię ze wszystkich najlepiej kocham.... Pytam się nie z próżnej ciekawości. Boję się, żebyś w jaką kabałę nie wlazł.... Poradzić ci mogę dużo.... Wiesz, że mam w tym względzie kolosalne doświadczenie.
Ostatnie słowa wymówił z przyciskiem, a na jego wymizerowanej już trochę twarzy odbiło się śmieszne piętno komicznej pewności siebie i bezgranicznej zarozumiałości.
Adaś tego nie spostrzegł; starszego o rok Włodzia miał za doskonałość, a w stosunkach towarzyskich uważał go za wzór niedościgniony. Serdeczny ton jego głosu usposobił go do zwierzeń. Rumieniąc się więc ponownie i ważąc słowa w ustach, zaczął mówić powoli:
— Wiesz przecie.... Całą zimę kochałem się w tej Hani..... Pannie Hani..... Włóczyłem się za nią jak cień.... I....i....i....
Tu zaczerwienił się gwałtownie i tak się zaciął, że ani słowa więcej przemówić nie mógł.
— No, i....i.... cóż? — dopomógł mu Włodzio.
— Ha!... Niby ty tego nie wiesz.... Zaraz po świętach położyłem jej na otwarte okno bukiet z ciocinych hijacentów.... Po obiedzie, wyszedłszy ze szkoły zacząłem łazić po pod jej okna.... Wyobraź sobie, stała w oknie z tym jakimś oficerem od ułanów, Niemcem; bukiet mój w ręku trzymała, a na mnie palcem pokazywała i śmieli się oboje jak szaleni.... Uciekłem.... Niech ich dyabli porwą!
Zamilkł, oczy spuścił ku ziemi, lecz Włodzio zrozumiał, że to wyznanie kosztowało Adasia bardzo drogo; zrozumiał cały ogrom wstydu i obrażonej miłości własnej, które rozgoryczały duszę jego kolegi.... Miał ogromną ochotę pożartować z naiwnego Adasia, ale się nie odważył; odczuł, że takie kpiny zerwałyby ich przyjaźń na zawsze, a na przyjaźni bogatego kolegi bardzo mu zależażo; był dzieckiem dziewietnastego wieku. Czuł, że powinien coś Adasiowi odpowiedzieć, ale zastanawiał się nad tem, co właściwie powiedzieć wypadało. Kolega jednak sam go wyprowadził z ambarasu. Jak woda wiosenna, wezbrana, wyrwawszy groble, rozlewa się z szaloną gwałtownością, tak nagromadzona w duszy chłopaka żółć, przerwawszy raz tamy naturalnej wstydliwości, popłynęła potężnem korytem.
Po kilku chwilach milczenia Adaś rozbudzony, zaczął znowu mówić i to za każdem słowem głośniej, niby chcąc sobie ulżyć, w ten sposób:
— Niech ich dyabli porwą!... Głupia dziewczyna!... Oh i ten szwab, żebym go gdzie spotkał, to bym go nauczył z Polaka kpiny robić.... Wolno jej kochać lub nie. Przymusu nie ma.... Woli ułana, niech go sobie trzyma.... Ale zkąd prawo śmiać się z kogoś w żywe oczy.... Niech się kocha, kto chce, niech się cała klasa rozkocha na śmierć, ja wiem, że mnie już żadna nie złapie .... Nie ma głupich!...
— Cóż ci to właściwie szkodzi, że ta głupia się śmiała. Widocznie lubi ułanów i ma wesołe usposobienie.... Zobaczymy, jak na tych amorach wyjdzie .... Całe miasto wie, że kaucyi nie ma.... Pluń i poszukaj sobie innej.
W ten sposób mówiąc cicho i dyskretnie, starał się Włodzio uspokoić i pocieszyć Adasia. Jednak ta perswazya chybiła celu; rozdrażniony chłopak przerwał mu niechętnym ruchem ręki i zawołał
— Nie chcę! Dość się już wstydu najadłem. Gdyby mi przyszło drugi raz tak się wstydzić, to chybabym umarł.... Br... br ... br!... Wyobraź sobie: Emilka, panna służąca mojej ciotki wracała wtenczas z miasta i słyszała jak się oni ze mnie śmieli. Widziała jak ta.... ta palcami mnie pokazywała.... Więc jak się na mnie popatrzy to ciągle się uśmiecha.... taka jaszczurka.... Musiała rozpowiedzieć: Ludwice, służącej pani Heleny, bo Helena kilka razy szyderczo mnie zapytywała: „Adasiu, czy lubisz bławatki?...“ Ta Henia ma błękitne oczy.... Daj mi spokój ze wszystkimi amorami! Nie chcę, mam tego dość!
Włodziowi, który wszelką naiwność chłopięcą dawno już był stracił, błysnęła nagle myśl: — głupi, żebym był na jego miejscu, to bym się w tej Helenie kochał.... Nie powiedział jednak tego, wiedział, że mu Adaś w nos się rozśmieje.
Inny projekt jednak zaświtał mu niespodzianie w głowie i z nim od razu wystąpił:
— Wiesz co Adasiu?... Na twoim miejscu zakochałbym się zaraz w ciocinej Emilce.... Śliczna dziewczyna, nawet dystyngowana.... Jakie oczy? Co za usta?
Adaś słuchając tych słów uśmiechnął się nieznacznie. I on już myślał nie raz to samo, tylko nie śmiałby nigdy myśli swe głośno wyjawić, jak to czynił obecnie zepsuty moralnie Włodzio.
— Śmiejesz się! — zawołał nagle Dobiecki i stanął jakby coś niespodziewanego zobaczył. — Patrzcie no — dodał po chwili — ja go mam za aniołka a on....
— Słowo ci daję, że mi to nawet przez myśl nie przeszło — bronił się Adaś — także bym dobrze wyszedł.... Emilka, wychowanka ciotki, głupia dziewczyna, krzykliwa.... Hałasu by narobiła i jeszczeby ciotka do ojca napisała.
Ostatnie słowa wymówił pół głosem, jakby się obawiał nawet przypuszczać czegoś podobnego. I nagle przed oczami jego duszy stanęła surowo poważna twarz ojca.
Daj mi pokój! — Zawołał i zasłonił się rękami, niby odpędzając od siebie pokusę.
Włodzio zanadto jednak znał swego kolegę, żeby nie rozumiał, że czarnooka Emilka musiała interesować siedmnastoletniego chłopaka. Wiedział jednak i to, ze Adaś, którego w klasie z powodu nadmiernej wstydliwości nazywano „panienką“ nie posunął się w stosunku do Emilki ani na krok dalej. To go gniewało....
Oburzał się, ze pomimo dwuletniej pracy usilnej i zawziętej nie udało mu się jeszcze Adasia zepsuć.
On to sam wymyślił dlań przezwisko „panienka“ i za nim nazywała go tak „cala klasa.“ Bezskuteczność usiłowań drażniła jego miłość własną. Był jeszcze i inny powód mniej duchowej natury, dla którego chciał Adasia sprowadzić na ten poziom moralny, na którym sam się znajdował już od lat kilku. Wiedział, że Kierdej ma bogatego ojca i bogatych i bardzo hojnych krewnych i gdyby tylko zapragnął to miałby bardzo dużo monety. I teraz już dość często pożyczał od niego pieniądze, któremi opłacał nie nazbyt wykwintne przyjemnostki, gdyby jednak udało mu się wciągnąć Adasia do swych pohulanek, to potrafiłby daleko obficiej czerpać z koleżańskiej kieszeni.... Pomysł deprawacyi Adasia zapomocą fertycznej i wygadanej Emilki wydał mu się genialnym. Żeby pierwsza — myślał w duchu i układał już cały projekt najrozmaitszych nut i rozrywek, za pieniądze Adasia i w jego towarzystwie.
Zajęty temi myślami nie zauważył nawet, ze doszli do bramy domu, w którym Adaś mieszkał. Dopiero słowa kolegi obudziły go z zadumy.
— Dziękuję ci, żeś mnie odprowadził. Do widzenia! Servus!
Zamyślony Włodzio podniósł oczy i zobaczył na balkonie domu cofniętego w głąb ogrodu dorodną i ruchliwą postać dziewczyny, zajętej trzepaniem dywanów.
— Patrz! — mruknął, trącając lekko Adasia w łokieć — aż zazdrość mnie bierze.... Prześliczna dziewczyna!
— Nic z tego — odparł Kierdej smutno.
— Boś rura! — szepnął stłumionym głosem Dobiecki. Ja mam oko.... Kup jej jakiś drobiazg.... Raz, drugi.... Pocałuj, pogłaskaj.... Później się nie odczepisz.... Znam się z tem lepiej niż z Homerem.
Adasiowi w zasadzie myśl się ta musiała podobać, bo już nie rumienił się, tylko przechodząc kilkakrotnie wzrokiem z postaci dziewczyny na twarz kolegi, szeptał uśmiechając się nieznacznie:
— Boję się! boję się.
— Boś baba! — zakonkludował Włodzio. I niby nagle sobie coś przypomniał, bo złapawszy za rękaw wchodzącego już w dziedziniec Adasia zawołał, — Adaś! Mam interes do ciebie.... Papa robi się coraz bardziej skąpy.... Mnie pieniędzy potrzeba.... Pożycz mi pięć guldenów. Oddam ci wszystko jak ciocia Ema przyjedzie.
— Masz! Bierz: — zawołał uradowany Adaś i wyciągnąwszy pospiesznie portmonetkę, wydobył z niej pięcioreńskowy banknot i wetknął go w rękę kolegi.
— Słowo ci daję oddam, gdy... — szeptał Dobiecki.
Adaś nie dał mu nawet skończyć.
— Nie myśl nawet o tem — zawołał — pieniędzy mam więcej niż mi potrzeba.... Jakby mi zabrakło to mi albo ciocia, albo pani Hela dadzą.... Zresztą po co mi pieniądze?
— A na prezenta dla Emilki — szepnął kuszącym głosem Włodzimierz.
— Eh! i na to by wystarczyło! — odparł wesołym głosem Adam i uścisnąwszy silnie rękę kolegi wbiegł pospiesznie w dziedziniec.
Dobiecki odchodził zupełnie zadowolony z dnia dzisiejszego. Dostał pięć guldenów, którymi zapłaci dług u Anusi, kawiarki, usługującej w kawiarni umieszczonej w tej samej kamienicy, co kancelarya jego ojca i w ten sposób zdobędzie sobie kredyt na jaki tydzień.... Włodzimierz zrozumiał wcześnie ducha czasu — w ośmnastym roku życia umiał zyskiwać koniak, czarną kawę, poncz i.... całusy — na kredyt.





II.

Dnia tego Adaś nie wziął książki do ręki.
Był cudowny dzień majowy i słońce chyliło się ku zachodowi, złocąc dachy domów i kościołów, opromieniając wysokie wieże miejskie. Po za dachami, po za wieżami, hen w dali siniały ogromne ciemne góry karpackie, widne w promieniach słońca, jakby o milę od miasta oddalone.... Na najwyższych szczytach białe resztki śniegu płonęły teraz rozżarzone ukośnymi promieniami słońca i podobne były do olbrzymich ognisk elektrycznych.
Na Adasia przyroda zawsze wywierała wpływ ogromny i piękno jej pogrążało go w stan dziwnej zadumy i był w stanie godziny całe przemarzyć, zapatrzony w cudowne zjawiska. Myśli jego snuły się wówczas samopas, bez planu i systemu; jak chmury na niebie tak zmieniały rychło kształt i kierunek; nie były pracą umysłu tylko — zabawką. Tak zwykli marzyć wszelkiego rodzaju artyści — zanim wybije dla nich godzina twórczości; później bywa inaczej — zabawa zmienia się w pracę. Myśl twórcza, rodząca to praca ponoś najcięższa.
Zaraz po herbacie Adaś, pocałowawszy ciotkę w rękę porwał pierwszą z brzegu ksiązkę i wybiegł z nią na ganek. Usiadł i zaczął czytać: nie szło mu to jednak. Tysiące myśli cisnęły mu ię du mózgu — miał lat siedmnaście. Świętobliwa matka wychowała go w ściśle katolickich zasadach; nauczała: że grzech każdy obraża Boga a hańbi człowieka, który go popełnia. Surowy, a mimo to tak kochany prze niego ojciec.... pan major — jak go wszyscy nazywali — wpoił weń zasadę, że człowiek zbaczający dla swej przyjemności z drogi obowiązku, nazywa się — łotrem i staje się wyrzutkiem społeczeństwa, któremu porządni ludzie ręki nie podają.
O tem wiedział doskonale i pamiętał święcie. Do kościoła chodził, modlił się, spowiadał; spełniał wszystkie obowiązki, które mu kościół spełniać nakazywał.... Uczył się dobrze, równie w szkole jak w domu i zachowywał się tak, iż czuł, że ojciec musiał być z niego zadowolony.
Tak było do niedawna. Teraz wszystko się waliło, uczyć mu się nie chciało, książka jeżeli nie zawierała w sobie utworów poetycznych, zdawała mu się ohydą.... Do kościoła chodził, ale po to — żeby spozierać na twarze pięknych kobiet. Każda spowiedź była dlań strasznym ciężarem. Wprawdzie przyznawał się przed spowiednikiem do grzechów.... popełnionych myślą, ale kosztowało go to tak drogo, jak nigdy nic przedtem.
Jakiś obcy, całkiem nowy, nigdy przed tem nieznany duch zagnieździł się w jego ciele. Duch ten podsuwał mu bezprzestannie buntownicze myśli. Nocami spać mu nie dawał, przesuwając mu przed oczy dziwne jakieś rozkoszne widziadła, kobiety o oczach płonących i uśmiechniętych twarzach, pełne jakiegoś pogańskiego szału, wabiące do siebie uśmiechem, gestami i słowami: — pójdź do nas, damy ci rozkosz.... rozkosz bezbrzeżną, zupełną. Noce te stawały się dlań męczarnią. Nie raz budził się, klękał i jak umiał pacierze odmawiał. Nie pomagało to; widziadła i w czasie modlitwy nie przestawały go prześladować. Nieraz drobna nagana nauczyciela, którą dawniej byłby przyjął z wdzięcznością, krew w nim teraz burzyła, tak, że musiał używać całej siły woli, że by nie wybuchnąć i knąbrną, zuchwałą odpowiedzią nie zrazić sobie profesora na zawsze. Żarty kolegów, które znosił dawniej bez żadnej przykrości, powodowały w nim obecnie szalone wybuchy gniewu i doprowadziły do kilku niemiłych scen.
W tej chwili siedział zadumany, zapatrzony w rąbek słońca, chowający się za dalekie góry, myślał o tem wszystkiem i o tysiącu innych rzeczy. Nie spostrzegł, że ciotka z panną Heleną wyszły na majowe nabożeństwo. Nie zauważył, że pani Helena, wychodząc, dawała mu jakieś żartobliwe znaki parasolikiem... Wzrok jego błądził od gór do wież, od wież ześlizgiwał się po dachach domów aż na zarośnięty różami i jaśminami dziedziniec domu ciotki.... Woń róż i jaśminów odurzała go....
Nagle uwagę jego zwrócił śpiew słowika; po raz pierwszy w tym roku usłyszał go.... Nigdy jeszcze trele te, nieuczonego artysty, nie wydały mu się tak cudownie pięknymi.... Słuchał upojony.... Marzenia wracały... Kobiety, same kobiety, najrozmaitszych typów i kształtów. Jednego, ściśle określonego ideału nie miał. Na każdą piękną spozierał z uwielbieniem, tajonem, tłumionem, lecz tem silniejszem...
Przypominał sobie, że cały poprzedni rok poświęcił czytaniu rozmaitych lirycznych poezyj i czytaniem tem przygotował się dokładnie do sielankowej, poetycznej miłości. Podczas wakacyi starał się zakochać w pannie Zosi, piętnastoletniej córce sąsiada. Nie szło mu to jakoś.... Zosia miała za grubą płeć i za blade usta. Na wyjezdnem dostał jednak od niej zasuszony kwiat białej róży.... Nic się jednak nie zmartwił, gdy mu towarzysze zabaw wakacyjnych Tolo, syn hrabi z Gródka i Jaś Sosnowski, uczeń szkoły rolniczej w Dublanach, pochwalili się, każdy z osobna, bardzo podobną pamiątką, otrzymaną z bezkrwistych rączek panny Zosi.... Nie przyznał się im nawet, że posiadał taką damę; nie zdradzał jednego przed drugim. Robiło mu to pewną satysfakcyę, że Tolo w wiedeńskim Terezianum, a Jaś wśród zapachu sztucznych nawozów będą mieli pamiątkę z rodzinnych żniw podolskich. Zwiędłą różę rzucił i zapomniał o niej — serca Zosi nie oddał, czekał czegoś nadzwyczajnego.
Wróciwszy do szkoły, próbował „włóczyć“ się, za dziesięciu przynajmniej pensyonatkami, do każdej się jednak wkrótce zraził.... Do żadnej „kartki“ nie napisał bo czuł, że to śmieszne i kompromitujące.... A jednakże „karmił się marzeniami“. Tłumy postaci kobiecych otaczały go co nocy.... Nawet w dzień, gdy tylko oczy przymknął, korowód ten zaczarowany otaczał go ze wszech stron i wabił do siebie. Krew mu wówczas okropem w żyłach płynęła, w oczach ciemniało, a wszystkie członki opanowywała niemoc jakaś dziwna, nieświadomej rozkoszy pełna.
Innym razem rozpamiętując przeczytane poezye, uczuwał nagle chęć zostanis, wielkim, sławnym poetą. Zdawało mu się, że ma w duszy siłę ku temu potrzebną. Nie o sławę mu chodziło; ona była środkiem nie celem. W głębi duszy tkwił inny cel: — Beatriks, Laura, jakaś może i Bezimienna, jak bohaterka Juliuszowego szwajcarskiego poematu.... Opierał wówczas głowę na dłoniach i zdawało mu się, że pływa po włoskich jezior toni i sparł skroń na piersi rozspiewanej anielicy.... Lub wyobrażał sobie, że przytulony do jakiej ubóstwianej, schronił się przed grzmotami i błyskawicami do ciemnej strasznej groty.... Marzenie to jednak nierobiło na nim wrażenia — „boskiej kary“; nie dosłuchiwał również „skargi nimf podziemnych“.
W ów cudowny wieczór majowy wszystkie te marzenia przesuwały mu się bezładnie przez rozgorączkowaną wyobraźnię — jednak najtrwalsza była, najczęściej powracała myśl rzucona przez Władzia Dobieckiego — była praktyczna i niezbyt trudno wykonalna. Tak sądził przynajmniej. Emilka od dłuższego już czasu bardzo często miała mu coś do powiedzpnia; a gdy mówiła, to uśmiechała się zawsze jakoś dwuznacznie; zresztą podobała mu się bardzo. Zaczął się więc głębiej zastanawiać nad sposobami wskazanymi mu przez Włodzia; uwodzicielstwo było dlań dotychczas zupełnie nieznanym kunsztem.
Gdy był tak pogrążony w myślach, usłyszał nagle, że drzwi od jego pokoju, do którego przytykał balkon, zwykłe miejsce jego dumań, ktoś po cichu otworzył.... Niby iskrą elektryczną tknięty, zerwał się i wbiegł do wnętrza. Na środku pokoju stała Emilka, trzymając w dłoniach tacę, na której była karafka z wodą i szklanka....
Adasiowi serce bić nagle zaczęło jak młotem; uczuwał nieprzepartą ochotę Emilkę pocałować; z drugiej strony ogarniała go dziwna straszna nieśmiałośó.... Dziewczyna spojrzała nań i jakby odgadując, co się w nim działo, zaśmiała się filuternie, hultajsko. Wnet potem, niby tłumacząc mu powód swego przybycia, szepnęła cichym, pieszczonym głosem:
— Stara Rózia zajęta, nie ma czasu, kazała mi wodę dla panicza przynieść. ....Pani jeszcze z kościoła nie ma.... Gdzieś pewnie na herbatę wstąpiła....
Przerwała nagle, tacę położyła na stole kręcąc głową, spozierała na wszystkie strony, niby szukając przedmiotu do dalszej rozmowy.
Adaś także nie silił się na podtrzymanie konwersacyi. Chodził naokoło dziewczyny drobnymi, lecz gorączkowo nierównymi krokami i przypominał młodego konia, który pierwszy raz pod jeźdźcem spotkał na swej drodze przeszkodę i nie ma odwagi ją przesadzić, choć ku temu uczuwa wielką ochotę.
Emilka to widziała doskonale; bawiło ją to nawet. Nie było ona wcale „wcieleniem niewinności“; miała już kilku „znajomych“, a naiwny a ładny panicz rozciekawiał ją bardzo. Przyroda jednak odmówiła jej daru wymowy, posługiwała się teraz tylko oczami i wabiącym uśmiechem.
Niema scena obopólnej obserwacyi trwała kilkanaście sekund.... Wreszcie tamy pękły.... Adaś, jak ogar rozwścieczony na dzika, tak rzucił się na dziewczynę, obejmując ją wpół i gwałtownie całując jej soczyste jak wiśnie, karminowe usta.
Gwałtowność taka przeraziła zrazu Emilkę, zaczęła się szamotać i wyrywać z tych nieokiełzanych uścisków. Nawet poczęła wołać, jakby mitygując gwałtownika i ratunku wzywając...
— Paniczu!... Panie Adamie!... Co panicz robi! Rozalia nadejdzie, tylko co jej nie widać.... Poszła rwać bukiet dla panicza i zaraz go tu przyniesie.
Głos był słaby i coraz cichszy, opór fizyczny nie silniejszy. Po chwili dziewczyna nie wyrywała się już zupełnie Adasiowi, a tylko jej usta bezwiednie szeptały:
— Paniczu! Paniczu!
On nic nie słyszał, nic nie widział; serce w nim biło jak młotem, twarz cała krwią zapłynęła i stała się przerażająco czerwona, oczy straciły były wszelką siłę ruchu, niby bezwładne wpatrywały się bezmyślnie w oczy dziewczyny, lecz nic nie widziały. — Usta tylko przykleił do ust Emilki, a rękoma przyciskał jej kibić do piersi, że aż ból fizyczny uczuwać zaczynała.
Oboje na chwilę zapomnieli o całym świecie.
Nagle dziewczyna głowę podniosłszy do góry, nadsłuchiwać zaczęła coś pilnie, później starając się uwolnić od ściskających ją rąk, szepnęła cicho, ostrożnie:
— Paniczu, proszę puścić!... Rozalia idzie.
Chłopak jednak nie słyszał tego szeptu: coraz namiętniej usta całował, i gwałtowniej przyciskał wyrywającą się dziewczynę, do rozszalałej piersi. Stracił był wszelką świadomość.
Tymczasem na schodach w rzeczy samej dawały się słyszeć przyciszone, drzące kroki.... Co raz bliżej i bliżej.
Dziewczyna szarpnęła się raz i drugi z całej siły. Napróżno jednak; żelazne ręce chłopaka trzymały ją w konwulsyjnym uścisku.
— Przepadło wszystko — pomyślała i nagle zaczęła wołać ile jej siły w płucach stało:
— Paniczu! Proszę mnie zaraz puścić!... Co ja nieszczęśliwa winna! Gwałtu! Gwałtu! Zadusi!
Szarpnęła się jeszcze raz i ostatnim wysiłkiem wyrwała się z rąk Adasia. Od siły szarpnięcia aż się zatoczyła i oparłszy się o ścianę głośno płakać zaczęła.
W tej samej chwili drzwi od pokoju się cicho otwarły i stara Rózia weszła do środka. Oczy jej przymglone naprzód spoczęły na Adasiu: Leżał raczej niż siedział na fotelu, oczy miał przymrużone, a w drzących dłoniach zaciskał konwulsyjnie kawałki perkalowego kaftanika dziewczyny, które wśród walki zostały w jego ręku. Stara mimowolnie z chłopaka przeniosła oczy na dziewczynę. Stała ona ciągle jeszcze oparta pod ścianą i zawodziła cichym płaczem. Odczuwszy jednak wzrok staruszki skierowany na siebie, zaczęła płakać głośniej i wśród łez wykrzykiwać:
— Kara boska niech na niego spadnie! Zwierz nie panicz! Com mu biedna, nieszczęśliwa, sama jedna na świecie sierota, zawiniła.... Zwierz!!! Zwierz! Aż koszulę na mnie potargał....
Tu słowa przeszły znowu w płacz i zawodzenie tak gwałtowne, że aż do uszu przechodniów, na ulicy dojść mogły.
Czoło staruszki zmarszczyło się; w jej siwych wyblakłych oczach zabłysły nagle iskierki gniewu i głosem przytłumionym lecz stanowczym nakazała dziewczynie:
— Sza! Milczeć! Marsz na dół, kaftanik weź inny i milcz. Ja sama pani powiem....
— Tabo moja Rozalio najsłodsza.... — zaczęła coś mówić Emilka.
Stara nie dała jej skończyć, z całej siły tupnęła nogą i zawołała:
— Marsz na dół! słuchać!
Bez wszelkiego oporu, spuściwszy głowę na piersi dziewczyna wyniosła się za drzwi.... Dopiero na schodach zaczęła znowu płakać.
— Małpa! — zawołała Rozalia i nagle zwróciła się do Adasia: — Co się paniczowi stało?... Co paniczowi do głowy przy chodzi?
Adaś jednak ani drgnął nawet na dźwięk jej głosu i siedział z opuszczoną głową i ze skrzyżowanemi na kolanach rękoma.... W zaciśniętych pięściach trzymał jeszcze owe nieszczęsne kawałki perkalu .... Z twarzy jego ustąpiła już była zupełnie owa nienaturalna, chorobliwa czerwoność robiąc miejsce nienaturalniejszej jeszcze, dziwnie strasznej bladości, która nadawała młodocianemu obliczu pozór zupełnej martwoty.... Tylko czasem niby zapóźnione błyskawice po burzy, bladą tę twarz wstrząsały dziwne jakieś konwulsyjne drgnienia.
Stara patrząc na to przestraszyła się naprawdę. Podbiegła do Adasia i biorąc go ostrożnie za ramię i wstrząsając niem lekko zapytała:
— Co tobie, Adasiu? Odezwij się!
— Nic!... Idźcie sobie! — brzmiała niechętna odpowiedź i chłopak odwrócił twarz w inną stronę, żeby nie spotykać się z badawczym wzrokiem staruszki, który mu wprost fizyczny ból sprawiał.
W całem tak duchowem jak cielesnem jestestwie uczuwał on w tej chwili niesmak jakiś dziwny, nieokreślony. On sam i cały świat zdawał mu się tak ohydny, że na nic nie chciał patrzeć, nic słyszeć. Istota własna była mu najobrzydliwsza. — Zniszczył by ją był w tej chwili, gdyby był w stanie pomyśleć nad tem. Wszakże myśli skupić nad niczem nie mógł; bezsilność ciała przeniosła się i do władz duszy.... Oddychał tylko głęboko.
Rózia widząc, że się nic nie dopyta, cicho i dyskretnie wyniosła się za drzwi, obiecując sobie, wrócić tu za godzinę i rozpytać się o całem zajściu dokładnie. Stara służąca Rozalia, która cały swój wiek spędziła w służbie u rodziny Kierdejów i pamiętała jeszcze ojca Adasiowego, „pana majora“ młodym człowiekiem i nieżonatym, jego syna sama wyniańczyła i kochała chłopaka nad życie; pielęgnowała go jak piastunka pilnuje małe dzieci.... Tembardziej strapiła się niespodziewanym wypadkiem.
— Diabeł się i w nim już budzi — szeptała do siebie w duszy, drepcząc powoli po schodach. — Ta sama krew istka w istkę, kostka w kostkę ojciec.... Niby to ja pana majora nie pamiętam młodym.... Choć mu już byłam za stara i „wydana“ a to odpędzić się nie mogłam biedy.
Tu starowina przystanęła trochę dla nabrania oddechu i puściła wodze wspomnieniom. Uśmiechała się przytem spokojnie, dobretliwie. W myśli jej kwestya zarysowała się jasno i wyraźnie: Wiedziała, że stanowcza chwila w życiu Adasia nadeszła, wiedziała i to, że odciągnąć ją trochę można, zażegnać niepodobna. Zastanawiała się więc tylko nad tem w jaki sposób możnaby najciszej ten „faliment“ zatuszować.
W myśli zaczęła już Adasia uniewinniać.
— Chłopak młodziutki — snuła dalej swe myśli — dziewczyna pusty wiatr.... Ho! ho! Nie wiedzieć czego takiego harmideru narobiła?... Nibym to jej nie spotykała nocą na furtce to z furmanem pana inżyniera, to z „fürerem“ od „jegrów“.... A i ten, nicpotem pisarzyna z magistratu, ten z długimi nogami, wyszwarcowany, to do niej ślepie zawraca i.... znają się, oh! znają.
Zanim zeszła na dół do kuchni to stanowczo już postanowiła „całej historyi łeb ukręcić“ i nic pani o tem nie wspominać....
Los chciał jednak inaczej. Na dole w kurytarzu usłyszała płacz „utrapionej“ Emilki i głos panny Teresy, rozpytującej dziewczynę o przyczynę tego płaczu.
Cała sprawa się wydała; ukryć nie było podobieństwo.


∗             ∗

Adaś tymczasem, po wyjściu Rozalii, zamknął drzwi swego pokoju na klucz i jak długi rozciągnął się na sofie.
Powoli zaczynał wracać do samowiedzy; całe położenie stanęło mu jasno przed oczyma i zląkł się go okropnie.
— Żeby tego Włodzia pioruny zatrzasły! — syknął przez zęby.
To były jego pierwsze słowa i przyprowadziły go do zupełnej równowagi umysłowej. Wszystkie domniemane następstwa dzisiejszej awantury szykowały mu się w jeden ciągły rząd nieszczęść.
— Ciotka Teresa dowie się za chwilę — myślał, robiąc sobie najstraszniejsze wyrzuty. — Stara dewotka nie wytrzyma, jutro kanonikowi powie.... Ten do ojca napisze.... Ojciec!.... Mama!
I rzucił się jak w gorączce na sprężynowej sofie, aż zajęczała. Przed oczyma stanęła mu rozgniewana twarz ojca i zapłakane oczy zrozpaczonej matki.
— Świnią nie człowiekiem trzeba być — łajał sam siebie. — Br! br!.... Obrzydliwstwo!.... Paskuctwo!
W pokoju robiła się noc ciemna, on nie przestawał się trapić ciągłymi wyrzutami.
Koło ósmej zastukał ktoś do drzwi. Adaś nie odezwał się nawet.
— To ja, Rozalia — dał się słyszeć głos starej sługi — proszę panicza do kolacyi.
— Nie pójdę, głowa mnie boli — odpowiedział Adaś i znowu pogrążył się w bolesnej zadumie.
Rozalia nie nalegała, bała się na razie spotkania chłopaka z ciotką wolała je odciągnąć do drugiego dnia.
— Wstydzi się biedniątko bardzo — szepnęła w duszy i poszła do pani, wyperswadować jej dzisiejszą rozmową z siostrzeńcem.
Adaś przepędził naj straszniejszą noc w dotychczasowem swem życiu; oka nie zmróżył i rano zerwał się niepodobny do siebie.
Przed siódmą jeszcze wyniósł się z domu i poszedł do szkoły, aby odciągnąć spotkanie z ciotką jak najdłużej.


III.

Panna Teresa także całą tę noc nie spała; spędziła ją na modlitwie.
Była to najstarsza siostra pana majora, osoba prawie już wiekowa, oddana postom, modlitwie i dewocyi w najszerszem tego słowa znaczeniu; poczciwa przytem nad wyraz i bardzo do Adasia przywiązana. Uważała go za swego spadkobiercę i z tego powodu, mimo oporu brata wymodliła u rodziców, że Adasia u niej umieszczono. Od kilku lat w jej domu mieszkał do gimnazyum z dobrym skutkiem chodził. Poznawszy spokojny temperament i wielką łagodność syna, major rad nawet był, że na prośbę żony i siostry ustąpił i miał syna o tyle blisko, że kilka razy do roku widzieć go mógł.
Panna Teresa jednak przypomniała sobie ów opór majora i po fatalnym wypadku z Emilką żywo jej w myśli stanęły słowa brata: „Baby chłopca nigdy dobrze nie wychowają“. Wśród ciągłych modlitw i rozmyślań słowa te ognistemi głoskami wypisywały się w jej pamięci.
Wyrzucała sobie straszliwie, że dla dogodzenia własnej przyjemności naraziła na niebezpieczeństwo przyszłość ukochanego dziecka. W jej wyobrażeniu nieszczęście było okropne, niczem nie zażegnane.... W jej czystej i wolnej od wszelkiej grzesznej myśli wyobraźni postępek Adasia był tak niezmiernie strasznym, że już nic na świecie straszniejszem być nie może.... Najbardziej wyrzucała sobie to, że ona to stała się bezwiedną, mimowolną przyczyną tego upadku. — Żeby był w jakim konwikcie, albo u OO. Jezuitów, albo u jakiego profesora, nigdyby do tego nie było doszło — szeptała sama do siebie, przerwawszy na chwilę gorące modlitwy.
Koło trzeciej sen ją zmorzył — zasnęła oparłszy głowę o pulpit klęcznika. I tak ją rano o ósmej zastała Rozalia, przychodząca zazwyczaj o tej porze po klucze i dyspozycyę obiadową.
— Przysięgam Bogu, pani się nie kładła! — zawołała starowina, klasnąwszy gniewnie w dłonie. — To grzech i obraza boska, takie nabożeństwo.... Sama księdzu kanonikowi powiem.
Panna Teresa przetarła oczy, przeżegnała się później pobożnie i na jej wyschłej nieregularnej twarzy zaigrał jej zwykły łagodny i ujmujący uśmiech.
— Nie gderaj no na mnie Rozalio! — rzekła łagodnym, cichym głosem. — Mam i tak zmartwienia bez miary.... Co my poczniemy z tym chłopcem? — Zrobić coś trzeba — odrzekła stara sentencyonalnie — ale to nie racya, żeby pani zdrowie sobie psuła i przy klęczniku noc trawiła.... Nie miła Panu Begu taka modlitwa.
— Kiedy widzisz — przerwała pani, niby łtómacząc się — ja ciężko tu zgrzeszyłam, zachciało mi się koniecznie Adasia mieć u siebie i z tej troskliwości duszę mu zaprzepaściłam.
— Poprawi się jeszcze. A teraz niech pani Boga więcej nie obraża i kawy się napije.
— Chciałam dziś do spowiedzi — szepnęła nieśmiało pani — dziś sobota.
— Musi pani pić kawę, tydzień ledwie minął jak się pani spowiadała. Jakie tam grzechy być mogą?... Rozalia powiedziała to tak stanowczo, że panna Teresa nie pomyślała nawet o możliwości sprzeciwienia się jej woli.... Usłużyła jej później przy zmianie toalety i przy sobie kazała wypić filiżankę kawy.
W tym czasie mówiły ciągle o jednym tylko przedmiocie — o winie Adasia.
— Po mszy do kanonika wstąpię — projektowała panna Teresa — opowiem mu wszystko... Niech radzi.
Na te słowa Rozalia stanęła nasrożona, podobna do kury broniącej piskląt przed jastrzębiem.
— Za nic! -—zawołała porywczo. — Niech pani tego nie robi! Kanonik poczciwy ale cudzy człowiek .... Nasz Adaś w ojca się wdał, w nim fantazya pańska a niecierpliwa.... Cudzemu nie zniesie, jeszcze coś kanonikowi odburknie i nieszczęście gotowe.... Jeszcze się gotowa historya po mieście roznieść i Adasiowi w szkole zaszkodzić. — Prawda, masz racyę — odrzekła smutnie panna Teresa — Ale co robić?
Rozalia zapytana tak wprost o radę przybrała minę uroczystą, wyprostowała się jak szyldwach przed oficerem i rzekła krótko lecz dobitnie:
— Pani Heleny się poradzić.
Ci, którzy byli obecni wówczas, gdy Kolumb umieścił jaje na stole, musieli mieć wyrazy twarzy podobne, jak panna Teresa, po usłyszeniu ostatnich słów Rozalii. Oczy się jej nagle rozjaśniły, usta ułożyły do jeszcze łagodniejszego sympatyczniejszego uśmiechu.
— Prawda! — zawołała, klaszcząc jak dziecko w dłonie. — Ta biedna Helenka, tyle przeszła z tym swoim nieznośnym mężem, że musi znać te okropności i szkaradzieństwa, które ci mężczyźni popełniają.... Ona mi poradzi.... Z ostatecznej rozpaczy poczciwa staruszka przeszła nagle w stan zupełnej wesołości.... Zakrzątała się po pokoju i po kilku minutach była już gotowa do wyjścia.... W ganku już będąc nakazywała Rozalii.
— Jak pani Helena wstanie pójdź do niej i proś niech do mnie przyjdzie, gdy ze mszy wrócę.... Ale koniecznie niech przyjdzie.... Nic jej nie opowiadaj — sama jej powiem.


∗             ∗

Pani Helena Moźewska mieszkała w ogrodowej oficynie domu panny Teresy. Była to dość daleka krewna Adasiowej ciotki, ale zawsze wolała nieśmiała i bojąca się obcych ludzi staruszka, mieć za lokatorkę panią Helenę niż kogoś nieznanego, choć obecność młodej i ładnej krewniaczki narażała ją na pewne nieprzyjemności: pani Helena była rozwódką i wiele bardzo pobożnych pań gorszyło się tem, że panna Teresa tej kategoryi kobietę otacza swą opieką. Gdy przed niespełna dwoma laty piękna Helena opuściwszy dom męża sprowadziła się do opustoszałej oficyny panny Teresy, w pobożnej koteryi stanisławowskiej zakipiało jak w garnku, opowieściom i plotkom nie było końca. Opowiadano sobie, że sto razy zdradziła ona męża, że z jej przyczyny pan Hilary Możewski rozpił się, rozwłóczył i znałegował do gry karcianej, że kilku ludzi pozabijało się z jej przyczyny, że było ze trzydzieści pojedynków pomiędzy szczęśliwymi wielbicielami jej piękności. Wszystkie te wiadomości dochodziły do panny Teresy, ale ona puszczała je mimo uszu i rozwódki nie usunęła z oficyny, przeciwnie polubiła ją bardzo; — wiedziała doskonale, że Hilary zapijał się co raz częściej a upiwszy się wyprawiał takie historye, że żadna kobieta z nim mieszkać nie mogła. Wprawdzie krążyły ploteczki po mieście, że pani Helena i teraz kultywuje i dawne znajomości i nie cofa się przed robieniem nowych, ale któż ludziom potrafi zabronić plotki robić. Panna Teresa ani chciała słuchać takich oszczerstw; przecież patrzyła ciągle na życie młodej kobiety i wiedziała, że to nieprawda. Nie przeszkadzało to jednak pani Woynowskiej, kuzynce pana Hilarego głosić, że w Helenie kocha się obecnie dwóch oficerów ułańskich z Tyśmienicy, że oprócz tego szczycą się jej względami: jeden inżynier z kolei i dwóch szlachciców z okolicy, że wszyscy mają z nią bardzo ścisłe stosunki, ale ona tak jest teraz sprytna, że ci wielbiciele i kochankowie nic nie wiedzą jeden o drugim.
— Przecież panna Teresa!... Przecież na to by nie pozwoliła....
Stawały w obronie Heleny niektóre panie, układając usta, do ironicznego uśmiechu.
— Ech! Teresa już całkiem niedowidza i głuchnie — wołała tryumfująco pani Woynowska — a zresztą całe życie była taka głupia, że każde dziecko mogło ją oszukać....
O ile zarzuty pani Woynowskiej były sprawiedliwe nikt na pewno nie mógł powiedzieć: cały świat mniej lub więcej w nie wierzył z wyjątkiem panny Teresy.
Gdy Rózia przyszła oznajmić życzenie panny Teresy, pani Helena leżała jeszcze w łóżku. Stara krótko się załatwiła i nie wyjaśniwszy przyczyn tego nagłego wezwania wymknęła się z powrotem.
Pani Helena była bardzo ciekawa z natury; to uroczyste i w tak niezwykłej porze przesłane wezwanie stawienia się u staruszki rozciekawiło ją niepomiernie.
— Co to może być?
Zadawała sobie to pytanie przynajmniej ze sto razy. I dopiero, gdy ujrzała zgarbioną, wysuszoną postać pani Teresy powracającą do domu — zaczęła się pospiesznie ubierać. Strojenie się niedługo trwało; włosy nieczesane zebrała w siatkę, ubrała wolny, poranny szlafrok i zarzuciwszy na to wszystko ciepły szal, pobiegła co rychlej do domu staruszki. Ładna była bardzo; niby jakaś nimfa leśna migała się pomiędzy bujnemi klombami, pełnemi pysznej zieleni i wonnych kwiatów. Ze snu pozostała w jej twarzy omdlałość jakaś uroku nieokreślonego, dziwnego pełna, a oczy w przeciwieństwie gorzały ciekawością niezaspokojoną, palącą. Wpadłszy do pokoju staruszki i przyklęknąwszy prawie do samej ziemi, zaczęła całować wychudłe, żółte ręce starej ascetki.
— Ciociu, cioteczko! — wołała z przymileniem. — Cóż to za taka ważna sprawa, dla której mnie ciocia tak nagle i gwałtownie wzywa?
Twarz staruszki od wczoraj postarzała się była o lat dziesięć; zmarszczki bardziej się sfałdowały; z oczu tryskał ból tak głęboki i prawdziwy, że gdy spojrzała na przymilającą się Helenę, to ta przestraszywszy się naprawdę tej boleści, poczęła znowu ciotkę gwałtownie całować po rękach i błagającym głosem wołać:
— Ale, cóż na Boga się stało? Co się stało?
— Stało się coś bardzo złego.... Coś najgorszego! — szepnęła złamanym głosem panna Teresa i zasłoniwszy rękoma oczy, mówić dalej nie mogła....
— Ale co? Co? Co? Niech ciocia powie, bo zginę.... Co?
— Adaś.... Adaś.
Na dźwięk tego imienia wyraz trwogi na obliczu młodej kobiety spotęgował się jeszcze; usta jej nerwowo drżeć zaczęły; więc się trzęsły. Kilka chwil przeszło w milczęniu, wreszcie Helena zebrała się na tyle siły woli, że zapytała: — Adaś? Cóż się stało?... Zginął? Zastrzelił się?
Pytanie to rzuciła tak, jak strzela tchórz w pojedynku: strzeli z zamrużonemi oczyma, a boi się popatrzyć, czy strzał trafny lub chybiony.
— Zastrzelił się! Złowieszczo zabrzmiało w powietrzu, nawet złamana postać panny Teresy wzdrygnęła się na to słowo; oko jej żywiej zabłysło; ręce mimowolnie wykonały ożywiony znak zaprzeczenia. Równocześnie z ust szybko popłynęły słowa:
— Nie! nie! nie!... Jeszczeby też!.... Dziecko! Chrześcianin!... Nagle głos jej osłabł znowu, głowa pochyliła się na piersi i ledwie dosłyszalnym głosem szepnęła: — Jednak kto wie, czy nie gorzej się stało?... Duszę zaprzepaścił, może na zawsze. Sodoma i Gomora w moim domu.... Umrę ze wstydu.
Z wesołej do śmiechu skłonnej twarzyczki pani Heleny uleciały odrazu wszelkie oznaki niepokoju i trwogi, przeciwnie lekki ironiczny uśmieszek zarysował się około ust i osiadał w pięknych dołeczkach po obu stronach rumianej twarzy; tłumiła go jednak całą siłą woli, nie chciała staruszki nim obrazić.... Z ostatnich słów panny Teresy doświadczona kobieta odrazu domyśliła się przyczyny smutku i strapienia ciotki. Zwolna, ostrożnie, słowo po słowie wydobyła z niej wszystko, co ona wiedziała o wczorajszym wypadku .... Staruszka opowiadała, wreszcie gdy przyszło do powtórzenia słów „ściskał i całował” rozpłakała się rzewnemi łzami.
— Wyobraź sobie Helo — mówiła przez łzy. — Dziewczyna mi opowiadała: „rzucił się na mnie, jak jaki zwierz, dusił.... ści.... ścis .... kal, ca....ło....wał.... Kaftanik podarł....” Sodoma i Gomora, choć z miasta uciekać. Niespodziewałam się; takie było dziecko potulne, bogobojne; patrz zły duch się w nim obudził i już.... ściska i całuje.... Do spowiedzi muszę iść, żeby mi Bóg odpuścić raczył te słowa, które przez moje usta z tego powodu przechodzą....
Nagle spojrzawszy młodej kobiecie w oczy, zapytała stanowczo:
— Helu, co z tym fantem robić? Co radzisz?
Pani Możewska nie zaraz odpowiedziała słowami na zapytanie staruszki; nasamprzód oczy jej chustką poobcierała, później wyściskała ją i wycałowała na wszystkie strony, później uśmiechać się zaczęła, ale tak ostrożnie i nieznacznie, jak myśliwiec, szukający ścieżki wśród trzęsawisk.
— Co radzisz? — pytała ciotka niecierpliwie.
— Właściwie nic — odparła Helena, namyślając się. Po chwili dodała pewniejszym głosem: — To takie zwykłe, takie pospolite.... Oni wszyscy przez to przechodzą. — I rozśmiała się głośno, swobodnie.
— Nie masz się z czego śmiać! — zawołała zgorszona staruszka. — Obraza boska jest i to w moim domu.... Nie ma innej rady, do Ksawerego piszę niech go sobie zabierze.... Bóg wie, co z tego wyniknąć może? Wczoraj nie udało się paniczowi, bo dziewczyna uczciwa krzyku narobiła, jutro gdzieś sobie w mieście poszuka.... Pfe! pfe! Nie chcę, nie chcę.... Do Ksawerego piszę niech go zabiera.
Pani Helena powoli, ostrożnie usadowiła staruszkę na sofce, sama usiadła obok niej i przymilając się do niej, zaczęła perswadować:
— Cóż cioteczka dobrego zrobi, jeżeli ciocia majora o tem uwiadomi? Przyjedzie, zirytuje się, chłopca gotów wybić, bo o to u niego nie trudno.... Jeszcze chłopak gotów serce do ojca stracić, a ojciec się rozchorować.
— Oh! Boże mój — westchnęła ciężko staruszka. — Cóż robić?... Możeby go prynajmniej oddał gdzie w dobre ręce, do jakiegoś Terezianum, do jakiegoś konwiktu, czy profesora.... Możeby go w ostrych rękach od grzechu zachowali.
— Jeszcze gorzej może być niż tu — przerwała jej Helena — po konwiktach, gdzie chłopców razem dużo najgorsza rozpusta, jeden psuje drugiego.... Przecież ciocia wie, że Hilary tak ładnie się wyedukował u Jezuitów w Tarnopolu — tu westchnęła ciężko — przecież Jezuici go nie nauczyli pić, w karty grać i tam dalej.... Tylko od kolegów się powyuczał.... Do żadnego konwiktu Adasia dawać nie można.... Szkoda go.
— Cóż mam robić? — zapytała tym razem podniesionym i zirytowanym głosem. Przecież tej sprawy tak nie zostawię.... Coś zrobić koniecznie potrzeba.
Helena słuchając tych słów, opuściła głowę na piersi, a oparłszy wskazujący palec na czole, uderzała niem raz po raz, jakby pragnęła mądrej myśli się dostukać. Miała pozór osoby bardzo głęboko zamyślonej, jednak chwilami uśmieszek jakiś psotny, figlarny, dziecinny prawie przemykał jej przez całą twarz i tylko dłuższy czas gościł w cudnych, ciemnych fiołkowych oczach. Były mgnienia oka, w których robiła wrażenie dzieciaka-psotnika, układającego jakiś figiel. Pannie Teresie, bacznie ją obserwującej, na myśl nawet nie przychodziło podobne posądzenie.... Nie! przeciwnie, czekała niecierpliwie na projekt, który poda Helenka po tak długim namyśle.
Wreszcie piękna kobieta podniosła zadumane oczy i wpatrując się niemi w ciotkę — rzekła całkiem poważnie:
— Wiem, co będzie najlepiej.... Do ojca nie pisać.... Nikomu nic nie mówić.... Niech ciocia sama we cztery oczy wyłaje go porządnie, powie należyte verba veritatis i koniec.... On się jeszcze wstydzi — to się poprawi.
Staruszka ze zgrozą i zdumieniem na nią spojrzała; takiej rady nie spodziewała się i znać oburzyła ją ona do żywego. Z oburzenia trudno jej było przez kilka chwil przyjść do słowa, wreszcie zasłaniając twarz rękoma, zawołała:
— Co!... Ja.... ja mam z tym smarkaczem mówić o.... o.... o całowaniu! Pfe! pfe! Nigdym się po tobie nie spodziewała takiej rady.... Niech się dzieje co chce, ja ust swoich takimi rozmowami nie skalam!!!
Gorące rumieńce uderzyły na bladą i wychudłą twarz ascetki. Z gniewu i pospiechu z jakim mówiła ostatnie słowa, tchu jej w piersiach zabrakło; ciężko dyszała.
Helena musiała użyć całej siły woli, ażeby nie wybuchnąć pełnym, wesołym, niepowstrzymanym śmiechem; zwyciężyła jednak tę młodzieńczą pokusę. Czoło zmarszczyła, twarz całą przyoblokła w wyraz smutnej a głębokiej zadumy, tylko w oczach bezprzestannie pusty diablik, figlarz, psotne jakieś figle płatał i wywoływał dziwny, lecz śliczny kontrast: zasępionej twarzy o śmiejących się oczach. Nagle zerwała się i dopadłszy rękę ciotki, zaczęła je znowu całować po kilkanaście razy. Mówiła przy tem, zrazu smutnie, niby z rezygnacyą, niby ofiara, później coraz weselej, aż wreszcie słowa jej rozpłynęły się w kaskadach srebrnego śmiechu:
— Ciocia nie chce!... Cóż robić?... Ja bym od cioteczki wszelkie zmartwienie odsunąć pragnęła.... Ciociu! Cioteczko, proszę się nie martwić.... Do majora nie ma co pisać — nieszczęście gotowo być ... kanonikowi także na darmo gadać — nic nie pomoże.... Ach! żebym tak mogła, to samabym tak temu smarkaczowi skórę wytrzepała, że wywietrzałyby mu z głowy wszelkie amory.... Proszę kogo Adaś całuje. No! no. Cha! cha! cha!
I śmiała się całem sercem biegając wzdłuż i wszersz pokoju i nie mogąc chwili ustać na jednem miejscu. Niespodzianie stanęła na środku pokoju, klasnęła głośno w dłonie i zawołała:
— Nareszcie! Już wymyśliłam.
Co? co? co? Helenko, moje dziecko, powiedz, że mnie — zapytała niecierpliwie panna Teresa.
— Co? Zobaczy ciocia, czy nie mądrze — zawołała z tryumfem — Ja mu sama wyczytam taką reprymendę, że mu w piętach zastygnie, temu niepoczciwemu chłopczyskowi. który mi cioteczkę zamartwia.
Twarz staruszki rozpogodziła się w jednej chwili, dawno tego pragnęła, żeby Helena sama wyłajała Adasia, nie śmiała jej tylko sama zaproponować, bała się, żeby jej to przykrości zbytecznej nie sprawiło. Usłyszawszy od niej samej tę propozycyę uradowała się nią bardzo, z drugiej strony jednak zapał z jakim młoda kobieta zabierała się do „dania reprymendy” Adasiowi przerażał ją trochę, obawiała się, żeby Helena nie za ostro obeszła się z jej ulubieńcem:
— Bardzo ci dziękuję, Helenko — przemówiła spokojnym, wesołym prawie głosem — tylko nie wiem, czy to nie będzie za wielka kara dla Adasia.... On się tak wstydzi ciebie; taki jest zawsze z tobą nie śmiały.
— A to mi się podoba! — zawołała Helena porywczo — Jeszcze na to zwracać uwagę, jeszcze go żałować.... To on może ciocię zamęczać, zamartwiać, a powstydzić się nie może.... Zresztą, jak ciocia myśli — dodała spokojniej. — Nic mu nie powiedzieć, niech gagatek broi.... Chciałam jak najlepiej.
— Ależ nie.... Ależ co znowu — broniła się staruszka. — I owszem. Serdecznie ci dziękuję, chciałam tylko, żebyś chłopca trochę oszezędsała.... Strasznie się zawstydzi.
— Na to nie ma rady, kto grzeszy musi pokutować.... Lepiej, że się trochę powstydzi, niż ma na urwisza wyrość.
— Pewno! pewno! — zakonkludowała panna Teresa — ale jak to zrobić?
I obie pogrążyły się na jakiś czas w myślach, układając plany działania. Pierwsza przerwała milczenie pani Helena:
— Tak będzie, cioteczko — przemówiła swobodnie. — Dziś sobota, po obiedzie mają w szkole rekreacyę.... Ciocia, nie dając nawet poznać po sobie, że wie o wszystkiem przyszle mi Adasia koło czwartej do mnie. W „łozach” nad Bystrzycą będzie dziś grać wojskowa muzyka, i jakąś loteryę urządzają na dobroczynność; żeby ciocinego faworyta nie przerażać od razu, wezmę go z sobą na spacer, później wypijemy razem herbatę, a później — reprymenda... Oj damże mu dobrą nauczkę, dam!...
Tu wykręciła się na jednej nodze, jak furkadło: uderzając raz po raz dłonią w dłoń powtórzyła kilka razy:
— Damże mu nauczkę, dam!
Później z miną swawolnego dzieciaka dopadła suchej figury panny Teresy, obcałowała ją, uściskała na wszystkie strony i wybiegając z pokoju zawołała u progu:
— Ciociu, pa! paa! Proszę pamiętać: spacer. herbata, nauczka.
Zniknęła, jak sen nocy letniej.
— Przemiła kobiecina — mówiła w duchu panna Teresa po odejściu kuzynki. — Czego te niepoczciwe plotkarki chcą od niej.... Przylepka prawdziwa i zawsze sobie da radę i ciekawam, cobym była dziś poczęła, gdyby nie jej poczciwa rada i pomoc.


∗             ∗

Ze wstrętem i niepokojem oczekiwał dziś Adaś odgłosu dzwonka zwiastującego końca dzisiejszych lekcyj. Przez całe pięć godzin porannej lekcyi do żadnego kolegi słowa nie przemówił i siedział nastrzępiony jak sowa. Na domiar nieszczęścia nauczyciel greckiego języka „wyrwał” go — ani słowa mu nie odpowiedział. Włodzimierz dwa razy zbliżał się do niego i troskliwie wypytywał o przyczynę tego dziwnego usposobienia.

— Daj mi pokój — odburknął mu nie chętnie — „tróją” wziąłem.... Nie mów dziś do mnie.
Wreszcie dzwonek się odezwał, ostatnia lekcya się skończyła. Wyszedł sam, pospiesznie, umyślnie unikając towarzystwa kolegów, przedewszystkiem Dobieckiego. Ten, wczoraj jeszcze przyjaciel, stał mu się dziś tak wstrętnym, że patrzeć nań nie mógł; obrzydzenie uczuwał, gdy o nim pomyślał.
Szedł jakiś czas bezmyślnie, prosto przed siebie, aż oparł się na końskiej targowicy, już prawie po za miastem na drodze prewadzącej do rzeki. Brak gwaru miejskiego i przestronne błonia okalające go zewsząd sprawiły, że nagle oprzytomniał i własne połozenie stanęło mu żywo przed oczyma w całej swej grozie. Przypuszczał na pewne, że stara Rózia o wszystkiem ciotce powiedziała.
W ślad za tą myślą błysnęło mu przed oczyma: „Co z tego będzie”. Kanonik!... Toby jeszcze potrafił znieść — spowiadał się przecież zawsze przed nim. — Ale ojciec. Na samą tę myśl rzucił się naprzód jak dzik zraniony i chciał biedz do rzeki.
— Utopię się! — pomyślał — skończy się wszystko.
Wnet jednak pomyślał o matce, którą kochał nad życie. Stanął i znowu zaczął rozmyślać. Przypomniał sobie, jak mu ojciec zawsze mówił, że nie ma straszniejszej hańby dla szlachcica jak uciekać przed niebezpieczeństwem, jak być tchórzem.... A cóżby to było innego, jak nie tchórzostwo? Na samą tą myśl cała twarz dumnego chłopaka oblała się gorącym rumieńcem. Zawrócił raptem i pewnym krokiem, przecinając w poprzek błonie targowicy, powracał do domu. Był przygotowany na wszystko.
Jakże był zdumiony i uradowany, gdy wszedłszy na dziedziniec, zobaczył ciotkę, wyciągającą doń wesoło ręce i witającą go jakby się nic nie stało.
— Czekam na ciebie od pól godziny. Byłam już niespokojna. Obiad się popsuje.
— Widocznie stara nic ciotce nie powiedziała — pomyślał ucieszony i z zapałem ucałował staruszkę w obie ręce.
— Czy was dziś dłużej trzymali? — pytała troskliwie — Już trzy na drugą.
Zawstydzony Adaś odwrócił oczy w drugą stronę i szepnął:
— W szkole wysiedziałem się tak długo, umyślnie poszedłem się przejść trochę.
Poszli zaraz do obiadu, który już był gotów od pół godziny i czekał na pieszczocha. Przy stole panna Teresa była tak czuła dla bratańca jak nigdy; żałowała go teraz, wyrzucała nawet sobie, że go narazi na taki wstyd; odczuwała, co go będzie kosztować ta rozmowa z Heleną. Ozuła jednak jej konieczność; była pewną, że wpłynie zbawiennie na dalsze życie młodego chłopaka. Z tem wszystkiem trudno jej było powiedzieć mu: „idź do Heleny po reprymendę”. Zwlekała z tem do ostatniej chwili. Po obiedzie zabrała Adasia do kwiatowego ogrodu i tam z lubością pokazywała mu świeżo rozkwitnięte tulipany, które lubiła ogromnie i miała ich mnóstwo. Wreszcie, gdy już czwarta godzina się zbliżała, czerwieniąc się jak pęsyonarka i pokaszlując co chwila wypowiedziała, ułożoną z góry przemowę, w której kunsztownie pomieściła i zaprosiny Heleny towarzyszenia jej na spacerze i herbatkę, mającą potem nastąpić, tylko nic nie wspominała o reprymendzie.
Nie domyślał się jej i Adaś; jak strzała pobiegł do swego pokoju, przebrał się najspieszniej w najparadniejsze swe ubranie i za dziesięć minut, dobrze jeszcze przed czwartą pobiegł do „kuzynki” Heleny.


IV.

Dwa jest na świecie rodzaje zalotnych kobiet: do pierwszego należą zimne, wyrachowane istoty, które starają się podobać po to tylko, ażeby z tego jakąkolwiek korzyść dla siebie wyciągnąć; drugie wesołe, świegotliwe, nieopatrzne, próbują każdego, spotkanego mężczyznę olśnić swą urodą, same jednak z nadzwyczajną łatwością poddają się urokowi miłości, która wszakże nigdy u tych rozkosznych stworzeń nie bywa trwałą.
Pani Helena była doskonałym typem kokietki drugiego rodzaju. Gdyby była dostała zacnego i rozumnego męża, mogła się była z niej wyrobić zupełnie porządna kobieta; główny zasób swej wrodzonej zalotności byłaby zużytkowała na ciągłe przypodobywanie się mężowi, a pozostałemi resztkami obdarzałaby nie szkodliwych sąsiadów. Stało się jednak inaczej: wykwintna jej natura, zrażona brutalnemi wadami pana Hilarego, podniosła była stanowczy rokosz; po miesiącu pożycia nie miała już piękna mężatka ani jednego uśmiechu, ani jednego figielka dla znienawidzonego. Pozostał więc cały zasób wrodzonej zalotności niezużytkowany. Męczyło to ją, draźniło; do zdrowia, do życia potrzebowała podobać się komukolwiek. Zjawili się wnet wielbiciele; zajmowała się nimi po kolei z wielkim zapałem, lecz najczęściej zamiast rozkochiwać ich na śmierć w sobie, sama pogrążała się w namiętnem, choć krótkotrwałem uczuciu. Za wiele miała krwi i temperamentu na zimną, wyrachowa ną kokietkę. Pani Woynowska niebardzo się mijała z prawdą, twierdząc, że pan Hilary nosił rogi, w liczbach tylko przesadzała. Z tem wszystkiem Helena nie umiała sobie nawet zdać jasno sprawę, w jaki sposób zdradzała męża; robiła to zawsze bezmyślnie, mimowolnie prawie. W rzeczy samej nawet nie te krótkotrwałe niewierności były przyczyną rozejścia się małżonków; z każdym dniem rosnące wady pana Hilarego były bezpośrednim powodem separacyi. Opuszczenie mężowskiego domu i zmiana stanowiska towarzyskiego wywarły na niej głębokie wrażenie. Towarzystwo panny Teresy i wdzięczność za jej opiekę także nie mały wpływ miały na tę dziecięcą naturę. Uspokoiła się była i plotki, zarzucające jej jakoby i teraz miała kochanków, były zupełną potwarzą. Opowiadano sobie wprawdzie, że w przeszłym roku w Krynicy jakiś warszawski, młody literat za długo z nią wieczorami przesiadywał, ale to były głuche wieści, niesprawdzone przez nikogo.
Tak długi stosunkowo przeciąg czasu powstrzymania się od wszelkiej kokieteryi, nie zmienił jej lekkomyślnego usposobienia — przeciwnie ów nagromadzony zasób niezużytkowanej zalotności gwałtownie się domagał jakiegoś ujścia. Choć przez myśl jej nawet nie przychodziło kokietować siedmnastoletniego, a więc o całe dziesięć lat od siebie młodszego Adasia, zupełnego dzieciaka i głuptaśka — jak się o nim wyrażała — to jednak wziąwszy na siebie dość trudną rolę, dania chłopakowi „dobrej nauczki”, zaczęła o tem mimowolnie rozmyślać, coby to było, gdy by tego malca zaczęła kokietować.
— A to by dopiero zrobił minę! zawołała wesoło sama do siebie, przedstawiając sobie zastraszoną i zażenowaną twarz Adasia.
— Ciekawam: czy odważyłby się mnie pocałować? — myślała dalej — patrzcie, jaki smarkacz, myślałam zawsze, że trzech zliczyć nie potrafi, a dziewczęta to już napastuje.
I śmiać się zaczęła wesoło, przypomniawszy sobie całą scenę, którą znała najdokładniej z ust samej Emilki, wezwanej poufnie na konfesatę.
Myśl o Adasiu jak zmora prześladować ją zaczęła. Chociaź chciała czem innem się zająć, to nie mogła; ciągle powracała przed oczy jej duszy, ta scena wczorajsza z Emilką, ta oczekiwana rozmowa z „przestępcą“. Obiecywała sobie pobawić się z chłopakiem jak kot z myszką i pomęczyć go, dokuczyć należycie, a później przebaczyć i tak go ugłaskać, żeby nabrał do niej zaufania.
Nie zastanawiając się nawet nad tem, ubrała suknię, w której jej było najbardziej do twarzy; włosy ułozyła w najpowabniejszą fryzurę i tak ustrojona, świeża i nadpodziw piękna oczekiwała przybycia Adasia.
Na diesięć minut przed czwartą Adaś jak bomba wpadł do saloniku pani Heleny. Tylko na głośne wejście starczyło mu odwagi; później stanął jak trusia, onieśmielony słowa nie umiał przemówić. Patrzył zdumiony na Helenę, tak piękną nigdy jej nie widział, wydała mu się wprost królową jakąś, zjawiskiem nadziemskiem.
Ona nie zwracała pozornie nań uwagi. Stojąc przed zwierciadłem wkładała na głowę elegancki kapelusik z orzechowego aksamitu, przy którym jej fiołkowe oczy jeszcze piękniejsze się wydawały. W zwierciadle doskonale widziała osłupiałą minę chłopaka i zabawiło ją to nadzwyczajnie.
Nagle zwróciła się ku chłopakowi, który się jej w tej chwili ukłonił, niezgrabnie szastając nogami.
— Cha! cha! cha! — rozległ się jej srebrny, dziwnie mile dźwięczny śmiech — Adasiu, Adasieńku, któryż to profesor nauczył cię tak ładnie się kłaniać? Suwasz nogami jak chłopak sklepowy.
Adaś, słysząc to, oblał się szkarłatem tak ciemnym, że można się było obawiać, iż mu krew z twarzy tryśnie. Nie odpowiedział ani słowa.
Helena odczuła, że struną przeciągnęła, postanowiła go za te drwiny wynagrodzić.
— Któż się zresztą ciotce kłania — dodała wesołym tonem — przecież jestem w hierarchii rodzinnej najaktualniejszą twą ciotką.... Ciotkę się w rękę całuje.... Pocałuj.
I wyciągnęła doń białą, pulchną, pełną błękitnych żyłek rękę.
Adaś, z dziwną niezgrabnością wziął się do tego aktu galanteryi: drobną rączkę podnosił do ust, jakby jakiś kilkodziesięcio funtowy ciężar, ręce mu przytem drżały, serce biło. Gdy jednak usta jego dotknęły różowej rączki, to nagle nabrał niezwykłej śmiałości i pocałował z ogniem, przytrzymując dość długo podaną mu rękę przy swych rozpalonych ustach.... Uczuł nagle ten sam żar, który go wczoraj trawił.
— Wcale nieźle całujesz — zawołała, śmiejąc się Helena i łagodnie odciągnęła rękę od jego ust zabierając się do wkładania przyciasnych trochę rękawiczek.
— Ludwinka zamówiła już fiakra na czwartą — szczebiotała, usiłując napróżne zapiąć klamerki rękawiczki. — Ah!... fiakier już zajeżdża a ja nie mogę pozapinać tych nieznośnych rękawiczek.... Pomóż mi. — I wyciągnęła znowu doń swe obie już ręce.
Praca nad zapinaniem klamerek stosunkowo dość długo trwała, bo Adaś niezgrabnie i nieśmiało brał się do tego, tak że wreszcie znudzona piękna pani sama pozapinała a chłopakowi dostała się znowu nagana na temat niezgrabności i braku obycia z kobietami.
— Już sama muszę się zabrać do ciebie — mówiła, mięszając surowe słowa, z zalotnemi spojrzeniami — i nauczyć cię jak się powinien zachowywać słuszny kawaler.... Bo przecież ty jesteś już słusznym kawalerem, mam wszelkie dane, za takiego cię uważać.
Mówiąc to uśmiechnęła się jakoś tak dziwnie, że Adasia aż lęk zdiął; w tej chwili błysnęła mu myśl, że pani Helena wiedziała o wczorajszej awanturze z Emilką. Wnet jednak usiedli do powozu i podczas drogi zapomniał zupełnie, o chwilowem posądzeniu.
Spacer, który Adaś odbył tego dnia z Heleną, pozostał na długo wyryty w jego pamięci, był to pierwszy tryumf w jego życiu. Nasycił się tryumfem tym do woli.
Znajomych, z którymi by się witali lub rozmawiali, było nie wiele; wszyscy jednak znali Helenę choćby z widzenia i spojrzenia mężczyzn pełne podziwu i uwielbienia, rzucane co krok na jego towarzyszkę napawały go dumą i zadowoleniem.
Zaraz u wejścia przebyli rotowy ogień spojrzeń zebranych tam oficerów. Wykrzykniki zdradzające najwyższy stopień zachwytu nad pięknością pani Heleny posypały się jak z rogu obfitości:
Ah! Diese ist hübsch!
Wunderbar hübsch!
Collosal! Collosal!
Une beauté superiore! — pochwalił się któryś francuskim frazesem.
Pułkownik ułański, który znał Helenę z balu szlacheckiego, spojrzał surowo na oficerów, jakby chciał im powiedzieć: „cicho bądźcie, nie chwalcie za głośno, znam tę panią”; równocześnie podszedł do Heleny i ze zgrabnym ukłonem wypowiedział jej jakiś, może tysiąc razy powtórzony już komplement. Pani Możewska odpowiedziała mu bardzo uprzejmie, ale nie zwalniając kroku, oparta na ramieniu rozpromienionego Adasia przeszła w głąb zaimprowizowanego ogrodu.
Czas był prześliczny i powietrze wiosennem tchnieniem upajało; bystry, górski strumień swym wesołym szmerem ciągnął ku sobie. Helena wymijając tłum miejskich gości spieszyła ku Bystrzycy, do miejsca, gdzie krzewy były gęściejsze a przechodnie rzadsi. Z pośród kląbów gęsto rosnącej łoziny ukazała się modra powierzchnia z falowanego zwierciadła wody, a po za niem cudowny, rozległy widok na góry sine zamglone, o białych tumanem tajemniczym okrytych szczytach.
Stanęli milcząc, oboje zapatrzeni w przepyszny obraz przyrody, tak głośno do nich dziś przemawiający. Milczenie trwało długą minutę, podczas której krew raźniej im w żylach krążyć zaczęła; serca biły głośniej, płuca więcej upajającego powietrza w siebie wciągały. Helena westchnąwszy cicho, pierwsza przerwała milczenie, mówiąc miękkim, pieszczotliwym głosem:
— Przecież nie ma nic piękniejszego po nad ten świat, a nawet po nad to nasze życie, którem tak często pogardzamy.
Chłopak milczał ciągle, wrażenia, które dziś odbierał, nie usposabiały go do mówienia. W tej chwili myślał właśnie o tem, że nie dawniej niż trzy godziny temu biegł ku tej samej rzece, chcąc w jej nurtach znaleźć śmierć i zapomnienie owego błędu. Teraz cała jego wina i rozpaczliwe myśli nią spowodowane wydawały mu się głupstwem, głupstwem olbrzymiem, niezmierzonem. Patrzył to na widnokrąg daleki, to na twarz swej pięknej towarzyszki, która przymróżywszy nieco oczy i rozwarłszy różowe, ślicznie zarysowane nozdrza piła namiętnie wiosenne powietrze i nasycić się niem nie mogła.
Ach! Jak byłem głupi — szepnął Adaś w duszy i mimowolnie silniej przycisnął do siebie rękę Heleny, spoczywającą mu na ramieniu.
Ruch ten obudził młodą kobietę z tej dziwnej zadumy, której się była poddała bez oporu; spojrzała nań niby ze snu miłego obudzona i cicho pieszczotliwie szepnęła:
— Chodźmy do ludzi.... tam ma być jakaś loterya, sprobójemy dziś szczęścia.
Idąc ku pawilonowi, obok którego grała muzyka wojskowa i odbywało się ciągnienie loteryi fantowej na cele dobroczynne, Adaś dojrzał Włodzia, myszkującego pomiędzy gęstemi łozami, za jakąś czarnowłosą żydóweczką. Spojrzenia ich spotkały się ze sobą i Adaś niespodziewanie wyczytał w oczach Dobieckiego wyraz zazdrości, nienawiści wprost zajadłej. To jedno mgnienie oka wystarczyło mu do zrozumienia, że Włodzimierz nigdy nie był jego szczerym przyjacielem.
— Ach! jak byłem głupi — powtórzył w myśli po raz drugi i rozpoczął jakąś rozmowę ze swą towarzyszką. Szło mu teraz lepiej; rozmawiał wcale rozumnie i tematu mu nie brakło.
Za chwilę wmięszali się w gęsty tłum. Wszyscy cisnęli się do kilku stoliczków, przy których panie z dobroczynności sprzedawały bilety. Helena wybrawszy jedną, która względem niej była najmniej wrogo usposobiona, poprosiła o kilkanaście biletów, z pomiędzy których kilka było wygrywających.
Adaś przejęty do głębi rolą „słusznego kawalera” także kupił biletów za stosunkowo dość znaczną sumę — i nie wygrał nic. Helena obserwująca go w owej chwili bacznie, ze zdziwieniem dostrzegła, że go to niepowodzenie ani trochę nie zmartwiło; nie zwrócił nawet na to uwagi. Ten drobny, nic pozornie nie znaczący rys, wywołał cały tłum myśli i wspomnień w pięknej główce pani Możewskiej. Zrozumiała, że w tym rumieniącym się co chwila chłopaku mieści się materyał na człowieka światowego, na dżentelmana.... Jak zmora przykra stanęły w jej pamięci wstrętne obrazy; przypominała sobie pana Hilarego, jak wpadał w gniew i obrzucał partnerów impertynencyami przy lada małej przegranej. Mimowolnie porównywała byłego męża z tym chłopakiem i widziała jasno, że „ten mały”, jak wyrośnie, będzie należał do zupełnie innej kategoryi ludzi niż pan Możewski. Żałowała teraz w duszy, że nie trafiła na podobnego.
Po dwugodzinnej prawie przechadzce, nasłuchawszy się do woli pięknej muzyki i zlustrowawszy wszystkie możliwe i niemożliwe tualety, pani Helena uczuła się tak znużoną, że ze strachem pomyślała o czekającem ją jeszcze przejściu kilkaset kroków do powstawionego na szosie fiakra. Opierając się silniej na ramieniu rozbawionego i wesołego Adasia, kazała mu prowadzić się do powozu.
W księdze przeznaczeń znać zapisanem było, że Adaś tego dnia zaspokoi wszelkie pragnienia miłości własnej. Zaledwie bowiem znaleźli się na ścieżce prowadzącej do wyjścia spostrzegł przed sobą niedoszły swój zimowy ideał, ową pannę Hanię. Szła, rozmawiając wrzaskliwie i śmiejąc się zbyt głośno; obok niej kroczył wyschnięty i tykowaty niemiec, oficer od ułanów; za nimi wlokła się podobna do stracha na wróble stryjenka i naturalna opiekunka panienki, wdowa po c. k. poborcy podatkowym. Panna była krzycząco, jaskrawo, lecz dziwnie niesmacznie ubrana. Gdy się obie pary tak do siebie zbliżyły, że już dokładnie widzieć się mogły, panna Hania ze zdziwieniem i niedowierzaniem spojrzała na Adasia, prowadzącego tak piękną i imponującą kobietę. Nie była w stanie pojąć tego, żeby tak elegancka dama przechadzała się publicznie oparta na ramieniu uczniaka z szóstej klasy.
Oficer nie spojrzał nawet na kawalera. Prawe oko przymróżył, a lewem w monokl uzbrojonem obrzucił od stóp do głowy wykwintną postać Heleny.
— Wer ist’s? — zapytał półgłosem swą towarzyszkę, nie odrywając oczu od pięknego zjawiska:
— Jakaś kuzynka tego studenta — odrzekła panna tak gniewnie i głośno, że Adaś wyraźnie słyszał każde słowo.
Spojrzał za to pogardliwie na gniewną panienkę i musiał pomyśleć o sobie po raz już dziś trzeci:
— Jakiż byłem głupi, głupi!
Przy wyjściu spotkali znowu uprzejmego pułkownika ułanów i cały zastęp oficerów, zajmujących tu widocznie obserwacyjne stanowisko. Pułkownik sam pospieszył przywołać fiakra, którym Helena przyjechała, a oficerowie dość głośno wyrażali swą zazdrość że nie mogli zająć miejsca Adasia w powozie, obok pięknej pani. Krótko to trwało, wnet pani Helena usiadła do powozu i skinieniem głowy odpowiedziawszy na ukłony oficerów, dała znak furmanowi żeby ruszał. Pomimo turkotu kół, do uszu odjeżdżających doleciały okrzyki oficerów, rozgłaszane na cześć piękności Heleny. Jeden szczególniej zagłuszył inne:
Mord’s weib! Mord’s weib!
Słysząc to Helena, rozśmiała się jak pensionarka i w przystępie dobrego humoru zwróciła się do Adasia:
— Jacyż oni zabawni! Jacy śmieszni.... Prawda, że ty Adasiu nigdy taki śmieszny nie będziesz? Prawda?...
Adaś miał olbrzymią ochotę powiedzieć jej, że nic śmiesznego nie widzi w tem uwielbieniu oficerów dla jej piękności, i że sam by to samo robił, gdyby był na ich miejscu. Nie starczyło mu jednak odwagi na wypowiedzenie tego komplementu, poczerwieniał tylko swoim zwyczajem, po same uszy i mruknął coś niezrozumiałego, co można było w rozmaity sposób tłómaczyć.
Piękna pani domyśliła się, co chłopak w tej chwili chciał powiedzieć, miała nawet wielką ochotę wyciągnąć go na wyznania w tej sprawie, przeszkodził jednak temu wjazd do miasta. Kurzawa, turkot, wrzask i krzyk przekupniów tak zagłuszyły panią Helenę, że usunąwszy się w sam kąt powozu, przymknęła oczy i zamilkła.
Adasiowi zdawało się tego dnia, że fiaker pędził z szybkością pospiesznego pociągu; żal mu było, że tak piękny dzień, najpiękniejszy dzień w jego życiu — jak myślał wówczas — już się ma ku końcowi. Rozmarzony, odurzony, opad się na poduszki powozu i także przymknął oczy. Doznawał jakiegoś dziwnie słodkiego upojenia, gdy jego cienkie, wyciągnięte przed siebie nogi dotykały szeleszczącej, jedwabnej sukni swej towarzyszki.
Nareszcie powóz się zatrzymał. Helena otworzyła oczy i powoli niedbale zabierała się do wysiadania. Adaś wyskoczył już był pospiesznie i podawał jej rękę, żeby w ten sposób pomódz jej wysiąść. Wyskakując oparła mu się oboma rękoma na ramiona, a później śmiejąc się znowu swym wesołym, dziecięcym śmiechem, pogłaskała go po gładkim zarumienionym policzku.
— Dziękuję ci kuzynku za ten spacer — mówiła pospiesznie nie równo. — Gdyby nie twoje towarzystwo, nie byłabym doświadczyła tej przyjemności.... Ach! ta wiosna, to powietrze, ten wiatr upajają mnie, osłabiają, do jakiegoś pół snu pół marzenia usposabiają.... Znudziłam cię?
Stali przed gankiem domku położonego wśród obszernego ogrodu panny Teresy, w którym od dwu lat zamieszkiwała pani Helena. Adaś nie wiedział, co właściwie miał z sobą zrobić, czy wracać do lekcyi, czy towarzyszyć pani Helenie do wnętrza. Miął kapelusz w ręku, a wyraz coraz większego zaambarasowania występował mu na oblicze i przesłaniał piękne wyraziste oczy. Wreszcie z wyraźnym odcieniem smutku w głosie szepnął:
— Dziękuję pani!... Trzeba iść do lekcyi.
Brzmienie jego słów wywołały w oczach młodej kobiety te jakieś niezwykło filuterne błyski, które migotały już w nich dziś rano. Uśmiechając się nieznacznie zapytała:
— Czy te lekcye są dziś konieczne ?... Chciałam żebyś dziś ze mną napił się herbaty.
— Jak pani każe — szepnął Adaś i wszedł za nią do środka domku.
Szedł niechętnie ociągając się. Tak jak przed chwilą żal mu było opuścić jej towarzystwo i wrócić do swych książek, tak teraz uczuwał w piersi jakiś niewytłómaczony niepokój, jakąś dziwną obawę przed tą herbatą sam na sam z panią Heleną. Figlarny wyraz, który gościł w jej oczach nie uszedł jego uwagi, zrodziła się w nim obawa: czy piękna pani nie drwi z niego? Wyprostował się, i starał się przybrać zimną i sztywną powierzchowność. Pomyślał w tej chwili, że zupełnie jest niestosownie, żeby ona mówiła doń wprost po imieniu; postanowił dać jej to uczuć i tytułować ją „panią”; wpierw nazywał ją „kuzynką” lub przemawiał w trzeciej osobie.
Gdy znaleźli się w środkowym, jadalnym pokoju, obok którego mieścił się buduar, a dalej sypialnia młodej kobiety, Adaś uczuł nagle brak powietrza; atmosfera pokoju przepełnioną była wonią perfum i tualetowych preparatów. Odetchnął ciężko, tak jak człowiek, któremu nagle tchu zabraknie. Atmosfera ta musiała takie same wrażenie zrobić i na Helenie, bo wnet po wejściu zwróciła się do kręcącej się wokoło fertycznej pokojówki i dość z wyraźnem zniecierpliwieniem zawołała:
— Tyle razy ci Ludwiko nakazuję, żebyś przewietrzała pokoje.... Tu jest strasznie duszno; nie ma czem odetchnąc.... Otwórz zaraz okno w tym pokoju.
Za chwilę potężny prąd świeżego, wiosennego powietrza wdarł się do pokoju. Zapach jaśminów, kwitnących tuż pod samym oknem i olbrzymiemi swemi krzakami ocieniających cały ten pokój, pomięszał się, z woniami panującemi już tam poprzednio.
Ludwika, kręcąca się, jak wirak po jednej powierzchni wody, zabrawszy kapelusz, narzutkę, parasolik swej pani, zajęła się pospiesznie przygotowaniami do herbaty. W niespełna dziesięć minut stół był nakryty a na bocznym stoliku szumiał duży rosyjski samowar. W ciągu tego czasu dziewczyna kilka razy w ten sposób spojrzała na Adasia, iż ten był pewny, że ona musi znać w całej rozciągłości wczorajszą historyę. Onieśmieliło go to do reszty i uczuł prawdziwą przy jejemność i ulgę, gdy Ludwiczka skończywszy nakrywać, stanęła w pokornej postawie przed panią i potulnym głosem zapytała:
— Czy mogę, proszę pani pójść dziś na majowe nabożeristwo? Nie chciałabym ani dnia opuścić.
Helena uśmiechnęła się łaskawie i odrzekła:
— Możesz, możesz!
Pomimo tak zadawalającej odpowiedzi dziewczyna nie odeszła zaraz; stała spuściwszy oczy ku ziemi i mnąc w ręku fartuszek robiła wrażenie, jakby jeszcze o coś panią prosić chciała.
— Czego chcesz więcej? — spytała domyślna pani.
— Chciałabym po nabożeństwie skoczyć na minutkę do matki; już dwa tygodnie u niej nie byłam.
— Jeżeli ci się tak gwałtownie chce, to pójdź — brzmiała odpowiedź — tylko nie baw tam długo, bo czuję się dziś zmęczoną i chcę się przed dziesiątą położyć. Teraz już wkrótce siódma.
Dziewczyna uradowana pocałowała panią w rękę i rzuciwszy na Adasia spojrzenie, które — jak mu się zdawało — mówiło: „jakiś ty dzieciuch, po co ci było zaczepiać głupią Emilkę“, wybiegła jak strzała z pokoju.
Zostali sami. Chłopak, pomimo że z obejścia Heleny nie mógł przypuszczać, żeby ona wiedziała o wczorajszem jego przejściu, uczuwał ciągle instynktowny niepokój; na wesołe szczebiotanie ładnej gospodyni, uwijającej się około kipiącego samowaru, odpowiadał ciągle monosylabami. Onieśmielenie to bawiło wprawdzie Helenę, nie w tym jednak stopniu jak przypuszczała; coś jej dziś dolegało, czuła się dziwnie zmęczoną i osłabioną. ręce jej opadały, głowa ciężyła. Nagle zwróciła się do Adasia mówiąc krótkiemi urywanemi słowami:
— Nie wiem co mi dziś brakuje.... Wszystko mi dokucza.... Przepraszam cię, że cię tu na chwilę samego zostawię.... Suknia niewygodna.... Gniecie mnie.... Widocznie się już starzeję. Pójdę się przebrać.
I kończąc ostatnie słowo zniknęła poza grubą kotarą sąsiedniego buduaru.
Adaś odetchnął swobodniej zostawszy sam. Miał przez chwilę zamiar wynieść się, zanim powróci gospodyni; zbliżył się nawet do drzwi i wszedł do oszklonego ganku, zauważył tam jednak, że wyjść nie może bez zwrócenia uwagi, drzwi zamknęła Ludwika wychodząc na klucz, a w dodatku był do nich przytwierdzony dzwonek, któryby narobił hałasu przy każdem odemknięciu. Powrócił więc do pokoju. Zbliżył się do okna i nic tam ciekawego nie zobaczył; kląb jaśminu rosnący tuż pod samym oknem zasłaniał cały widok. Zauważy tylko wśród zieleni kilkoro drobnych ptasząt przeskakujących z gałązki na gałązkę; nieopodal od okna, ale tak ukryty, że dojrzeć go nie było można, wyspiewywał słowik czułe swe trele.
Wkrótce inne odgłosy zwróciły całą jego uwagę: z sąsiedniego buduaru dochodziły do jego ucha wyraźne szelesty jedwabnej materyi. Wreszcie drgnął cały gdy do jego uszu doleciał brzęczący jakiś metaliczny dźwięk. Domyślił się, że to stalowe „brykle” sznurówki tak zadźwięczały, uderzając o marmurową płytę stolika. Cały obraz wnętrza buduaru malował się w jego wyobraźni jasno i dokładnie.... Miał szaloną ochotę podejść cicho, podkraść się pod samą kotarę przesłaniającą nie dość szczelnie drzwi i rzucić okiem do środka — odwagi mu zabrakło. Krew gwałtownym strumieniem rzuciła mu się do mózgu; po całym organizmie przebiegały wszechpotężne jakieś, bolesne prawie drgnienia; w oczach mu ciemniało. Musiał się oprzec o krawędź stołu, żeby nie zatoczyć się i nie upaść.
Niemoc ta trwała chwilę i przerwało ją wejście przebranej Heleny.
Spojrzał na nią i stracił przytomność do reszty — była olśniewająco piękną, pięknością pełną krwi i rumieńców, upajającą zwrok, słuch i powonienie. Patrząc na nią, przyszła mu na myśl Afrodyta, poznana z pieśni Homera. Biały, batystowy, prawie przeźroczysty negliż pozwalał wzburzonej piersi poruszać się swobodnie — falowała niby lekko rozkołysana powierzchnia spokojnego jeziora. W oczach jej świecił dziwnie namiętny, ponury płomień, tworząc rażący kontrast z twarzą i ustami, po których igrał dziecięcy, figlarny uśmiech.
— Ach! Cóż ty chłopcze robisz? — zawołała wesoło — Ja się tam guzdrałam bez końca, a ty nic nie jesz.... Musisz być szalenie głodny?
Jak ptaszek lekko i swobodnie zakrzątała się po pokoju; za chwilę lekka para unosiła się z dwóch filiżanek pełnych wonnej, chińskiej herbaty. Stojącego w sztywnej i wyprostowanej postawie Adasia popchnęła łagodnie do krzesła i gwałtem prawie posadziła go na niem. Później sama usiadła tuż obok i z widoczną przyjemnością nadpiła kilka haustów gorącego napoju. Wzrok jej z tym samym płomiennym wyrazem spoczywał na zaambarasowanej twarzy chłopaka. Nagle śmiać się poczęła nierównym nerwowym śmiechem:
Adasiu, czemu nic nie jesz? — zawołała — Pewno wszystko nie dobre?... Czyś próbował szynki, ma być świeża.... No, czemu nie jesz?
— Nie mogę jeść... Dziękuję pani!
— A toż co nowego? — zawołała, przybierając żartobliwie — surowy wyraz twarzy — Gdzieś się nauczył tego sposobu mówienia.... Pani! Pani! — powtórzyła kilka razy to słowo — Krewni u nas tak do siebie nie mówią.... Mówiłam ci, że jestem twą ciotką.... Rozumiesz — ciotką. Możesz mnie jednak nie nazywać ciotką; i ten tytuł zostawię ciotce Teresie.
Adaś, podczas gdy to mówiła, spuścił oczy w talerz i zawzięcie bębnił trzymanym w ręku nożem o krawędź stołu; gdy skończyła z trudnością wyjąknął:
— A jakże mam mówić?
— Możesz mnie nazywać: Heleną, Helenką, Helą.... Jak ci się podoba.
Ostatnie słowa wymówiła prawie szeptem, który dźwięczał jak łagodny, rozkoszny szmer drobnego źródełka. Głos ten ośmielił znowu Adasia; spojrzał śmiało w jej roziskrzone oczy i odpowiedział:
— Ach! nie jem, bo dziś zupełnie nie mam apetytu. Nie wiem zupełnie co mi brakuje. Uczuwam zawrót głowy.... Sam nie wiem czego mi się zachciewa.
Mówiąc to, obrzucił młodą kobietę takiem pożadliwem spojrzeniem, ze ta zdziwiona, aż cofnęła się na krześle. Przypomniała sobie cel dla którego sprowadziła tu chłopaka.... Należało mu wyczytać należytą reprymendę, wiedziała o tem, jednak uczuwała brak sił do tego; chłopak tak był miły, tak się jej podobał, że nie mogła prawie zrobić mu żadnej przykrości. Jednak obiecała ciotce, więc dotrzymać musiała; spojrzała więc nań surowiej i głosem, w którym pomimo pozornej powagi czuć było w głębi ton żartobliwy, zaczęła mówić:
— Wiem, nie po czciwy chłopcze, dla czego nie masz apetytu.... Sumienie masz nieczyste.... Słyszałam, coś wczoraj zbroił.... Przyznaj się.
Adasiowi się wydawało, że w tej chwili grom weń uderzył; zerwał się z krzesła i nieruchomemi, przerażonemi oczami wpatrywał się prosto w twarz Heleny. Wyraz tych oczu mówił jej wyraźnie: „nie spodziewałem się, byś mnie tak podeszła; myślałem, żeś szlachetna, a tyś podstępem mnie tu zwabiła, żeby się ze mnie naśmiewać — pogardzam tobą”. Twarz miał przy tem dziwnie bladą, a błękitne żyłki na skroniach drgały chorobliwie.
Pani Możewska zrozumiała wszystko, co jej te oczy chciały powiedzieć i równocześnie doznała dwu nad wyraz silnych wrażeń: najpierw się zawstydziła; wstydziła się tego, że miała zamiar podrwić z dzieciaka, a teraz wzrok jego ją onieśmielał. Następnie dopiero w tej chwili spostrzegła, jak ten chłopiec, pobudzony do najwyższego stopnia rozdrażnienia nerwów, wstydem i gniewem, był niezwykle, wspaniale piękny.
Adam w tej chwili stoczył pierwszą w życiu walkę z samym sobą, walkę ciężką i zajadłą; wyszedł z niej zwyciężcą. W pierwszej chwili omal, że nie wybuchnął gniewem i w grubiański sposób nie odpowiedział Helenie, że jej nic do tego co on zaprzejście miał wczoraj z Emilką. Nim jednak przemówił spostrzegł w jej oczach czuły serdeczny wyraz; zmiękł więc i opuszczając głowę na piersi szepnął:
— Po co się pani o to pyta?
Pragnął być teraz o sto mil od tego miejsca.
Zrozumiała go Helena, zapragnęła naprawić przykrość mu wyrządzoną; ujęła więc pieszczotliwie jego rękę opartą na stole i gładząc ją swą mięką delikatną dłonią mówiła doń pieszczotliwie:
— Adasiu, najpierw nie mów mi pani, a Helenko.... Inaczej pogniewamy się .... A później nie oburzaj się na mnie.... Czy byś wolał, żeby o tej historyi dowiedziała się ciotka Teresa?... Com miała zrobić? Rózia mi wczoraj wieczór opowiedziała.... Zakazałam jej o tem wspominać komukolwiek.... A sama chciałam cię o to wypytać.
I rozśmiała się znowu swym figlarnym dziecięcym śmiechem, nie przestając głaskać rękę chłopaka, który ujęty jej głosem szczerym i czułym i tą pieszczotą uśmiechał się już także.
— No, opowiedz mi jak to było? zapytała znowu.
— Nic ciekawego, pocałowałem ją, a ona, Bóg wie po co narobiła strasznego krzyku.
Śmiech Heleny stawał się coraz nienaturalniejszy, czasami spazmatyczny prawie; ręki Adasia nie wypuszczała ze swej dłoni, a w chwilach wolnych od śmiechu mówiła:
— Pocałowałeś.... Proszę kogo.... To ty już to umiesz.... Zabawne.... Pokaż że mi jakieś to zrobił?
Na chłopaka nadszedł w tej chwili znowu paroksyzm zawstydzenia, odsunął się trochę od niej i zarumienił się gwałtownie. Nie mógł jednak odsunąć się daleko, ręka jego pozostawała ciągle w uwięzi, czuł, że Helena ściska ją konwulsyjnie; nie chciał się tego uścisku pozbawiać; sprawiał mu on trudną do wypowiedzenia rozkosz.
— No, pokaż że mi jakeś to zrobił — nalegała Helena, głosem drżącym, urywanym.
Przed oczami chłopaka błysnęła biała pulchna ręka, po sam łokieć obnażona, przytrzymująca w uścisku jego własną bezsilną dłoń; nachylił się i namiętnie, drząco przycisnął swe usta do białej ręki tuż poniżej łokcia.
Coś dziwnego się stało w tej chwili.... Obojga tym nieopatrznym wydało się, że cała powódź jaśminowej woni wlała się do pokoju.... Słowik śpiewał tak cudnie jak nigdy przed tem, ani po tem. Oba serca biły jednakiem tempem i jednakowa rumiana barwa zajaśniała na obu twarzach. Po pocałunku była chwila milczenia. Przerwał ją suchy, spazmatyczny śmiech Heleny.
— Jak to, Adasiu — wołała wśród śmiechu — więc tę Milkę, pokojówkę, subretkę w rękę pocałowsłeś? Cha! cha! cha! Milkę w rękę pocałował.
— Ależ nie w rękę, nie w rękę! — bronił się chłopak.
— A gdzież?.. Zabawne !... Powiedz gdzie? ... Pokaż, jak to było?
Byli tak blisko siebie, że oddechy się prawie łączyły. Druga ręka Heleny dotknęła jasnych włosów Adasia i on pod tym lekkim naciskiem pochylił się aż do jej ust purpurowych, rozkosznych.... Przez chwilę oboje pozostawali w nieświadomości, całego otoczenia. Wzniosła, wspaniała, niby hymn tryumfalny, głośna symfonia słowika wyrwała ich z tej ekstazy.
— Nie trzeba tego nigdy robić, nie poczciwy chłopcze, to nie ładnie.
Przemówiła pierwsza Helena, lecz usta jej jeszcze raz bezwiednie szukały ust chłopake, a białe ręce oplatały konwulsyjnie cienką szyję.
— To nie ładnie — szeptała cicho, bezsilnie.
Ostatni promień słońca ozłocił wówczas najwyższe listki jaśminowych krzewów. — Słowik zabierał się do nowej wspanialszej jeszcze pieśni. Helena uparcie powtarzała:
— Nie rób tego niepoczciwy chłopcze, to nie ładnie.


∗             ∗

Przed dziesiątą powrócił Adaś do siebie zupełnie innym, niż był dziś rano. Nauczka dana mu przez panią Heleną zmieniła jego usposobienie doszczętnie; z dzieciaka stał się — mężczyzną· Inaczej wyglądał nawet. Oczy mu się rozwarły i stały ciemniejsze; twarz przydłużyła się, a wokoło ust, od czasu do czasu pojawiać się zaczął cień ironicznego uśmiechu.
I w duszy jego zaszły też zmiany wielkie: nie marzył już o sławie wielkiej i o wielkiej miłości.... Powszednia codzienna strawa miała mu na długo wystarczyć.... Nie na zawsze jednak.
Ciotka Teresa była zachwycona skutkami nauczki udzielonej Adasiowi przez dowcipną i wesołą kuzynkę.... Adaś ani myślał zaglądać teraz do garderoby; nawet z pogardą patrzył na Emilkę; uczył się doskonale; z Włodzimierzem zerwał wszelkie przyjazne stosunki.... Stał się nawet elegantem, a co soboty i środy po południu chodził do pani Heleny w celu wprawiania się w francuskiej rozmowie....
Tylko jedna Rózia kręciła coś nosem na te lekcye i szeptała w duszy:
— Jaki ojciec taki syn.... Trudno, krwi nie odmienisz....





Przypisy

  1. Podwoda.
  2. Łegin = tęgi parobek, junak.
  3. kapeluszami.
  4. Tęsknisz.
  5. Kochanka.
  6. starszy porucznik.
  7. gospodarze.
  8. guldenów.
  9. drożyna górska.
  10. kochanku.
  11. tratwa.
  12. Gruń, szczyt.
  13. Rodzaj sosny (prima limba).
  14. Pasterze bydła.
  15. Bogacka.
  16. Długa trąba z kory.
  17. neńka matka.
  18. donia córka.
  19. kożuszek bez rękawów.
  20. Urzędnik policyjny z czasów pańszczyznianych, był naznaczony przez rząd a płacony przez dwór.
  21. oświadczyć się.
  22. tertiło = pakunek.
  23. Kris znaczy strzelba, sztuciec.
  24. Parobek służebny.
  25. Skit = górski klasztor gdzie mieszkają mnisi wschodniego obrządku.
  26. Dukacze = złote monety, zawieszane przez huculskie kobiety wraz z koralami na piersiach.
  27. Z niemiecka „pasport“.
  28. Uwolnienie z wojska.
  29. Starostwo.
  30. pierogi z kaszy zawinięte w kapuściane liście, potrawa podawana na uroczystości.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kajetan Abgarowicz.