Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


niej dziwny jakiś, niewytłómaczony urok; lubowała się dźwiękiem tego strasznego imienia. Oczy jej przeniosły się z twarzy śpiącego łeginia na obok leżący toporek — i jak od iskry jednej wybucha mina, tak błyszczący ten przedmiot rozpłomienił w duszy Mariki pożar straszliwy; pożar, na który materyał palny był zdawna przygotowany.
— Zabiję go! — pomyślała i chciała ująć za rękojeść toporka. Zabiję go i krzywdę swą, hańbę swą zmażę! — myślała dalej, a przed oczami wyobraźni przesuwać się zaczęły następstwa tego czynu: Izba sądowa... kat... szubienica wysoka.... Wzdrygnęła się i rękę cofnęła — lecz myśl raz zrodzona nie zginęła, pozostała w mózgu jako rana straszliwie piekąca, nie dająca na chwilę spokoju.
— Cudzemi rękoma się zemszczę! — rzekła sama do siebie i znowu się zaśmiała, tym razem tak głośno, że aż echo z pomię-