Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


pełnie i wydała na pastwę wyrzutów sumienia i tortur duchowych.. Omal, że rąk własnych nie gryzła, tak się jej wstrętnem zdawało ciało własne. Spojrzała znowu na tego, który ją po raz wtóry w życiu z drogi obowiązku sprowadził.... I zaśmiała się ironicznie, konwulsyjnie.
Ilko siedział na złomie skały, otulił się poszarpaną we wczorajszej podróży gunią, głowę oparł o omszony kamień i usypiał.... Twarz miał zmęczoną, oczy zapadłe; a krew skrzepła na rękach i nogach sprawiała, że podobny był do włóczęgi jakiegoś. Toporek wysunął mu się z ręki i leżał tuż obok.
— Tfu! I jest przez kogo duszę gubić — pomyślała z goryczą. To nie on mnie opętał! Nie! To szatan przez niego!... Szatan! W nim jest czart! W starym rzezunie jest czart....
— Czart! czart! — szeptała, poruszając nieznacznie wargami, a słowo to miało dla