Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


jającym, że boleść nawet staje się najwyższą rozkoszą.
— Co mi tam! co mi tam! — szeptała i wilgotnemi ustami całowała twarz i oczy parobka. ............

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Świt nadchodzącego poranku oprzytomnił kochanków.
Ilko usiadł na kamieniu i opuścił głowę na piersi, senne oczy kleiły się, spać mu się chciało.
Ona stała wyprostowana i sztywna niby jedna z otaczających ją skał, niby ich siostra rodzona. Spoglądała to na brzask rodzący się, to na tego usypiającego parobka. Wstręt jakiś nieopisany uczuła nasamprzód do siebie, później do niego, do wszystkiego na świecie... Kamienie i drzewa otaczające, wydawały jej się ohydnymi, brzask wschodu wstrętnym, szum Czeremoszu bezwstydnym.... Zaspokojona żądza cielesna opuściła ją zu-