Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dzy skał śmiech ten dziwny powtórzyło, a Ilko obudził się i oczy przetarł.
— Zazulo moja! — rzekł przetarłszy oczy i chcąc ją znowu wziąć w ramiona.
— Dość! dzień biały! Idź już — zawołała — cofając się ze wstrętem, którego ukryć nie była w stanie.
— Mariko, duszo, jutro tu wyjdź! wyjdź wcześniej! — mówił Ilko wstając i zbierając porozrzucane po ziemi pistolety i toporek.
— Będę! — odrzekła krótko, lecz jakoś tak złowrogo, że nawet Ilka uderzył dziwny dźwięk jej głosu.
— Co ci Mariko? — spytał....
— Nic! Idź już! Jutro wieczorem wyjdę. Przyjdź! — i zniknęła w sąsiedniej gęstwinie.
Ilko wrócił do stróża po konia.