Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/081

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wyciągnęła przed siebie jakby do obrony przed grożącem jej niebezpieczeństwem.
— Mariko, dziecko! — krzyknął przestraszony Andrij.
— Zasię mu! Zasię do mnie — wołała kobieta spazmatycznie, łkając to śmiejąc się na przemiany. — Zasię do gazdyni! Zasię do Semaniukowej żony!... Andriju, mężu mój ślubny, przysięgnij mi: że zabijesz go jak psa wściekłego, jeżeli poważy się na mnie oczy podnieść.... Zabić! zabić! Niech.... gi....nie!
Głosu jej zabrakło, śmiech ją zdławił, chwyciła się obu rękoma za piersi i jak martwa padła na stojącą przy drzwiach ławę.
Przestraszony mąż zaniósł ją na rękach do chaty i rozesłał wszystkich najmitów[1] szukać po górach za Riką cyganką.

Zanim cygankę odnaleziono i sprowadzono Marika, przyszła do siebie. Zamknęła

  1. Parobek służebny.